Żołnierze
Czy Klony miały coś wspólnego z lotnictwem przed 1939 rokiem. Trudno odpowiedzieć, ale sądzę, że lądowanie samolotu tuż przed wojną, do którego jechałem z bratem rowerem, nie było przypadkowe. Mówiono przed laty w Klonach, że pole za parkiem upatrzyło sobie dowództwo wojskowe jako zapasowe lotnisko polowe. Tego jestem pewien, co potwierdza fakt, że podczas okupacji właśnie w Klonach, w ogromnej stodole, Niemcy urządzili magazyn części do samolotów. Tego magazynu pilnowało kilku wachmanów, którzy pełnili służbę tak gorliwie, że nawet, kiedy Niemcy wycofali się, oni nie opuścili placówki.
Nocą, mogło to być z 23 na 24 stycznia 1945 roku, przed bramą prowadzącą na podwórze z tą stodołą stanął tajemniczy samochód. Wysiedli z niego żołnierze i któryś z nich zawołał po niemiecku:
—Halo, żołnierze, chodźcie tutaj! Szybko! Szybko!
Jeden z wachmanów zbliżył się do zamkniętej bramy, drugi stanął pośrodku podwórza.
Podchodzący do bramy zginął pierwszy. Drugi ostrzeliwał się, ale wnet został trafiony. Pozostali poddali się, a rano rozstrzelano ich na południowym krańcu wsi w pobliżu okopów. Ilu rozstrzelano? Mówiono, że w sumie zginęło ośmiu.
Szybka akcja czerwonoarmistów wskazuje, że wiedzieli o magazynie części lotniczych i strażnikach. Od razu też zajęli się tymi częściami, a czy lądowały tam samoloty radzieckie tego nie mogę wykluczyć, ale trudno mi to potwierdzić.
Mieszkańcy z troską zajęli się zwłokami niemieckich żołnierzy. Nie musiano nawet kopać grobów, ponieważ w każdej wiosce przy szosie Kostrzyn — Środa znajdowały się dość głębokie okopy.
Mógłbym napisać, skończyła się wojna, zniknęły problemy z nią związane. Ale oto 7 czerwca 2005 roku zjawiła się w Klonach grupa Polaków i Niemców, i zaczęto za parkiem rozkopywać ziemię. Mieszkająca w pobliżu starsza kobieta powiedziała im jednak, że kopią w niewłaściwym miejscu, ponieważ wachmanów pochowano po drugiej stronie drogi, co ona sama widziała. Tam też znaleziono szczątki dwóch żołnierzy. Znaleziono również skórzany portfel. Niestety, papierowe dokumenty rozsypywały się w rękach. Drugie zwłoki miały natomiast identyfikator. To były ciała wartowników, którzy zginęli w pobliżu bramy. Pochowanych w okopie na południowym krańcu wsi nie ekshumowano, gdyż mieszkający tam rolnik coś pobudował na tym miejscu. Z naszej gazety regionalnej dowiedziałem się, że ekshumację przeprowadziło Stowarzyszenie „Pomost”, zajmujące się m.in. historią pogranicza polsko-niemieckiego. Ustalono nazwisko jednego z zabitych przez Rosjan żołnierzy, którego grobu poszukiwały dzieci żyjące w Niemczech. Ekshumację przeprowadzono także w pobliskim Gieczu, a szczątki pochowano na cmentarzu na Miłostkowie w Poznaniu.
Na początku lutego 1945 roku żołnierze radzieccy zadomowili się w Klonach na dłużej. Powodem był nie tylko magazyn części do samolotów, ale ciągle broniący się garnizon niemiecki w poznańskiej cytadeli. Części przydatne Rosjanie zabrali, inne dzieciaki poroznosiły po wsi. Można też było znaleźć je na okolicznych polach i w lesie. Jeszcze w 2010 roku w lesie koło Klon znalazłem aluminiową część z napisem ,Werk”.
Zołnierze stacjonujący w Klonach wyraźnie się nudzili, a w dodatku postanowili rozładować swoje „męskie” napięcia.
To była pierwsza niedziela lutego 1945 roku. Siedzieliśmy w domu podenerwowani. Co chwila któraś z sióstr mi nakazywała:
—Józef, wejdź na dach, zobacz, może Ruski idą.
Wchodziłem po drabinie wielokrotnie. I nic. Ale za którymś razem zobaczyłem dwu idących w naszą stronę. Jeden wyraźnie się zataczał. Szybko zszedłem i pobiegłem do mieszkania.
—Idą! — zawołałem pod oknem. — Dwóch idzie! Jeden pijany!
—Jezus Mario — wykrzyknęła przerażona mama. — Uciekajcie do Marty! Do Marty! Szybko!
Marta, panna z pięcioletnią córką Marysią, z włosami w kolorze nieba w porze zachodzącego słońca, była pracownicą sezonową. Miała może trzydzieści lat i rzadko spotykane powodzenie. Chłopcy często się o nią bili. Mieszkała w budynku stojącym na podwórzu, który zajmowało jeszcze kilku robotników sezonovvych. Do nich wchodziło się od podwórza, do pokoiku Marty natomiast z przeciwnej strony budynku. A przed drzwiami było tam jeszcze maleńkie podwórko, służące do zabawy jej córce.
Idąc tam trzeba było pokonać niezwykłe przeszkody. Ktoś postronny niełatwo mógł trafić. Jedna droga wiodła bowiem wzdłuż chlewików i zalegały ją trudne do przebycia sterty gnoju. Drugie wejście prowadziło z kolei od podwórza przez „ludzką oborę”. Tak, tak, przez „ludzką oborę”, bo była też „pańska”. W „ludzkiej” mieli swoje krowy robotnicy, a w „pańskiej” miał krowy pan. Proste. A wchodząc do Marty należało przejść przez oborę i po omacku szukać rękami drzwi na prawej ścianie, które prowadziły na podwórko Marysi i dalej przed drzwi Marty. Kto by się domyślił, że wchodząc do obory można trafić do Marty. Tam ukryły się siostry.
Po przyjściu do Ługowin Rosjanie udali się najpierw do Obra, czyli do szefa pracowników oborowych, który zajmował mieszkanie pierwsze od szosy. Ober i jego pomocnicy byli chwilowo bezrobotni, ponieważ przed kilkunastoma dniami radzieccy żołnierze popędzili ich krowy na stację w Srodzie, skąd jako „trofiejne” udały się w podróż na wschód. Teraz przybysze popatrzyli na robotników i widząc ich nieprzyjazne spojrzenia wyszli.
Wstąpili do następnego mieszkania, gdzie gospodyni wygotowywała bieliznę w kociołku. Robiły tak wszystkie kobiety z powodu braku proszku do prania i ze względu na powszechną wszawicę. Pijany sołdat podniósł pokrywkę kociołka i widząc coś przewracającego się w wodzie uznał, że to kawał mięsa. Złapał ten domniemany kawał mięsa i oparzył się, co doprowadziło go do wściekłości. Zaklął więc brzydko. Nadal jednak myślał o dziewczynach i spytał o nie.
– U nas nie ma dziewczyn — odparła sąsiadka.
—A gdzie są?
—Tam — wskazała ręką w kierunku wsi.
Potem przyszli do nas.
-Gdzie dziewczyny — zapytał jeden z nich.
—Nie wiem — powiedziała mama. — Poszły gdzieś.
-Mów, gdzie poszły — usłyszała.
Mama wzruszyła tylko ramionami.
-Mów, bo cię zabiję — zawołał żołnierz, zaklął, uderzył mamę w pierś i pchnął na ścianę, po czym wyrwał pistolet z kabury i przystawił go do jej głowy.
Na szczęście jego towarzysz chwycił go za rękę i skierował broń na ścianę. Strzał nie padł. Žołnierze wyszli.
W Poznaniu trwały jeszcze walki. Niemcy bronili się w cytadeli, chociaż front przesunął się daleko na zachód. Naszą szosą ciągnęły różne pojazdy wojskowe, również konne. Zołnierze brali z majątkowej stajni wypoczęte konie i bywało, że zostawiali swoje — małe, okaleczone, ledwo powłóczące nogami. Niezwykle ciepło wspominam małą klacz, na którą mówiliśmy Basia. Była nadzwyczaj przyjazna ludziom i tym samym odpłacaliśmy się jej. Žyła długo. Do prac polowych nie nadawała się, ale z równie małym, pozostawionym przez Rosjan, siwkiem ciągnęła wóz z mlekiem do mleczarni. I tak doczekała starości.
Na początku lutego 1945 roku pociągi podążające ze wschodu stawały w gułtowskim lesie, ponieważ wskutek walk nie mogły przejechać przez Poznań. Zostawiały ładunek wśród drzew i pędziły na Warszawę. Następnie samochodami rozwożono amunicję, paliwo i zaopatrzenie dla wojska. Unikano przy tym głównej trasy łączącej Warszawę z Poznaniem i kluczono bocznymi drogami. W nocy żołnierze szukali noclegów i nieraz budzili ludzi o północy. Nie każde mieszkanie im jednak odpowiadało, zwłaszcza te, które miały podłogi z cegieł. Tylko u nas w pokoju była drewniana. I oto im chodziło. Rzucali garści słomy, jakieś szmaty i walili się w kufajkach, zasypiając w parę minut.
Kiedyś przyjechali wcześniej. Wyszedłem przed dom. Stały dwa samochody. Obejrzałem je dokładnie. Wiozły bomby. Na tym się znałem. W skrzyni ładunkowej stały pionowo, lekko pochylone w kierunku jazdy. Każdy samochód miał 20 bomb, ważących około stu kilogramów.
Pewnego razu, w samo południe, wysiadło z ciężarówki pięciu wojskowych. Weszli do domu i w swoim języku powiedzieli:
-Witajcie!
Potem jeden z nich rzucił na stół zawinięte w płótno mięso i powiedział:
-Gospodyni, ugotuj nam mięso, ono jest z jelenia, zabiliśmy go, ugotujcie.
Mama wzięła kociołek używany do prania, bo większego nie miała, i rozpoczęło się gotowanie.
Žołnierze w tym czasie obsiedli stół w pokoju. Palili papierosy, polewali wódkę i coraz głośniej gadali. Niebawem rozmowa przemieniła się w sprzeczkę, ale kiedy mięso pojawiło się na stole, ucichli. Słyszałem tylko siorbanie i mlaskanie. Najedli się, resztę włożyli do płótna. I znów polano wódkę. Rozmowa stała się jeszcze głośniejsza, coraz bardziej nerwowa, zadziorna. Aż doszło do tego, że ich dowódca wyjął pistolet i strzelił dwa razy w sufit. Zapachniało prochem, na stół i podłogę posypał się tynk. Zrobiło się naprawdę groźnie. Patrzyłem na to z przerażeniem i zarazem z ciekawością. Dla mnie to był inny świat — świat wojska, wojny, przemocy.
Po tym incydencie żołnierze przycichli, ale jeden zainteresował się naszą maszyną do szycia. Koniecznie chciał ją wypróbować. Mama odwodziła go od tego, ponieważ bała się utraty ostatniej igły. Powiedziała więc, że maszyna jest uszkodzona.
—To ja ją naprawię — odparł żołnierz.
Usiadł przy maszynie i wielkim scyzorykiem zaczął odkręcać śruby. Po godzinie uznał, że ta maszyna nie nadaje się jednak do naprawy, bo za bardzo jest zepsuta.
Miało się ku wieczorowi, kiedy odjechali. Maszyna była w rozsypce, ale brat Marian doprowadził ją do poprzedniego stanu. I znowu szyła.
Któregoś wieczoru kilka oddziałów piechoty przemaszerowało przed naszymi oknami, po czym weszli do stodoły na spoczynek. Rano już ich nie było, gdyż jeszcze o porannym zmroku podążyli ku Poznaniowi.
Pobiegliśmy do stodoły, sądząc, że mogli coś zostawić albo zgubić. Mieliśmy rację. Ja znalazłem torbę — raportówkę, która służyła mi kilka lat, gdy chodziłem do szkoły. Janek w stratowanym jęczmieniu znalazł z kolei pelerynę przeciwdeszczową. Z tego płótna uszyto mu spodnie. Chodził w nich do szkoły i cierpiał ogromne katusze, ponieważ to twarde płótno, szczególnie po zmoknięciu, kaleczyło mu nogi do krwi.
Prawdziwy skarb znaleźliśmy wszakże wtedy w sąsieku z lewej strony. Sprawił nam wiele radości. W słomie odkryliśmy karton, a w nim setki sztuk amunicji. Piękne, czyste, naoliwione i bardzo ciężkie naboje do pepeszki. Już wiedzieliśmy, jak się z tym obchodzić. Wypchaliśmy nabojami kieszenie. I rozpoczęła się strzelanina. To było proste. Kładło się nabój na kamieniu, zwracało w stronę parku i uderzało młotkiem w spłonkę. Kule cięły gałązki. Uciechy mieliśmy, że tylko zazdrościć.
Kiedy to piszę, prześladuje mnie jednak pytanie, dlaczego ktoś starszy nie zabronił nam tej zabawy z amunicją. Przecież to było bardzo niebezpieczne.
Po 23 dniu lutego 1945 roku, kiedy poddały się niemieckie wojska w Poznaniu, z dnia na dzień życie na wsi wracało do normy. Zostali tylko radzieccy żołnierze aprowizacyjni — ludzie starsi, spokojni. Spiewali na tarasie dworu tęskne, chwytające za serce pieśni. Na pewno brakowało im bliskich i w głębi duszy cieszyli się, że przeżyli wojnę. Słuchałem ich pieśni z wielkim przejęciem.
15 października 2015 roku