Dzieciństwo
Którego dnia ze Śródki przywędrowaliśmy do Ługowin – nie pamiętam. Jak mi mówiono, kiedy byłem dorosły, całą drogę spałem wśród mebli na wozie. Ługowiny były niewielkim majątkiem w porównaniu z ościennymi. Liczyły 250 hektarów. Prawie zawsze przechodziły z rąk niemieckich w niemieckie. Tylko jeden raz, od roku 1898 do 1901, właścicielem był Polak – Zygmunt Radziejewski. W 1909 roku folwark kupił Bernard Giese od Arnolda Bergera. Giese zmarł około 1920 roku, po czym właścicielką została jego żona Anna, która wnet wyszła za mąż za Bergegreena. Była właścicielką do 1945 roku. Ale nie ona przyjmowała mojego ojca do pracy, a dzierżawca Bienek (Binek). Robotnicy nie wiedzieli, że jest on arendarzem, dlatego uchodził za jaśnie wielmożnego pana. Myślę jednak, że gdyby nawet wiedzieli, inaczej by nie mówili z powodów wiadomych, szczególnie w okresie okupacji.
Zamieszkaliśmy w sześcioraku, stojącym wzdłuż bruku łączącego szosę z podwórzem, w pierwszym mieszkaniu od zabudowań gospodarczych. Czy to mieszkanie przez parę lat zajmowała rodzina Karola Musielaka, który opuścił Klony i w Ługowinach był kowalem, nie wiem. Jego córka urodzona w Klonach w roku 1920 — pani Zofia Rybicka nie jest pewna, czy tam mieszkała. Ale, jak pisze, słuchała płynącej z dworu fortepianowej muzyki, a mieszkanie to jest dworowi najbliższe. Dodam jeszcze, że pani Zofia jest tłumaczką z języka niemieckiego, eseistką, prozaikiem, krytykiem literackim, była też przez wiele lat redaktorem w warszawskich wydawnictwach książkowych.
Wskutek szalejącej w Ługowinach i okolicy szkarlatyny rodzina Musielaków wywędrowała do Poznania w 1927 roku.
W takiej wiosce wypadło mi spędzić 32 lata życia. Anim się tego spodziewał.
Sięgam wspomnieniem do lat dzieciństwa, do prapoczątków pamięci, kiedy wydarzenia się wymykają, ponieważ są jak ulotna chmura, której za chwilę nie ma i już się o niej nie myśli. Na pewno z roku 1939 noszę w sobie słabo zarysowany taki obraz.
Brat Bolesław wiezie mnie na rowerze na cygańskie wesele przed leśniczówkę Drzązgowo, położoną niedaleko Ługowin. Widzę się chodzącego pośród przerastających mnie chwastów i maleńkich, ledwie wychylonych z ziemi sosenek. Czy widziałem wesele? Cyganów? Nie pamiętam. Pamiętam natomiast powrót z lasu ku łące, szybką jazdę z górki i prażące niemiłosiernie słońce. To na pewno był lipiec albo sierpień tuż przed wojną. Dlaczego tę datę podaję? Bo okupant zabrał Polakom rowery, a Cyganów prześladował. A gdyby nawet jeszcze nie prześladował, to nigdy nie odważyliby się wyprawiać hucznego wesela.
Ten epizod tutaj się urywa, ale pamięć inny nasuwa, też związany z rowerem. Znaczyłoby to, że jazdę rowerem głęboko przeżywałem.
Oto wiezie mnie brat na rowerowej ramie. Jedziemy szosą do Klon, jedziemy do samolotu, który wylądował na tamtejszym polu. Samolot lądujący na polu, to wydarzenie było również niezwykłe dla dorosłych. W pamięci widzę je w kolorze czerwonym, a najbardziej zapamiętałem dojrzałe czereśnie na przydrożnych drzewach. A więc jechaliśmy z bratem przy końcu czerwca lub w pierwszych dniach lipca 1939 roku. W Ługowinach mieszkaliśmy od kwietnia tamtego roku.
Noszę też w sobie inne wspomnienie.
Idę z ojcem z podwórza. Trzyma mnie za rękę. Mijamy bramę. Słychać dalekie wybuchy. Ojciec mi mówi, że jest wojna. Patrzyłem na zachód, skąd echo wybuchów napływało i pamiętam zachmurzone niebo. Z zachmurzonym niebem ta chwila mi się kojarzy. Oczywiście, że nie wiedziałem, co to jest wojna, ale słysząc rozmowy domowników domyślałem się, że to coś groźnego.
Początek okupacji nie zmienił codziennego życia dorosłych mieszkańców wsi. Może dlatego, że pracodawcą był ten sam Niemiec, co przed wojną. Dzieci natomiast nie rozpoczęły roku szkolnego, bo szkoły zamknięto. Zamknięto też kościół parafialny w Czerlejnie. Religijność w mojej rodzinie pozostała jednak nadal niezmienna, nadal odmawialiśmy codziennie wieczorny pacierz. Troszczyła się o to mama. Małe dzieci mówiły głośno, większe mogły odmawiać po cichu. Głośne odmawianie pacierza onieśmielało mnie okrutnie i to zostało mnie do dziś w sytuacjach publicznych wystąpień.
Z nauką modlitwy też różnie bywało. Raz uczyła mnie jedna siostra, raz druga, innym razem trzecia, a bywało, że mama. Nie obywało się bez poszturchiwań, bo zdarzało się, że przekręcałem słowa modlitwy. Choćby tej, która jest dla dziecka trudna do zrozumienia.
Miało być:
—Któryś za nas cierpiał rany.
A ja bijąc się w piersi zmieniałem to bezwiednie na:
-Któryś cierpiał za nadrami.
Właśnie za to najczęściej obrywałem.
Siódme dziecko w rodzinie — brat Stefan urodziło się w mroźny, styczniowy wieczór 1941 roku. Wieczór ten pamiętam. Widzę go, jakbym patrzył na fotografię. Jedna naftowa lampa w kuchni, druga w izbie. Tak bowiem w mojej rodzinie mówiło się na pokój. Mama w łóżku. Domownicy jacyś wyciszeni, choć zarazem napięci. Przy łóżku mamy nieznana mi pani. Później dowiedziałem się, że była to akuszerka z Kostrzyna. Do dziś widzę w pamięci kłęby pary w izbie. O tę parę pytałem mamę po latach. Okazało się, że bratu nie śpieszyło się na ten świat, dlatego położna kazała nagrzać wody i na wiadrze z ukropem posadziła mamę, aby poród przyśpieszyć. Może go i przyśpieszyła, ale doszło do krwotoku i ledwie mamę uratowano zimnymi kompresami.
We wsi nie brakowało starych panien i kawalerów. Tych drugich było nawet więcej. Adorowane dziewczyny darzyły miłością tego, który jej najbardziej przypadł do serca. Wtedy konkurent się złościł i niekiedy szukał zwady.
Bratu Bolesławowi w „szkodę” wchodził mieszkający po sąsiedzku pracownik obory Czesław. Któregoś wieczoru Bolesław czekał na niego przed domem, bo tu wypadała droga konkurentowi, gdy wracał z pracy. No i doszło do bójki. Z pomocą Bolesławowi pośpieszyli: ojciec, brat Marian i sąsiad Józef, który był u nas tego wieczoru. Józef wybiegając chwycił nóż leżący na stole. Wiedziony ciekawością patrzyłem przez okno w stronę, skąd dobiegał hałas. Ciemność była wszakże tak gęsta, że niczego nie widziałem. Bójka, którą bardzo przeżyłem, zakończyła się poranieniem Czesława, a Józef odniósł nóż skrwawiony i zakrzywiony. Dobrze, że nóż skrzywił się podczas ciosu, mogło przecież dojść do zabójstwa. Czesław przez kilkanaście dni nosił potem rękę na temblaku. W jaki sposób doił krowy? Trudno to sobie wyobrazić.
Tyle „wstępu” do moich wziętych z życia opowieści, z których każda stanowi oddzielną całość. Podaję przy tym przedstawione w nich zdarzenia, jak dalece jest to możliwe, w uporządkowaniu chronologicznym.
20 listopada 2011 roku