Wspomnienia i refleksje.
Z domowego archiwum
I
Wspominam dawne lata, bo trudno o nich zapomnieć.
Utrwaliły się we mnie, splotła je nić wspomnień –
tak jak babie lato włosami srebrnymi
łączy źdźbła trawy, a wiatr targa nimi
i zrywa i wiąże jako skrzypek struny,
pragnący rzetelnie zagrać skrajne tony.
Pamiętam te czasy, me dziecięce lata.
Mało smutku było, dużo nędzy za to.
Gdy o wieczornej porze spadła mgiełka szara,
las w oddali zastygał jak ciemna kotara.
Ja wsparłszy się głową o sztachety płotu,
patrzyłem na las i w głębię nieba złotą.
Z wiatrem dziwne szmery, od czasu do czasu,
przylatywały do mnie z dalekiego lasu.
I zdawało mi się, przyznaję to szczerze,
cudów nie poznałem, a dziś nie wiem, czy wierzę,
że bór coś mi szeptał, a nieraz głośno gadał,
jakby las raz szumiał, a raz szum opadał.
Chyba uspokajał me serce płochliwe
i z tonów groźnych wchodził w tony tkliwe,
ale wiatr przez płot dmuchał w mą twarz złośliwie.
16 lutego 1960 roku
II
Naprzeciwko okien naszego mieszkania
rosła brzoza biała jak pomalowana.
Tylko na pniu gładkim brodawki pobladłe
zdradzały ślad gałązki dawno odpadłej.
Stroiły teraz pień o skrętach owalnych,
na tyle, aby nie był nienaturalny.
Zaś u dołu kora miała czarne odcienie,
a przy ziemi samej przegniłe korzenie
z kory od dawna przez czas odarte,
co jęczały jak płuca gruźlicą przeżarte,
gdy wiatry jesienne brzozą kołysały
a po niebie chmury od zachodu gnały.
Wtedy brzoza rzewnie listkami płakała
i kobierzec złoty w ogródku słała.
Patrzyłem z lękiem, jak wiatr nią kolebie.
Oj, zapewne ściele kobierzec dla siebie.
22 stycznia 1961 roku
III
Przetrzymała jednak wichrów szamotanie
i popadła w długie, zimowe konanie,
które zwyciężyła, gdy przygrzało słońce,
gdy wiatr ciepły hulał nad polami młyńcem.
I unosił ku niebu słomę, lekkie piaski,
przesłaniając słońce i przestworzy blaski.
Kiedy gdzieś uciekał przez bory i łąki,
i niechcący ginął, gubiąc piasek, słomki.
A brzoza życiem zakwitła zielonym,
najpierw zielenią w kolorze niespełnionym,
a później, gdy już majem rozśpiewała się ziemia,
tajemniczy malarz liście jej przyciemnił.
A gdy wieczór cichy do snu mnie ułożył,
to, zanim usnąłem, rozmawiałem z brzozą.
Ale niedługo to trwało, czasu nie starczyło,
bo gdy wyszeptałem kilka słów, to już mi się śniło,
że na mnie się gniewa, do lasu ucieka,
że obrzydła jej ta przystań, w której śmierć ją czeka.
Ja wtedy krzyczałem i takem się trudził,
że mnie ktoś soczystym kuksańcem obudził.
I tak przeszła wiosna, przeszło lato parne,
sypiąc głodnym myszom w spichrzach złote ziarno.
I nastała jesień nieznośna, ponura.
Ptaki na południe wędrowały chmurą.
Styczeń 1961 roku
IV
Przezorniejsze ptaki już nad wodą Nilu,
gdzie zmęczone głowy ze spokojem chylą.
Tylko jaskółki z zimna skurczone
ostatnie żegnały swą rodzinną stronę,
nas i gniazda puste do ścian przyklejone.
Już stogami upstrzone rudawe ścierniska.
Już jesień się zbliża rudawa jak rżyska.
Z uwięzi uwolniła znów wichry szalone,
na niebo wygnała chmury postrzępione.
A pewnej ciemnej nocy, gdy ja spałem twardo,
gdy wiatr wył w kominie i przeklinał hardo,
kiedy targał brzozą starą i słabiutką,
pragnąc za wszelką cenę złożyć ją w ogródku,
zrobił gałgan swoje i tak to się stało.
A rano jak na przekór niebo pojaśniało.
Cichutki zefirek wiał, gdy wzeszła zorza.
Cichutkim szemraniem żegnała mnie brzoza.
I ja żegnałem ją głębokim spojrzeniem
i powiek mruganiem, i warg lekkim drżeniem.
Styczeń 1961 roku
V
Jak uwiecznić wierszem swoje młode lata
lub objąć pamiętnikiem ich dawną urodę,
aby mogły przekazać istnieniem swoim
dociekliwą relację o dzieciństwie moim.
Burzliwy mija wiek techniki, tempa
i ziemia pokojem nigdy nieobjęta.
Wiek dwudziesty wszelkie tajemnice zgłębił.
Nauka go wiedzie, naukę pogłębił,
wysunął na czoło, kordonem osłania
i pędzi szalony bez opamiętania.
Aż nauka sama, której tak hołduje,
pokona go, zgubi i grób mu zgotuje.
I ten wiek dwudziesty, co ludźmi pomiata,
nie potrafi zgłębić dziecięcego świata.
Nie stworzą możliwości jego pierwsi wieszcze,
by dawne lata przeżywać raz jeszcze,
przeżywać te lata i w snach, i na jawie.
Stworzyć takie dzieło, to zyskać na sławie.
23 stycznia 1961 roku