Kurka wodna
Wtedy jak zwykle wybraliśmy się do lasu po szyszki. Szliśmy w trójkę: bracia Janek i Zenon i ja. Z braku opału paliło się wówczas szyszkami, by ugotować obiad.
—Tylko uważajcie, żeby leśniczy was nie złapał! — ostrzegła nas moja mama. — Zachowujcie się cicho!
Do lasu nie można było wchodzić, a leśniczy sumiennie wypełniał zarządzenia niemieckich władz i pilnował przestrzegania tego zakazu. Zwłaszcza od czasu, kiedy aliancki samolot zrzucił broń dla tutejszej placówki Armii Krajowej. To, że był Polakiem, ani trochę mu nie przeszkadzało. Nam zaś nie przeszkadzała gorliwość leśniczego i do lasu chodziliśmy.
Scieżką za ogródkami i stodołą wychodziło się na piaszczystą drogę, która klucząc prowadziła do rozpościerającego się w odległości kilkuset metrów lasu. Ale zanim dotarła do lasu, błądziła łąką obok stawu, potem przemykała wśród zboża, aby w końcu wychylić się z niego i rozpłynąć w leśnej gęstwinie.
Tamtego dnia gorący piasek parzył bose stopy. Szliśmy więc poboczem, gdzie rosła uboga trawa i rdest ptasi. Tam było chłodniej, a przed nieznośnie przypiekającym słońcem zasłanialiśmy się jeszcze koszykami.
Od pobliskiego stawu niósł się rechot i kumkanie żab. Przyśpieszyliśmy kroku. Jakże marzyłem, aby zanurzyć się w chłodnej wodzie i trwać w nieważkości, aż do utraty tchu, a potem rozłożyć się na wznak i patrzeć, hen, w tajemniczą głębię nieba. Ale do stawu także nie wolno było wchodzić, ponieważ wielmożny hodował w nim ryby, które podobno nie znoszą zmąconej wody.
Stanęliśmy na brzegu. Czujne jak zwykle żaby ucichły. Tylko to tu, to tam, poruszały się, znacząc wielkie kręgi na gładkiej powierzchni. Powietrze nasycone było graniem owadów, korzystających z darmowego wodopoju. Nad polem śpiewały skowronki, w lesie kukała kukułka. Spojrzeliśmy za siebie. W skąpanej w słońcu wiosce panowała zupełna cisza.
—Wielmożny je obiad — powiedział najstarszy z nas Janek.
-Pewnie że je — stwierdziliśmy z Zenonem.
—Może wykąpiemy się? — spytał Janek niezdecydowanie.
-Ale szybko! – odparliśmy i natychmiast zrzuciliśmy z siebie ubrania.
Wskoczyliśmy do wody i od razu zaczęliśmy nurkować. Ten upragniony chłód, to zagubienie w głębinie, budziło niesamowite doznania.
Nagle któryś z nas zawołał:
-Kurka wodna* !
—Gdzie?
—Tam! Schowała się w wodzie!
Na chwilę zamarliśmy, lecz wnet opanowała nas pasja łowiecka. Zapomnieliśmy o Bożym świecie. W ruch poszły koszyki. Ale kurka okazała się od nas bardziej przebiegła. Koszyki omijała i wypływała z drugiej strony stawu. A kiedy tam zanurzaliśmy koszyki, pokazywała się w poprzednim miejscu. Po godzinie daremnych połowów daliśmy więc sobie spokój i pobiegliśmy do lasu.
Wnet stary, sosnowy bór powitał nas zapachem rozgrzanej żywicy. Gęste powietrze wprost stało nieruchome, było bezwietrznie, nie poruszyła się nawet ani jedna gałązka. Szybko wybraliśmy z trawy szyszki i pozbieraliśmy kawałki drewna. Po paru minutach mieliśmy pełne koszyki i właśnie kierowaliśmy swe kroki do domu, gdy na drodze prowadzącej do wsi pojawił się leśniczy. Oparł się o rower i uporczywie patrzył na nas. A po chwili zaczął na nas krzyczeć i wygrażać.
Wtem Janek bez słowa dał nura w pszenicę, rosnącą tuż przy lesie, a my pobiegliśmy za nim. Zielone kłosy biły nas po twarzach. Koszyki utrudniały ucieczkę, więc nie bez żalu odrzuciłem swój koszyk i to samo uczynili koledzy. Leśniczy natomiast jechał dróżką wzdłuż pola, przez które biegliśmy co tchu. Od razu zrozumiałem zamiar Janka, któremu chodziło o to, aby wyprzedzić ścigającego i przebiec przed nim drogę, za którą kończyła się jego władza. Udało się nam. Może zresztą więcej w tym było dobrej woli leśniczego niż naszej sprawności.
Za drogą wbiegliśmy w ziemniaki, zapadając się w głębokie bruzdy. I raptem zza stodoły ktoś zaczął nam grozić laską. Był to wielmożny. Padliśmy gwałtownie w redliny. Od ziemi promieniował przyjemny chłód.
-Wiedziałem, że będzie nieszczęście — wyszeptał Janek. -To Zenon zawołał „kurka wodna”. On jest winien.
Zenon oblizywał spieczone usta. Spoglądał na mnie, na Janka i wyraźnie było mu przykro. Leżał obok mnie. Patrzyłem na jego zmęczoną twarz, na krople potu, staczające się z czoła na ziemię. Upływały minuty. Od ziemi przenikał chłód, ale obnażone plecy spalało prażące słońce. Drażnił cierpki zapach łęcin. Postanowiłem bronić kolegę.
—Janek, przecież Zenon nie kazał nam gonić kurki. Wszyscy tego chcieliśmy. Gdybyśmy od razu poszli do lasu, to dawno bylibyśmy w domu. A tak, to mamy, co mamy.
—No pewnie — poparł mnie Zenon.
Wreszcie Janek postanowił:
-Idziemy! Wielmożny poszedł sobie.
Pobiegliśmy na przełaj, a rozchodząc się we wsi postanowiliśmy, że jutro wrócimy po koszyki. Gdy przyszliśmy, leżały wciąż w zbożu. Zabraliśmy też rozsypane szyszki.
Po tej przygodzie nadal chodziliśmy do lasu. Nie na przekór leśniczemu, ale zmuszała nas do tego konieczność. Musieliśmy zdobywać opał.
*Kurka wodna — w ornitologii kokoszka wodna, ptak z rodziny chruścieli (podobnie jak łyska).
Listopad 2011 roku