Jeszcze obecny

1986

23 marca.
Dzisiaj Niedziela Palmowa. Żona z palmą poszła do kościoła. Tradycji stało się zadość. W celu zdobycia gałązek do palmy zrobiłem wczoraj kilka kilometrów. Od samego rana mozolę się nad wierszem, który nie ma jeszcze tytułu. Chcę napisać o spacerze w kwietniowy wieczór. Prawie nie mam wierszy o wiośnie.

30 marca.
Niedziela wielkanocna. Rano byliśmy w kościele. Lubię religijny nastrój, który towarzyszy wielkim świętom kościelnym. Kiedy organista zaśpiewał Wesoły nam dzień dziś nastał, radość mnie ogarnęła, uczucie tak rzadko we mnie goszczące. Ujrzałem zaraz siebie wychodzącego z kościoła w Czerlejnie – falowały oziminy, rozbudzony pieśniami i wiosną, zamiast iść drogą do domu, poszedłem w pola. Cieszyłem się rodzącym życiem i tym wszystkim, co mnie otaczało. O, Boże! Jak dawno to było. Czterdzieści lat, a obraz tych pól wiosennych noszę do dziś. Teraz jest równie pięknie, słonecznie. Fiołki przy kościele i w parku już się obudziły i wychyliły listeczki. Jeszcze kilka ciepłych dni i zakwitną.

25 kwietnia.
Nareszcie wiosna, 25 stopni w cieniu. Wczoraj byłem w GOK-u w Kostrzynie. Przybyło ponad 30. pisarzy. Teraz już wiem, jak wyglądają ci, co wzbogacają moje życie. Poznałem Helenę Gordziej, Łucję Danielewską, Nikosa Chadzinikolau, Mariana Orłonia, Gerarda Górnickiego, Feliksa Fomalczyka i innych. Zamieniłem też parę słów z poznanym przed rokiem Jerzym Grupińskim. Przed takim audytorium wypadło mi wystąpić ze swoimi wierszami. W całej okazałości dostrzegłem wtedy ich niedoskonałość i swoją nieporadność poetycką.

29 kwietnia.
Wczoraj później niż zwykle wybierałem się spać. Robiłem to niechętnie, gdyż dzień był nad wyraz piękny i takiż też zapadał wieczór. Powiedziałem, że przeszedłbym się teraz chętnie po parku, na co żona od razu się zgodziła. Ucieszyłem się. Wieczór był cichy, pełen wiosennego, łagodnego chłodu. Szliśmy alejką. Lampy nic świeciły, lecz mimo to w ubogim mroku wyraźnie rysowały się kształty domu socjalnego, a później pałacu. Pałac minęliśmy prawą stroną idąc w kierunku stawów i kortu. Rozmawialiśmy o tym i o owym. Rozmowa była lekka i zgodna. Spacery sprzyjają takiej rozmowie. Po pewnym czasie umilkliśmy, wsłuchując się w kwilenie jakiegoś ptaka. Pamięcią wróciłem do lat wczesnej młodości. Wyobraziłem sobie tamten wczesny wieczór. Podwórze w Ługowinach. Pod oborą na słomie drzemie stróż. Nietoperze uwijają się w powietrzu. Niekiedy westchnie krowa, parsknie koń. Z szosy dobiega śmiech dzieci, uwijających się za chrabąszczami, a ze stawów za kuźnią rozlega się śpiew żab. Nic rechotanie, nic kumkanie, tylko piękny śpiew. I nagle, jawa czy sen. Słyszę ten sam śpiew żab. Podrywam się, lecz czuję szarpnięcie za rękaw i głos żony:
-Dokąd chcesz biec?
-Słyszysz? Żaby śpiewają!
-E, taki śpiew.

1 maja.
Ważniejszym wydarzeniem niż Święto Pracy jest awaria w elektrowni atomowej w ZSRR. To setki kilometrów, lecz dzięki „pomyślnym wiatrom” radioaktywność dotarła i do nas. Służba zdrowia ma urwanie głowy. Dzieciom do lat 16. podaje się doustnie preparat jodowy. Telewizja zapewnia, że promieniowania prawie nie ma, ale skoro jest tak dobrze, to dlaczego mleka od naszych krów nie wolno spożywać.

31 maja.
Przed chwilą wróciłem z Poznania. Byłem na zjeździć założycielskim Oddziału Wielkopolskiego STL. Mało nas przybyło, na ogólną liczbę bodajże pięćdziesięciu, tylko piętnastu. Ale zarząd wybraliśmy. Prezesem został Stefan Cebulski z Rożnowa k. Obornik – kolega po piórze. Ja zostałem sekretarzem.

11 sierpnia.
Dzisiaj zmarł Czesław Wojciechowski-wielki romantyk, człowiek o złotym sercu. Kiedyś był kierownikiem w Ługowinach, a ja jego pracownikiem. Siedział przed domem na ławeczce, rozmawiał z sąsiadem i nagle paraliż objął ciało. Zaniesiono go do domu, gdzie po godzinie skonał.

18 października.
To było wczoraj. Byłem w siedzibie Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich. Związek zaprosił 38. pisarzy na zebranie założycielskie Klubu Literackiego. Byłem najstarszym uczestnikiem i czułem się obco. Poznałem Ryszarda Daneckiego – wiceprezesa ZLP. Spotkałem też Helenę Gordziej i Marka Obarskiego. Już teraz wiem, że nie pojadę na kolejne spotkanie. Nie jest to towarzystwo dla mnie. Jak się określili, są młodzi i gniewni. Ja mogę być tylko gniewny. A teraz o czym innym – kolega Stefan Cebulski w wieku 74. lat doczekał się własnej książki – Kamienie i kwiaty, wydanej przez STL w Lublinie. Przysłał mi niedawno egzemplarz. Kiedy ja będę miał swój tomik?

13 grudnia.
W moich tegorocznych zapiskach pominąłem ważny szczegół. Oto, w konkursie Szukamy Talentów Wsi, ogłoszonym przez Waldemara Jóźwika z Wąglan, wiersze moje zdobyły wyróżnienie. Z tej okazji pojechaliśmy z żoną do Opoczna i Wąglan. Tam mówiłem ze sceny swoje wiersze i poznałem wspaniałych ludzi.