Na przełomie lat
Ojciec zmarł w grudniu 1944 roku. Sześć miesięcy po powrocie z więzienia. Miał zaledwie 46 lat. Nie dane mu było doczekać wyzwolenia. Był mroźny dzień i takiż wieczór. Siedzieliśmy w izbie, gdzie leżał, bo tu było najcieplej. Starsze rodzeństwo zdawało sobie sprawę ze złego stanu zdrowia ojca i chętniej przebywało natomiast w kuchni, żeby nie oglądać jego męczarni. Śmierć upatrzyła sobie nasz dom i nic ani nikt nic mógł jej przepędzić. Ja jednak byłem jeszcze zbyt młody i nie rozumiałem zbliżającego się wydarzenia. Towarzyszenie ojcu uważałem za rzecz normalną.
Śmierć przyszła wieczorem. Pamiętam tę chwilę. Na stole świeciła lampa naftowa. Ojciec leżał na wznak z lekko przymkniętymi oczami. Właściwie to leżał tylko w połowie, bo pod plecami i głową miał dwie poduszki. Ręce spoczywały na pierzynie. Patrzyłem akurat na niego, gdy nagle niespokojnie się poruszył i westchnął głęboko, a lewa ręka opadła na podłogę. Wtedy rozległ się płacz jednej z sióstr, chyba Zosi. Za nią rozpłakały się Leosia i mama. Nie pamiętam, czy płakałem. Zgon ojca stanowił tak ogromne wydarzenie, że stłumił we mnie wszelkie tego rodzaju reakcje. Istoty śmierci jako chłopiec, który dopiero za kilkanaście dni miał skończyć dziewięć lat i odejścia bliskiej osoby nigdy nie oglądał, nie mogłem zupełnie pojąć. Dla mnie ojciec, dla którego żywiłem bezgraniczny szacunek, znajdował się ponad śmiercią. I oto runęła wartość od najmłodszych lat pielęgnowana. Ogarnęło mnie ogromne zdziwienie. Śmierć objawiła swą niepojętą siłę. Zmogła ojca. Nie mogłem tego zrozumieć. Coś bezpowrotnie legło w gruzach. Nastąpiło nieodwracalne przewartościowanie. Nie miałem jednak z kim podzielić się swymi myślami.
Zapach świerka zawsze towarzyszył pogrzebom, w których uczestniczyłem. Zapach ten, który łączę głównie ze śmiercią, początkiem swym sięga czasu, kiedy chowaliśmy ojca. Po świerk z polecenia matki miała iść siostra Eleonora, na którą od zawsze mówiliśmy Leosia. Miała iść, ale się bała. Idąc przez pola miała bowiem do pokonania około półtora kilometra. Las rozpoczynał się wprawdzie niespełna kilometr od wsi, ale świerkowy zagajnik zwany ciemnym borem rósł o wiele dalej.
-Dobrze, lecz niech Józek idzie ze mną! – postawiła warunek.
Nie miałem odwagi odmówić. Poszedłem. Zimno dokuczało jak sto diabłów. Za podwórzem weszliśmy na pole zaorane na ostrą skibę. Grudy sięgały więc kolan. Przykryte śniegiem zagłębienia okazywały się niezwykłe zdradliwe. Wiał wschodni wiatr, a my szliśmy naprzeciw niego. Warstwa gęstych chmur przykrywała niebo nieprzeniknionym całunem.
Po śmierci ojciec leżał w domu kilka dni. Matka miała bowiem kłopot z nabyciem trumny. Na szczęście dziedzic, który siedział już na walizkach z powodu zbliżającego się nieubłaganie frontu, polecił miejscowemu stolarzowi zbudować trumnę z majątkowych desek. Ten zaś przekazując nam swoje dzieło twardo powiedział:
-Niebawem ktoś u was znowu umrze, bo podczas zbijania gwóźdź wyszedł mi obok deski.
Mógłby oszczędzić matce zmartwienia w takiej chwili, ale widocznie obca mu była litość albo nie zdawał sobie sprawy z tego, że tymi słowami zadaje ból.
Poza mną i czteroletnim Stefanem rodzina spała w kuchni. My natomiast mieliśmy wygodne łóżko tuż za drzwiami w pokoju, w kącie na prawo, a trzy metry od nas spoczywał martwy ojciec.
Stefan zasypiał kamiennym snem, ponieważ jeszcze do niego nie dotarła tajemnica śmierci i związane z nią wierzenia. Ja kładłem się zaś spać w sąsiedztwie ojca już z pewnym odczuciem bojaźni i parę nocy spędziłem bezsennych, aż w końcu zaczęło mnie ogarniać zmęczenie, tym bardziej, że przedłużało się oczekiwanie na trumnę. W tej sytuacji niepokój mój wzrastał, rosnąc niemal do granic wytrzymałości.
W dodatku pewnej nocy obudził mnie odgłos przesuwanego po podłodze stołu. Jestem pewny, że nie było to żadne przewidzenie i do dziś słyszę ten głos. Zerwałem się wtedy z łóżka i dałem susa do kuchni. Matka nic nic powiedziała. Zrobiła mi tylko miejsce obok siebie. Stefan nadal spał w izbie.
Rano matka wyznała:
-Podczas swojego chorowania ojciec mówił, żeby odstawić stół stojący przy łóżku. Nie usłuchałam. Po śmierci sam to zrobił.
Czy stół został przez ojca po śmierci przesunięty, tego do końca nie wiem, ale wiara matki utwierdziła mnie w przekonaniu, że człowiek ma duszę, która może realizować jego postanowienia i pragnienia.
Ojca pochowano tydzień po śmierci, dwunastego grudnia. Nie byłem na cmentarzu, gdyż nie miałem odpowiedniego ubrania zimowego. Nie było też zapewne księdza, bo okupant z kościołów zrobił magazyny, a księży zamknął w obozach. Przyszło natomiast wielu znajomych ojca, nawet sąsiedzi ze Środki, którzy nie wiadomo w jaki sposób dowiedzieli się o pogrzebie.
Zbliżały się święta Bożego Narodzenia, a wraz z nimi tradycyjne odwiedzanie rodzin przez gwiazdorów. Wśród dzieciarni święta te budziły niesamowite emocje. Gwiazdorzy siali postrach nie tylko wśród dzieci. Już na kilka dni przed Wigilią obmyślaliśmy schowki, z których potem i tak najczęściej nie korzystaliśmy. Ja schowałem się pod łóżko, rozstawiając z brzegu wyplecione z wikliny pojemniki na chleb, tzw. kuszki, w których zwykle „garował” chleb przed pieczeniem. Mój schowek nietrudno było odkryć, a mimo to okazał się skuteczny. Pod innym łóżkiem w pokoju, na wprost drzwi, schowała się siostra Zosia. Gabaryty jej ciała łóżko jednak niezbyt skutecznie mogło zasłonić, dlatego jej kryjówkę wnet odkryto i gwiazdorzy zaczęli ją tęgo bić, a ona nie miała nawet możliwości obrony. Z powodu szczupłości miejsca nie mogła bowiem się pod łóżkiem ruszyć. Zdecydowała się więc na krok desperacki. Podkurczyła kolana, wsparła się na rękach i wstała z łóżkiem na plecach. Wtedy gwiazdorzy widząc jej zdecydowanie i wiedząc, że siłą przerasta niejednego z nich, wrócili do kuchni. Ucichł rwetes i krzyki. Pomyślałem zatem sobie, że czas wychodzić spod łóżka. Ale kiedym już rozprostował kości, drzwi od kuchni się otworzyły i wpadli gwiazdorzy. Wymierzyli mi kilka uderzeń, a ja, żeby ich nie prowokować do dalszego bicia, upadłem na kolana i zacząłem odmawiać na głos pacierz. Jak mi potem mówiono, żegnałem się podobno lewą ręką. Możliwe, tego szczegółu nie pamiętam.
Wspomnienie ówczesnej Gwiazdki wiąże się także z rozkoszami podniebienia, głównie ze słodyczami. Teraz takiej rozkoszy już nie przeżywam. Może z tego względu, że rodowód tamtych dziecięcych słodyczy był bardzo osobliwy.
Późną jesienią nieraz nawet w listopadzie, kopało się buraki cukrowe. Siostry wracały z pola późno, dlatego idąc po ciemku mogły przynieść ukradkiem kilka buraków. Kopanie trwało ponad dwa tygodnie, więc w domu zgromadziło się ich zwykle sporo. Przed świętami dziewczyny zabierały się do roboty. Najpierw nożem oczyszczano korzenie z ziemi. Później krojono buraki na plasterki, po czym wkładano je do kociołka i zalewano wodą. Kociołek stawiano na dobrze rozgrzany piec, gdzie jego zawartość gotowała się prawie godzinę. Kiedy uznano, że buraki są miękkie, wyjmowano je durszlakiem i po ostygnięciu wyciskano z nich sok, który następnie wlewano do pozostającej w kotle wody. Teraz pozostawało już tylko gotowanie. Podczas niego wody w kociołku ubywało i stawała się ona coraz słodsza. Kiedy było już jej mało, przelewano ją do mniejszego garnka i gotowano tak długo, aż stała się ciemnobrązową, ciągliwą i niezwykle słodką melasą. Syrop taki, który nazywam rozkoszą dla podniebienia, dodawano do ciasta piernikowego albo smarowano nim chleb. Ciastka nadawały się przy tym do zjedzenia dopiero po namoczeniu w kawie, którą robiono domowym sposobem z kupowanej cykorii.
Pomimo świątecznego nastroju udzielały mi się niepokoje dorosłych, jakieś skrywane poczucie zagrożenia, obawa przed czymś nieznanym i tajemniczym. Po wiosce rozchodziły się wieści, wynoszone z pałacu przez pracującą tam w kuchni sąsiadkę, żc dziedzic jest już przygotowany do ucieczki, ponieważ Rosjanie są niedaleko. Wiadomość ta przenosiła się z rodziny do rodziny, powodując nieustanny wzrost niepokoju, który pewnego wieczoru po Nowym Roku sięgnął zenitu. W naszym domu przygotowywano się do ucieczki, lecz dokąd uciekać – tego nikt nie wiedział. Ogólnie mówiono – na zachód, tam gdzie dziedzic.
Brat Bolech ciężkim wozem folwarcznym, zaprzężonym w dwójkę koni, powiózł z polecenia dziedzica dobytek jakiegoś Niemca z Kostrzyna, będącego tam podobno właścicielem lub kierownikiem mleczami. Jak potem opowiadał, jechał w kiemnku Śremu, a dalej na Wschowę i Głogów. Z kolei dziedzic swój dobytek załadował na parę wozów, a ponadto holował swój samochód, którego wcześniej z jakiegoś powodu nigdy nie używał, choć podobno był nowy. Ktoś mówił, że nie miał akumulatora, ktoś inny, że nie miał benzyny. Jaka była prawda, nie wiem. Całą wojnę samochód ten stał w wozowni. Pierwszy raz ujrzałem go holowanego za wozem. Pięknie się prezentował – czarny, błyszczący lakier, nieskazitelnie czysty. Sunął brukiem bezszelestnie.
Dziedzic z rodziną uciekł, ale majątek nadal funkcjonował. Obrządku wymagały przecież świnie, krowy, a w stajni stało osiemnaście koni.
W domu panowała atmosfera zatroskania. Siostrę Władzię zabrano do kopania rowów obronnych gdzieś koło Włocławka. Nie dawała znaku życia od wielu tygodni. Teraz Bolech pojechał z Niemcami i nikt nie wiedział, co los mu zgotuje. Niedawno zmarł ojciec. Dużo zła spotkało naszą rodzinę pod koniec 1944 i na początku 1945 roku. Brat Marian miał szesnaście lat i dużo czasu przeznaczał na własne zainteresowania. Gdy dowiedział się, że w Kostrzynie ludzie okradają sklepy poniemieckie, to zaraz tam pojechał z mleczarkiem. Przywiózł narzędzia rymarskie, które okazały się w ogóle nieprzydatne. Poświęcał się też rzeźbie i różnego rodzaju majsterkowaniu. Dopóki trwała wojna, ukrywał na strychu rower. Często się tam wdrapywał, wyjmował koła czy kierownicę i pieczołowicie je czyścił szmatką nasączoną naftą. Marzył o tym, by nareszcie rower poskręcać i upajać się pędem. Ale czasy były wciąż niespokojne, choć emocje trochę opadły. Już nikt nie myślał o ucieczce na zachód, z wyjątkiem rodzin, których ojcowie podpisali volkslistę.
Marian nasłuchał się opowieści o okrucieństwach wojny i na wszelki wypadek urządził naszej rodzinie kryjówkę w piwnicy, położonej pod magazynem zbożowym na podwórzu. Zabrał mnie kiedyś z sobą aby mi ją pokazać, a przede wszystkim pochwalić się swoim dziełem. Schowek ulokowany pomiędzy ścianami wymościł słomą owsianą. Tu mieliśmy się schować na wypadek walk. Nie powiem, żeby pomysł był zły. To miejsce rzeczywiście uchroniłoby nas przed pociskami ciężkiego kalibru. Marian, jako najstarszy mężczyzna, najwyraźniej czuł spoczywającą na nim odpowiedzialność za rodzinę i chwała mu za to.
Brat swoje zdolności manualne wykorzystywał też w inny sposób. Kiedyś zrobił mi pajacyka, który fikał koziołki oraz pojazd ze szpulki na nici. Miałem wspaniałą zabawę.
Upływały mroźne dni stycznia 1945 roku. Bolesław nie wracał. Władzię też nie wiadomo gdzie los rzucił i jakie zgotował jej przeżycia. Rozłąkę przeżywała szczególnie mama, na którą po śmierci ojca spadały wszystkie kłopoty.
Może było to 26 stycznia, kiedy znudzony siedzeniem w domu wyszedłem na dwór. Dzień był pochmurny i mroźny. Leżała gruba warstwa starego śniegu. Zza narożnika domu wyszedł Janek. Odkąd uciekli Niemcy, Janek, syn włodarza, nie stronił od nas, co często zdarzało się podczas okupacji. Co było tego powodem? Mówiono, że jego ojciec, żeby zostać włodarzem, coś podpisał. Co? Wtedy tego nie rozumiałem.
Teraz Janek podszedł do mnie i zapytał, czy pójdziemy do pałacu. Zdumiał mnie, ale i zaciekawił swoją propozycją.
-A jak wejdziemy? Przecież nie przez podwórze – zauważyłem praktycznie.
-Przez płot.
-Zobaczy ktoś.
-Zaraz zobaczy! Pójdziemy od strony szosy. Tam nikogo nie ma.
Od najwcześniejszego dzieciństwa pałac był dla mnie symbolem władzy. Na pałac spoglądałem z szacunkiem, a nawet z bojaźnią. Ale teraz był pusty. Dziedzic uciekł do Niemiec. Toczyłem w sobie walkę. Iść, nic iść? Coś jednak we mnie mówiło: – Idź, dotknij czerwonej ściany, nie bój się. I ten wewnętrzny głos zwyciężył.
Wyszliśmy na szosę. Tam gdzie rosły gęste krzaki, przeszliśmy prawie dwumetrowej wysokości płot. Przejście było łatwe, bo gałęzie bzu usztywniły siatkę. W głębokim śniegu przedzieraliśmy się przez krzaki. Po kilku minutach przywarliśmy do tylnej ściany pałacu. Nikt nie krzyczał, a więc nikt nas nie widział. Po schodach weszliśmy na taras. Okna zasłaniały zielone okiennice. Takie same okiennice zasłaniały jedyne prowadzące na taras drzwi. Chwyciłem za okiennicę, uchyliłem jedną połówkę, potem drugą. Nacisnąłem klamkę, drzwi się otworzyły. Zaskoczeni weszliśmy do środka. Panowała grobowa cisza. Każde stuknięcie wydawało się grzmotem. Rozglądaliśmy się ciekawie wokoło. Zadziwiła mnie idealna czystość, wysoki biały sufit i czerwona podłoga. Coś takiego! Wychowałem się przecież w chałupie, której od lat nie remontowano. Pierwszy raz w życiu tutaj się znalazłem i po raz pierwszy zobaczyłem błyszczące w półmroku meble, oszklony kredens, długi bufet, a w nim wielką ilość szuflad. Otworzyłem jedną. Leżały w niej ołówki. Może sto, może więcej, gumki do wymazywania i jakieś książeczki maleńkie z kolorowymi obrazkami. Wzięliśmy po jednej książeczce i zamykając za sobą drzwi opuściliśmy pałac.
Kiedy zeszliśmy z tarasu, odetchnąłem. Znowu przedzieraliśmy się przez krzewy, ale teraz dopisało nam szczęście. Odkryliśmy w śniegu wielki kosz pełen bielizny. Wzięliśmy po sztuce. Ktoś nie bał się dziedzica, jego przestróg, że niebawem wróci, i nocą to skradł.
Parę godzin oglądałem książeczkę i nikomu nie chciałem jej dać, czym naraziłem się wszystkim w domu. Czytać i pisać nie umiałem, ale siostry mi powiedziały, że została napisana po niemiecku. Wszystko jedno jak to napisano – oczarowały mnie obrazki.
Wcześniej, jak tylko dopuściłem się jakiegoś wykroczenia, straszono mnie szkołą i nauczycielem. Takiej broni użyto też teraz.
-Czekaj, nauczyciel ci da – usłyszałem.
Słowa „nauczyciel ci da” śniły mi się po nocach. Nie wiedziałem, jak wygląda szkoła, za to nauczyciel w mej wyobraźni miał wielkie, białe wąsy, sięgające aż do uszu, przekrwioną twarz i złe oczy. W ręku nosił pas, którym co chwila okładał dzieci, strasznie przy tym wrzeszcząc. Była to zatem groźba, którą traktowałem poważnie.
Po obiedzie wyszedłem przed dom. Polem od lasu szedł jakiś człowiek. Na śniegu wyraźnie rysowała się jego sylwetka. Szedł prosto do wioski. Kto to może być – łamałem sobie głowę, prowadząc go oczami. Pierwszym zabudowaniem wioski była stodoła. Schował się za nią i zza narożnika patrzył na wieś. Z daleka widziałem każdy jego ruch. Chyba uznał, że nie mu nic zagraża, wyszedł i opłotkami zbliżał się do mnie. Stałem przed sienią, on zatrzymał się przy studni i skinął. Podszedłem nie bez lęku. Nieznajomy liczył sobie około czterdziestu lat. Ogorzała, brudna, szeroka twarz przypominała buldoga. Brodę pokrywał kilkudniowy zarost. Oczy miał świdrujące, szare. Odziany był w skórzaną kurtkę, bardzo ciasną, z przodu odstającą, jakby tam coś ukrywał. Domyślałem się, że może mieć broń. Poznałbym tego człowieka, gdybym dzisiaj go spotkał. Mówił coś do mnie po niemiecku, z czego zrozumiałem tylko słowo „wasser”. Pobiegłem więc do domu po kubek, potem poruszyłem dźwignią pompy, a po długich soplach spłynęła lodowata woda. Pił powoli, po czym oddał mi kubek i poszedł na zachód. Długo za nim patrzyłem, jak z trudnością brnie w śniegu, jak potyka się o skiby i zapada w bruzdy. Nagle usłyszałem daleki warkot. Szosą jechały jakieś pojazdy. Gdy się zbliżyły, okazało się, że były to wozy pancerne. Na nich siedzieli rosyjscy żołnierze. Stanąłem na skraju szosy, wołając:
-Niemiec!
Zmarznięci żołnierze obojętnie jednak spoglądali na mnie. Żaden nie spojrzał tam, gdzie wskazywałem ręką. Wołałem uparcie. Niemiec tymczasem schował się za stóg, a kiedy Rosjanie oddalili się, poszedł dalej na zachód. Pojazdy zginęły mi z oczu wśród zabudowań sąsiedniej wioski, a ja nadal stałem z podniesioną ręką, wołając coraz ciszej:
-Niemiec! Niemiec! Niemiec!
Bolesław wrócił pod koniec stycznia 1945 roku wozem, którym wyjechał, ale z innymi końmi, bo folwarczne, dobrze odżywione, zabrali Rosjanie, dając w zamian takie, które ledwo poruszały nogami. Gdzieś pod koniec stycznia wróciła też Władzia. A Marian zmarł w październiku 1945 roku – w wieku siedemnastu lat.
23 listopada 2005 roku