1988
24 stycznia.
Czas leci, a ja nie piszę. Właściwie to tak mało się dzieje, że pisać nie warto. W środę zabiłem świniaka, w czwartek wędziłem kiełbasy.
29 lutego.
W sobotę byłem na posiedzeniu zarządu i zaproszonych gości Oddziału Wielkopolskiego STL. Obok mnie siedziała babuleńka w ciemnych okularach i z białą laską. Nic wiedziałem, kio to jest. Później okazało się, że to Franciszka Toim/akowa z 1’ięezkowa wielka, słynna od lal, popularyzatorka pieśni i tańców ludowych. Musiałem z nią porozmawiać. To bardzo miła i mądra kobieta. Przez całe swoje dorosłe życie uczyła dzieci wiejskie. Wzięła mnie pod rękę i udaliśmy się do sali projekcyjnej, by obejrzeć film o zespole, który pani Franciszka założyła przed laty. Film był piękny, kolorowy.
8 marca.
Wczoraj byłem w Pałacu Kultury na połączonym spotkaniu Klubu Literackiego przy ZLP w Poznaniu i STL. Z STL-u przybyło nas dwóch – Stefan Cebulski i ja. Członków klubu doliczyłem się dwudziestu. Impreza nazywała się Spotkanie przy kominku. Zorganizował ją opiekujący się klubem Jerzy Grupiński. Na początku aktorka recytowała wiersz, Grupiński zapoznawał z biografią autora, a potem sam autor również mówił swój wiersz, co i ja uczyniłem z przyjemnością. Gdy sala opustoszała, miałem dłuższą rozmowę z Grupińskim. Ciekaw był moich wierszy. Mówił, co robię źle, co powinienem wykreślić. Nie ze wszystkimi uwagami się zgadzałem.
13 marca.
Coś w naszym życiu się zmienia. Powołano komisję, która zajmie się wymazywaniem białych plam w stosunkach polsko-radzieckich, m.in. Katyniem, porozumieniem Ribbentrop – Mołotow, zaginięciem niektórych polityków polskich. Mówi się o tym głośno, nawet w sejmie.
17 kwietnia.
Lubię wiosnę. Zawsze ją lubiłem. Widziałem ją w każdym pąku. Szukałem w lesie. Leśny, zielony krzak agrestu, zawsze zachowuję w pamięci. Jest coś w tej porze, że człowiek czuje się radośniejszy, młodszy, że chce się żyć. Jest też coś, co pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. I nikt mi tej radości i nadziei nie odbierze. Jeszcze są w Ługowinach pod lasem stawy, gdzie chodziliśmy w dzieciństwie i gdzie z wierzb sporządzaliśmy trąby i piszczałki. Wierzby się postarzały, niektóre uschły albo leżą ich zwłoki na dnie stawów. Pięknie wyrosły natomiast białe topole. Wówczas były małe, ale już na tyle duże, żeśmy się na nie wdrapywali. Gdzie te czasy? Gdzie te wiatry, które wzbijały tumany piasku? Gdzie koledzy, którzy ze mną rośli, bawili się, cieszyli? Los rozrzucił nas po świecie.
4 maja.
Tak mało mam czasu. Codziennie łatam syrenkę. Płacę nawet ludziom, którzy mi pomagają. Jutro wyklepię resor, wieczorem go zamontuję. Ale nie to jest ważne. Ważne są strajki. W Nowej Hucie trwa on bodajże już dziesięć dni. Rozpoczął się także strajk w Stoczni Gdańskiej. Z telewizora wieje „pusta” propaganda. Warto o tym pisać, przecież to historia.
19 czerwca.
Przed chwilą wróciłem z długiej wycieczki rowerowej. Byłem w Gieczu, gdzie obejrzałem kościół z XII wieku i groby wokół niego. W 1983 pochowano tutaj Stanisława Hebanowskiego – postać znaną w środowisku teatralnym i literackim Poznania. Teraz odkryłem, że jest on pochowany obok innego Hebanowskiego – chyba dziadka, właściciela Giecza. Potem pojechałem do Borzejewa, a kiedy opuszczałem tę wioskę, udając się do Wysławić wąską, polną drożyną, zatrzymałem się. Słońce świeciło przez rzadkie chmury, a północno-zachodni wiatr kołysał żyta i pszenice. Od łanów płynął zapach, który od dzieciństwa mówi mi, że oto zbliża się pora dojrzewania zbóż. Jak oko sięga – falowały zboża, gdzieniegdzie wierzba jak stróż stała nad łanami, dalej zaś kopiec tarniny zakłócał równinną monotonię.
A nad tym wszystkim skowronki i słońce nieśmiałe, boski spokój i cisza. Położyłem się w zbożu, zakołowały nade mną kłosy, gdzieś daleko, daleko, nad chmurami, błękitniało niebo. Śpiew wyrywał mi się z piersi: Chwalcie łąki umajone, góry, doliny zielone.
27 sierpnia.
Jeszcze strajkują trzy kopalnie, port szczeciński, transport i niektóre wydziały huty Stalowa Wola. Emocje mijają, pozostają nierozwiązane problemy. Z telewizora wiejc pusta propaganda. Dzisiaj wolna sobota. Siedzę w domu, piszę. Jutro jedziemy do syna Janusza. Robi pożegnanie przed wyjazdem z rodziną do Niemiec. Nie wiem, czy wróci Nic nie mówi, my nie pytamy.
30 października.
Dnia 28 listopada w (Gułowach odbędzie się biesiada literacka, w której wezmę udział jako członek Klubu Literackiego przy ZLP. Poznania przyjedzie Jerzy Grupiński i Nikos Chadżinikolau, przyjadą też inni. Najpierw spotkamy się w szkole z młodzieżą, a potem w domu kultury z mieszkańcami. Nie wiem, jak będę się czuł w tak dostojnym towarzystwie.
8 grudnia.
Wczoraj zaproszono mnie na spotkanie z bawiącymi u nas gośćmi ukraińskimi. A skoro są z Ukrainy, powinni znać twórczość Tarasa Szewczenki. Mam w domu starą księgę z 1865 roku, a w niej wiersz-dumkę tego poety pt. Weczir. Postanowiłem więc naszych gości zaskoczyć tym utworem. Atmosfera spotkania była wspaniała. Piliśmy zdrowie gości, a potem kilkakrotnie swoje i muszę powiedzieć, że dobrze pić swoje zdrowie, bo dzisiaj czuję się świetnie. W pewnej chwili poprosiłem przybyłych o chwilę uwagi, by powiedzieć ten wiersz w ich języku ojczystym.
Ale jakież było moje zaskoczenie, gdy nasi goście mnie wyprzedzili i zaczęli recytować ów utwór z pamięci.
27 grudnia.
Dzisiaj otrzymałem piękną przesyłkę z Lublina: 15 egzemplarzy mojego tomiku wierszy Słowa słońcem wezbrane. Łzy stanęły mi w oczach, kiedy tę książeczkę przycisnąłem do ust i do serca. Czyżbym oczekiwał kiedykolwiek, że coś takiego się stanie? Nigdy. Pisząc nie liczyłem na opublikowanie choćby jednego wiersza. A tu masz – cały tomik.