Jeszcze wołają mnie pola

Rower

Po wojnie marzyłem o rowerze. Prawdę mówiąc, nie zaraz po wojnie, ponieważ wtedy na takie marzenie nie mogłem sobie pozwolić i w dodatku byłem za młody, ale po kilku latach od jej zakończenia. Wprawdzie mieliśmy w domu rower przedwojenny, lecz jeździł nim Marian, owijając sznurkami dziurawe opony. Kiedy Marian umarł, a Bolecha jeszcze zimą 1945 roku powołano do wojska, zepsuty rower stał w szopie i zabroniono mi zbliżać się do niego. Słowo w mojej rodzinie miało ogromną wagę i stosowałem się do tego.
Rower po wojnie był rarytasem i dlatego nasz obdarzano w domu troską szczególną. Mimo to, gdy postał sobie w szopie dwa i pół roku, zdążył zardzewieć, a opony i dętki skruszały zupełnie. Kiedy Bolech po trzech latach służby w kościuszkowcach wrócił do domu, musiał zabrać się do naprawy. Kupił opony i dętki, bo te akcesoria już pojawiły się w sklepach, i pojazd uruchomił. Z marsową miną zabronił mi go jednak ruszać pod jakimkolwiek pozorem.
Kiedy skończyłem edukację w szkole czteroklasowej w Węgierskiem, rozpocząłem wędrowanie po dalszą wiedzę do Pławiec. Pięć kilometrów w jedną stronę, pięć z powrotem. W deszcz, śnieżycę, poprzez zawieje, ślizgawicę i mrozy. I wtedy zrodziło się we mnie marzenie o własnym rowerze. Był to rok 1949. Rowerów we wsi przybywało. Zdarzało się, że zaspaliśmy, a tu trzeba iść do szkoły. Myślałem: „Žeby mi Bolech dał rower, to bym zdążył na lekcje”, ale brat spał, bo późno wrócił od dziewczyny. Stawałem przy jego łóżku i modliłem się, żeby się obudził, bym mógł poprosić go o rower. Nieraz z tego powodu przyszedłem dopiero na drugą lekcję, bo czekałem daremnie, a bez pozwolenia roweru nie ruszyłem.
Przybywało mi lat i gdy Bolechowi, urządzającemu z kolegami libację, zabrakło alkoholu, wysyłano mnie do Czerlejna po wódkę. Jechałem tam drogą częściowo utwardzoną kamieniami i niesamowicie wyboistą, a częściowo polną z głębokimi koleinami. Kiedy wiozłem w torbie powieszonej na kierownicy kilka butelek litrowych, bo takie wtedy sprzedawano, z torby dochodził odgłos tak donośny, że skóra cierpła mi na grzbiecie, a włosy stawały dęba. Tak troszczyłem się o całość mojego sprawunku, że nie dopuszczałem nawet do siebie myśli o możliwości zbicia jakiejkolwiek butelki. Chyba nie uszedłbym bowiem z życiem pijanemu towarzystwu. Ale najgorsze było, że z siodła nie sięgałem pedałów i jadąc rowerem siedziałem na rurze cierpiąc niesamowite katusze.
Kiedy skończyłem szkołę podstawową w Pławcach, to Bolech pomyślał o sprawieniu mi roweru. To nie był jednak czas, że szło się do sklepu, płaciło i brało rower. To były czasy, że rower się przepłacało, kupując go u handlarzy, którzy tylko sobie znanymi sposobami wchodzili w posiadanie tego wehikułu.
Znał Bolech kogoś takiego w Kostrzynie — pewnego inwalidę z krótszą jedną nogą, niezwykle obeznanego we wszelkiego rodzaju przekrętach. Tylko on oferował rower, innych ofert nie było. Bolech wiedział, że cena jest za wysoka, ale niestety w tej sytuacji nie do odrzucenia. I tak, po wstępnym targowaniu i opiciu transakcji, rower znalazł się w naszej szopie, strzeżony pilnie przez mamę. Bez wyraźnej potrzeby nie miałem do niego dostępu. Aż zdarzyło się, że wzdęła się nasza krowa, która najadła się chyba mokrej koniczyny.
-Jedź — powiedziała mama — do Nizielskiego i kup soli glauberskiej.
Tę sól rozpuszczono potem w wodzie i wlano krowie do przełyku. Szczęśliwie przeżyła, ale czy pomogła jej sól glauberska, czy wola Boża, tego nie jestem pewien.
Przejechałem wtedy na rurze 14 kilometrów i moje pośladki przypominały galaretę. Chodziłem po tej eskapadzie jak paralityk i na długo odechciało mi się roweru. Nie zdawałem sobie sprawy, że siodełko można opuścić jeszcze niżej. To dotarło do mnie później i wtedy komfort jazdy wyraźnie mi się poprawił.
W czasie określonym prawem ukończyłem sześć klas szkoły podstawowej i postanowiliśmy z Zenonem zgłosić się ponownie do szkoły w Pławcach, gdzie od 1 października rozpoczynała się nauka, obejmująca program siódmej klasy. Był to rok 1950. Rower był mi wówczas niezbędny. Rano szedłem bowiem do pracy w majątku, co było koniecznością, wynikającą z potrzeb rodzinnych. Mama nie pobierała renty ani emerytury, a brat Stefan miał około dziesięciu lat i niebawem też rozpoczynał naukę w Pławcach.
Po pracy, pod wieczór, jechałem rowerem do szkoły. Nauka trwała kilka godzin, wracaliśmy z Zenonem w zupełnej ciemności, około dwudziestej drugiej. Często też podczas lekcji wyłączano prąd, co bardzo przeszkadzało w nauce. W domu natomiast prądu jeszcze nie mieliśmy, bo najpierw podłączano wioski, które organizowały u siebie spółdzielnie produkcyjne.
Rowerowi, który był moim spełnionym marzeniem, poświęcałem wiele czasu, zarówno z sentymentu, jak i z konieczności. Okazało się bowiem, że handlarz skręcił go ze starych części i stale coś się w nim odkręcało. Z naprawą jako tako sobie radziłem, chociażby dlatego, że byłem związany z mechanizacją. Od lipca 1951 roku pracowałem w pegeerach jako pomocnik traktorzysty, a od sierpnia już samodzielnie jeździłem ciągnikiem marki Zetor. Orałem przy tym nocami, gdyż w dzień traktorzysta przewoził jakieś materiały albo młócił zboże.
We wrześniu 1951 roku rozpocząłem naukę w szkole zawodowej przy fabryce przyczep w Antoninku. Uczyłem się mechaniki pojazdowej, głównie budowy samochodów, ponieważ zakładano, że w przyszłości ruszy tam produkcja samochodów. Przygotowywano zatem pracowników. I rzeczywiście, po kilku latach zaczęto produkować samochody i trwa to do dziś.
Moim wymarzonym rowerem dojeżdżałem na stację do Kostrzyna. Towarzyszył mi Zenon, kolega z podwórka. W Kostrzynie u zaufanej rodziny zostawialiśmy rowery na cały dzień. Tak było przez miesiąc, po czym ja, głównie ze względów finansowych, zrezygnowałem z nauki. Zenon zresztą też. Kolega poszedł na naukę zawodu do prywatnego zakładu ślusarskiego, ja dostałem zajęcie w Państwowym Ośrodku Maszynowym w Kostrzynie. Dostałem zetora, młocarnię i pług, i posłano mnie do Siekierek, gdzie pracowałem u parcelantów. Chociaż nie miałem jeszcze 16 lat, robota sprawnie mi się układała. Całe dnie młóciłem, a wieczorem orałem. Do domu miałem daleko, więc spałem w oborach, a czasem ktoś przenocował mnie w domu. Rower zawsze miałem przy sobie. Był mi wiernym towarzyszem.
W dzień wypłaty, w grudniu, z kolegą Stanisławem poszliśmy do baru na obiad. Pieniądze wypłacono nam późno. Zapadał zmrok. Rower postawiłem pod ścianą w pobliżu okna, ale po wyjściu z baru zobaczyłem, że go nie ma. Zaraz zgłosiłem kradzież na milicję. Funkcjonariusz pełniący służbę rozłożył jednak ręce. Rzekł, że nic na to nie poradzi i może najwyżej zanotować kradzież. I zanotował.
W ten sposób jedno z moich spełnionych marzeń utraciłem na zawsze.

Styczeń 2010 roku