Opowieści rodzinne
Swiniobicie
Za wyjątkiem dziedzicowych we wsi psów nie było. Na początku wojny wybito je podobno na skutek wścieklizny. Nie pamiętam, żeby psy chorowały. Jeśli tak by było, to i dziedzicowe by zastrzelono.
Mieliśmy sukę o imieniu Stopa. Do dziś pamiętam jej uśmiercanie. Ktoś uwiązał ją do słupa i podał chleb z marmoladą. Nie zdążyła połknąć. Zagrzmiał strzał, upadła, a okruchy chleba wypadły z jej otwartego pyska. Obraz ten zachowałem w sobie na zawsze, choć od tamtych wydarzeń minęło już ponad sześćdziesiąt lat.
Dlaczego o psach piszę? Otóż, gdyby psy trzymano, policjanci nie mogliby bezkarnie po wsi chodzić, pod oknami podsłuchiwać, bo psy narobiłyby hałasu i niejednego mieszkańca ostrzegły. Może właśnie dlatego je wybito, żeby nie przeszkadzały policjantom?
Mieszkaliśmy w budynku sześciorodzinnym – w pierwszym mieszkaniu od podwórza. Naprzeciwko nas bruk łączył szosę z gospodarstwem, za brukiem był park, a w parku pałac. Park był niedostępny, ogrodzony wysoką siatką, tajemniczy, oprócz wysokich drzew, takich jak dęby, klony, brzozy, lipy, świerki zwykłe i srebrne, rosły w nim niezliczone białe i czerwone bzy. Gdy zakwitły w maju, budziły zachwyt swym pięknem i zapachem niezwyczajnym. Przez dwa a może trzy tygodnie upajaliśmy się do przesytu szczodrobliwością natury. Pięknem tym dziedzic, chciał czy nie chciał, musiał z nami się dzielić.
Ojciec mój pracując wiele lat w Niemczech nauczył się nie tylko języka i zawodu, ale poznał też mentalność Niemców. Nie bał się więc schować na strychu rower, kiedy pojawiło się zarządzenie, by Polacy oddali rowery. Nie bał się także zabić prosiaka, pomimo że okupant tego zabronił. Do chlewu nikt nie zaglądał, a zezwolenie na zabicie świni wydawały władze niemieckie tylko raz w roku, co nazywało się, pisząc fonetycznie, „szlachtszfain”. Wyżywienie rodziny wielodzietnej, takiej jak nasza – dziewięcioosobowej, stanowiło nie lada problem. Matka troszcząc się, by mieć co podać na stół, ciągle trzymała w chlewie dwa świniaki. Tucznika, ze względu na smalec używany powszechnie do smarowania chleba, zabijało się, kiedy miał powyżej roku.
Zbliżał się koniec kwietnia 1943 roku. W chlewie znajdowała się Świnia odpowiednia do zabicia. Matka ponaglała, ponieważ robiło się coraz cieplej, co nie wpływało korzystnie na przechowywanie mięsa.
Pewnej kwietniowej nocy, jak tylko wieś ucichła i ciemność szczelnie otuliła domy, poszedł ojciec do chlewa z Bolechem – moim bratem dwudziestoletnim, niezwykle zaradnym, sprawnym i pełnym pomysłów oraz z drugim bratem -piętnastoletnim Marianem. Poszli uzbrojeni w latarkę, nóż, siekierkę i naczynie do zbierania krwi, podczas świniobicia nic wszak nie mogło się zmarnować. Z krwi matka gotowała wspaniałą, niezwykle smakowitą czerninę. Zresztą, w czasie okupacyjnej biedy każde danie smakowało, nawet czarna polewka. Siostra Zosia stanęła pod topolą, by mieć oko na szosę, a Władzia czatowała przy studni, obserwując wioskę i bramę podwórza. Wszystko zatem przed pójściem do chlewa omówiono i dopięto na ostatni guzik.
Marian przyniósł jeszcze do chlewa pusty worek. Kiedy zamknięto za sobą drzwi, ojciec zapalił latarkę, by przyświecić Bolechowi zachodzącemu świnię od tyłu. Wiedział, że uderzenie musi być silne, a cięcie nożem natychmiastowe, żeby świniak nie narobił hałasu. Problem stanowił jednak niski chlew, utrudniający wysokie podniesienie siekiery.
Kiedy już tucznik oswoił się z obecnością przybyłych i przestał groźnie chrząkać, siekiera spadła na jego łeb z niesamowitą szybkością. Padł wydając krótki kwik. Jeszcze kilka uderzeń, a potem błysnął w świetle nóż i z tętnicy szyjnej trysnęła do miednicy struga krwi. Ojciec i bracia poczekali aż się wykrwawi i uspokoi, co trwało kilka chwil, po czym pod klatkę piersiową podłożyli worek. Z jednej strony chwycił ojciec, z drugiej Bolech, Marian złapał za ogon.
Do domu szli po ciemku. Nie było daleko. Nie spodziewali się spotkania z kimkolwiek, wierząc w bystrość Zosi i Władzi. Świnię zaniesiono do kuchni. Siostry poszły spać, a Bolech pomagał ojcu ćwiartować tucznika. Szło im sprawnie, chociaż nie uniknięto głośniejszych uderzeń w trakcie przecinania kości. Matka parę dni wcześniej wymyła i namoczyła beczkę. Przygotowała też odpowiednią ilość soli.
Późno już było, sporo po dwunastej. Ręce opadały ze zmęczenia, piekły oczy domagające się snu. Nagle ktoś zapukał do drzwi. Stukanie było głośne, natarczywe. Domowników poraził lęk. Ojciec otworzył. W drzwiach stało dwóch policjantów.
-Co robisz o tej godzinie? – zaciekawił się pierwszy. Odsunął ojca i udał się do kuchni. Drugi wszedł za nim. Obejrzeli izbę, gdzie spaliśmy, zaświecili do łóżek.
-Masz pozwolenie na zabicie świni? – zapytał starszy po niemiecku.
-Nie mam – odpowiedział ojciec w ich języku.
-Więc co to ma znaczyć? – zauważył policjant, wskazując głową na leżące mięso.
-Musiałem zabić. Chorowała. Bałem się, że zdechnie. A szkoda. Taka duża – mówił ojciec krótkimi zdaniami. Następnie zaś dodał:
-Zabierzcie panowie mięso, my jakoś przeżyjemy, ale nie zgłaszajcie do sądu.
Starszy policjant spojrzał na młodszego.
-Co o tym sądzisz Helmut?
-Jesteśmy na służbie!
-No tak, na służbie. Jutro świnię dostarczysz do lekarza weterynarii, do Kostrzyna. Jeśli okaże się, że była chora, darujemy ci, ale jeśli zabiłeś zdrową, będziesz odpowiadał przed sądem.
Otworzył raportówkę, wyjął z niej notes, spisał dane ojca z aussweisu, po czym jeszcze zapytał:
-Kto od was chodził po wsi z latarnią? Jest godzina policyjna! Czy wy tego nie rozumiecie?
-Nikt od nas nie chodził.
-Wszedł do tego mieszkania od drugiej strony-indagował policjant.
-Z drugiej strony to nie nasze mieszkanie. Tam mieszka ktoś inny.
Wtedy policjant popatrzył na młodszego kolegę, lecz ten nic nie powiedział. Wyszli bez słowa, a w domu zapanowała grobowa cisza. Na mięso patrzono jak na zakażone. Nagle stało się nieszczęściem dla rodziny, choć miało przynieść sytość. Ojciec uświadomił zaś sobie powód niespodziewanej wizyty policjantów. Sąsiadka zza ściany chodziła z latarnią.. Policjanci jadąc szosą zobaczyli, gdzie weszła. Zapukali do drzwi, ale od dzieciństwa głucha niczego nie usłyszała. Obeszli zatem dom, weszli z drugiej strony, ale nie ona tu mieszkała – tylko my.
Rano mleczarek zabrał mięso do Kostrzyna. Weterynarz uznał je za zdrowe. Już do nas nie wróciło. A sprawę skierowano do sądu w Poznaniu. Rozprawa odbyła się pod koniec maja. W czerwcu ojciec trafił do więzienia.
Pewnego dnia przyszedł do matki dziedzic i zapytał.
-Czemu twój mąż nie podpisze volkslisty? Karę by mu darowano. Mówicie przecież dobrze po niemiecku.
Matka pojechała więc do Poznania, by tam rozmówić się z ojcem, ale nic z tego nie wyszło.
-Nigdy-usłyszała. -Wybij to sobie z głowy. Wkrótce wojna się skończy. Niemcy przegrywają. Cofają się. Niczego nie rozumiesz, w więzieniu mówią, że Rosjanie są już niedaleko. Jak ja bym z tym żył i co stałoby się z wami? Po wojnie pojedziemy na Ziemie Zachodnie i weźmiemy poniemieckie gospodarstwo, będziemy na swoim. A volkslisty nie podpiszę. Nigdy!
Matka wróciła z niczym. Niebawem przyszedł dziedzic.
-I co, byłaś u niego? – zapytał.
-Nie byłam, nie miałam czasu jechać – odparła wtedy wymijająco.
-Jedź, karę darują, pośpiesz się.
Idź do diabła! – pomyślała matka, w której ojciec zaszczepił już nadzieję. Podzielił się wiadomościami, które normalnie na wieś nic docierały. Niektórzy współwięźniowie przed uwięzieniem słuchali natomiast radia, znali sytuację na frontach i otworzyli ojcu oczy. Ukazali losy wojny, przyszłość Polski i Niemiec. Upór ojca wynikał przy tym nie tylko z uczuć patriotycznych, ale również z troski o rodzinę. Poza tym ojciec potrafił oddzielić dobro od zła. Pomimo uciążliwości życia więziennego wybrał to, co dopiero dobrem miało się stać, zamiast tego, co w tym czasie niektórym dobrem się wydawało.
Wiosną 1944 roku matka postarała się już o pozwolenie na zabicie świni. Szynki owędzono i powieszono na gwoździach w kuchni, a mięso obficie posolono i włożono do beczki, zabezpieczając je w ten sposób przed zepsuciem.
Dnie stawały się coraz dłuższe. Za parę miesięcy ojciec miał wrócić z więzienia. Ale zanim wrócił, zawitali do nas dwaj młodzi współwięźniowie ojca, którzy przedstawili się jako znajomi z celi. Matka przyjęła ich, czym tylko mogła. Na boczku nasmażyła jajecznicy, którą w mig pochłonęli, po czym zaczęli opowiadać o swych więziennych przeżyciach, a także o ojcu. Wszystko wyglądało wiarygodnie, tym bardziej, że istotnie kilka miesięcy z ojcem przebywali. Siedziałem naprzeciwko nich, przy wejściu do izby. Przede mną wisiała szynka przesłonięta płótnem, zza której mogłem jednak dość dokładnie oglądać przybyłych i podziwiać ich łakomstwo. W pewnej chwili matka wyszła na dwór, a oni korzystając z jej nieobecności zaczęli porozumiewać się gestami i ruchami głowy. Domyślałem się, że coś przede mną kryją. Jeden wstał, podszedł do okna i zaczął przy nim manipulować. Nic z tego wszakże nie rozumiałem, ani tej niemej rozmowy, ani czynności przy oknie, a po ich odejściu zapomniałem o wszystkim.
W nocy otwartym uprzednio oknem weszli do kuchni, ukradli szynki i mięso. Nam zaś w ogóle nie przyszło do głowy, że ktoś może nas okraść. Chociaż usłyszeliśmy w nocy jakieś stuknięcie, nikt nie wstał i nie sprawdził jego przyczyny. Może i dlatego, że przy tylu domownikach zawsze ktoś czegoś w nocy szukał.
Matka nie zgłosiła kradzieży na policję, gdyż nie chciała mieć z nią nic wspólnego, a ja dopiero rano zrozumiałem, co znaczyły gesty i mimika przybyszy. Nikt nie przypuszczał, że ojciec w więzieniu pozna złodziei, a w dodatku – jak się jeszcze okazało – powierzy im zegarek do naprawy, który do nas już nigdy nie powróci. Do dziś pamiętam nazwiska tych złoczyńców, pamiętam też o jakiej porze roku ojciec wrócił z więzienia.
Matka powiedziała mi wówczas, bym wyszedł ojcu na spotkanie. Dzień był niezwykle upalny. Gałęzie przydrożnych drzew wprost uginały się od dojrzałych czereśni. To zapamiętałem, ale czy spotkałem wtedy ojca – zapomniałem.
Ojciec z więzienia wrócił chory. Nie doczekał nadchodzących przemian. Śmierć przekreśliła marzenia o własnym domu i ziemi.