Jeszcze wołają mnie pola

Były takie dni

Jest w życiu człowieka wiele zdarzeń, które jak długo ma sprawną pamięć, tak długo one w nim żyją. Takie zdarzenia, które mogłyby odejść razem ze mną, zapisuję m.in. w tym wspomnieniu. To, o czym piszę, wydaje się banalne. Ot, niewiele znaczące przygody małego chłopca. Ale to wydarzyło się naprawdę, tworząc cząstkę obrazu tamtych, okupacyjnych lat.
Był to świat okrutny. Wymagał odporności, której dzieciom z natury brakuje. Nie było opieki lekarskiej, lekarstw. Dziecięcą psychikę kaleczyły nakazy, zakazy i przemoc fizyczna. Nabyte urazy pozostawały na całe życie.
Pamięć mnie nie zawodzi i z przeszłości mogę wybierać zdarzenia jak ulęgałki, które jesienią wkładaliśmy do siana na strychu, aby się „ulęgły” i służyły do zaspokajania głodu. Mogę wybierać i utrwalać zdarzenia, kształtujące moją osobowość oraz mój stosunek do życia i świata. A oto kilka takich wydarzeń z dzieciństwa.
Króliki hodowała wówczas nieomal każda rodzina. Rozmnażały się szybko i nie gardziły żadną paszą. Przynosiły mi jednak pecha. Na pewno był to rok 1943, ciepły koniec maja. Rok ten szczególnie źle zapisał się w dziejach mojej rodziny. Zbliżał się czas sianokosów. Po obydwu stronach szosy na rowach o łagodnych zboczach wyrosła bujna, soczysta trawa. W dodatku nieskażona, bo samochody na szosie widziało się rzadko. Króliki lubią dużo jeść, miałem dbać, by miały pokarm, ale bywało, że zajęty zabawą zapominałem o nich.
Daj trawy królikom — przypomniała pewnego dnia mama.
Trudno było znaleźć trawę w pobliżu, więc poszedłem na rów, choć wiedziałem, że ciąć tam nie wolno, bo należała do „szosowego”, czyli do robotnika, który opiekował się kilkukilometrowym odcinkiem szosy. W Ługowinach rowy należały do N. z odległych o pięć kilometrów Pławiec.
Był słoneczny poranek. Gdzieś w głębiach pamięci widzę, że towarzyszył mi Janek Tomkowiak. Janek miał może sześć lat, ja niespełna osiem. Gdybym w mig się uwinął, nie byłoby tego, co się stało, ale ucięliśmy sobie pogawędkę, która tak nas zajęła, że nie zauważyłem zbliżającego się na rowerze „szosowego”. Poderwaliśmy się w ostatniej chwili. Janek schował się za mostek, a ja uciekałem szosą w kierunku mieszkania. Za mną pędził co sił na rowerze N. Gonił większego. Do ramy roweru miał przytwierdzoną piłę, służącą zapewne do obcinania gałęzi przydrożnych drzew. Ostrze jej wystawało przed rower i przerażało mnie do tego stopnia, że uciekając krzyczałem wniebogłosy. Obawiałem się, wręcz czułem, że za chwilę piła rozpłata mi pośladki, a nawet pozbawi chłopięcego przyrodzenia.
W największym pędzie dopadłem do wioskowej studni, gdzie dwie kobiety przy wiadrach wypełnionych wodą omawiały ważne wioskowe wydarzenia. Okrążyłem studnię, przez co „szosowy” stracił nieco do mnie dystansu, bo nie mógł „wyrobić” się na zakręcie i skierowałem się do naszego mieszkania, widząc w nim ocalenie. Rozpędzony zatrzymałem się w izbie i spojrzałem przez okno. N. stał obok roweru, nieopodal mama, a w powózce siedział wielmożny Bienek. Nie słyszałem ich rozmowy, tylko mama powiedziała mi potem, że Bienek zapytał, co się stało. N. opowiedział wtedy o moim przestępstwie, bolejąc nad swoją krzywdą i stratą. Na co Bienek zawołał: „Do Auschwitz z nimi!”
Słowa te w mojej rodzinie długo pamiętano. W tamtym czasie nie wiedziałem, co to jest Auschwitz. Mama więc powiedziała mi, że to podobno więzienie, w którym morduje się ludzi. Nie chciałem umierać. Nie chciałem, żeby umarł ktoś z rodziny. Już nigdy więcej na przydrożny rów nie poszedłem po trawę. Miałem przy tym wielki żal do „szosowego”. Polak a tak wrogi drugiemu Polakowi.
Dobiegał końca czerwiec 1943 roku. Ojciec od kilkunastu dni siedział w więzieniu. Mamie przybyło obowiązków, przybyło kłopotów, a rodzinie biedy. Zywa zieloność pól już pobladła, a na przydrożnych drzewach dojrzewały późne odmiany czereśni. Zwyczaj sadzenia przy drogach drzew owocowych był w okolicy powszechny. Słońce od rana zdradzało swój kształt przez cienką warstwę chmur i pozwalało patrzeć na siebie.
Nic nie wskazywało, że dzień ten będzie dla mnie inny od minionych. Rano jak zwykle poszedłem w pole ze śniadaniem dla braci i sióstr. Do pracy, już bez ojca, wychodziło od nas pięć osób. Niosłem dwa koszyki. W jednym chleb, a w drugim kawę. Poczekałem, aż się najedzą, po czym przez pole wróciłem na drogę. Na pewno było po dziewiątej, ponieważ o dziewiątej kończyła się przerwa śniadaniowa. Już wiedziałem, że króliki lubią owies. A właśnie po mojej prawej ręce niby dzwoneczki kołysały się na źdźbłach jego ziarna. Zielone jeszcze, gdyż owies późno dojrzewa i zwykle kosi się go pod koniec żniw, ale pomyślałem, że skoro naszym królikom smakuje, to czemu nie miałbym parę garści ziaren im przynieść. Zrobiłem trzy kroki w prawo i szybko zacząłem osmykiwać kłosy. Następnie przykryłem je w koszyku papierem, wróciłem na drogę i spojrzałem przed siebie. A tam wielmożny jechał powózką. Przekonany, że niczego nie widział, śmiało szedłem mu naprzeciw.
—Guten Tag! — powiedziałem ze sporej odległości.
Nie odpowiedział. Zatrzymał się przede mną i zajrzał do koszyka. Ziaren nie można było ukryć.
-Zanieś to na spichrz — rzekł po polsku, gdyż język nasz znał dobrze.
Opowiedziałem mamie o przygodzie z dziedzicem. Sama odniosła ziarno, bo dzieciom nie było wolno wchodzić na podwórze. Z pewnością te kilkadziesiąt ziaren zjadły dworskie króliki, których hodowano powyżej setki. Takim niepowodzeniem zaczął się ten czerwcowy dzień.
Oficjalnie przerwa obiadowa trwała półtorej godziny, ale dzwonek wzywał do roboty piętnaście minut po pierwszej. Właśnie wtedy podjechał pod nasz dom syn dziedzica Wolfgang, zwany Bubim.
-Józef, jedź ze mną do Neigendorf— zawołał.
Wiedziałem, że chodzi o Klony i nie trzeba mi było tego
powtarzać. Mała, śliczna powózka, kucyk, Bubi na koźle…
— Jadę po kwiaty — dodał. I wtedy zjawił się Stachu, który mieszkał na stałe w Kostrzynie (Kostschin), ale przebywał często w Ługowinach (Augustenberg) u babci i dziadka. Jego ojciec w 1939 roku został zmobilizowany i słuch po nim zaginął. Matce Stacha żyło się więc ciężko i jej rodzice pomagali w utrzymaniu chłopaka. Charakter mój i Stacha uzupełniały się, lecz wobec innych chłopców był on konfliktowy.
—Jedź z nami — powiedział widząc go Bubi.
Stachu o nic nie pytał. Usiadł obok mnie na tylnym siedzeniu. Bubi podciął kuca. Pycha!
Jechaliśmy szybko. Resorowana powózka wprost płynęła po nierównej szosie, sprawiając nam olbrzymią radość.
W Neigendorf czekały już na Bubiego przygotowane kwiaty i natychmiast wyruszyliśmy w drogę powrotną. I wtedy smukła, przydrożna czereśnia sprowokowała nas dorodnymi owocami.
— Narwij, Józef! — zachęcił Bubi.
Łatwo powiedzieć. Próbowałem. Nic z tego. Nogi ślizgały się po gładkim pniu.
-Ja wejdę — zawołał wtedy Stachu, który był lżejszy, drobniejszy i niezwykle zwinny. Z trudem, ale dobrał się do czereśni, a ja nie kryłem zazdrości.
Bubi otrzymał to, czego pragnął. Popędził kuca, a gdy byliśmy w połowie drogi, ujrzeliśmy dziedzicową powózkę. Szybko zbliżyła się do nas, Bienek dał znak i Bubi stanął. Zaczęli gwałtownie rozmawiać po niemiecku, a my zeszliśmy na szosę i czekaliśmy na koniec rozmowy. To był nasz błąd, trzeba było czym prędzej iść do domu. Nie poszliśmy. Nie wiem, co nas zatrzymało. Może to, że wszystko działo się tak szybko. A może to, że nie poczuwaliśmy się do żadnej winy. Niebawem ta dziecięca nieświadomość, czy wręcz naiwność, zemściła się na nas srodze.
Ojciec z synem rozmawiali coraz głośniej, do ich sprzeczki włączyła się też siedząca w powozie dziedziczka i córka Róża. W pewnej chwili wzburzony Bienek podszedł do Stacha i bez słowa, z rozmachem, uderzył go pięścią w twarz. Stachu padł jak ścięty, a dziedzic rękojeścią biczyska bił go gdzie popadło. Stachu wił się z bólu i nie miał siły uciec po pierwszych razach. Nagle jakby mu sił przybyło, poderwał się i pobiegł obrzeżem szosy do wsi.
Obserwowałem to wszystko w skrajnym napięciu. Raptem poczułem ostry zapach, jakiego nie znałem, nie spotkałem wśród kwiatów ani w domu. Dzisiaj wiem, że była to woda kolońska. Cios pięścią w twarz nie powalił mnie, tylko świat wokół zawirował. Potem Bienek ścisnął mi silnie lewą rękę i w tym momencie przeszył mnie piekący ból. Otrzymałem uderzenie biczyskiem w pośladek. Ból był tak okropny, że pomimo lęku całą mocą swego chłopięcego ciała wyszarpnąłem rękę z uścisku dziedzica i z szybkością godną sprinterskiego mistrza świata pobiegłem do domu.
Wtedy wytłumaczyliśmy sobie to zdarzenie tak, że chłostę otrzymaliśmy za zerwanie kilku czereśni, co było surowo zakazane. Ale jeszcze nie rozumieliśmy dzielących nas i rodzinę Bienka różnic. Dzisiaj wiem, że nie czereśnie to spowodowały, ale spoufalanie się z synem dziedzica, poddanego z panem, Polaka z Niemcem.

Październik 2011 roku