Scyzoryk
Często rozmyślam o swoich marzeniach. Mam przy tym świadomość, że każdy, szczególnie w dzieciństwie, o czymś marzył i nie jestem kimś wyjątkowym.
Kiedy byłem małym chłopcem, a były to lata okupacji, marzyłem o scyzoryku. Któryś z kolegów we wsi musiał go mieć, bo skąd bym wiedział, że takie narzędzie istnieje. Znałem tež jego przydatność i stąd zapewne wywodzi się moje marzenie.
Pamiętam dokładnie dni, kiedy mama udawała się do miasta pieszo, przemierzając siedem kilometrów z koszykiem na plecach. Niosła masło i ser na sprzedaż, a wcześniej widziałem, jak to masło zabarwia. W tym celu tarła marchew i wyciskała sok, który potem wlewała do masła i kopystką urabiała, až zmieniło barwę na bardziej soczystą, nieomal pomarańczową.
Stałem koło mamy, patrzyłem na to, co robi, a myśl o scyzoryku wypełniała moją świadomość. Tak bardzo chciałem jej moje marzenie przekazać, poprosić o spełnienie, bo wyobrażałem sobie, że w mieście takich nożyków mają całe fury i wszystko zależy od dobrej woli mamy. Ale nie odważyłem się o scyzoryk poprosić, gdyż wiedziałem, że tym marzeniem ją zdenerwuję. Chyba już zdawałem sobie sprawę, że potrzebna nam jest sól, nafta oraz materiały na spodnie i sukienki. Było nas w domu dziewięcioro i mama dla zaspokojenia podstawowych potrzeb z bólem serca odejmowała rodzinie od ust różne produkty, by sprzedać je za liche marki na rynku.
Idącą szosą mamę odprowadzałem wzrokiem i biłem się z myślami. Mogłem powiedzieć jej o scyzoryku. Może by kupiła. Ale ktoś drugi we mnie mówił: „Dobrze, że milczałeś. Matkę byś zdenerwował”. I ten drugi zwyciężał. Tak było zawsze, kiedy tylko mama szła do miasta. Zawsze tego drugiego posłuchałem. Może miał na imię Nieśmiałość, a może Lęk?
Styczeń 2010 roku