Jeszcze wołają mnie pola

Olek

Z Aleksandrem poznaliśmy się wiosną 1939 roku, kiedyśmy ze Sródki przywędrowali do Ługowin. Zamieszkaliśmy w sześcioraku, tuż obok jego rodziny. Powszechnie na Aleksandra mówiono Olek. Widywaliśmy się codziennie. Jedno, co nas dzieliło, to wiek. Olek w 1939 roku miał iść do szkoły, lecz wojna temu przeszkodziła. Ja zaś miałem niespełna cztery lata i początków naszej znajomości nie pamiętam. Ale późniejsze lata dobrze zapamiętałem.
Olek, pomimo że starszy i silniejszy, nigdy nie wykorzystywał wobec młodszych kolegów swojej fizycznej przewagi. Miał dziwnie ugodowy charakter. Taki był jako dziecko i młodzieniec, taki jest do dziś, bo Aleksander na przekór swym 82 latom dziarsko się trzyma.
Mimo różnicy wieku na przedwiośniu 1945 roku rozpoczęliśmy wspólnie naukę w tej samej pierwszej klasie. Po około czterech miesiącach edukacji zaliczono nam ukończenie pełnej klasy pierwszej. Nie mieliśmy zeszytów ani książek. Pisaliśmy rysikami na tablicach wielkości formatu A4, zrobionych z jakiejś czarnej masy, obrzeżonych drewnianymi ramkami. Treść łatwo się zmywało lub ścierało mokrą szmatką.
Chyba razem ukończyliśmy też klasę drugą, a potem nasze drogi uczniowskie się rozeszły. To znaczy, ja chodziłem nadal do szkoły, a Olek pracował w Ługowinach.
Gdy szkoła w Węgierskiem zorganizowała naukę wieczorową dla starszej młodzieży, to skorzystał z tego Olek, skorzystali i inni, również moja siostra. Ukończenie w trybie przyśpieszonym szkoły podstawowej dawało młodzieży możliwość dalszej nauki, najczęściej jakiegoś zawodu.
Olek związał się z mechanizacją. Ukończył kurs traktorzystów i w tym zawodzie pracował wiele lat. Wyprzedzał innych pod każdym względem. Nie żałował minionych czasów. Czy tylko on? Podobnie myślała większość robotników folwarcznych, którzy w dodatku na przemianach powojennych niczego nie tracili, ponieważ byli tak biedni, że nie mieli co tracić. Ulgę sprawiała im świadomość, że skończyło się dawne poniżenie. Na domiar, władze socjalistyczne dużo mówiły o ich godności. Zebranie goniło zebranie. Utwierdzano w ludziach przekonanie, że będzie lepiej. A przy tym spełniały się niektóre oczekiwania, takie jak budownictwo mieszkaniowe, opieka lekarska czy oświata.
Aleksander wstąpił do Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Brał czynny udział w zebraniach i czynach społecznych. Umacniał się w poglądach. Zyskiwał uznanie władz. Odbył zasadniczą służbę wojskową, ożenił się i nadal dojrzewał ideologicznie. Jak wielu w pegeerach uważał, że ustrój powojenny zapewnia robotnikom rolnym poczucie człowieczeństwa. W końcu solidną pracą i aktywnością partyjną zasłużył na awans. Dyrektor przedsiębiorstwa zaproponował mu stanowisko brygadzisty polowego.
Jako brygadzista wykazywał również wiele inicjatywy. A mógł aktywnością zadziwiać, ponieważ w jego gestii pozostawały trzy zakłady oraz niemal tysiąc hektarów. Dla ułatwienia kontroli wykonywanej pracy wyposażono go przy tym w motorower.
Pewnej jesieni udał się na kraniec pól, wchodzących w skład przedsiębiorstwa Ługowiny, gdyż dowiedział się, że drogą łączącą Mikuszyn z Markowicami nie można przejechać z powodu jej złego stanu, a kierowcy wpadli na pomysł, by przestrzeń między wioskami pokonywać po pegeerowskim polu, na którym akurat wschodziła ozimina.
„Dzika” droga na polu miała już kilkanaście metrów szerokości. Tylko usiąść i płakać z powodu strat. Olek patrzył na to z bezradnie rozłożonymi rękami. Zastanawiał się, jak utrudnić wjazd na pole, gdy wysokiej klasy samochód terenowy wychylił się zza krzaków i zbliżył do niego. W Olku emocje sięgnęły zenitu. Przygotował sobie odpowiednie słowa i zatrzymał intruza.
Drzwi otworzył elegancki pan, ubrany w strój myśliwski.
-Dzień dobry panu — powiedział Olek, który starał się być uprzejmy, choć go to wiele kosztowało.
-Jedzie pan po uprawnym polu niszcząc oziminę.
-To prawda — odparł ów pan. — Ale wybieram drogę bardziej przejezdną.
-Pan nie jedzie drogą! Droga jest obok, za krzakami.
-Zdaję sobie z tego sprawę, ale drogą właściwą nie mogę przejechać, bo tam są straszne dziury, a gałęzie zniszczą mi lakier samochodu.
-To nie nasz pegeerowski problem. Drogami opiekuje się gmina — zauważył Olek.
-Wiem, ale mam tutaj teren łowiecki i za wszelką cenę muszę do niego dotrzeć.
-Jedynym wyjściem jest zatem naprawa drogi.
—To prawda, a jeśli można zapytać, to jak pan się nazywa?
-Aleksander B. Jestem brygadzistą polowym i zależy mi na tym, by bezmyślnie nie niszczono mienia państwowego.
-Oczywiście, to zrozumiałe. Ja nazywam się Z…da i jestem I sekretarzem Komitetu Wojewódzkiego PZPR w Poznaniu. Czy jest pan członkiem partii?
-Od wielu lat.
-A zatem, towarzyszu Aleksandrze, ma towarzysz zupełną rację. Tę drogę trzeba natychmiast naprawić, aby nie niszczono zasiewów.
Olek oniemiał. To dopiero trafił, ale nie dał poznać po sobie konfuzji.
—Proszę wybaczyć, że zwróciłem uwagę, ale do niszczenia zasiewów dochodzi każdej wiosny i jesieni, kiedy tylko droga staje się nieprzejezdna, dlatego jesteśmy na to uczuleni.
-Nie dziwię się — dodał sekretarz, po czym wyjął notes, długopis i powiedział:
— Proszę jeszcze raz podać swoje imię i nazwisko. Chciałbym zanotować.
Olek spełnił jego życzenie i na tym zakończyła się ich rozmowa. A potem życie potoczyło się zwykłym trybem. Zajęty codziennymi sprawami zapomniał Olek o sekretarzu i przypadkowym spotkaniu na polu. Niebawem został jednak zaproszony na posiedzenie Komitetu Gminnego PZPR, choć z niczym nie kojarzył sobie tego wyróżnienia. Zdziwienie jego nie miało zaś granic, gdy został członkiem Komitetu Wojewódzkiego w Poznaniu. Obowiązki związane z tą funkcją dawały mu wiele satysfakcji. Kontrolował liczne urzędy, stawał się coraz bardziej pewny siebie. Zacząłem odnosić wrażenie, że zbytnio uwierzył w swoją nieomylność. Cóż, przy awansach to się zdarza. Nie zauważył nawet, kiedy z brygadzisty stał się urzędnikiem partyjnym.
Dla kolegów szkolnych pozostał jednak nadal równym, przystępnym kumplem. Zwierzał mi się ze swoich trosk i problemów. Mówił, że na posiedzeniach Komitetu Wojewódzkiego musi od czasu do czasu zabierać głos w sprawie poruszanych zagadnień i omawianych tematów. Zaciekawiło mnie to i zapytałem, czego dotyczyło jego ostatnie wystąpienie.
—Powiem ci szczerze, że wyszedłem poza temat. Komitet, Józef, to taka grupa kolesiów. Każdy z każdym się zna, razem kończyli studia, a poza tym nie wierzę, że mają czyste sumienia. To i owo się słyszy podczas ich rozmów. Powiedziałem im, że spośród nas, tutaj zebranych, tylko kilku to prawdziwi komuniści. Reszta to karierowicze. Tak ich oceniłem.
—I miałeś rację. Władzę w partii dzierży grupa kolesiów. Ale widzisz, partyjną machiną nie mogą kierować ludzie bez wykształcenia. Pamiętasz naszego powojennego wójta, który słabo czytał i pisał. Przypomnij sobie, jak z niego zakpiono. Podsunięto mu pismo, że skazuje się go na karę śmierci. I wójt ku powszechnej radości podpisał to pismo. Dobrze, że był to tylko żart, choć trzeba przyznać, że bolesny. Dzisiaj nie mogą ludzie z awansu, bez wykształcenia, pełnić ważnych funkcji. Partia bez kadr sobie nie poradzi.
-No, dobrze, ale w ten sposób partia robotnicza staje się partią intelektualistów.
-Nic na to nie poradzisz. Myślę, że popełniłeś błąd zarzucając wszystkim członkom komitetu karierowiczostwo.
—Tak myślisz?
-Tak! Myślę też, że to na tobie się zemści. Ktoś powiedział: Nie mów wiele, a będziesz uchodził za mędrca. Złapałeś, Olek, złodzieja za rękę i rozpoznałeś go? Będziesz niewygodny.
-Mam swoją robotę. Nie jestem na etacie. Niewiele stracę.
—Pozostanie ci jednak poczucie przegranej. A to boli.
-Przyjdzie czas i wyrówna. Powiem ci szczerze, gdy tam jestem, widzę swoje braki w wykształceniu i bardzo to przeżywam.
-Wierzę ci.
Niebawem Olek rzeczywiście pożegnał się z Komitetem Wojewódzkim. Zabrakło w nim miejsca dla niego. Poczuł ulgę, ale zarazem miał też świadomość porażki.
—To jest tak, jakbym stanął na rozdrożu i nie wiedział dokąd iść — zwierzył mi się kiedyś. Ideologia straciła barwę, a ja straciłem wiarę w zwykłą, ludzką uczciwość.
—Ideologia straciła barwę, kiedy jeszcze byliśmy młodzi. Przypomnij sobie powiedzenie: Łaska pańska na pstrym koniu jeździ albo nasze chłopięce zabawy. Głaskaliśmy się po głowach i mówiliśmy: Cacy, cacy, bęc po glacy. I bęc!
—Tak, przecież to wszystko oddaje moją sytuację. Popatrz, jacy byliśmy mądrzy.
—Powiem więcej, pasowałeś do tego wszystkiego jak bat do d..y.
I wybuchnęliśmy gromkim śmiechem.

Kwiecień 2014 roku