Stróż
Trudno mu było pogodzić się z myślą o opuszczeniu bliskich i rodzinnej wioski, ale nie miał innego wyjścia. Musiał szukać pracy. Rozstanie z rodziną łagodził bliski kolega Sylwester. Pracę znaleźli w Ługowinach u Obra, któremu dziedzic powierzył oborę. U niego też zamieszkali w przechodnim pokoju, a żona Obra ich opierała i karmiła.
Niełatwo było im zapuścić u nas korzenie. Przywykli do innych ludzi, innego otoczenia, innej atmosfery we wsi. Tutaj byli nowi, a nowi muszą sobie zasłużyć na akceptację. Poza tym nie bardzo radzili sobie w pracy, choć byli młodzi i silni. Obrządek nie sprawiał im wprawdzie większej trudności, roznoszenie paszy było dla nich niemal dziecinną zabawą, lecz dojenie przychodziło już ciężko. Ober jednak spokojnie obserwował tę ich nieporadność, a ponadto widział czynione postępy. Na Obra więc nie narzekali, traktowali go niczym ojca i nigdy nie sprzeciwiali się jego zarządzeniom.
Trwała wojna. Monotonna praca czyniła dni podobne do siebie. Codzienne siadanie przy krowie na stołku, codzienne granie strumienia mleka w wiadrze, na trwałe zakodowało się w ich pamięci. Czesław z Sylwestrem, zwanym przez niego Seluchem, zżyli się przy tym z sobą jak bracia. Nie mieli przed sobą sekretów. Zwierzali się sobie z najbardziej intymnych myśli.
Czas upływał. Dojenie krów opanowali do perfekcji, jak uprzednio roznoszenie karmy. Duże kłopoty mieli natomiast z utrzymaniem czystości konwi, ponieważ zimą i latem myli je w zimnej wodzie. Początkowo każde zanurzenie rąk wywoływało u nich odruch obronny, ale po kilkunastu miesiącach już im to nie przeszkadzało, chociaż nawet latem w wodzie pływały kawałki lodu. A pływały dlatego, że do wody w zbiorniku, w którym nocą stał w konwiach południowy i wieczorny udój, kładło się lód, by obniżyć temperaturę mleka. Lód na lato magazynowano zaś zimą, składając go w parku w cieniu drzew i przykrywając plewami albo drobną słomą.
Spokój w oborze zakłócał im niekiedy buhaj. Gdy zauważył lub poczuł kogoś obcego, bił przednimi nogami w posadzkę, rozrzucał gnój i ryczał głucho. Ten buhaj był postrachem wioski, szczególnie dzieci. Bywało, że drążek odhaczył się od kółka w nosie, gdy doprowadzano go do krowy, i wtedy popłoch ogarniał spokojną dotąd wieś. Matki wołały dzieci, zamykano drzwi domów i bramy w podwórzach. Czesława i Selucha jednak nie atakował, ale pobrykawszy na podwórzu pozwalał się zapędzić na swoje stanowisko, gdzie przywiązywano go dwoma łańcuchami.
Wołów, których w oborze było kilka, używano do prac polowych. Te bardzo spokojne zwierzęta nie wadziły nikomu, na wszystko się godziły. Nawet baty przyjmowały ze stoickim spokojem.
W takiej atmosferze, przepełnionej zapachem mleka, krowiego łajna, »słodków i zielonki, upływały im dni, miesiące i lata. Wioska ich przyjęła, stali się swoi.
Była wiosna czwartego roku wojny. Początek maja chłodny, ale pogodny, jaki wówczas zwykle bywa. Już powróciły jaskółki, już podzieliły się z nami swoją radością. Czesław, dojrzały kawaler, łakomym okiem spoglądał na dziewczyny. Szczególnie upodobał sobie Stasię, której ojciec zginął podczas pracy w majątku. Nie przeszkadzało mu, że Stasia miała już dziecko. Nie krył swego uczucia, a dziewczyna nie była temu przeciwna. Nieomal codziennie widywali się na podwórzu i z czasem połączyło ich coś więcej niż przyjaźń.
Sylwester też nie próżnował. Spodobała mu się kuzynka Stasi — młodsza od niej i ładniejsza Krystyna. Dziewczyna ta jednak długo nie odwzajemniała mu uczuć, ponieważ podobał jej się inny chłopak. Zaloty Sylwestra więc lekceważyła, ale zarazem nie chciała być niegrzeczna i chłopaka nie unikała. Uważała go za kolegę i jako takiego przyjmowała nieraz w swoim mieszkaniu.
Była sobota, robota paliła im się w rękach. Ober obserwował ich pośpiech i domyślał się jego powodu. Był pewien, że jego chłopcy chcą iść do dziewczyn i uśmiechał się, przypominając sobie swą młodość i swoje zaloty.
Mrok już zapadał, kiedy umyci, przebrani w czyste spodnie i koszule, wyszli z mieszkania. O tej porze bliscy dziewczyn zapewne już spali. I o to chodziło, spokojnie mogli porozmawiać z wybrankami. Stasia mieszkała na końcu długiego sześcioraka. Kiedy Czesław wszedł, zastał tylko ją w kuchni. Usiadł przy stole. Wiedziała, że żyje z dala od rodziny i brakuje mu matczynej opieki. Uważnie obejrzała jego ubiór. Uznała, że niczego sobie. Czysty, lecz na kolanie zobaczyła dziurę.
—Zdejmij spodnie! Zaceruję albo dam łatę. Zdejmij — namawiała.
Krępował się, ale zdjął. Patrzył potem na jej sprawne ręce i myślał sobie, że byłaby zaradną żoną. Naftowa lampa kopciła. Dochodziła północ, gdy ktoś załomotał do drzwi. Poderwał się z krzesła. Tak brutalnie mógł zachowywać się tylko Niemiec.
-Siedź, pójdę otworzyć — powiedziała Stasia.
Wtedy usłyszeli łamaną polszczyzną.
-Policja! Otwierać!
Czesławowi ciarki przeszły po plecach. Nie zdążył wciągnąć spodni, gdy policjant wszedł za cofającą się Stasią.
—Dlaczego okno nie jest zasłonięte — wycedził jadowicie.
—Jest zasłonięte — drżącym głosem zauważyła dziewczyna.
—Ausweis — rzekł policjant patrząc na Czesława.
-Nie mam.
—Czy tu mieszkasz — zapytał.
-Nie, mieszkam u Obra w drugim budynku. Przyszedłem tutaj spodnie naprawić.
Policjant wszedł do pokoju i świecąc latarką obejrzał śpiących, po czym wrócił do kuchni. Czesław tymczasem ubrał się, ale bał się wyjść bez pozwolenia.
-Wychodź — powiedział nagle policjant i ruchem głowy wskazał drzwi.
Chłopak wyszedł, a po chwili otrzymał niespodziewanie takiego kopa, że przeleciał nad schodami i upadł na twarz. Podobnie jak on mieszkanie Krystyny, gdzie wszedł drugi policjant, opuścił Seluch.
Chłopcy bali się uciekać, ponieważ policjanci trzymali w rękach pistolety. Niebawem Niemcy zaprowadzili ich za narożnik domu, gdy nagle dobiegł do wszystkich odgłos ciężkiego stąpania. Wtedy jeden z policjantów przesadził płot i pobiegł przez ogródek w kierunku idącego.
— Halt! Halt! — krzyczał.
Policjanci zajęli się owym osobnikiem, a chłopcy korzystając z okazji czym prędzej uciekli. Nie mogli wszakże przezwyciężyć ciekawości i zza ogromnej topoli obserwowali, co się dzieje. Zobaczyli, że w ręce policjantów wpadł pilnujący podwórza stróż. W worku na plecach niósł on do domu dziedzicowe ziemniaki, stąd ten jego ciężki krok. Wkrótce policjanci i stróż z workiem weszli na podwórze, a chłopcy poszli spać.
Rano Czesława obudziły głośne rozmowy w mieszkaniu. Ujrzał też skaczącego na jednej nodze Obra, który trzymał w rękach spodnie i starał się trafić drugą nogą w nogawkę. Nie bardzo mu się to jednak udawało, gdyż był bardzo zdenerwowany.
—Wstawajcie chłopaki! Już dzień. Zaspaliśmy! Dziedziczka przyszła nas budzić.
Ale dlaczego nie obudził ich stróż, przecież robił to codziennie.
Na dworze było już jasno. Kiedy szli do pracy, nad dachem stodoły gorzało poranne słońce. Zbliżając się do obory ujrzeli z kolei coś, co zmroziło ich serca. Pod drabiną opartą o ścianę wisiał na sznurze człowiek. Musieli przejść obok niego i wtedy poznali stróża. Wisiał, a śmiertelny grymas wykrzywił mu twarz. Czesław poczuł wymiotne skurcze i natychmiast odwrócił głowę. Weszli do obory. Krowy dopominając się paszy ryczały jak nigdy przedtem.
Po pewnym czasie stróża odcięto i złożono w szopie. Nikt nie robił dochodzenia, czy sam się powiesił, czy mu w tym ktoś pomógł, czy powieszono już martwego. Rodzina, a miał liczną, nigdy nie pogodziła się z myślą, że ojciec popełnił samobójstwo. I trudno im się dziwić.
Kiedy dziś patrzę na to wydarzenie, a jako dziecko znałem stróża, sądzę, że to jednak nie policjanci go powiesili. Stróż na pewno bardzo przeżywał to tak nieszczęsne dla siebie zdarzenie, w dodatku bał się konsekwencji kradzieży i samobójstwo mógł popełnić pod wpływem silnych emocji. W ten sposób po prostu uciekł oprawcom. Ale mogło być inaczej.
PS: Pisząc skorzystałem z opowieści Czesława, oparłem się również na własnych wspomnieniach.
Listopad 2005 roku