Jesień życia gubi liście

Od Autora

Była wiosna 1957 roku – Wielkanoc, czyli dwa wolne od pracy dni. Mieszkaliśmy w okropnych warunkach na piętrze ługowińskiego dworku w mieszkaniu zakładowym PGR. Ale co tam warunki, o nich nie będę pisał. Byliśmy z żoną młodzi. I to dodawało nam sił, nie mówiąc o pogodzie ducha, co przecież w tym wieku jest oczywiste. Emocjonowała mnie wiosna i poranne słońce, które z ukosa zaglądało przez okno do naszej kuchni. Wiosnę zawsze przeżywałem w radosnym uniesieniu. Tak było i tym razem. Ołówek i zeszyt czekały na mnie ciągle w tym samym miejscu pośród książek. Poszedłem po nie. Słowo do słowa i zrodził się wiersz Wiosna.

Idzie wiosna uśmiechnięta, idzie hen z daleka.
Niesie radość, ciepły powiew, niesie piosnkę co urzeka.
Rozpostarła swe ramiona, błękit nieba ukazała.
Bądź wiosno pozdrowiona!
Cała Polska zawołała.

Niezły drobiazg – pomyślałem sobie. Włożyłem zeszyt pomiędzy książki w szafie, których już miałem wtedy kilkadziesiąt. Książki kupowałem. Były tanie, przynajmniej te, które woził listonosz. Jedna kosztowała 2.40 złotego. Oczywiście, były to książki o określonej tematyce, nie zawsze interesującej. Woził też listonosz codziennie rowerem listy i gazety. Abonowałem jedną z gazet wojewódzkich, w której w numerze sobotnim zamieszczano dodatek literacki. Autorów wierszy nie znałem, ale ich utwory nie wchodziły w sferę nadrealizmu, dlatego lektura sprawiała mi przyjemność. Czytając cudze wiersze, ogarnęło mnie dziwne pragnienie. Poślę swój. Tak też się stało. Po świętach list pojechał do Poznania. Na odpowiedź redakcji czekałem kilka tygodni. I doczekałem się. Żona przyniosła mi list do pracy. Czytam: Niestety, nie możemy tego wiersza opublikować, ponieważ mamy wątpliwości, czy Pan naprawdę jest jego autorem. Pozdrawiamy!
W ten sposób posiali we mnie niewiarę we własną uczciwość.
„Zielony Sztandar” miał kącik poetycki Wiersz Tygodnia. Tam posyłałem swoje nowe wiersze, gdyż jeśli nie opublikowali, to zamieszczali u dołu rubryki krótką ocenę. Trzymałem się tej gazety. Ufałem jej! Rosła we mnie nadzieja na publikację. I stało się to w drugiej połowie stycznia 1975 roku. Tytuł wiersza brzmiał Śpiew mój.
Podobały mi się wiersze publikowane w „Nowej Wsi”. Posłałem tam trzy swoje, załączając do przesyłki dość pewny siebie list. Nie spodobał on się pewnemu redaktorowi, którego nazwisko zaginęło mi w czasie. I dobrze się stało. Odpisał mi bardzo cierpkimi słowami. Nie pozostałem dłużny. Zrobiłem to samo, zapłaciłem pięknym za nadobne. W jakiś sposób nasza korespondencja dotarła do samego redaktora naczelnego. Otrzymałem pismo łagodne, przepraszające za nietaktowny list tamtego redaktora i za dwa tygodnie opublikowano mój wiersz. W ten sposób zamknięto zbędną animozję. A ja po tym incydencie zerwałem kontakt z redakcją „Nowej Wsi” i przestałem to pismo abonować.
W 1977 roku posłałem chyba osiem wierszy do radiowej audycji „Kiermasz pod kogutkiem”, prosząc w liście o adres Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Wszystkie wiersze weszły na antenę Polskiego Radia. Otrzymałem też adres Stowarzyszenia, do którego zostałem przyjęty 1 sierpnia 1978 roku.
Pisząc te słowa, mam przed sobą legitymację Stowarzyszenia. Patrzę na swoje zdjęcie. Jaki ja wtedy byłem młody!

Gułtowy, dnia 24 października 2019 roku

Józef Chojnacki