Marian
Marian byI czwartym dzieckiem w naszej rodzinie, a pierwszym urodzonym w Polsce. Na świat przyszedł w 1928 roku w Śródce, pow. średzki. Starsze rodzeństwo: Zosia, Bolesław i Władzia, urodziło się w Niemczech, gdzie mama i ojciec pracowali, i gdzie się pobrali. Szkoły w Sródce nie było, dlatego chodził do Zimina. Tamtej szkoły jednak nie ukończył, ponieważ w kwietniu 1939 roku powędrowaliśmy do Ługowin, a potem wybuchła wojna i szkoły zamknięto. W wieku trzynastu lat rozpoczął pracę w majątku. Oczywiście, wykonywał czynności, którym mógł podołać. Od najmłodszych lat wykazywał przy tym niezwykłe zdolności manualne wyplatał koszyki, z pasją rzeźbił. Każdy kawałek drewna zachęcał go do dłubania. Jego sprawne ręce przemieniały go wnet w głowę jakiegoś zwierzęcia, byka czy ptaka. Gołębia wyrzeźbionego pod koniec wojny przechowywała mama wiele lat, dopóki nie zaginął podczas kolejnej przeprowadzki. Wielką miłością pałał też do żywych stworzeń, zwłaszcza do gołębi, dlatego na strychu naszego domu zbudował dla nich gołębnik, który one niebawem przy naszej pomocy zasiedliły.
Po ucieczce Niemców „opiekę” nad majątkiem przejęli Rosjanie, pracami kierował zaś polski włodarz. Rosjanie byli tak długo, jak długo były tuczniki i bydło. Pamiętam, że jeszcze w maju pomagałem im przepędzać prosięta z jednej chlewni do drugiej. Kiedy Rosjanie opuścili pałac, wprowadził się tam porucznik wojska polskiego i on został zarządcą. Z zachodu kraju sprowadzono do prac polowych ciągnik niemiecki Lanz Buldog.
A w Marianie rozbudziła się nowa miłość tym razem do mechaniki. Nie powierzono mu wprawdzie ciągnika, ale został pomocnikiem traktorzysty i chętnie zastępował go za kierownicą. Bardzo pragnął też imponować otoczeniu. Gdy pod koniec wojny zarządzono ćwiczenia przeciwpożarowe i drabinę do dachu stodoły przystawiało trzech mężczyzn, to Marian robił to sam. Jeśli ktoś zarzucił przez ramię pięćdzie-sięciokiłogramowy worek zboża, to on zarzucał jeszcze cięższy. Po prostu musiał być lepszy. Od najmłodszych lat był także moim obrońcą – przy nim czułem się naprawdę bezpieczny.
Brata Bolesława jeszcze w czasie wojny powołano do wojska, do tak zwanej dywizji kościuszkowskiej. Powrócił po trzech latach służby. Opowiadał, że służył głównie na wschodzie kraju, gdzie musiał walczyć – jak to wtedy mówiono – z „bandami”. Przeczesywali lasy, a jednego razu dostali się nawet do partyzanckiej niewoli. Krzywdy im jednak nie wyrządzono, zabrano tylko broń i mundury, po czym w kalesonach i koszulach wrócili z obławy do koszar. Tak mówił Bolech, ale do jego opowieści zawsze należało wnosić poprawki, bo wyobraźnię miał bujną i dar do opowiadania rzadko spotykany.
Pewnego dnia, gdy się tylko uspokoiło nieco na drogach, Marian zniósł ze strychu rower. Wcześniej było to niemożliwe, gdyż żołnierze rosyjscy każdemu napotkanemu cykliście rower zabierali. Słowa „dawaj maszynku” znano powszechnie, podobnie jak „dawaj czasy”.
Zniesiony rower brat poskręcał, jak się tylko dało. W ciągu pięciu lat wojny dętki i opony stały się niemal bezużyteczne. Utraciły elastyczność, zrobiły się kruche, pękały. Wentyle również nadawały się tylko do wyrzucenia. Opony Marian okręcił sznurkiem, dętki połatał, a wentyle sporządził z otuliny kabli, co chwilowo rozwiązało kłopoty.
Oficjalnie we wsi były dwa rowery. Oprócz nas rower miał stróż, który podobnie jak my przechował go przez wojnę. Ale nieoficjalnie „pojazdy” te posiadało jeszcze paru mieszkańców, którzy się jednak do tego nie przyznawali, ponieważ ukradli je z pałacu i mimo wezwań nie chcieli oddać na posterunek milicji. W tamtych czasach rower był po prostu skarbem.
Okoliczne majątki rozparcelowano, lecz w Ługowinach zachowały się dawne stosunki własnościowe. Nic się nie zmieniło. Codziennie rano dzwonek wzywał do roboty. Gdy stajnia pusta, obora pusta i chlewnia też pusta, to nikt nie kwapił się do przejęcia ziemi. Czym ją uprawiać? Po co komu zmiany? Rozsądek brał górę. Trzeba było wszakże załatwić formalnie zrzeczenie się prawa do ziemi. Przygotowano więc pismo do starostwa i chłopi się pod nim podpisali. Musiał tylko ktoś zawieźć to pismo do Środy. Najbardziej nadawał się do tego Marian, bo miał rower. I brat się zgodził. Pojechał.
Pokonanie czternastu kilometrów nierównej szosy wymagało dużego wysiłku, lecz on zawsze lubił mierzyć się z czymś trudnym. Wrócił zmęczony i spocony około pierwszej po południu. Napił się zimnej wody i poszedł zaraz do zbudowanej niedawno przez siebie drewnianej szopy w ogródku, by strugać tam buty z drewna – tzw. drewniaki, nazywane również kujonami. Z braku innego obuwie to w czasie wojny i jeszcze długo po niej powszechnie używano. Niektórzy kupowali je w Kostrzynie, a kto potrafił, to robił je sam.
Marian tak oddał się tej robocie, że nie czuł chłodu, który przenikał jego ciało. Trzeciego dnia obudził się z bólem gardła i dreszczami, lecz jak zwykle poszedł do pracy. Wieczorem dreszcze się nasiliły. Pojawiła się gorączka. Położył się więc wcześniej do łóżka. Rano czuł się jednak tak źle, że tym razem do roboty już się nie udał.
Majątkową powózką pojechano po lekarza do Kostrzyna. Uznał, że to zapalenie nerek. Zlecił gorące kompresy i zapisał jakieś lekarstwa. Niestety, kompresy najwyraźniej pogarszały stan zdrowia brata, który zdenerwowany odrzucił pewnego razu woreczek z gorącym piaskiem i zażądał, by podano mu pasek od spodni. Byliśmy zdziwieni i przerażeni, on zaś owinął się pierzyną, opasał paskiem i przytulił do poduszki, dodając że dobrze mu się śpi pod tym stogiem.
Nie było innej rady. Znów majątkowa powózka pojechała po doktora. Tym razem diagnoza brzmiała inaczej. Lekarz orzekł zapalenie płuc, a nawet wodę w płucach. Zapisał inne leki i zabronił stosowania gorących kompresów. Nic to jednak nie pomagało. Stan chorego ciągle się pogarszał, aż w końcu lekarz dał skierowanie do szpitala, gdzie zawieziono brata wozem wymoszczonym słomą.
Upłynęło parę dni. Mama postanowiła zanieść Marianowi zmianę bielizny, wzięła też jakieś drobiazgi. Węzełek zarzuciła na plecy i poszła z samego rana, bo do Środy droga daleka, a przed wieczorem chciała powrócić. W szpitalu otworzyła drzwi pielęgniarka. Mama powiedziała jej, że chce zobaczyć się z synem, bo niepokoi się o jego zdrowie, a poza tym przyniosła mu zmianę bielizny.
-A jak się nazywa syn – spytała pielęgniarka.
-Marian Chojnacki.
-Przecież on nie żyje.
Słowa te mamę poraziły. Odwróciła się i chwiejnym krokiem wyszła z budynku. Nic nie powiedziała. Odjęło jej mowę. Nie mogła się skupić, zapanować nad chaosem kłębiących się w głowie myśli. Poszła bezwiednie przed siebie.
Pamiętam jej powrót i płacz siostry Leosi, która podczas nieobecności mamy zajmowała się czteroletnim Stefanem. Wszyscy dopominali się jedzenia. A po posiłku mama powiedziała do mnie, żebym poszedł z nią do mieszkającej w Gułtowach jej znajomej sprzed wojny – Jaguli, bo musi pożyczyć pieniędzy na trumnę.
To późne popołudnie widzę do dziś. Wielkie, czerwone słońce wisiało na pochyłości nieba. Pozłacało krajobraz i podkreślało jesienną barwę liści. Szliśmy przez las, na skróty. Leśniczówka powitała nas ujadaniem psów. Na drogę usłaną liśćmi padały długie, czerwone smugi słońca. Kasztanowa aleja zrzuciła tyle liści, że z trudem przesuwało się nogi. Dotąd zadaję sobie pytanie, dlaczego uroda tego dnia tak bardzo zapisała się w mojej pamięci, a nie pamiętam, czy Jagula pożyczyła nam pieniądze. Do domu wracaliśmy inną drogą, tak zwanym traktem na Klony. Szliśmy w zupełnym mroku.
Po sześćdziesięciu latach dowiedziałem się od siostry Leosi, że wyszła nam naprzeciw ze Stefanem na ręku i spotkaliśmy się w połowie drogi między Ługowinami a Klonami. Ja jednak tego nie zapamiętałem. Do tej pory zastanawiam się natomiast, skąd mama wzięła tyle siły, żeby jednego dnia pokonać pieszo czterdzieści kilometrów i jak podołała takim przeciwnościom życia. Nic okazywała po powrocie do domu żadnych oznak załamania, a przecież nic, czym los ją wówczas obdarowywał, nie zasługiwało na zazdrość. W dodatku, jak tu nie wierzyć słowom stolarza, który dziesięć miesięcy przed śmiercią brata powiedział, że niebawem w naszej rodzinie ktoś umrze, bo gdy zbijał dla ojca trumnę, to gwóźdź mu wyszedł obok deski.
Przed chwilą wróciłem z Czerlejna, gdzie na cmentarzu spoczywa brat Marian. Na prostej mogile krzyż, na nim tabliczka i oszczędny w słowach napis:
Świętej Pamięci
Chojnacki Marian
13.VI.1928 – 17.X.1945
Zdaniem, które mogłoby się znaleźć na tabliczce, zakończę to wspomnienie:
Dla Jego duszy bramę nieba otwórz Panie.
24 kwietnia 2007 roku