Karol
Zdaję sobie sprawę, że moim opowieściom brakuje literackiej finezji, ale chodzi mi przede wszystkim o utrwalenie, szkoda, że fragmentarycznie, odległych czasów, m.in. pegeerowskich. Już nie ma pegeerów. Odeszły, mam nadzieję, na zawsze. Czas więc na wspomnienia o nich.
W gospodarstwach pegeerowskich mieszkali z reguły prości, często pogardzani ludzie, którzy w szkołach mieli nierzadko problemy z podstawowym przedmiotem — językiem polskim. Trudno było znaleźć literatów, którzy mogliby na bieżąco tamtą rzeczywistość opisywać, uwieczniać. Po latach spróbuję więc wystąpić w takiej roli, a że w tym środowisku wzrastałem i pracowałem, to swoje opowieści poświęcam ludziom z nim związanym.
Nazwa Ługowiny (osady, w której mieszkałem) wywodzi się od łęgu bądź ługu. Aleksander Brtickner w Słowniku etymologicznym języka polskiego pisze, że łęg to nizina, a ług to bagno, mokradło. Wskazuje to zatem bezsprzecznie na więź miejscowości z otaczającym ją terenem. Zeby zaś tę podmokłą ziemię uczynić zdatną do upraw rolnych, należało przed laty włożyć dużo pracy i pieniędzy w meliorację.
W dokumentach Ługowiny odnotowano w roku 1753. Pierwszym właścicielem był Niemiec Gôrtig. Osada dość często zmieniała przy tym właścicieli. Do 1945 roku było ich dziewięciu.
Pracę w majątku opierano m.in. na robotnikach sezonowych. Już przed II wojną Niemiec — dzierżawca takich zatrudniał. Podobnie działo się podczas okupacji i po wojnie. Zaraz po „wyzwoleniu” kilka rodzin wywędrowało od nas na Zachód, obejmując poniemieckie gospodarstwa. Niektórzy chłopcy z sezonu po wojennej rozłące wrócili do swych rodzin, a niektórzy ożenili się i zostali we wsi. W sumie brakowało jednak polskich pracowników i do roboty skierowano niemieckich więźniów, których umieszczono w ogrodzonym kolczastym drutem drewnianym baraku.
Strażnikiem tego „obozu” został Walenty — wieloletni mieszkaniec Ługowin. Miał karabin, a jakże. Więźniów pilnował w nocy. Skoro tak, to uciekali w dzień. Kiedyś podczas pracy w lesie uciekło ich aż czterech. Pilnował ich inny strażnik, również uzbrojony. Miał potem w Srodzie długie rozmowy z funkcjonariuszami Urzędu Bezpieczeństwa, gdyż podejrzewano go o zmowę z uciekinierami.
Inny Niemiec uciekł niedzielnym popołudniem. Podkopał się pod ogrodzeniem, dał susa w żyto i tyle go widziano. Walenty z dachu baraku penetrował wprawdzie pola, mając nadzieję, że dostrzeże ruszające się źdźbła. Niczego jednak nie wypatrzył i tylko na wszelki wypadek wystrzelił gdzieś w zboža. I na tym się skończyło.
Widziałem też finał nieudanej ucieczki więźnia. Pracowali Niemcy wtedy przy burakach cukrowych, daleko od wioski, w pobliżu głębokiego rowu melioracyjnego. W porze śniadania jeden z nich wszedł do tego rowu, trzymając się za spodnie. A kiedy podejrzanie długo stamtąd nie wychodził, strażnik postanowił zobaczyć, co się dzieje. Po więźniu nie było już śladu, ale ponieważ rowem wypełnionym błotem i wodą trudno uciekać, wnet go dopędzono i pojmano. Z pola prowadził go dozorujący pracę Antoni. Wyglądało to tak, że więzień biegł boso skrajem szosy, a Antoni jechał rowerem tuż za nim. Niemca zamknięto w piwnicy pod magazynem, gdzie ściekała woda, używana wcześniej do mycia konwi i chłodzenia mleka. Nie wiem, jaką karę niedoszły uciekinier ostatecznie poniósł.
Obóz zlikwidowano gdzieś po półtorarocznym funkcjonowaniu. Wtedy południową część baraku przebudowano na świetlicę. Odbywały się w niej zabawy, zebrania, a nawet wystawiono jasełka. W jednym przedstawieniu sam wziąłem udział, recytując wiersz o tematyce bożonarodzeniowej.
Pewnego razu wyświetlono nam film o Hydrze, której odrastały głowy. Było to moje pierwsze spotkanie z filmem i wielkie przeżycie. Aparaturę obsługiwali polscy żołnierze, którzy dysponowali swoim aparatem prądotwórczym, bo wioska prądu nie miała.
Z powodu braku rąk do pracy czyniono starania o robotników sezonowych, bo rolnictwo bazowało wówczas głównie na ludzkiej i końskiej sile. Na początku lat pięćdziesiątych w poniemieckim baraku mieszkało więc zawsze kilkunastu sezonowych robotników i robotnic. Trwało to wiele lat, dopóki nie dostarczono nam nowego polskiego sprzętu, zwłaszcza traktorów.
W poszukiwaniu pracy przyjechał też do nas Karol. Pochodził spod Konina, gdzie nie było jeszcze ani kopalni, ani elektrowni.
Stefcia pochodziła z kolei z osiadłej od dawna w Ługowinach licznej rodziny. Natura poskąpiła jej urody, wynagrodziła za to niezwykłą pracowitością. Zabierając się do roboty, pluła po męsku w garście. Młode lata wypadły jej na okres wojny, a wiadomo, że Niemcy ograniczali Polakom możliwość zawierania małżeństw i gdyby nawet trafił się kawaler, ze ślubem byłyby kłopoty.
Ze względu na swą pracowitość Stefcia została przez dziedzica zauważona i mianowana przodownicą. Czy wiązały się z tym przywileje? Mówiono, że tak. A zatem opłacało się jej nadawanie robocie tempa i tego właśnie dziedzic od niej oczekiwał. Przy odchwaszczaniu zbóż i buraków zmuszała innych do większego wysiłku.
Stefci lata biegły. Blisko było jej do czterdziestki, a tu nic, nadal trwała w panieńskim stanie. I właśnie wtedy zjawił się wspomniany Karol, skądinąd stary kawaler. Sprawiał wrażenie człowieka, który nosi w sobie jakąś tajemnicę. Niekiedy widziałem go, gdy idąc przez podwórze nagle stawał, mówił coś do siebie i gestykulował. Po chwili kiwał głową i z jakimiś tajemniczymi słowami na ustach ruszał przed siebie.
Coś podobnego obserwowałem zaraz po wojnie, kiedy to był u nas obóz pracy dla Niemców. Rano wypadało im przechodzić pod oknami budynku, w którym i ja mieszkałem. Wśród idących widywałem solidnie zarośniętego faceta w średnim wieku, mocno zbudowanego, który nagle stawał, unosił głowę i bijąc się w piersi wył, tak jak to robią goryle. Pierwszy raz w życiu spotkałem się z tak dziwnym zachowaniem i do dziś nie wiem, czy on udawał wariata, czy tak reagował na to, że patrzymy na nich przez okna. Karol natomiast nie musiał udawać. Sądzę, że zwracanie się do kogoś wyimaginowanego wynikało z głębokiej potrzeby wewnętrznej.
Tymczasem ktoś z rodziny uznał, że Stefcię na gwałt trzeba wydać za mąż. I tu jak z nieba spadł Karol. Wprawdzie zamknięty w sobie, ale spokojny i pracowity, co rokowało uległego męża. Rodzina poczyniła zatem zabiegi, a Stefcia nie sprzeciwiała się. Głównie za ożenkiem chodziła jej młodsza siostra, która już przed paroma laty wyszła za mąż, lecz dotąd nie miała dziecka. Karol nie bronił się przed ożenkiem. Zaufał swatom, swatkom i oddał się w ręce Stefci.
Po ślubie przeżywali sielskie dni. Odmłodnieli, poznali urok życia, stali się pogodni. W oczach ludzi wioski zyskali na wartości. Wkrótce Stefcia poczuła, że jest w błogosławionym stanie. Urodziła córkę, ku wielkiej radości własnej i siostry, która tak bardzo dziecka pragnęła. Zaraz też zajęła się siostrzenicą jak własnym dzieckiem, okazywała jej wręcz matczyną czułość.
Upłynęło parę lat. Rozpoczął się gorączkowy okres żniw. Snopowiązałki wyszły w pole i niebawem ścięte zboże dojrzewało w ustawionych mendlach, czyli jak mówią gdzie indziej w sztygach.
Pewnego popołudnia żona powiedziała do mnie, że kurczęta zjadają wszystkie jajka i na gwałt potrzebuje parę kilogramów pszenicy.
—Ja nie mam pszenicy — odparłem.
-Jesteś magazynierem, powinieneś trochę zachować – usłyszałem.
-Pewnie, że mogłem, ale nie uprzedziłaś mnie, że posadzisz kurę na jajkach.
-A co miałam zrobić, jak „kokała”
—No, skoro „kokała”, to rzeczywiście nie było innej rady i mamy teraz problem — podsumowałem.
Wyjąłem sierp, płócienną torbę i pojechałem dróżką w pole do pszenicy stojącej w mendlach. Położyłem rower w przydrożnym rowie. Podszedłem do mendla, patrzę, a tu okrakiem na snopach siedzi Karol i nożem wielkim jak maczeta obcina kłosy. Obaj byliśmy autentycznie zaskoczeni. Oto złodziej złapał złodzieja.
Patrzyłem na niego i nic nie mówiłem.
Karol podniósł się, zrobił tajemniczy gest i powiedział:
Nie dają deputatu, kury głodne, to co miałem robić?
—Nie wydałem deputatu, bo ziarno jeszcze w polu — zauwažyłem.
W końcu Karol wziął worek, schował nóż i wrócił do wsi. Był święcie przekonany, że przyjechałem schwytać go na kradzieży. A ja, podobnie jak on, z niczym wróciłem do domu.
-Kiepski z ciebie złodziej — skwitowała moją wyprawę żona.
-Mogłabyś mnie pochwalić, bo u magazyniera to dobra cecha — odparłem. — Pojadę jutro — dodałem.
Pojechałem i przywiozłem, a żona przekonała się, że nie jest łatwo wyłuskać ziarno z kłosów.
24 października 2014 roku