1987.
7 stycznia.
Przeszły święta Bożego Narodzenia, minął sylwester. Trzydziestego grudnia z Zarządu Głównego Stowarzyszenia Twórców Ludowych otrzymałem piękny list. Mają zamiar złożyć mój tomik w Wydawnictwie Lubelskim. Ale za wcześnie cieszyć się, jeszcze wróbel na dachu.
15 stycznia.
Śledzę poczynania zimy. Rano było minus dwadzieścia stopni, po południu jest niewiele mniej. Uczeni twierdzą, że nad Ihiropą powstała dziura przez którą ciepło wypromieniowało do kosmosu. Otrzymałem list od prezesa Zarządu Tymczasowego Klubu Literackiego przy oddziale ZLP w Poznaniu. Chcą, żebym przysłał 10 wierszy, a komisja kwalifikacyjna oceni, czy przyjąć mnie do klubu, czy też nic. Dziękuję, nie poślę wierszy. Już oceniano mnie nieraz.
18 stycznia.
Skończyła się moja kadencja w radzie pracowniczej. Przestanę chodzić na posiedzenia, przestanę denerwować, że mówię nie po ich myśli albo że myślę inaczej niż oni. Otóż, zdarza mi się mieć własne poglądy.
10 czerwca.
I oto już jesteśmy w innym mieszkaniu. Ile to dni upłynęło od ostatnich zapisów? Bóg jeden wie. Ale siedzę w pokoju, wypoczywam i piszę. Piszę! W kwietniu posłałem wiersze na konkurs do Wąglan i do Lublina na konkurs im. Jana Pocka. W Wąglanach mam wyróżnienie. Podobnie jak w roku ubiegłym zapraszają na podsumowanie. Piękna to impreza, ale nie pojadę. Jadę do Mirka na przysięgę do Mrągowa.
7 lipca.
Zostałem zaproszony na podwieczorek z gośćmi przybyłymi z Ukrainy. Nas Polaków było piętnastu, Ukraińców dwu – sekretarz komitetu zakładowego ich partii z tamtejszego sowchozu i dyrektor szkoły. Zapoznali nas z wynikami produkcyjnymi swego sowchozu oraz z problemami nauczania. Zrobili na nas pozytywne wrażenie.
22 lipca.
Święto. Siedzę, odpoczywam, piszę. Rozstrzygnięto konkurs im. Pocka. Niestety, nic.
8 sierpnia.
Już tydzień jest u nas wnuk Dominik. Trochę chorował. Wczoraj żona chciała położyć go do łóżka, a on mówi:
-Jeszcze paciorek, babciu.
-Nie musisz mówić dzisiaj, jesteś chory.
-Muszę mówić, bo mnie diabły porwą.
Przeraził mnie tymi słowami, więc zapewniłem go, że diabły do nas nie przyjdą, bo dziadek jest większym grzesznikiem od nich, a poza tym boją się świętego obrazka, co nad łóżkiem wisi. Ale chłopaczek i tak modli się szczerze. Prosi Bozinkę o zdrowie dla wszystkich, a że od miesiąca boli mnie kolano i on to bardzo przeżywa, dodaje:
-Spraw Bozinko, żeby dziadziusia przestało boleć kolano. – Potem podchodzi i pyta, czy mi lepiej. Zapewniam, że znacznie mi pomogło, co go niezmiernie cieszy.
14 listopada.
Byłem ponownie na spotkaniu z gośćmi z Ukrainy. Sympatyczni ludzie. Jest ich sześcioro, w tym dwie kobiety – dojarka i traktorzystka Luba, wspaniała dziewczyna, czarnowłosa, smukła. Aż nie chce się wierzyć, że pracuje na traktorze. Chłopcy w warsztacie [warsztaty remontowe przy PGR-ze w Gułtowach, miejsce pracy autora] mówią, że ma ogromne dłonie. Możliwe. Przedstawiono ją nam, zaznaczając, że jest kandydatką do Komunistycznej Partii Związku Radzieckiego. Nawet na coś takiego można spojrzeć pozytywnie, jeśli się bardzo chce.