Jeszcze obecny

Od Autora

Moje zbratanie z przyrodą jest bezspornie skutkiem życia na wsi. Najbardziej z naturą związało mnie dzieciństwo. Jesienne umieranie i wiosenne odradzanie się życia mówiło, że w otaczającej mnie przyrodzie istnieje ład, a wioskowa krzątanina, codzienny obrządek, nie tylko wypełniają dni, ale i łączą z troskami dorosłych. Pory roku narzucały rodzaj pracy, a ta wpływała na domową atmosferę, stwarzającą niepowtarzalne doznania psychiczne. Żyłem w symbiozie z naturą nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Innego świata nie znałem. Świat poznany określał zaś całą sferę uczuciową potrzeb dziecięcych. Tak było u zarania świadomości istnienia – z upływem lat życie stawało się wszakże bogatsze. Zagęszczały się zdarzenia, a świadomość uczestniczenia w nich rodziła nie zawsze pozytywne emocje. Wszystko to stało się później tworzywem moich wierszy.
Dziesiąty rok mi szedł, kiedy trafiłem do szkoły. Było to w 1945 roku – może wczesną wiosną, może późną zimą. Trudno mi dzisiaj ustalić datę. Byłem uczniem zupełnie nieprzygotowanym do nauki, chociaż z uwagi na to, że lata dzieciństwa biegły z latami okupacji, potrafiłem liczyć po niemiecku. Znałem też kilkanaście słów niemieckich, których nauczono mnie w domu, ponieważ jeśli Niemca nie pozdrowiono w jego języku, to można było dostać za to tęgie lanie. Do szkoły trafiłem zatem bez jakiejkolwiek wiedzy, a mimo to należałem do uczniów więcej niż przeciętnych.
Co było powodem, że zafascynowała mnie literatura? Jeśli powiem, że łatwy dostęp do książek, to nie będzie to pełną prawdą, bo taki dostęp jak ja miało wielu. Na wieś książki docierały poprzez listonosza i niekoniecznie zawierały treści socrealistyczne. Korzystałem również z bibliotek powstających przy zakładach pracy. Trafiały się tam bardzo wartościowe pozycje. W początkowym okresie zauroczyły mnie książki Józefa Ignacego Kraszewskiego, które uczyły mnie historii Polski, a ponadto umocniły potrzebę czytania.
Z czasem moje wymagania czytelnicze rosły. Sięgałem po literaturę francuską, rosyjską, angielską i inną. O literaturze radzieckiej nie miałem natomiast i nie mam dotąd określonego zdania, gdyż oprócz Cichego Donu Szołochowa i miernej prozy wojennej nic godnego uwagi na ówczesnym rynku księgarskim się nie ukazywało.
Powoli tworzyłem własną bibliotekę. Zdaję sobie sprawę, że moje spojrzenie na literaturę powojenną jest niepełne, widziane z perspektywy wsi przez dorastającego chłopaka, w którym pochodzenie, niewiedza i wojenna spuścizna zrodziły różnego rodzaju kompleksy. Dlatego też ocena niektórych książek może się nieco rozmijać z ich prawdziwą wartością.
Oddanie się swojej pasji wymaga ogromnej siły charakteru. Myślę, że taką siłę przynieśliśmy z sobą na świat, zarówno ja, jak i moje rodzeństwo. W każdej sytuacji wyróżnialiśmy się czymś pozytywnym, czymś przekraczającym możliwości innych, pragnęliśmy imponować, rywalizować i wykazywaliśmy się dużym uporem. Może właśnie dlatego brat Marian od wczesnej młodości wytrwale rzeźbił, dowodząc że jest nieodrodnym członkiem rodziny.
Pierwszym moim wierszykom daleko było do poezji. Piętnowałem w nich ludzkie słabości, w tym nieróbstwo, czym naraziłem się pewnym osobom z miejscowej społeczności. Rękopisy krążyły po wsi, a mnie skrytykowano na tak zwanym otwartym zebraniu partyjnym, zarzucając że zniechęcam ludzi do pracy. Potem przyszła miłość, a z nią erotyki. Czy były to wiersze poprawne literacko? Dzisiaj mogę powiedzieć, że chociaż treść dyktowało serce, to razi ich warsztatowa nieporadność. Teraz z niechęcią je czytam.
W Lubiążu koło Wrocławia, gdzie umiejscowiono Centralny Ośrodek Szkolenia Kadr Mechanizacji Rolnictwa, zdobywałem wiedzę potrzebną brygadziście traktorowemu. I tam w 1953 roku obejrzałem film Taras Szewczenko. Na pewno nie było to arcydzieło i nie o to mi tutaj chodzi. Przeżyłem ten film jednak na swój sposób, czyli emocjonalnie, ponieważ łączył się z moimi zainteresowaniami i budził potrzebę głębszego poznawania tajników poetyki, wnikania w problemy warsztatu pisarskiego. Wytyczyłem sobie zatem daleką drogę i chociaż z konsekwencją w realizacji obranego celu było różnie, to z literaturą nigdy nie straciłem kontaktu. Książki towarzyszyły mi wszędzie. Ciągle też wzbogacałem własną bibliotekę.
Potrzeba czytania okazała się pragnieniem podobnym do głodu narkotycznego. I już nic na to poradzić nie mogłem. Na zawsze uzależniłem się od literatury, lecz uważam, że obdarowanie takim „głodem” jest czymś tak niewyobrażalnie pięknym, iż przewyższa wszystkie inne doznania.
Debiutowałem w 1975 roku na łamach prasy wierszem Śpiew mój. Potem zaczęły się ukazywać inne utwory, również w radiu. Pierwszy tomik Słowa słońcem wezbrane ujrzał światło dzienne w 1988 roku. Kolejne pojawiły się po kilku latach: Orząc w słowach w 1994, Powiedzcie mi dzieci w 1996, Białe kule dni w 1999, a Siew jest nadzieją w 2005 roku.
W późniejszym okresie mojego parania się poezją wspierał mnie radą mój nauczyciel ze szkoły podstawowej – Leonard Turkowski. W czasie, kiedy był pedagogiem, nie wiedziałem jednak, że jest również literatem – autorem wydanego jeszcze przed wojną tomiku poetyckiego Krzyż na rozdrożu. Najwyraźniej ówczesne lata nie sprzyjały twórczości, nigdzie bowiem nie spotkałem jego wierszy. Dopiero później, kiedy już nie uczęszczałem do szkoły, ujrzałem niektóre z nich na łamach prasy.
Z Leonardem Turkowskim zobaczyłem się ponownie po około trzydziestu latach, już po opublikowaniu w „Tygodniku Kulturalnym” mojej pracy konkursowej, w której wspominałem między innymi o swoim pedagogu. Było to dla mnie ogromne przeżycie. Pan Leonard zapoznał się z moimi wierszami i uznał, że są „marginesowe”. Radził przy tym, żebym pisał obrazami. Potem spotkaliśmy się jeszcze kilka razy, a ja żałuję do tej pory, że nie poprosiłem o rozwinięcie dokonanej uprzednio oceny. Dziwię się ponadto, że na lekcjach mój nauczyciel nigdy nie mówił o swoich pasjach literackich. W latach późniejszych świadomość, że On pisze i wydaje książki napawała mnie dumą i zachęcała do tworzenia. Wtedy też już wiedziałem, że w życiu niczego nie ma za darmo, na wszystko trzeba zapracować – także w poezji.

Józef Chojnacki