Ucieka czas, a ja pragnę go zatrzymać choć w części. Jest to moja niezgoda na jego ucieczkę, na przemijanie.
Dzienniki piszę już od 34 lat. Może nie zawsze konsekwentnie, ale długich przerw nie robię. Zacząłem niewinnie w roku 1977 od ogólnopolskiego konkursu Jeden miesiąc mojego życia. Zdobyłem wtedy drugą nagrodę. Byłem w Warszawie, poznałem ciekawych ludzi. Potem popadłem w rozterkę. Jeśli będę pisał dalej, to jaką wybrać formę. Parę lat pisałem, zwierzając się wirtualnej osobie. I ogarnęła mnie niechęć. Zniszczyłem rękopisy, lecz część przepisałem w tradycyjnej formie maszynowej. I tak do dziś się mozolę.
Wybór dzienników z lat 1991-2000 ukazał się w mojej książce Zastałem piękny świat. Materiału mam jeszcze dużo, ale nie wydam go. Wybór został bowiem źle przyjęty przez moje otoczenie. To podcięło mi skrzydła, ale pisać nie przestałem. Niepowodzenie w końcu nie było aż tak wielkie, żeby wytrącić mi pióro z ręki. Pomaga mi przekonanie, że coś po sobie trzeba zostawić. Choćby obraz świata, w którym wypadło mi żyć. W dodatku, pamięć ludzka jest krótka. Niech więc zostaną po mnie dzienniki i kilka tomików wierszy. Nie wierzę przy tym, że ktoś z rodziny poprowadzi moje dzieło, ponieważ wymaga to niebywałej konsekwencji. Z tym trzeba się urodzić, trzeba pokochać mocowanie się z materiałem. Do tego trzeba dorosnąć nie tylko fizycznie, ale również, a może przede wszystkim, intelektualnie i psychicznie…
Kiedy sięgnąłem po książki? Pomijam szkołę i ówczesne czytanki. Było to jesienią 1949 roku. Jak to się stało, że poszedłem do szkolnej biblioteki w Pławcach, za Boga, nie wiem. Wypożyczyłem trzy książki. Do dziś je pamiętam. Były to Mity greckie autorstwa pewnej pani. A druga książka miała tak okropny tytuł, że nie jestem w stanie go powtórzyć. Były to bowiem dwa chińskie wyrazy. Autor mówił w niej o problemach chińskich rodzin, o narkotykach i w ogóle o życiu w Chinach. Trzecia książka doprowadziła u mnie natomiast do głębokich przeżyć i wstrząsnęła mną tak bardzo, że trudno mi o niej pisać bez emocji. A te emocje sięgały wówczas zenitu.
Dzisiaj z pozycji starego człowieka oceniam, iż nie było to jakieś wybitne dzieło. Miało za to treść przesadnie przepojoną emocjami bohatera. Autorem tej książki był Daniel Defoe, a nosiła ona tytuł Przypadki Robinsona Cruzoe. Na moją młodą duszę książka ta podziałała jak narkotyk. I już nie było odwrotu. Sięgałem po kolejne książki.
Gdy byłem starszy, traciłem na nie pieniądze. Kupiłem Trylogię Henryka Sienkiewicza. Po paru łatach już jej nie miałem. Kupiłem drugą. To samo. Przestałem kupować. Sąsiedzi pożyczali, książki nie wracały. Kiedy prosiłem o zwrot, to najczęściej słyszałem: „Skąd wezmę, dzieciaki podarły”. Chodziło o siedem książek. No właśnie, dzieciaki podarły, ale ja za te książki zapłaciłem w księgarniach.
I nie tylko to się wydarzyło. Najbardziej bolesna była dla mnie sytuacja, kiedy od pewnego rolnika, miłośnika książek, pożyczyłem pięć egzemplarzy wydanych przed wojną. I trzy z tych książek wypożyczyłem pewnej pani z odległej miejscowości. Pani ta ani trochę nie starała się jednak zwrócić mi te książki. A ja nie mogłem ich oddać rolnikowi, który mi zaufał. Do dziś mam wyrzuty sumienia. Wiem, źle uczyniłem. Ale byłem młody i bezgranicznie wierzyłem ludziom. Minęło już 65 lat, może trochę więcej, a ja nie mogę tego zapomnieć.
Gromadziłem książki. Traciłem pieniądze, a przecież nie było mnie na to stać. To były ubogie lata pięćdziesiąte XX wieku.
Z Trylogii zostały mi dwie książki, już nie kupiłem ponownie całego zestawu. Moje życie gubi złote liście i zaczyna towarzyszyć mi opamiętanie.
Gromadziłem książki wiele lat. Mam dużo powieści Józefa Ignacego Kraszewskiego, Bolesława Prusa, Henryka Sienkiewicza, Stefana Żeromskiego, Adolfa Dygasińskiego. Z Dygasińskiego już 45 lat pamiętam taki fragment: Lubimy śpiew słowiczy dla śpiewu, ale słowik nie śpiewa, aby śpiewać, pochodzący z powieści Co się dzieje w gniazdach.
Moje wydatki na książki nie były przy tym obojętne dla rodziny, która miała coraz większe potrzeby. Dzieci przecież dorastały. Ale książek nie potrafiłem sobie odmówić. Nadal kupowałem: Adama Mickiewicza, Juliusza Słowackiego, Bolesława Leśmiana, Władysława S. Reymonta, Arkadego Fiedlera, Czesława Miłosza. Chłopów Reymonta kupowałem dwa razy. Moi synowie stworzyli własne biblioteki. Jakie to piękne, że kochają literaturę jak ja. W swojej biblioteczce mam około czterysta tomów autorów polskich i zagranicznych. A miałem książek o wiele więcej.
Widzę granicę mojej przyszłości. Smutne to, ale okropnie drąży moją psychikę świadomość krańca utarczek z życiem. Negatywnie też wpływa to na moje życiowe inicjatywy. Proszę nie zaprzeczać. Kiedyś każdy dochodzi do tej prawdy. To prawo osiągniętego wieku. Świadomość tego jest nieunikniona, a ucieczka bezcelowa. Powiedziałbym – głupia. Bo niby dokąd?
Ostatnio syn Zbyszek podarował mi powieść Olgi Tokarczuk Księgi Jakubowe. Nie chcę tego dzieła oceniać. Zrobiły to osoby kompetentne. Książkę doceniono, ale też znalazły się takie osoby, które poskąpiły jej ciepłych słów.
Nie stroniłem od książek autorów zagranicznych. Najbardziej dostępne były rosyjskie. Mam ich sporo, lecz wymienię tylko niektórych autorów: Lwa Tołstoja i Fiodora Dostojewskiego. Z radzieckich zwrócę przede wszystkim uwagę na Michała Szołochowa i Konstantego Paustowskiego, a także na literaturę wojenną.
Nie chcę wypowiadać się o powieści Cichy Don Szołochowa. Jest ona taka jaka jest i Szołochow w literaturze światowej ma pozycję taką jaką ma. Niezależnie od oceny czytelników, również takich jak ja. Z książek mówiących o II wojnie światowej mam między innymi Szosę wołokołamską Aleksandra Beka oraz Pisane w czołgu Grigorija Pienieżki. Zresztą, Cichy Don to również literatura wojenna, tylko tematycznie poszerzona.
Piękną pamiątkę przywiozłem z Ukrainy, kiedym w 1989 roku tam przebywał z delegacją naszego kombinatu. Podarowano mi tam wtedy zbiór wierszy Tarasa Szewczenki Kobzarz. Mam go do dziś. Powiedziałem także gospodarzom, że znam powieść Iwana Franki Zachar Berkut. Okazało się, że i oni ją znają. I to mnie ucieszyło, ponieważ znaczyło, że czytają utwory swoich autorów. A gdy delegacja z tamtejszego sowchozu gościła u nas w Gułtowach, popisałem się wygłoszeniem wiersza Szewczenki Weczir. Co ciekawe, utwór ten zaczerpnąłem z książki Wieszcze oratorium, wydanej w Poznaniu nakładem księgarni Jana Konstantego Żupańskiego. Jest to edycja jeszcze XIX-wieczna, pochodzi z 1866 roku. Autorem tego tomu wierszy jest Józef Bohdan Zaleski, którego Kraszewski – dedykując mu swoją książkę – nazwał „ukraińskim słowikiem”.
Jan Konstanty Żupański (1804-1883), który wielce przysłużył się polskiej literaturze, pochodził z przybyłej w XVIII wieku do Poznania greckiej rodziny Żupanosów. Ojciec jego i brat handlowali winem. Nazwisko spolszczyli.
Muszę także przypomnieć jeszcze niemieckiego pisarza Johanna Wolfganga Goethego, którego książkę Cierpienia młodego Wertera noszę w sercu już wiele łat. Z literatury francuskiej przywołam Wiktora Hugo i Juliusza Verne’a. Trudno mi też pominąć literaturę amerykańską, na przykład: Grona gniewu Johna Steinbecka, Martina Edena i Zew krwi Jacka Londona oraz jego opowiadanie Syn wilka. Z prozy Ernesta Hemingwaya cenię powieść Pożegnanie z bronią oraz opowiadanie Stary człowiek i morze.
Oto „szybki bieg” przez literaturę mojego życia. To jednak tylko fragment tego, co przeczytałem. Ja przez całe młodzieńcze i dorosłe życie byłem uzależniony od książek. I dziś, chociaż dobiegam 86 lat, książki są moją miłością. I tak już pozostanie. Czy można to nazwać chorobą? Może. Ale to piękna choroba. Zyczę jej każdemu.
2021 rok Józef Chojnacki