Jeszcze obecny

1989

7 lutego.
Wczoraj w Warszawie rozpoczął obrady Okrągły Stół. Słuchałem przemówień Kiszczaka, Wałęsy, Miodowicza. Mówili o pluralizmie, ale zapewne każdy ten pluralizm widzi inaczej. Niektórzy przypinali doń przymiotnik „socjalistyczny”, czyli będzie taki, jaki się stworzy, ponieważ nikt nie wie, jak wygląda pluralizm „socjalistyczny”.
Kilka dni temu profesor Markiewicz (ten, który mi w Warszawie wręczał nagrodę zdobytą w konkursie Jeden miesiąc mojego życia) skrytykował określenie „demokracja socjalistyczna”. Stwierdził, że demokracja jest demokracją i ten przymiotnik jest zbyteczny. Były u nas wybory do rady pracowniczej, ale nie zgodziłem się kandydować. To dobre dla ludzi, którzy czują się niedocenieni. A ja przeżywam piękne dni, po prostu mam swój tomik.

24 lutego.
Niepokoje dotarły i do naszego zakładu. W nocy ktoś na maszynach, samochodach i wrotach napisał różne hasła. Wszystkie sprowadzały się do podwyżki płac. Jakby włożono kij w mrowisko. Rano kierownicy biegali po podwórzu, aż zagrzały im się buty.

3 kwietnia.
Wyruszyłem w podróż do Lublina na Ogólnopolskie Spotkania Poetyckie. Dzień był piękny, słoneczny. Podróż miałem przyjemną. W sali STL-u na Grodzkiej 14 wypadło mi miejsce obok Feliksa Raka [1903-1992], liczącego sobie bodaj 86 lat. Podpiera sie laską, ręce mu drżą. Zabrał głos.Powiedział, aby chłopów nie rozmieniać na drobne, jak to niektórzy uczeni i możni próbują robić. Z kolei zabrał głos jeden z górali, mówiąc z wielkim przejęciem o folklorze góralskim i o niedocenianiu tegoż w kulturze narodowej. Na koniec powiedział, że ma trzy matki: Matkę Niebieską, Matkę Polskę i Matkę, która go urodziła, i wszystkie matki kochać nauczyła.
Feliks Rak opowiedział mi o swym życiu, po czym zapytał, skąd pochodzę. Powiedziałem, że od Poznania, z powiatu średzkiego. Wtedy zauważył, że ktoś do niego stamtąd pisał. Byłem zaskoczony, bo to ja pisałem jakieś 12 lat temu. Po chwili zaskoczenia przyznałem się do tego, a on chwycił mojq rękę i uścisnął bez słowa.
Władysław Kuchta |1911-19931 spal w tym samym pokoju, co ja. Ja leżałem już, a on szykował łóżko, poprawiał poduszkę, a potem ukląkł i modlił się. Rano usiadł na moim łóżku, trzymając w ręku wielki zeszyt, prowadzony od 1950 roku Otworzył go i przerzucał kartki pokazywał, kto tam się wpisał, a wpisali się znani ludzie, m.in. Wojciech Siemion i Jan Pocek. Wpisałem się i ja. Kuchta liczy sobie 78 lat. Powiedział mi, że codziennie modli się za zmarłych twórców ludowych. Do domu wróciłem w niedzielę rano.

5 kwietnia.
Wczoraj – zwykle tak zaczynam swoje dzienniki – byłem w Pałacu Kultury w Poznaniu. Pojechałem tam na zaproszenie Klubu Literackiego. Omawiano tomiki debiutantów. Na początku redaktorka „Nurtu”, sprawiająca wrażenie nieprzygotowanej do wystąpienia, szukała wierszy złych, a potem dobrych. Myliła je, o złych mówiła, że dobre, później to prostowała, i odwrotnie – dobre przedstawiała jako złe. Byłem przygnębiony jej wystąpieniem.
Kolejne tomiki omawiał redaktor ze stołecznej „Kultury”. Czynił to lepiej, ale też mnie rozczarował. Z kolei mój znajomy z biesiady literackiej w Gułtowach wypowiedział się m.in. w sprawie cenzury. Następnie ja odniosłem się do książki Wierszem o ścianę. Powiedziałem, czego w niej niej znalazłem jako czytelnik. Otóż, nie znalazłem ciepła. Wiersze są także nazbyt ostrożne, wyważone. Nie zaskakują. Nie ma w nich zderzeń, kontrastów, zadziorności. Przydałoby się nadto więcej czułości, serca. W sumie sprawiają wrażenie wykonanej poprawnie „muzyki”, lecz na jednej strunie. Autorka mi nie odpowiedziała, a Grupiński wkrótce zakończył spotkanie.

24 kwietnia.
Mam mało czasu. Właściwie dla swych zainteresowań nie mam go wcale. Pracuję od rana do późnego wieczoru. Z Józefem M. naprawiamy kombajn zbożowy u pewnego gospodarza. Czas nas goni. Niebawem, 10 maja jedziemy z żoną do RFN. Wracamy 24 maja, a ja już trzydziestego jadę do ZSRR.

30 kwietnia.
Przyleciały słowiki i kukułki. Nie do wiary. Właśnie przed godziną wędrując przez las usłyszałem je po raz pierwszy tej wiosny. Jutro 1 Maja, nie będzie w tym roku pochodów, będą natomiast wiece. Ja nie pojadę na wiec. Pojadę naprawiać kombajn. Już tylko dziewięć dni nas dzieli od wyjazdu do Niemiec – do syna Janusza.

23 maja.
Ani się obejrzałem, jak dwa tygodnie w Niemczech minęły. Odjeżdżamy z ciężkim sercem. Jakoś żal zostawiać syna na obczyźnie wśród wrogich ludzi. Ale co zrobić? Sam wybrał. Utrudnił sobie. Może to się opłaci, żyją z nadzieją, którą w Polsce im odebrano. Nie wierzę, że kiedykolwiek tutaj wrócę.

28 maja.
Jakie to piękne być w Polsce, iść polną drożyną, zagubić się wśród pól, wśród kwitnących żyt. Nasycić się zapachem niepowtarzalnym. Kto zrozumie, co we mnie się dzieje. Niepostrzeżenie polna drożyna zaprowadziła mnie do lasu. Wkoło pogwizdują ptaki, a ja wsłuchuję się w ptasie świergoty. Gąszcz wypełnia listowie. Tak zapewne wyglądał biblijny Raj. Zewsząd napływa ostry zapach dzikiego bzu – jaki on jest swojski.

30 maja.
Jako delegacja z zakładu pracy pojechaliśmy w daleką podróż na Ukrainę. Do Moskwy dolecieliśmy samolotem Tu-154, a stamtąd dotarliśmy do celu naszej podróży – sowchozu Martowo, gdzie nas zakwaterowano w ośrodku wypoczynkowym jakiegoś instytutu z Charkowa.

2 czerwca.
Wczoraj rano zawieziono nas do przedszkola. Kwiatami powitały nas dzieci, po czym urządziły wspaniały koncert: śpiewały, recytowały, tańczyły. Wypiliśmy kawę z przedszkolankami, obdarowaliśmy dzieci cukierkami i pojechaliśmy do szkoły. Tutaj również powitały nas dzieci kwiatami. Potem była kawa i wódka, bardzo miła atmosfera.
Podarowano mi też książkę Tarasa Szewczenki, z czego bardzo się ucieszyłem. W szkole dużą wagę przykłada się do przysposobienia obronnego – jest strzelnica. Następnie odwiedzaliśmy ośrodek zdrowia. Oprowadzano nas po gabinetach, częstowano koniakiem, szampanem, kawq i herbatą Po obiedzie obejrzeliśmy muzeum w Czugujewie (cerkwię) i urząd stanu cywilnego. We wsi liczącej 3 000 mieszkańców nie ma kościoła. Jest natomiast pomnik Lenina, Wolności oraz chłopca, który w czasie wojny powiadomił żołnierzy radzieckich, że we wsi są hitlerowcy, za co go rozstrzelano.
Kwiaty, które dały nam dzieci, złożyliśmy pod tymi pomnikami. Po wczorajszych toastach czuję się nieszczególnie. Ale jedziemy do Charkowa, by wymienić bony na pieniądze. Wstąpiliśmy do paru sklepów handlujących złotem. Niestety, obrączki sprzedają na zaświadczenia z urzędu stanu cywilnego. Bez zaświadczenia można kupić tylko obrączki gorszej próby. Gospodarze kupili nam podarki – piecyki elektryczne z dmuchawą. Zwiedzaliśmy też uprawne pola. Mają tutaj urodzajną ziemię – czarnoziem. Taki czarnoziem widzę pierwszy raz w życiu. Plony zapowiadają się duże. Podoba mi się pszenica, groch. Uprawiają też cebulę, marchew, szczaw. Wielkość upraw ogrodniczych jest niespotykana. Są pracochłonne, a ludzi brakuje. Podpisują więc umowy z zakładami pracy w Charkowie i robotnicy obrabiają poszczególne uprawy. A nam wypłacono po 50 rubli i konto moje wzrosło do 240. Więcej przywiozę niż zabrałem z domu.

3 czerwca.
Wstałem wcześnie, wszyscy śpią, tylko żaby rechoczą w trzcinie. Nocą przeszła burza. Przezorny kosiarz siano ułożył w stóg i przykrył. Stoję obok, przepięknie pachnie. Jezioro poróżowiało. Słońce wschodzi. Kukułki zawzięcie wołają. I ten zapach siana. Muszę odejść, bo upaja mnie.
Myśli biegną do Polski. Co ja mówię? One lecą śladem tej chmurki, jednej, jedynej na ogromnym niebie. I już chodzę tamtymi ścieżkami, siadam obok leśniczówki, zrywam konwalie. Jestem z wami, moi drodzy.

4 czerwca.
Na śniadanie ryby, kiełbasa, mięso, ryż, do tego nieodłączna „pszenicznaja” nie ruszyłem, mam jej serdecznie dość. Urządzają nam przejażdżkę po jeziorze, które sprawia wrażenie wymarłego. Stąd Charków czerpie wodę. A wczoraj był dzień Merkurego. Kupiłem piecyk, wiertarkę, kombinerki, lampę błyskową. Za obrączkę dałem 160 rubli. Nasz opiekun Ignac kupił wszystkim łyżki.
W Charkowie złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Matki-Ojczyzny. Ogromna, kamienna postać kobiety przytłacza.
Żałobna muzyka dodaje powagi. Na murze z płaskorzeźbą napis: Bohaterowie nigdy nie umierają. Muzyka wypływa z podziemi — dosłownie. Przyjeżdżają nowożeńcy, składają kwiaty.

5 czerwca.
Zwiedzaliśmy warsztaty. Nic szczególnego, mamy lepsze. Objechaliśmy Martowo. Nie mają wodociągu, są za to piękne studnie — zadaszone, zwieńczone rzeźbami. Jedną zdobi gniazdo z bocianami, inną kogut. Na niektórych bramach zauważyłem tam napis Dwor, co oznacza czyste obejście. Na innych budynkach napisy mówiły, że mieszka tam uczestnik II wojny światowej. Rano przyjął nas dyrektor w swoim gabinecie. Był też sekretarz Iwan, Ignac, agronom.
Ciekawi byli zmian w Polsce, zwłaszcza sekretarz pytał o „Solidarność”. Powiedzieliśmy, że to wielki związek zawodowy, który nie uznaje nadrzędnej roli partii. Iwan był wyraźnie skwaszony. Z kolei nasz opiekun Ignac był wykształcony, oczytany. Wiedział o wielu polskich pisarzach.
Raz wziął mnie na spytki, bym powiedział, czy znam ukraińskich pisarzy. Wymieniłem Tarasa Szewczenkę i Iwana Franko. Mało znałem natomiast współczesnych ukraińskich i radzieckich, i w jego oczach pojawiło się błogie zadowolenie. Wtedy zapytałem go, czy czytał Archipelag Gułag Sołżenicyna. Nie czytał i zapytał o czym to jest. Ano – rzekłem – pisze on, że kiedy Lenina zesłano na Sybir, to dano mu służącą, by o niego dbała i by mial czas pisać książki. A po rewolucji zesłańcy umierali z głodu i przepracowania. Ignac przygasł, długo patrzył na mnie, a potem podał mi ręke.

6 czerwca.
Przed północą wyladowaliśmy na Okęciu. Z wysokości jedenastu kilometrów zachód wygląda cudownie, a słońce świeci znacznie dłużej. Chmury są ciemnogranatowe, przerażające. Gdy wylądowaliśmy rozległy się oklaski, co jest pięknym zwyczajem w polskich samolotach.
Autobusem przyjechaliśmy na dworzec. O tej porze niemal wszystkie ławki zajęli tam bezdomni i włóczędzy. Unosił się gęsty zapach niemytych ciał. Jakiś dryblas z ogoloną głową bił człowieka, który w ogóle się nie bronił, aż upadł na posadzkę. Inny zapalniczką podpalał brodę leżącemu pod ścianą starcowi. Siwa baba bez przerwy wszystkich wyzywała.
Ledwo przeżyliśmy tę noc. Rano pociąg zawiózł nas do Poznania, a tam czekał samochód z naszego kombinatu.

18 czerwca.
Osypują się płatki dzikiego bzu. Pobieliły leśny dukt. Przemija najdroższa sercu pora roku. Wczoraj spadł obfity deszcz. Wyłożyły się ciężkie żyta. Idę duktem.
Mokra trawa, mokre buty. Ciepło. Słońce ledwo, ledwo przedziera się przez chmury. Ptaki ucichły, gdzieniegdzie tylko odzywają się ich dzwonki. Przeminęła pora godów. Czy można stojąc na leśnej drodze napisać coś ciekawego? Można. Można ciekawie nawet napisać o tej kałuży wody, w której przegląda się las.

27 czerwca.
Dzisiaj ruszyły kombajny. Młócą jęczmień ozimy. Już drugi dzień kosi się rzepaki na pokosy. Jest bardzo gorąco. Otrzymałem list od Stefana Cebulskiego, że zjazd naszego oddziału STL-u doszedł do skutku. Chociaż byłem w tym czasie w Niemczech, wybrano mnie do zarządu. Dobrze się stało. Zależy mi na tym, żeby Oddział Wielkopolski był prężny i by o twórcach naszych mówiono z szacunkiem.

22 lipca.
W konkursie Pocka moje wiersze zdobyły II nagrodę. Po kilku latach niedosytu zaskoczyła mnie ta nagroda. Lubię jednak być tak zaskakiwany. Syn Zbyszek otrzymał klucze do mieszkania. Jadę dzisiaj do Wrześni, by mu pomóc w urządzaniu łazienki.

23 lipca.
I znów jestem na polnej drożynie. Jest rano. Słońce leje się obficie na chłopskie łany. Daleko we wsi biją dzwony. Stoję w cieniu wierzby. Przygrzewa poranne słońce. Pola mają wygląd dostojny. Pochyliły się kłosy — czekają na kosę, już niedługo ich dostojeństwa. Mieszanki też ładnie dojrzały. Tylko owies zachowuje się opornie i utrzymuje dawną szatę. W czerwcu nie zauważyłem, że na suchej topoli znajduje się gniazdo bocianie. Teraz bociany ze swego wysokiego tronu dumnie lustrują pola.

30 lipca.
No i ma PZPR nowego sekretarza [Mieczysława Rakowskiego]. Śmiać się czy płakać? Ciągle ci sami ludzie dzielą między siebie stanowiska. Nie sprawdził się jako premier, będzie sekretarzem. Są to ludzie chorzy z nadmiaru ambicji, bez honoru. Bo jeśli ktoś przegrał w wyborach do sejmu, powinien zrozumieć, że naród go odrzuca.

8 sierpnia.
Dzisiaj dzień wypłaty. Jak na pegeerowskie warunki przyniosłem tych papierków dużo – 158 tysięcy.
Miałem nadgodziny. A w sklepie zdrożał chleb. Od jutra kosztuje 220 złotych. Opozycja na czele z Wałęsą kontruje nowego premiera Kiszczaka [nie zdołał sformować rządu].
Uważają, że gospodarka pogrąża się, potrzebuje zmian głębokich, radykalnych. A premier z PZPR-u ją pogrąży. Mają, rację, gospodarka upada z dnia na dzień. Pojechaliśmy dzisiaj na groby matki, ojca, brata. Rozpleniły się chwasty i trzeba było wszystko uporządkować. Iluż to znajomych mam na cmentarzu. Przypominają mi młodość, dzieciństwo.

9 sierpnia.
Fala strajków rozszerza się: lecznictwo, kolej, poczta. Wywalczyli podwyżki w granicach 70. tysięcy. To więcej niż maja pensja. Jutro w zakładzie rolnym Gułtowy organizują zebranie. Może pójdę, posłucham. Dzisiąj na dwie godziny przerwano u nas pracę. Zdrożało mięso. Podobno kilogram schabu kosztuje 11 tysięcy, ale w naszej masarni płaci się cztery tysiące, a w Kostrzynie sześć. Przyjeżdżają więc do nas ludzie z miasta i wykupują. Toczą się rozmowy między Klubem Obywatelskim, SD i ZSL. Dogadują się i może stworzą koalicję bez PZPR. Jeśli do tego dojdzie., to czy nie przeżyjemy nowego stanu wojennego?
Nieraz w robocie dyskutujemy o naszej rzeczywistości i mamy jedno zdanie: gospodarkę pogrążyła administracja i biurokracja. Stworzyli ustrój dla siebie — wysokie płace, państwowe samochody, a robotnik na to patrzy i opadają mu ręce.

17 sierpnia.
To stało się nagle, postanowiliśmy odwiedzić brata Bolesława, który leży w szpitalu w Żarach. Z opowiadań rodziny i listów wiedziałem, że jest z nim bardzo źle. Żyje na kroplówce. Ucieszył się, gdy nas zobaczył. Nie traci humoru, chociaż z łóżka nie może wstać o własnych siłach.

18 sierpnia.
Jakimi słowami opisać ten sierpniowy wieczór? Zachować jego niepowtarzalny urok. Słowa nie są bezradne, bezradny jestem ja. Ledwie zapadł mrok. Ziemia rozgrzana. Idę polną drogą naprzeciw wielkiej, idealnie okrągłej tarczy księżyca. Wisi nisko, nieruchomo nad polem. Milczą topole, wiatr nie poruszy nawet listkiem. Gdzieś daleko w sąsiedniej wsi mrugają światła. Gdzieś tam zaszczeka pies, to rozbawiony dzieciak zawoła. W kępie trawy rzępoli świerszcz. Ale nad polem urodzaj ciszy i księżyc niemy, unoszący się tuż nad topolą. Bezszelestnie idę. Przybywa gwiazd na niebie. Patrzę w ciemną przestrzeń międzygwiezdną i myślę, jak maleńki jest człowiek wobec ogromu świata, choć wielki rozumem pośród wszystkich stworzeń ziemi. Zastanawiam się też, dlaczego natura była tak szczodra, że tyloma zmysłami mogę ten świat poznawać? Dlaczego? Dlaczego? — Oto Syzyf toczy ogromny kamień księżyca po zboczu nocy.

21 sierpnia.
Wypadło mi żyć w ciekawych czasach. Jeszcze premier nie sformował rządu, a już złożył rezygnację. Premierem zostanie zapewne kandydat ,Solidarności” — Tadeusz Mazowiecki. Poza ciekawą polityką mamy upały i suszę. Wszyscy czekają na deszcz, przecież zbliża się czas siania rzepaku, a w takim popiele nie wzejdzie. U nas dzisiaj podwyżki. Dają nam więcej bez strajku.

25 sierpnia.
Jadę do Manieczek na dożynki z okazji 40-lecia PGR-u. Nie wiem, dlaczego mnie zaproszono. Swego czasu mówiono o odznaczeniu, spisywano moje dane.
W Manieczkach jeden z witających, reprezentujący urząd wojewódzki, powiedział, by pokazano mu naszego wieszcza. Zrozumiałem, że do mnie pije. Po zapoznaniu dodał, że czytał moje wspomnienia Jeden miesiąc mojego życia. Podczas lektury zorientował się, że jestem robotnikiem, dopiero gdy wspomniałem, iż pracuję 12 godzin dziennie. W sali domu kultury wręczano różne krzyże. Rozdano, co było do rozdania. Powiedziano, co było do powiedzenia. Ja dostałem medal pamiątkowy. Miało być inne odznaczenie, ale syn nie wrócił z Niemiec, nie chciałem wstąpić do partii, czyli powodów aż nadto… Poszliśmy potem do sali, gdzie czekały na nas bogato zastawione stoły golonkami, kiełbasą, bigosem, piwem. Wódki nie było. Na scenie grała orkiestra, a gdy umilkła, jakiś pan z mikrofonem zaczął czytać wspomnienia pracowników poznańskich PGR-ów. Rozpoczął od dyrektorów i kierowników, skończył na robotniku z PGR-u Gułtowy, dodając że jest to prawdziwa literatura. Wstałem i ukłoniłem się. Przeczytał zapis z lutego ll)77 roku i dwa wiersze. Otrzymałem wiele braw.

30 sierpnia.
Dzisiaj posiedzenie senatu. Słucham odważnych, mądrych przemówień senatorów. Mówią o przeszłości, o napaści Związku Radzieckiego na Polskę 17 wrześniu l939 roku. Wniesiono projekt uchwały oddającej hołd wszystkim prawym Polakom, którzy zginęli za ojczyznę oraz szykanowanym i pozbawionym mienia po 1945 roku. Niektórzy senatorowie domagają się też odszkodowania od Związku Radzieckiego za straty wojenne, poniesione przez nas we wrześniu oraz za pracę Polaków wywiezionych w głąb ZSRR

10 września.
Wczoraj byłem na pogrzebie brata w Żarach. Stało się. Już dwoje z naszego rodzeństwa odeszło ze świata żywych.

13 września.
W niedzielę odwiedziłem wioskę [Śródkę], w której się urodziłem, a nawet dom, w którym przyszedłem na świat. Gospodarze już nie ci sami, co niegdyś, ale zaprosili mnie do wnętrza. Wczoraj wybrano nowy rząd. Zasłabł nam premier [Tadeusz Mazowiecki] podczas wygłaszania expose. Czekamy na wielkie zmiany.

27 września.
Ile we mnie nieporadności, jaki marny architekt zdań. Nie wstydzę się tego wyznania. Piszę jak umiem. A pisać to znaczy myśleć, a myśleć to żyć pełniej. Starać się zrozumieć to, co niezrozumiałe.

29 września.
Od rana siąpi drobny deszcz. Chłodno, prawdziwie jesiennie. W ubiegłą niedzielę w „Kiermaszu pod kogutkiem” wyrecytowano mój wiersz pt. Znów ktoś uderzył, ale ku mojemu zdziwieniu jako jego autorkę podano Elżbietę Daniszewską. A ja zawsze uważałem, że ten wiersz napisałem. Jak widać – myliłem się. Rząd ogłosił program ratowania polskiej gospodarki. Słucham wystąpienia Balcerowicza. Nic nowego. Do końca roku inflacja wyniesie dziewięćset procent.

12 października.
Byłem wczoraj w Pałacu Kultury w Poznaniu na spotkaniu autorskim z Wincentym Różańskim – poetą, który przyjaźnił się ze Stedem [Edwardem Stachurą], Pisze o tym w niektórych wierszach. Powiedział, że Sted był dziwnym człowiekiem – skłóconym z życiem, konfliktowym. Zapytałem Różańskiego, czy i on uważa, że każdy kolejny wiersz pisze się trudniej. Przyznał mi rację i wpisał się do dwóch swoich książek. Podobno bycie poetą jest wygłupem niedojrzałego umysłu. To nie moje słowa, ale może w tym coś jest?

5 listopada.
Wczoraj byłem w Poznaniu na posiedzeniu zarządu oddziału STL. Grozi mojemu stowarzyszeniu plajta. Państwo wstrzymało dotacje. Dobrze, że mój tomik wyszedł. Napisałem do Zarządu Głównego STL w Lublinie o przysłanie mi 40. tomików. Są po 250 złotych, a więc bardzo tanie. Ceny książek ogromnie wzrosły. Pisząc o dotacjach wypada dodać, że wstrzymano je również dla partii. Najzabawniejsze jest to, że teraz partie na kampanię wyborczą zaciągnęły pożyczki.

23 listopada.
Zima rozgościła się na całego. Od paru dni leży sporo śniegu, mróz nie ustępuje, a dni mamy jasne, piękne. W Warszawie usunięto pomnik Feliksa Dzierżyńskiego. Oglądałem to wydarzenie w telewizji. Przewiązano nieboraka liną. Kiedy dźwig uniósł go, rozpadł się na trzy części. A w Nowej Hucie ktoś podpalił pomnik Lenina. Ma ten Lenin za swoje. Parę lat temu podłożono pod niego ładunek wybuchowy, w wyniku czego oberwało mu nogę. Dzisiaj sejm anulował ustawę z 1946 o powołaniu ORMO – nie ma już społecznych obrońców władzy ludowej. Ale kto chce, może nadał być konfidentem. Nic nie stoi temu na przeszkodzie – po co tylko było fundować im buty, mundury i specjalne uprawnienia.

3 grudnia.
Ufff! Przeżyłem wczoraj nawiedzenie moich wnucząt. Pewnie, że fajne dzieci, ale broń mnie Panie Boże przed ich wybrykami, krzykiem, szamotaniem i wreszcie płaczem. W domu nie miałem nie do gadania. Nawet mnie nic słuchali. Nie wytrzymała też szyba w biblioteczce. A było tak dlatego, że przyjechał ze swymi pociechami syn Janusz z Niemiec. Jako bezrobotny ma dużo czasu i jako taki kupił sobie forda, po czym ruszył do Polski. Jego córka Natalia chodzi do niemieckiego przedszkola i całkiem płynnie mówi po niemiecku.

7 grudnia.
Otrzymałem list z Zamościa. W konkursie poetyckim im. Stanisława Buczyńskiego wiersze moje zdobyły II nagrodę Zapraszają do Hrubieszowa, do tamtejszego domu kultury na podsumowanie. Kosztów podróży nie zwracają. Nie pojadę.

20 grudnia.
W Rumunii niepokoje. Rumunia to jeden z ostatnich bastionów totalitaryzmu. Podobno do demonstrantów strzelano z helikopterów, podobno czołgi masakrowały ludzi. Według szacunków korespondentów zginęło dwa tysiące manifestantów. W przeszłości Nicolae Ceausescu miał powiedzieć, że prędzej wyrosną gruszki na wierzbie niż w jego kraju cokolwiek się zmieni. Studenci zawiesili więc gruszki na wierzbie, rosnącej przed uczelnią. Wierzbę ścięto.

23 grudnia.
Mija pierwszy dzień mojego 54. roku życia. Pogoda wietrzna i deszczowa. W Rumunii przewrót. „Słońce Karpat” i jego żona zostali aresztowani.

24 grudnia.
Wigilia, a tu ani odrobiny śniegu, trzy stopnie ciepła. Dymy unoszą się ukośnie z kominów ku zachmurzonemu niebu. Przed chwilą wróciłem z lasu. Przyniosłem kilka gałązek świerka i oto jest w moim pokoju symbol Gwiazdki. Wprawdzie bez śniegu, ale pięknie jest dzisiaj. Jest też w tym dniu dostojeństwo, które działa kojąco na człowieka. Rozbudza nadzieję. Stwarza uroczysty nastrój.

27 grudnia.
Ceausescu nie żyje. Został rozstrzelany wraz z żoną. Nie wytoczono im normalnego procesu. Cała rozprawa trwała dwie godziny. Przypuszczam, że bano się odbicia przez wierne mu oddziały. Tak czy inaczej, to co zrobiono, uważam za zwykłe morderstwo.

29 grudnia.
Byłem wczoraj w GOK-u w Kostrzynie. Uczestniczyłem we wspaniałej imprezie. Były kolędy, opłatek, wspomnienia. Była też moja poezja. Otrzymałem wiele braw. Chętnie pojadę na każde następne zaproszenie.

30 grudnia.
Dzisiaj senatorowie omawiają zmiany w konstytucji. I na marginesie tych pragnę podać parę swoich refleksji. Jak to było, że ja przez tyle lat nie wyobrażałem sobie innego ustroju niż ten, który nam narzucono po wojnie. Były pewne ramy, które obejmowały moje życie, prowadziły jakąś wyimaginowaną przez kogoś drogą i właściwie to mi wystarczało. Nie mogłem wyobrazić sobie tej inności, która teraz nieśmiało zmienia człowieka i przywraca Polsce wartość. Jutro kolejny rok stanie się historią. Dla mnie wypełniony był podróżami jak żaden w życiu: Hanower, Moskwa, Charków. Podróżowałem też po Polsce. Otrzymałem II nagrodę w konkursie Pocka, II w konkursie Buczyńskiego i również II w Turnieju Jednego Wiersza w Lublinie. Pałac Kultury w Poznaniu zamierza wydać almanach, w którym znajdą się moje wiersze. To dużo. Poza tym działo się wiele na świecie. Żegnaj Stary Roku!