1990
20 stycznia.
W pegeerach przymierzają się do zwolnień z pracy. W pierwszym rzędzie grozi to emerytom i rencistom.
21 lutego.
Mamy prawdziwą wiosnę. Słoneczną, ciepłą, jak to prawdziwe wiosny bywają. Dyrektor przedstawił sytuację finansową kombinatu. Przygotował nas do przesunięć z warsztatów do pracy w gospodarstwie i do otrzymywania wypłat w ratach. Jeśli przejdzie ustawa emerytalna w wersji związkowej, na emeryturę odejdzie wielu pracowników. Odmówiłem kandydowania do nowego zarządu związku zawodowego. Niech działają młodzi. Coraz częściej myślę o emeryturze. T<> byłoby piękne. Mój Boże! Jak szybko biegnie czas. Jeszcze tak niedawno beztroski chodziłem po polach. Zaglądałem do ptasich gniazd, hodowałem gołębie, króliki. Tak niedawno to było. Już 19 lat mieszkam w Gułtowach. W Ługowinach mieszkałem 32 lata – najpiękniejsze. Tam poznałem urodę życia. Przeżyłem pierwszą miłość, urodziły się nasze dzieci. Tamta wioska, pola, las były dla mnie wszystkim, co zawiera się w słowie „świat”. Tam mogłem z przekonaniem powiedzieć, że świat jest piękny i syciłem się nim do granic ludzkich możliwości. W tamtym lesie znałem wszystkie dukty, ścieżki, ścieżyny. W każdym ostępie czułem się tak bezpieczny jak w domu. Dzisiaj powracam tam najczęściej myślami i przymierzam się do emerytury. Nie do wiary!
3 marca.
Dzisiaj byłem w Poznaniu na posiedzeniu zarządu oddziału STL. Chodziło głównie o udział członków naszego stowarzyszenia w wystawie, organizowanej przez tutejsze Muzeum Etnograficzne. Namawiam żonę, by wystawiła swe obrazki haftowane, obrusy, bieżniki, serwetki. Poza tym urządzamy w maju plener koło Sierakowa. Chętnie bym pojechał.
6 marca.
Dzisiaj mieliśmy szkolenie BHP. Teraz wiem już wiele. Na przykład to, że mogę dźwigać 50 kilogramów, że mogę, taczką przewozić 70 kilogramów po powierzchni twardej. Wiem też, że łańcuch trzeba ciągnąć za sobą, a nie — broń Boże — pchać. To piękne, że mamy te szkolenia. Bez nich byłbym ciemny jak tabaka w rogu.
9 marca.
Widziałem dzisiaj czajki nad polem. Przyleciały jak przed laty na Kazimierza. Pogoda niezbyt przychylna pracom polowym. Pada i wieje silny wiatr. W tym roku nie mamy samolotu i nawozy wysiewa się siewnikiem. Za godzinę pracy samolotu żądano półtora miliona. Wojska rosyjskie opuszczają Czechosłowację. A było tam 70 tysięcy żołnierzy. Kiedy opuszczali jakieś miasteczko zarzekali się, że powrócą i nie zostawią kamienia na kamieniu.
10 marca.
W ubiegłą sobotę w Poznaniu ujrzałem, że Jaruzelski ma wielu wrogów. Występują oni publicznie i ostro. Spotkałem plakaty z jego podobizną i napisem: „Chcemy prezydenta, nie agenta”. Na ciemnych okularach namalowano zaś gwiazdę pięcioramienną. A teraz powiem parę słów o moim pierwszym nauczycielu Michale Dolnym. Pracę w szkole rozpoczął natychmiast po powrocie z niemieckiej niewoli — zimą 1945 roku. Pracował heroicznie, dzisiaj czegoś takiego nie spotykam. Uczył sam cztery klasy, w tym dwie równocześnie. W szkolnej izbie ławy z prawej strony były dla klasy drugiej, z lewej dla pierwszej. Dolny jednej klasie zadawał coś do pisania, a do drugiej mówił. I tak dzień po dniu. Młodsze klasy szły do domu, przychodziły starsze. Jak on to wytrzymywał? Był przy tym niezwykle wybuchowy i kiedy zdenerwował się, bił kijem w łapę. Kije znosili chłopcy zabiegający o względy nauczyciela. Miał więc ich niezliczony zapas. Byłem uczniem pokornym, w miarę zdolnym i rzadko odbierałem cięgi. Po kilku latach nauczania w Węgierskiem przeniesiono Dolnego do innej szkoły. Otóż, w czasie remontu klasy portret Stalina wyniesiono na strych, a chłopcy dla żartu wyłupili mu oczy. Ktoś z remontujących doniósł o tym na UB i stało się… Zmarł w Środzie w późnym wieku.
11 marca.
Dzisiaj parlament litewski ogłosił niepodległość swojego kraju, czego Moskwa nie uznaje. Niepodległości domagają się też Gruzja i Ukraina. Rozkręciło się koło historii. Żyję w niezwykle ciekawych czasach i zdaję sobie sprawę z wielkości wydarzeń.
14 marca.
Cały dzień spędziłem w polu uczciwie pracując. Zbieraliśmy kamienie w oziminie. Rano były przymarzniete do ziemi, ale słońce wyjrzało, zginęła rosa i było nieźle. Od ciągłego pochylania boli mnie teraz głowa i wszystkie koci. Wiatr osmagał mi twarz i wyglądam jak Indianin.
Przywiozłem do domu fiołki. Stoją w wodzie. Pięknie pachną. Wiosna ma zapach fiołków, konwalii i bzu. Niebawem ruszam na „pola, bory i lasy”. Zobaczę, jak wygląda wiosna tam, gdziem ją dzieckiem będąc witał. Może skruszy się we mnie kamień tęsknoty do tamtych lat bezpowrotnie utraconych, a jakże pięknych.
O Boże! Jakże pięknych!
21 marca.
Już mamy wiosnę. Coraz śmielej poczyna sobie ta najpiękniejsza pora roku. Jeszcze niedaleko odeszła zima, jeszcze chłodem dmucha, jeszcze pobieli szronem, a już niecierpliwe morele okryły się kwieciem, tu i ówdzie żółci się kwiat dmuchawca i trawy pozieleniały. Na Litwie zaś wojsko wzięło „pod opiekę” elektrownię i fabryki. Jeszcze nie padają strzały, lecz sytuacja rozwija się niepomyślnie. Wielu Polaków, którzy byli tam ostatnio, mówi, że na granicy dzieją się rzeczy przekraczające ludzką wyobraźnię.
Za połowę ceny trzeba oddawać towary do tamtejszych sklepów, a jak im zabraknie pieniędzy, to nie płacą.
25 marca.
Dzisiaj o wiele zimniej niż wczoraj. Ani śladu słońca. Przed chwilą żona wróciła z kościoła przynosząc wiadomość, że ksiądz wprowadza kartki na spowiedź wielkanocną. Będziemy mieli sakramenty na kartki. Mój Boże, widzisz i nie grzmisz!
28 marca.
Czasy przedwojenne są daleko za nami, ale jeden z mieszkańców wioski mile je wspomina. Mówi, że przed wojną to było życie, wystarczyło pocałować hrabinę w rękę i dała złotówkę. A teraz kto da? Nie mówi tylko, że hrabia nie wypłacał pensji.
31 marca.
Polska zgłasza chęć mediacji pomiędzy rządami Litwy i ZSRR, ale do tej pory, mimo nacisków różnych partii i organizacji, Litwy oficjalnie nie uznała. W Wilnie natomiast spadochroniarze radzieccy zajmują coraz to nowe budynki. Jeszcze nie giną ludzie, ale Moskwa coraz bardziej niewoli naród litewski. W kwietniu będziemy obchodzić rocznicę zamordowania polskich oficerów w Katyniu i innych nieznanych miejscach. Z tej racji odbywa się u nas wiele uroczystości wspomnieniowych, a nawet mają miejsce demonstracje przed ambasadą rosyjską w Warszawie. Mój ulubiony „Tygodnik Kulturalny” przemienił się w „Wokandę”. Zapewne jak wiele pism upadł z powodów finansowych.
7 kwietnia.
Kończy mi się tydzień urlopu, podczas którego napracowałem się solidnie przy naprawianiu kombajnu. Wczoraj w lokalnym programie telewizji wyświetlono film o Marcinie Kasprzaku – socjaliście i rewolucjoniście. I tegoż Kasprzaka pomnik wczoraj w Poznaniu przewrócono i wywieziono w nieznane miejsce. W piątek sejm uchwalił, że odtąd świętem narodowym będzie 3 Maja, a nie jak dotąd 22 Lipca. Sejm uchwalił to pomimo apelu prezydenta, by tego nie czynić.
14 kwietnia.
Wielka Sobota, jutro Wielkanoc. Piękne, radosne święto, przybrane w zieleń i kwiaty. Przeminęły nocne przymrozki, które wyrządziły niemałe szkody w sadach. Prezydent Jaruzelski wizytę w ZSRR zakończy dzisiaj w Katyniu. Związek Radziecki oficjalnie przyznał się do wymordowania polskich oficerów w 1940 roku. Gdy przed laty ktoś to w Polsce powiedział, to był szykanowany przez nasze (czy jednak na pewno nasze?) władze. I po co to robiono, skoro i tak naród znał prawdę.
15 kwietnia.
Moje wczorajsze zapiski powstały rano, a o dziesiątej ruszyłem rowerem na „bory i lasy”. Było ciepło, słonecznie. Suchy wiatr południowy wysuszył mnie jak wiór. Kiedy przejeżdżałem duktem przez las, przebiegły przede mną jelenie. Zrobiłem może 30 kilometrów. Mamy teraz najpiękniejszą porę roku. Kwitną grusze, tarniny, czeremchy. Gdybyż można było zatrzymać w słowach ich odurzający zapach. Gdybyż można?
21 kwietnia.
Posiadują nasze zakładowe gremia związkowe i kierownicze. Dzielą premię motywacyjną, fundusz premiowy i premię eksportową. Wszystko pięknie podzielili, ale nie ma w banku pieniędzy. Litwa przeżywa trudne dni. Związek Radziecki wstrzymał dostawy ropy i gazu. Parlament litewski gotów jest zawiesić proklamowanie niepodległości. U nas zaś sąd zabronił rozpowszechniania książki Gierka Niedokończona dekada z powodu zaskarżenia jej przez Wojciecha Żukrowskiego. Gierek nadmienił, że tak naprawdę Barwy walki napisał Żukrowski, a nie Moczar.
Osobiście też nie wierzę, że Moczar mógłby napisać tę książkę. A wiosnę mamy chłodną i suchą. Mróz zwarzył wiele kwiatów. Plony owoców zapowiadają się wyraźnie niższe. Dopiero teraz kwitną jabłonie. Wczoraj padało, więcej gradu niż deszczu, ale zawsze to woda. Ożyły oziminy, warzywa.
29 kwietnia.
Nadal nie wypłacają nam premii kwartalnej. Należy się nam też indeksacja za I kwartał. Ekonomika naszego zakładu ma się źle. A Litwa nie ustępuje. Z powodu radzieckiej blokady gospodarczej brakuje tam węgla, papieru, lekarstw, zamyka się zakłady pracy, jest już kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych, wydziela się żywność i paliwa. Zbliża się 1 Maja — ani w radiu, ani w telewizji nie ma słowa o tym święcie. Polska powraca do czasów przedwojennych, do kapitalizmu. I ja powracam do ustroju, w którym się urodziłem. Będzie postępowała prywatyzacja, jak mówią — przez kilkadziesiąt lat. A więc chyba nie będzie mi dane oglądać kapitalizmu w polskim wydaniu. Zakwitły rzepaki. Żółcą się wielkie połacie pegeerowskich pól, a nad nimi unosi się gorzko-miodowy zapach. Zakwitły też jabłonie.
2 maja.
Wczoraj tradycyjnie odbyły się pochody. Każda organizacja tworzyła własny. Dochodziło do bójek. Poszły w ruch petardy i butelki. W Moskwie manifestowali mieszkańcy. Domagano się likwidacji KPZR i wolności dla Litwy.
Wygwizdani przywódcy na czele z Gorbaczowem ostentacyjnie opuścili trybunę. Rzecz nie do pomyślenia jeszcze przed niewielu laty.
3 maja.
Polska od morza do morza, co drugi dzień święto — mówią chłopaki. To prawda. Dużo wolnych dni, mała też będzie wypłata. Dyrektor za to zadbał, abyśmy przez te święta nie nabrali wstrętu do pracy i zarządził zbieranie kamieni na polach w wolną sobotę.
Kiedyś czytałem wiersz Steda i ani rusz nie mogę go zrozumieć. Przypomniały mi się pierwsze słowa tego wiersza: Wybuchają na mostach twoje oczy / i opadają łzy i poręcze / deszczem koliście do rzeki / O brzegi / dopełnienie poziome / i wy dzbany na połów. Cytuję z pamięci, może więc któreś słowo przekręciłem. Pragnę wejść, jak się wchodzi do domu, w wyobraźnię poety i zrozumieć, co chciał przez te słowa powiedzieć. Nie mogę. Rozumiem, że brzegi są dopełnieniem poziomym. Zgoda. Ale jak to się ma do całości? Nie wiem, dlaczego na moście wybuchają oczy? Albo te dzbany na połów. Nie wiem. Może jeszcze zacytuję: A kiedy wieczór się zbliża / pora na hymny i sprawiedliwe łupy / Zdumienie głupców / nie ma chrzestnych rodziców / Wtedy odpadają dna u dzbanów / na drugi połów.
Nadal nie pojmuję całości. Można zrozumieć poszczególne frazy, lecz nie rozumiem całości. Przed południem pojechałem „na bory i lasy”, bo najpiękniej jest zaszyć się w leśnym ostępie i wsłuchiwać się w życie lasu. Usiadłem na pniu, milczę i piszę. Gruchają gołębie, brzdąkają ptaki, pomiędzy skąpymi liśćmi prześwieca majowe słońce. Wilgotna ziemia paruje. Czegóż więcej potrzeba, by powiedzieć – „Jestem szczęśliwy”. Kłoszą się już żyta. Przywiozłem bukiet konwalii.
6 maja.
Wczoraj do Polski przyjechał Czesław Miłosz. Dla naszej telewizji powiedział, że jest obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego. Co miał na myśli? Czy nową unię polsko-litewską? Jeszcze za wcześnie! Jeszcze nocami przez Wilno maszerują rosyjscy żołnierze. Jadą rakiety. Na kogo te rakiety? Na bezbronnych Litwinów?
8 maja.
Dzisiaj dzień wypłaty. Przyniosłem do domu 506 tysięcy. Nadal nie wypłacają mi premii motywacyjnej ani wyrównania z funduszu premiowego. Brak pieniędzy. Należy nu się też indeksacja za pierwszy kwartał. Nic z tego. Mamy upalne dni, w słońcu ponad czterdzieści stopni. Przyleciały jaskółki I słowiki. Nie widzę wilg, nie słyszę kukułek. Jeszcze są w podróży, ale już niedługo wypełnią radością nasze lasy.
12 maju.
Wypłacono nam wyrównanie funduszu premiowego. Otrzymałem 850 tysięcy, których już w domu nie ma, gdyż milion sześćset daliśmy synowej na zakup zamrażarki. Wczoraj zrobiłem kilka kilometrów rowerem. Senne głogi w białych sukmanach, skąpane w słońcu, pilnują pól. Niektóre sypią białymi płatkami na młody maj jak dziewczynki podczas procesji. Dzisiaj mieliśmy zbierać kamienie na polach, ale nic z tego nie wyszło, bo się rozpadało. Złoto leci z nieba – jak mówią rolnicy. A już było źle, nie padało dwa tygodnie. Od paru dni słychać kukułki. Sądzę, że jest w nich wiele radości z powodu powrotu w rodzinne strony, dlatego robią tyle hałasu.
13 maja.
Wczesny poranek. Czytam opowiadania Żukrowskiego, wydane po raz pierwszy w 1946 roku. Traktują o wojnie i obozie koncentracyjnym. Dotąd przeczytałem Lotną, Przed furtą, Pozdrowienie anielskie i Kantatę. Tą krótką formą literacką zadziwia mnie Żukrowski. Był wówczas młodym pisarzem, a jak bogatym językiem przemawiał. Jakże szerokim gościńcem toczy się fabuła, zyskując tę szerokość poprzez odstępstwa od głównego nurtu i konsekwentne powroty. W ten sposób narracja staje się gęsta. Znam też późniejsze książki Żukrowskiego, lecz nie jestem nimi oczarowany. Wtedy był o niebo lepszy.
15 maja.
Święta Zofija kłosy rozwija – mówiono niegdyś. Teraz przysłowia ulegają zapomnieniu. A co do kłosów, to już od dwóch tygodni oglądają świat. Jest taki piękny ptak, który oficjalnie nazywa się wilga, ale w mojej młodości nikt inaczej nie mówił na niego jak zofija. Powiadano: Zofija gwiżdże, będzie padało. Ostatnio, gdy byłem w lesie, słyszałem wilgę, a potem padało.
25 maja.
Ktoś powiedział: Ojciec niczego sobie, matka też, a syn kolejarz. Ano kolejarz i pewno ten głodujący w Słupsku. Tam ukonstytuował się komitet strajkowy. Stoją pociągi w Gdańsku, Bydgoszczy, Toruniu, Szczecinie i innych miastach Pomorza. Mówi się, że to cios pogrobowców PZPR wymierzony młodej, demokratycznej władzy w przeddzień wyborów. Wałęsa nie pojechał do Słupska mimo zaproszenia, wielce zaangażował się natomiast w strajk Miodowicz. Przemawiał dzisiaj w radiu i opluł Wałęsę. A Mazowiecki powiedział, że na temat płac nie będzie rozmawiał ze strajkującymi i otrzymał brawa. Ma poparcie w narodzie. W przyszłym tygodniu wypłacą nam zaległą premię. Sprzedali konstrukcję warsztatu, zakupioną w ubiegłym roku. Mielibyśmy piękny warsztat, a tak go nie będzie. Otrzymałem list od Waldemara Jóźwika z Wąglan. Sprawił uczestnikom konkursu Szukamy talentów wsi ładną niespodziankę. Zebrał wszystkie nagrodzone wiersze i wydał w jednym opasłym tomie. Kosztowało go to 16 milionów. Pisze do mnie, że mogę ten tom kupić. Jest w nim siedem moich wierszy. Wczoraj pojechały pieniądze.
26 maja.
Od łąk niesie się zapach siana. Pomimo wolnej soboty zwożą je tak pegeerowcy, jak i chłopi. Przekwita kalina, za to dziki bez rozwinął kremowe baldachy i roznosi wokół swój zapach. Trudno mi przy tym zrozumieć, dlaczego tutejsi rolnicy niszczą przydrożne drzewa, spalając ucięte gałęzie pod pniami. Te niekiedy zapalają się wówczas, a już na pewno chorują. Spotkałem dzisiaj dziesięć takich wierzb. Może rolnicy czynią tak dlatego, że w zasięgu korzeni są niższe plony. Bezmyślnie jednak niszczą nasz krajobraz wielkopolski.
31 maja.
Myślałem o Tobie, Mamo, dzisiejszej nocy. Wszak to dzisiaj właśnie mija czternasta rocznica Twej śmierci. Jak ten czas leci, już czternaście lat, a ja dokładnie pamiętam tamten dzień. Twoja śmierć nas ogromnie zaskoczyła, do końca sprawiałaś wrażenie zdrowej. Serce nic wytrzymało we śnie. Sądzę, że miałaś lekką śmierć. Nie czekałaś na nią cierpiąc. Daj Boże i mnie taką. Deszcz nadal nie pada, przez kraj przewalają się przymrozki. A ja mam oto przed sobą książkę, którą wydał Waldemar Jóźwik. Jej tytuł brzmi Wąglany po żniwach w poezji. To długi tytuł i niezbyt udany. Jóźwik informuje mnie też, że zostałem członkiem honorowym Towarzystwa Przyjaciół Wąglan. Dzięki mu za to wyróżnienie.
7 czerwca.
Idąc łąką obok młodziutkiego boru chciwie wdychałem pachnące żywicą powietrze. Było parno. Nagle sprzed mych nóg wyfrunął rzadko spotykany motyl. Kołował chwilę przede mną, a potem poszybował nad młode sosenki. Nie wiem, dlaczego ten niewielki motyl błękitny przypomniał mi dzieciństwo. To było jak trwające parę sekund uderzenie. Może już kiedyś takiego motyla oglądałem i teraz przywrócił mi on na chwilę dawną beztroskę dziecięcą.
16 czerwca.
Dowiaduję się od naszego prezesa Oddziału Wielkopolskiego STL – Henryka Hagla, że w marcu zmarł nasz kolega Stefan Cebulski [ur. 1912], Jeszcze w pierwszych dniach marca rozmawiałem z nim na spotkaniu członków zarządu oddziału STL w Pałacu Kultury. Szkoda, że mnie nie powiadomiono o pogrzebie. Teraz jestem na tym terenie jedynym piszącym, angażującym się w życie stowarzyszenia.
24 czerwca.
Coraz niżej pochylają się żytnie kłosy i żniwny zapach unosi się nad łanami. Dzisiaj Jana. Przed wielu laty, kiedy jeszcze biegałem za kółkiem po wsi, nie było mowy, by kąpać się przed tym dniem. Najpierw święty Jan musiał poświęcić wodę. Nie mieliśmy większej wody w okolicy Ługowin. Ot, dwa stawki we wsi i jeden na łące – czysty i dość głęboki. Podczas okupacji i jeszcze po wojnie z tego stawu w dniach wielkich mrozów wybierano gruby lód, zwożono do parku i przykrywano plewami. Latem bryły tego lodu wkładano do basenu z wodą i chłodzono w ten sposób mleko, zapobiegając skwaszeniu.
30 czerwca.
Stoimy przed kolejną podwyżką cen. Energia zdrożeje osiemdziesiąt procent, gaz i centralne ogrzewanie sto, usługi pocztowe pięćdziesiąt, węgiel nie wiadomo ile. Obiecał rząd, że po kilku miesiącach odczujemy poprawę. Minęło pół roku reformy i mamy kolejne podwyżki. Czyli coś nie wychodzi.
1 lipca.
Kiedy tak spoglądam na moje przeszłe lata, wydaje mi się, że życie niczym mnie nie zaskoczyło – przeżyłem wiele, wiele doznałem upokorzeń, upadałem, ale z uporem Syzyfa dźwigałem się, by życie brać za rogi. Mój Boże, czy jeszcze trzymasz coś w zanadrzu i rzucisz we mnie tak od niechcenia jak sąsiad złym słowem? Ty dzielisz dobro i zło. Odrzuć to drugie na niebieski śmietnik.
6 lipca.
Zostanie u nas odsłonięta tablica poświęcona pamięci hrabiego Adolfa Rafała Bnińskiego, zamordowanego w 1942 roku przez Niemców. Był wojewodą poznańskim [1923-1928|, senatorem, a podczas okupacji niemieckiej delegatem rządu polskiego w Londynie na ziemie wcielone do III Rzeszy. Może zasłużył się jako działacz państwowy. Niestety, nic dobrego nic można o nim powiedzieć jako o gospodarzu swych włości gułtowskich. Robotnicy nie mieli za co kupić soli, bo nie wypłacał zarobków.
8 lipca.
Wybuchają na mostach twoje oczy — prześladuje mnie ten wiersz, ten niezrozumiały głos Stachury zza grobu. Piszę te słowa stojąc pośród leśnej gęstwiny. Z rzadka odezwie się jakiś ptak. Nie to co w maju. Już nie ma tej orkiestry. Połamała skrzypce, piszczałki, mandoliny, klarnety. Już stoi w kolejce po paszporty, już załatwia wizy, niedługo odleci na południe. Szczęśliwej drogi! Pełni wiary będziemy czekać na jej powrót. Jesiennieje w moich oczach świat. Przekwitają zioła, pobielały żyta.
20 lipca.
Do historii przejdzie ustawa o prywatyzacji, którą uchwalił sejm, chociaż – prawdę mówiąc – ani ja, ani nikt ze znajomych nie wie, jak ta prywatyzacja będzie przebiegała. Wczoraj też sejm podjął uchwałę o sprzedaży alkoholu przez całą dobę i tak powróciliśmy do europejskich zwyczajów. Ale czy to aż sejm musiał uchwałą prostować?
21 lipca.
Jesiennieje krajobraz. Wiosna mrozem warzyła kwiaty, a na gruszach ulęgałek dużo. Kwitnie kukurydza, rozpuściła włosy. Niestety, nie ma grzybów, chociaż dużo pada. Wczoraj ukończyłem czytanie książki Lesława Bartelskiego Ludzie zza rzeki. Mam ją od chwili wydania w 1951 roku, a nie mogłem dotąd przeczytać. Zwyczajnie, nudziła mnie. Ale teraz nabrała innej wartości. Jest to kawałek historii. Może trochę krzywej, lecz takie nasze życie było. Krzywa była też ówczesna literatura. Tworzono walkę klas i ktoś na grzbietach skłóconych ludzi piął się do góry. Jakie to było idiotyczne. Ile łez jeden półgłówek uzbrojony w ideologię marksizmu-leninizmu mógł wytoczyć z ludzi, ile nieszczęść mógł spowodować. Boże, jak sobie przypomnę tzw. działaczy, za których syn albo sąsiad pisał życiorys, to głowa puchnie.
Rozsypuje się Związek Radziecki. Z drugiej strony Niemcy rosną w siłę. Niedługo staną się największym mocarstwem Europy. A jak wtedy potoczą się losy Polski? Na razie jest wszystko pięknie, bo jeszcze radzieckie wojska stoją w NRD. Jeszcze nie ma formalnego zjednoczenia. Jeszcze władze zachodnioniemieckie sypią markami Związkowi Radzieckiemu. Pomoc gospodarczą obiecują Polsce. Czas zjednoczenia to czas bardzo delikatny. Kohl to rozumie i wszystko jest cacy, ale po zjednoczeniu Niemcy mogą Europie dyktować warunki. Może to być okres niekorzystny dla Polski, ponieważ nie wygasają w Niemczech roszczenia terytorialne.
12 sierpnia.
Niedziela. Nie wiem, czy dzisiaj nie poderwą nas do żniw. Wczoraj nie padało i zboże obeschło. Irak zajął Kuwejt i nie chce go opuścić, więc Amerykanie lądują w Arabii Saudyjskiej, a okręty wielu krajów świata blokują porty irackie. Mówią że Irak ma czwartą armię świata, milion żołnierzy, ponad pięć tysięcy czołgów, samoloty, rakiety. Zbroił go Związek Radziecki, Chiny, Francja, chyba również Polska posyłała tam swoje czołgi. Irak ma u nas dług, innym krajom jest winny 60 miliardów dolarów; samemu Kuwejtowi piętnaście. Podbijając go anulował swój dług. Dobry sposób, „godny” naśladowania. Ja w piątek ukopałem worek ziemniaków.
14 sierpnia.
Jutro jedziemy z żoną do mego brata na przyjęcie z okazji 25-lecia ślubu. Pamiętam dobrze ich wesele. Byłem świadkiem na ślubie. Jaki ja wtedy byłem młody.
15 sierpnia.
Przez te żniwa jestem kompletnie rozbity fizycznie i psychicznie. Nie stać mnie na głębszą myśl, refleksję, skojarzenie. Nie stać mnie i długo jeszcze nic powrócę do normalnego życia. Jestem wybity z rytmu, który najbardziej mi odpowiada, łączy przyjemne z pożytecznym. Ma w sobie trochę lenistwa, trochę odpoczynku i pracy, filozofii i poezji. Myślę, że na swój sposób stwarzam sobie życie bogate.
22 sierpnia.
Otrzymałem przekaz pieniężny na sumę 45. tysięcy złotych tyle bowiem wynosi III nagroda w konkursie Pocka. Sądziłem, że moje wiersze nic nie zdobyły, nie przysłano mi żadnego zawiadomienia ani dyplomu. Już pogodziłem się z porażką. A tu masz, mam po raz drugi III nagrodę. Wczoraj podano, że Jaruzelski anulował decyzję o przyznaniu Breżniewowi krzyża Virtuti Militari. I słusznie. Przecież on dla Polski niczego nic wywalczył. Wręcz przeciwnie, trzymał nas za mordę. Był naszym głównym wrogiem.
25 sierpnia.
Dzisiaj u nas dożynki albo – jak się mówi -festyn. Złoży się nań mecz piłkarski, jakiś pan przez pół godziny będzie bawił ludzi wesołymi opowieściami, a wieczorem rozpocznie się zabawa. Koszt tego pokrywa PGR. Dyrektor GOK proponował mi wystąpienie ze swoją poezją. Odmówiłem. To nie jest miejsce dla poezji. Wolę jakieś spotkanie, gdzie przyjdą ludzie właśnie dla poezji, a nie popić czy się zabawić. Przypominają mi się dawne dożynki w Ługowinach, zwane pospolicie wieńcem. Ile było radości w tej imprezie, przygotowań, zabiegów o ubiory. Dziewczyny ubierały się w stroje krakowskie. Wyglądały pięknie. Dokładnie pamiętam, jak w parku za pałacem stawały przed miejscową władzą (kierownik, księgowy, włodarz, magazynier) i śpiewały: Otwierajcie nam szeroko wrota / Bo ukończona w polu robota. / Prędkośmy się uwijali, / Podwieczorku nie jadali / Aż nie skończyli, / Aż nie skończyli. Zapamiętałem też przyśpiewkę na włodarza: Przez podwórze lecą sarny, / Nasz włodarz jest gospodarny. / Gospodarny, dobrze rządzi /I kierownik z nim nie zbłądzi. / nie zbłądzi, bo dobrze rządzi. W niektórych zwrotkach ośmieszano adresatów, a na koniec wręczano wieńce, za co zwykle dziękował kierownik. Każda z dziewczyn otrzymywała nagrodę pieniężną. Po części oficjalnej rozpoczynała się zabawa trwająca do świtu. Tak było po wojnie. A teraz? W ubiegłym roku w Ługowinach urządzono dożynki, lecz ludzie sami musieli składać się na orkiestrę. Nie było też części artystycznej, czyli wieńców i przyśpiewek. Od kiedy gospodarstwa rolne utraciły samodzielność, dzieje się w nich źle. Zabito w ludziach lokalny patriotyzm.
29 sierpnia.
Wypożyczyłem z biblioteki książkę Zbigniewa Nienackiego Ja, Dago – z cyklu Dagome Index. To dobry pisarz. Lubuje się w sprośnościach tak jak nikt inny, ale i tacy są potrzebni. Tą powieścią historyczną prowokuje mnie jednak do wypowiedzi. Oczywiście głębszej analizie nie podołam, ale swoje przysłowiowe trzy grosze rzucę. Otóż, bohaterowie sprawiają wrażenie ludzi współczesnych, o czym świadczą ich horyzonty myślowe, umiejętność analizowania sytuacji i wypowiadane dialogi. Wydaje się, że nieobca im też jest wiedza filozoficzna. Aż trudno uwierzyć, by osiłek wychowany przez puszczę prowadził takie rozmowy. W sumie, moim zdaniem, autor nie stanął na wysokości zadania.
2 września.
Dzisiaj imieniny Stefana. Także mojego brata. Po południu jedziemy z żoną do Ługowin. W nocy odrobinę padało i teraz rano rzadkie mgły przesłaniają dal. Teraz, u progu jesieni, takie poranki będą czymś normalnym. Lubię tę jesienną porę: długie wieczory, poranne mgły, zimne rosy, zapach ziemniaków, kopru. Lubię jesienną ciszę, tę polną i leśną, czerwono wschodzące żyta, niskie chmury. Jakże przytulne jest wtedy ciepłe mieszkanie. Z jaką rozkoszą siadam nad książką czy kartką papieru, która aż prosi, by coś pięknego napisać. Od dawna noszę w sobie zamysł napisania kawałka prozy, ale nic mogę sobie poradzić. Nie potrafię stworzyć dramaturgii utworu. Można i to opanować, lecz zbyt wiele życia zmarnowałem i niewiele już zostało mi czasu na doskonalenie umiejętności. Pisząc o zmarnowanym życiu mam na myśli bezczynność literacką. Pomimo słów zniechęcających, których nie szczędził mi Leonard Turkowski [nauczyciel autora w Pławcach], a ostatnio również Donat Niewiadomski, myśl o krótkiej formie prozatorskiej wciąż mnie prześladuje. Jest silniejsza ode mnie. Nic na to nie poradzę. Czuję w sobie taką potrzebę i częściowo rekompensuję to sobie pisząc dziennik.
18 września.
Związek zawodowy „Solidarność” zorganizował zebranie, na którym omawiano propozycje zmian oszczędnościowych w świadczeniach na rzecz robotników. Najłatwiej jest ująć ludziom, do tego nie trzeba mieć tęgiej głowy. Ta jest potrzebna do szukania pieniędzy poza kieszenią robotnika. Zajęto się premią motywacyjną, odpłatnością za mieszkania, zwrotem kosztów dowozu gazu, dotacją do stołówek, nagrodami jubileuszowymi. Kiedy słuchałem ugodowego wystąpienia przewodniczącego „Solidarności”, szlag mnie trafił i zabrałem głos. Teraz żałuję, że tam poszedłem. A kiedy wychodziłem z domu, żona ostrzegała, bym się nie odzywał. Łatwo jej mówić. Milczenie jest ponad moje siły.
28 września.
Rozpoczęło się u nas wielkie oszczędzanie. Zawiesza się wypłacanie premii eksportowej, dodatki funkcyjne i świadczenia dla kobiet na urlopach wychowawczych, wprowadza pełną odpłatność za obiady. Ogranicza dodatki za staż pracy. Szkoda, że nie byłem na mszy polowej koło kapliczki-świątka, ponieważ recytowano mój wiersz, napisany na tę uroczystość. Ukazała się książka wydana przez PGR, w której zamieszczono urywek mego dziennika z konkursu Jeden miesiąc mojego życia.
6 października.
Wczoraj odbyło się posiedzenie rady pracowniczej. Podobno od nowego roku, kto ma przepracowane 40 lat, może iść na emeryturę. Skorzystam z tej możliwości. Moja emerytura ma wynosić milion sto tysięcy złotych.
23 października.
Byłem wczoraj w GOK-u na wieczorze poświęconym Ignacemu Prądzyńskiemu, który urodził się w położonych w naszej gminie Sannikach [1792], Przyjechała jego krewna oraz dyrektor Kanału Augustowskiego, który generał planował i częściowo budował. Ta wspaniała budowla funkcjonuje do dziś.
17 listopada.
Rolnicy zablokowali cukrownię w Środzie. Płaci ona najmniej za buraki. Blokowali dwa dni i dwie noce. Uzyskali za każdą sprzedaną tonę buraków dwa kilogramy cukru. My pegeerowcy i tak nic z tego nie będziemy mieli, chociaż traktory naszego kombinatu brały udział w blokadzie. Jeszcze nie wiem, któremu kandydatowi na prezydenta dam kreskę. Wiem, że nie będę głosować na Tymińskiego, Moczulskiego, Bartoszcze, Cimoszewicza. Pozostają Wałęsa i Mazowiecki. Wałęsa to choleryk, może zrobić wiele złego. Mazowiecki to marazm. Do niedzieli się zdecyduję.
22 listopada.
Trwa potyczka między Tymińskim a Mazowieckim. Tymiński oskarżył Mazowieckiego o zdradę interesów narodowych, wyprzedaż za bezcen zakładów pracy. Zdenerwował się Mazowiecki i zamierza wytoczyć Tymińskiemu proces.
25 listopada.
Dałem kreskę Wałęsie. Niech rządzi, niech pokaże inteligencji, że nie zawsze liczą się szkoły, że bez szkół też ludzie są mądrzy, jeśli mądrości w życiu szukają. Na posiedzeniu naszego oddziału STL w Poznaniu zaproponowałem, aby w Rożnowie, gdzie mieszkał i został pochowany Stefan Cebulski, urządzić wieczór pamięci. Ale w tej chwili wszystko rozbija się o brak pieniędzy. Na poznańskich murach jest dużo plakatów, nawołujących do głosowania na Mazowieckiego i dużo z nich jest zniszczonych. Plakatów Wałęsy jest zdecydowanie mniej, lecz są w lepszym stanie. Spotkałem też napis: Wałęsa zdaj maturę! Dziwnie wielką wagę przykłada się w Polsce do wykształcenia. Śmieszy to cudzoziemców.
27 listopada.
Do drugiej rundy przechodzą Wałęsa i mieszkający w Kanadzie Tymiński, o którym mówiono, że wskutek choroby umysłowej nie został powołany do wojska. Mazowiecki wkurzył się i zgłosił dymisję swego gabinetu. Jeszcze nie wybrano prezydenta, a on już wyprzedza zdarzenia. Sądziłem, że dorówna czasom, w których wypadło mu być premierem. Myliłem się. Z kolei Tymiński to człowiek małej miary. Dostrzegam jego nieporadność i tuzinkowy umysł. Gdzie ludzie mają rozum? Wczoraj na Śląsku noszono go na ramionach.
28 listopada.
Pozostało mi jeszcze jedenaście dni pracy. Potem urlop, a po urlopie emerytura. Chyba nic się nie zmieni w tej materii. Oby!
11 grudnia.
Już mamy nowego prezydenta. Na razie elekta. Został nim Wałęsa. Pojechał na Jasną Górę, podziękować Maryi Pannie za szczęśliwe wybory. Przed świętym obrazem przysięgał służyć narodowi, wszystkich równo traktować, strzec suwerenności Polski. Tak dopomóż Bóg — zakończył. To piękne, działa na ludzi jak narkotyk.
19 grudnia.
Zbliża się koniec roku, a po drodze Wigilia i Boże Narodzenie. Spędzimy je w domu z synami, synowymi, wnukami. To ma swój urok. Odkąd Zbyszek powędrował do Wrześni, czuję się samotny, zagubiony w swej samotności. Nieraz chciałbym pójść do Zbyszka jak dawniej, ale nie mogę, bo do Wrześni daleko. Od paru dni siedzę w domu, wykorzystuję przedemerytalny urlop. Trzeba przystosować się do nowej sytuacji, bez reszty oddać się swoim zainteresowaniom.
Pochmurno dzisiaj. Dwa stopnie mrozu. Trochę poprószyło śniegiem. Koło Gospodyń Wiejskich urządza pokaz dań wigilijnych i wieczór wigilijny. Myślę, że to ostatnia wieczerza, którą organizuje żona. Po prostu rezygnuje z funkcji przewodniczącej.
22 grudnia.
Dzisiaj rano minęło mi 55 lat. Dzień był bogaty w wydarzenia. Zaprzysiężony został Lech Wałęsa, w którego intencji prymas Józef Glemp celebrował mszę świętą. W uroczystości nie uczestniczył ustępujący prezydent, więc insygnia otrzymał Wałęsa od ostatniego prezydenta RP na emigracji – Ryszarda Kaczorowskiego. Do końca roku miał się ukazać tom poezji, przygotowany przez Klub Literacki przy Pałacu Kultury w Poznaniu. Miał, ale go nie widać. Nie wiem nawet, które moje wiersze w nim zamieszczono.
26 grudnia.
Drugi dzień Gwiazdki przebiega spokojnie. Wczoraj byli synowie z rodzinami. Zjedliśmy wspólnie obiad. Pewnie dzisiaj zaświeci słońce. We wsi nic nowego się dzieje. W październiku napisałem opowiadanie Mleczarek, które zamierzam posłać na konkurs.
28 grudnia.
Siedzę w domu drugi tydzień i nie wiem, co ze sobą zrobić. Bezczynność wykończy mnie. Dużo czytam, piszę, pomagam żonie. I tym kończę ten rok. Do zobaczenia w nowym!