Dziesięć lat życiorysu to historia z życia mojej Mamy spisanej przez moją bratową Elżbietę na podstawie jej, Mamy, ustnej relacji i rękopisu. O rzezi wołyńskiej dużo już napisano i choć wydawało by się, że wszystko już wiemy, nadal można znaleźć relacje, które zadziwiają i przerażają. Tak jak ta historia. Siedmioletniej dziewczynki, która oddzielona od rodziny przez miesiąc żyła w lesie żywiąc sie jagodami i pijąc wodę ze strumyków. W ciągłej obawie, że natknie się na bandy UPA, które z zimną krwią pozbawią ją życia. Zapraszam do czytania:
Tata, mama, trzech braci, dwie siostry. Dziesięciohektarowe gospodarstwo, w tym 2 ha lasu, które ojciec dostał od Radziwiłła za sumienną prace przy koniach.
Miałam siedem lat, jak w lipcu 1943 r. Ukraińcy zaczęli „rezać” Polaków. Musieliśmy uciekać. Tato załadował na wóz niezbędne rzeczy – jedzenie, pierzyny, kożuchy. Z innymi mieszkańcami Koźla (bo tak nazywała się moja wioska) uciekaliśmy do miasteczka – Huta Stepańska, gdzie podobno było bezpieczniej. W ziemiankach gnieździliśmy się do czasu napadu banderowców. Pewnego dnia rozpętało się piekło. Banderowcy jednak napadli. Kto mógł się bronił. Tato wpadł do ziemianki i krzyczał: wszyscy na wóz i do lasu. Wrzaski, krzyki, płacz. Tato posadził mnie i czteroletniego brata Stefana na wóz, sam biegł obok. Konie rwały jak szalone. Wkoło strzelanina, padają zabici ludzie i konie. Ja, jak w jakimś amoku zeskoczyłam z wozu i biegłam z innymi do lasu, który był coraz bliżej. Nie wiem jak długo biegłam. Stanęłam, patrzę, a tu cisza, spokój. Nie ma ani ludzi ani strzelania, więc zawróciłam i biegłam z powrotem, tak mi się wydawało. Nie było nigdzie nikogo. Krzyczałam i wołałam mamę na cały głos. Cisza była dookoła. W końcu dotarło do mnie, że się zgubiłam. Zaczęło się robić ciemno.
Często pomagałam bratu Piotrowi, który miał 12 lat, a może 14 paść krowy. Żeby się schronić przed deszczem, Piotruś nałamał gałęzi i opierając jedne o drugie zbudował takie schronienie. W środku było ciepło i przyjemnie. Ja tak samo zrobiłam. Schowałam się do środka i pewnie usnęłam. Rano idę dalej, już nie wołam i nie krzyczę. Jestem głodna. Na szczęście są bociachy, to takie duże jagody, podobne do czarnych jagód tylko dużo większe. Nie wiem czy bociachy to ich prawdziwa nazwa, czy my dzieci tak je nazywaliśmy.
Pojadłam tych bociachów i idę dalej szukać mamy. Rosły tam także takie małe czerwone jagódki. Były bardzo kwaśne, ich nie jadłam bo mi nie smakowały. Dziś wiem, że były to
żurawiny.
Przyszła następna noc i następna. Budowałam kolejne schronienia, ale nieraz mi się nie chciało. Szukałam więc gęstego krzaka i pod niego się chowałam. Najgorzej był, jak trzeba
było przejść przez bagno. Musiałam przeskakiwać z jednej kępy na drugą. Nieraz nie udało się, wpadałam do wody. Ale co tam, było lato, ciepło, szybko wysychałam.
W lesie nie spotkałam żadnego wilka ani jakiegoś dużego zwierza. Czasem jakieś małe zwierzątko, albo ptak wyleciał spod nóg. Nie zwracałam na nie uwagi, nie bałam się. Las nie był mi obcy. W naszym, który rozciągał się tuż za oborą byłam prawie codziennie. Po jakimś czasie las się skończył. Wyszłam na pole. Nakruszyłam na rękę kłosów, ziarna były jeszcze miękkie. Nie wiem czy to było żyto czy pszenica, zjadłam bo byłam bardzo głodna. W oddali zauważyłam dom. Idę tam, może mi powiedzą jak mam odnaleźć mamę.
Wyszła taka młoda Pani, mówię, że się zgubiłam. Gdzie jest Koźle, gdzie jest mój dom? Chce mi się jeść. Pani poszła do domu i przyniosła duży kawałek sera. A teraz dziecko idź już, bo jak z pola wróci mój mąż to cię zabije. On jest Ukraińcem i nie lubi Polaków. Tak – ta Pani była Polką, bo ładnie po polsku mówiła. Skubiąc ser poszłam dalej.
Przyszła następna noc i następna. Nie wiem ile było tych nocy i dni. Jadłam bociachy, kruszyłam kłosy, piłam wodę z kałuży i szukałam ludzi.
Znalazłam ich. Palili ognisko, piekli mięso na patykach. Nie odpędzili. Dali mięsa i chleba, ale nikt z nich nie wiedział gdzie jest Koźle. Pokiwali głowami współczująco i pokładli się spać na wozach, ja blisko ogniska. Budzę się rano, a tu wkoło cisza, pusto, nikogo nie ma. Zostawili mnie, trudno. Obok na dużym, zielonym liściu leżał bochenek chleba. Łamałam po kawałku i jadłam. Aż pewnego razu idę brzegiem lasu i słyszę okropny hałas, Na łące stoją samochody i okropnie trąbią. W koło kręcą się jacyś ludzie. Dopiero po latach dowiedziałam się, że byli to partyzanci, którzy rozbitkom pomagali wydostać się z lasu i wywieźć ich w bezpieczne miejsce. Idę do nich, niech się robi co chce. Pan dał mi garść zielonych strączków groszku, wziął za rękę i chodził pytając czy ktoś mnie zna. Nikt nie znał. Nikt nie wiedział gdzie jest Koźle. Jak daleko musiałam zajść.
Pan wsadził mnie na ciężarówkę i zaczęliśmy jechać. Po drodze był jakiś napad. Pan krzyczał, żeby kłaść się i nie wstawać. Strzelanina i szaleńcza jazda trwała krótko. Zatrzymaliśmy się w Rafałówce. Podobno w mieście było bezpiecznie, było wojsko i zorganizowana obrona. Umieścili nas w remizie strażackiej. Przywieźli zupę i chleb. Nareszcie się najadłam.
Będąc w lesie znalazłam płaszcz, był duży i do ziemi. Dobrze, bo ciepło było w nogi bose.
Na głowę założyłam czarną makatę w duże czerwone róże. Też znalazłam w lesie. Była bardzo ładna. Pod ładną makatką kotłowały się wszy. Drapałam się, aż krew leciała.
Kręciłam się tu i tam wypatrując kogoś znajomego. Nadaremnie. Podeszła do mnie taka mała, gruba Pani i zapytała, czy umiem paść krowę. Oczywiście, że umiem. Wzięła mnie za rękę i idziemy. Zaczepiła nas inna Pani i chwilę rozmawiały. Słowa, które do dziś pamiętam, bardzo mnie zabolały:
-A ładniejszej tam nie było?
-ach, to tylko do pasienia Rabuśki.
Pani ostrzygła mnie jak to się mówi, na kolano. Polała głowę jakimś płynem, bardzo szczypało, płakałam. Wtedy po raz pierwszy dostałam w pysk.
Spałam jakiś czas w korytarzu na podłodze ze względu na wszy, dopiero później w czystym i wygodnym łóżku. Mój płaszcz i makatka zostały spalone. Moja pani była krawcową, uszyła mi ładną sukienkę. Moim zadaniem było wyprowadzanie Rabuśki poza miasto, gdzie się pasła, przeważnie na rowach. Była to rozpieszczona i głupia krowa. Byle czego się wystraszyła i uciekała, a ja na sznurze nie mogłam jej utrzymać. Krzyczałam i płakałam.
Zrobiła się jesień, Ukraińcy już do Rafałówki się dobierali. Nocami łuny pożarów nie dawały wyboru. Trzeba było uciekać. Znalazłam się z moją panią w bydlęcym wagonie. Jechaliśmy do Polski. Nawet mi się podobała ta jazda, drzwi wagonu były rozsunięte i widzę jak mój pies Cuzik biegnie z wyciągniętym jęzorem równo z pociągiem. Jakiś ważny pan zatrzymał pociąg i po chwili Cuzik był na moich kolanach.
A potem były – Chełm, Lublin, Parczew i w końcu Legnica. Tu utknęliśmy na dwa lata. Mieszkaliśmy w poniemieckim mieszkaniu, przy ulicy Fabrycznej. Moja pani zajęła się szyciem, ja poszłam do szkoły. Na panią zaczęłam mówić mamusia. Mamusia nie miała swoich dzieci, męża też nie miała, toteż była zadowolona kiedy tak się do niej zwracałam.
Aż tu pewnego dnia w naszym mieszkaniu pojawił się pan Rysio. Straszył, że Niemcy wrócą, wszystkich zabiją, będzie trzecia wojna światowa. Trzeba jechać do Poznania, tam ma rodzinę. I tak po dwóch latach mieszkania w Legnicy przeprowadziliśmy się do Antoninka koło Poznania.
Byliśmy rodziną: tatuś Rysio, mamusia Teofila i ja Janeczka.
Zamieszkaliśmy u siostry Rysia na strychu. W porównaniu z Legnicą to tutaj był koszmar. Trzeba było wchodzić po drabinie. Ale po jakimś czasie znowu przeprowadzka do bardziej normalnego mieszkania. Cóż, kiedy tatuś i mamusia coraz bardziej się kłócili. Podobno ja byłam tego przyczyną. Bardzo to przeżywałam. Płakałam i tęskniłam za moją mamą i rodziną. Ciągle tylko słyszałam: to sierota, to sierota.
W końcu pan Rysio się wyprowadził. Zostałyśmy same. Mamusia o byle co się złościła, wtedy z byle powodu obrywałam lanie sznurem.
Mamusia nie zawsze była zła, nieraz brała na kolana, kołysała, śpiewałyśmy ukraińskie dumki i „dziadowskie” piosenki. A kiedy podczas szkolnej akademii z okazji Dnia Matki mówiłam wiersz, to płakała. Wtedy nie rozumiałam, dzisiaj wiem.
Nauczyła mnie pisać, czytać, szyć i ogólnie być ułożoną, grzeczną dziewczynką. Dziś kiedy stoję przy jej grobie, to myślę sobie, że pewnie mnie kochała, tylko charakter miała porywczy.
W Antoninku ukończyłam szkołę podstawową, a kiedy mamusia zachorowała na raka i musiała wyjechać do Gliwic, zaopiekowała się mną moja cudowna nauczycielka Pani Prauzińska. Zapisała na kurs księgowości i biurowości. Po dziesięciu miesiącach zostałam młodszą księgową w Dyrekcji Gorzelni Rolniczych w Poznaniu. Miałam już swoje pieniądze.
No ale wiadomo, lata pięćdziesiąte, przemiany, przemiany. Zlikwidowano moje miejsce pracy, ale nie pozostawiono na lodzie, jak to się mówi. Zostałam zatrudniona jako młodsza
księgowa w PGR Ługowiny, a latem jako przedszkolanka – żeby dzieci miały opiekę, jak mamy będą pracowały w polu.
Mieszkałam w pałacyku na piętrze, razem z myszami, karaluchami i innym robactwem. Po siedmiomiesięcznym pobycie w szpitalu w Gliwicach wróciła mamusia z bezwładem nóg. Było to dla mnie wyzwanie, nie do końca temu podołałam. Tu w marcu 1953 roku rodzina mnie odnalazła. A było to tak:
W Antoninku chodziłam do szkoły z Bronią. Mieszkała na sąsiedniej ulicy. Była starsza ode mnie. Po wojnie dużo różnych roczników chodziło do jednej klasy. Bronia wyszła za mąż i wyjechała. Zamieszkała na komornym niedaleko Szubina. Bronia któregoś dnia weszła do cioci Stasi (siostra taty) i widzi list na stole, który napisał mój brat Piotr, był w wojsku w Zielonej Górze. Nadawca – Piotr Rozkowiński. Bronię coś tknęło. Gdzieś ona spotkała się z tym rzadkim nazwiskiem. Tak to było w Antoninku. Poszła z ta wiadomością do cioci. Janka jej było na imię, ale ona nie miała rodziny, była sierotą.
Ciocia szybko skojarzyła, przecież mojemu bratu zginęła córka Janka, ale to było dziesięć lat temu, za Bugiem. Miała siedem lat.
Kuzyn Witek wrócił z pracy, wysłuchał tych wieści, wsiadł na rower i pojechał do Zazdrości. Tam moi rodzice mieli gospodarstwo poniemieckie, które otrzymali jako rekompensatę za to pozostawione na Wołyniu.
No to co? Trzeba jechać do tego Antoninka. Ale tam okazało się, że już tu nie mieszkam, tylko w Ługowinach. Więc kochany Wituś wsiadł do pociągu, przyjechał do Kostrzyna i nocą pieszo siedem kilometrów szedł do Ługowin. Tu stróż nie chciał go wpuścić, bo się bałam obcego mężczyzny. Pokazał dowód osobisty, a tam było – Wincenty Orliński, matka
z domu Rozkowińska. I zaczęło się wielkie przypominanie, opowiadanie i ogólne rozmowy do rana. Mamusia leżąca bezwładnie w łóżku była bardzo zdenerwowana. Bała się, że ją zostawię. Niepotrzebnie.
To była niedziela. Witek musiał wracać do domu. Nie mogłam z nim jechać, bo trudno tak od razu wszystko zostawić. Obiecał przyjechać po mnie w czwartek. Ale już we wtorek zjawili się brat Franek i siostra Helenka. Nie poznałam ich, oni mnie tak, miałam już siedemnaście lat. Domyśliłam się tylko, bo Helenka już od drzwi płakała.
Jeszcze tego samego dnia pojechaliśmy do Zazdrości. Chociaż to była noc, w domu nikt nie spał. To nie było przywitanie, to był jeden wielki płacz. Ojcu łzy spływały po wąsach, mama drżącymi rękami (była częściowo sparaliżowana) przytulała mnie, a łzy jak groch sypały mi się na twarz, głowę, ręce. Dziecko moje – szeptała – we łzach, które wylałam mogłabyś się wykąpać.” Brat Stefan już czternastoletni chłopiec, wstydził się płakać, więc tylko pociągał mnie za warkocz. Pomimo tych wszy i wrzodów włosy miałam długie i gęste.
Po paru dniach wróciłam do Ługowin. Tu miałam dom, pracę, moją chorą mamusię. No i Józka, z którym 15 stycznia 1956 roku wzięłam ślub. Ojciec wyprawił nam skromne wesele. Odwiedzały nas siostry, bracia, my też do nich jeździliśmy. Najpierw motocyklem, później samochodem. Urodziło nam się trzech synów: Zbyszek, Janusz i Mirek. Mamy siedmioro wnucząt, dwanaścioro prawnucząt, ale czuję, że to jeszcze nie koniec.
Z roku na rok było nas coraz mniej. Kolejno umierali: rodzice, mamusia, bracia, siostry i jakby tego było mało, w lipcu tego roku zmarł mój Józek. Zostałam sama. Mam dużo
wolnego czasu, postanowiłam więc napisać w wielkim skrócie, dla moich dzieci kawałek
historii z mojego życia.
Po wojnie rodzice szukali mnie przez Czerwony Krzyż, ale odpowiedź była: nie natrafiono na ślad poszukiwanej osoby.
Janina Chojnacka
Gułtowy styczeń 2024r.