Jeszcze wołają mnie pola

Przyjaciele

O psach, moich przyjaciołach, już pisałem w Dziennikach i Swiniobiciu, ale były to zaledwie wzmianki. Nie pisałem dotąd w jednym utworze o trzech psach, które zasłużyły na to, abym nazwał je przyjaciółmi i opisał wiernie ich psi los.
Pierwszym psem rodzinnym, który pojawia się w mojej
pamięci, była suczka Stopa. Przywędrowała z nami ze Śródki wiosną 1939 roku i nie była już pierwszej młodości. Miała sierść średniokrótką maści czarnej i białą łatkę na przedniej łapie. Stąd jej imię Stopa.
Stopy nie wiązaliśmy. Była niewielka i w każdym sąsiedzie widziała przyjaciela. Taki miała swój psi charakter. Jak to z niejednym psem bywa, traktowaliśmy ją jak członka rodziny.
W pierwszych latach wojny, może to był rok 1941, jakiś niemiecki mędrzec zadecydował, że psy należy wystrzelać, bo roznoszą wściekliznę. Byłem przy zabijaniu Stopy i innych psów na polu, gdzie corocznie kopcowaliśmy swoje, tzw. ,ludzkie ziemniaki”. Wszystko stało się szybko. Ledwo trafiały do mnie poszczególne fazy wydarzeń: zachowania ludzi, uśmiercane psy, lejąca się krew, strzały z fuzji, miny i grymasy gapiących się dzieci.
Szkoda Stopy. Gdybyśmy ją mieli, ojciec zapewne uniknąłby więzienia. Policjanci nie podeszliby nocą pod okno, gdy ćwiartował świniaka. Stopa by ostrzegła. A tak, stało się… Więzienie, utrata zdrowia, śmierć ojca w 1944 roku. Brak Stopy sprawił, że w naszej rodzinie doszło do tragedii.
Po wojnie, kiedy chodziłem do szkoły w Węgierskiem, zauroczyła mnie suczka nauczyciela. Biegały za nią maleńkie, przemiłe pieski. Gdy je głaskaliśmy, kładły się na plecy i lizały nasze ręce. Ich mama miała białą, krótką sierść i beżowe łatki. Tę sierść przejęły jej dzieci.
Dostałem od nauczyciela szczeniaka i nazwałem go Filut. Był umięśniony i w stosunku do ciała miał nogi nieproporcjonalnie długie. Nie pamiętam, którego roku przyniosłem go do domu. Może był to rok 1946, może 1947. Początkowo mieliśmy z nim dużo problemów. Tęsknił za matką, załatwiał się w mieszkaniu, a gdy wychodziłem rano do szkoły, on też wychodził i nie było siły, by zapędzić go do domu. Ale jak to z psami bywa, najpierw taki wszystkim przeszkadza, nieraz i klapsa oberwie, a po upływie kilku tygodni przeistacza się w domownika. I tak właśnie stało się z Filutem.
Kiedy minął rok i mój pupil zmężniał fizycznie i psychicznie, do głosu doszły moje plany myśliwskie. Zajęcy było u nas niezwykle dużo. Z pola co chwila zrywał się jakiś szarak, niekiedy kuropatwa, a bywało, że i bażant. Zimą na zaśnieżonych polach ciemne ich punkty widniały z dala i wprost zapraszały myśliwego z psem. A jakże, za myśliwego się miałem, a Filut mnie dowartościowywał.
Ale cóż, gdy we mnie myśliwski zapał aż buzował, Filut stawał się coraz bardziej rycerski. Na zające wychodziłem z nim w okresie, kiedy zwierzęta te marcują, to jest w porze ich godów. Zbierały się wtedy w gromady do trzydziestu sztuk i okazywały sobie miłosne uniesienie. Miłość paraliżowała wszakże ich wolę, wręcz je ogłupiała. A Filut podbiegał do takiej gromady niezdecydowany, nieśmiały, niemal szarmancki, czym doprowadzał mnie do szewskiej pasji. Przystawał, patrzył, oceniał sytuację, podbiegał jeszcze bliżej, a one nie reagowały w ogóle na jego obecność. Według mnie, istoty przenikniętej wielopokoleniowym myśliwskim zapałem, Filut popełniał rzecz straszną, niewybaczalną. Zamiast pochwycić zająca i przynieść mi go do nóg, on obwąchiwał je i wyraźnie zdradzał chęć do zabawy.
Zenon — syn sąsiada przez ścianę, który chodził ze mną do szkoły, też dostał od kogoś psa. Nazwał go Kruczek. Był to psiak puszysty, krótkonogi, koloru spłowiałego beżu. Dopóki Kruczek był mały, nasze psy się przyjaźniły. Dni upływały im na figlach. Ale gdy Kruczek nabrał sił i odezwały się w nim cechy samca, przyjaźń diabli wzięli, co stało się z naszą chłopięcą pomocą. Chcieliśmy bowiem sprawdzić, który pies silniejszy, który w naszym obejściu będzie dominował.
Prowokowaliśmy je więc do walki i przeżywaliśmy emocje równe mocującym się psom, a może jeszcze większe. Aż wydarzyła się tragedia. Kruczek tak nieszczęśliwie chwycił zębami Filuta, że uszkodził mu coś w brzuchu. I po paru dniach chorowania Filut ku mej rozpaczy zakończył życie.
Kolejny Filut w naszej rodzinie pojawił się w roku 1967, kiedy przeprowadziliśmy się z ługowińskiego pałacu do ośmioraka. Zajęliśmy mieszkanie tuż obok siostry i szwagra Zdzisława, brata Stefana z rodziną i Zarembów. Szwagier miał suczkę o wdzięcznym imieniu Misia. Coś z misia miała zresztą w sobie, tym bardziej, że z wiekiem przytyła i stała się jeszcze bardziej ociężała. Nigdy nie utraciła natomiast młodzieńczej ufności do ludzi, za co ją powszechnie lubiano. Sierść miała krótką, przeważnie białą, a uszy czarne. Zaprzyjaźniła się także z nami, a i my ją polubiliśmy.
Ale wydarzyło się coś, co w przyrodzie jest naturalne. Misia na swej życiowej drodze spotkała kawalera, któremu szczerze zaufała. Z tego zrodziła się miłość, a z miłości kilka szczeniąt, z którymi moi bliscy nie wiedzieli co zrobić. Szczenięta przejęły urodę nie tylko Misi, ale również ukrywającego się przed ojcowskimi obowiązkami ukochanego. Ojciec na pewno był czarny, co zdradzały niektóre psiaki. Misia na barwę szczeniąt nie zwracała jednak uwagi, karmiła wszystkie z wielkim matczynym oddaniem.
Spodobał się nam piesek średniowłosy, niemal czarny, z białym „krawatem” na szyi i białą łapą. Poza tym dzieci nam dorastały i pomyśleliśmy, że będą miały przyjaciela i będą z nim dorastać. I tak się stało. Wzięliśmy tego pieska na utrzymanie. Dzieciaki zajęły się nim i pokochały dziecięcą miłością, za co on odwdzięczał się im bezgranicznym przywiązaniem. Imię jego powstało zapewne dzięki mojej sugestii i tak przybył nam nowy Filut. Nie odstępował chłopaków na krok, kiedy podobnie jak ja chodzili na pola i podobnie jak ja niczego nigdy nie upolowali. Ale radości mieli po pachy.
Nowy, czarnowłosy Filut miał niezwykle żywą naturę i co więcej patrzył na świat moimi oczami, a nawet myślał z wiekiem moimi myślami. Bywało, że przyszedłem do mieszkania, a on unikał mojego wzroku. Myślę sobie — niedobrze. Filut coś zbroił. I rzeczywiście, na przykład potrafił „ukraść” plasterki kiełbasy z posmarowanego masłem chleba.
Kiedy mówiłem, że idziemy, od razu wiedział, o co chodzi i skakał na drzwi, radując się co niemiara. Z tego wnioskowałem, że ma Wiedział, że idziemy „na bory i lasy”, że będzie hasał, węszył i oddawał się odwiecznej pasji polowania, która przed Țsiącami lat połączyła z nim człowieka. I nie mylił się. Wprawdzie każde polowanie kończyło się szczerymi chęciami, ale to nie znaczy, że nasze pragnienia nie współbrzmiały.
W trakcie polowań Filut popełniał przy tym błąd nie do Bywało, że kiedy zimą śnieg pokrył pola, szedłem z nim znanymi sobie ścieżkami, a on goniąc zająca niesamowicie szczekał. I właśnie tego szczekania nie mogłem znieść. Jakże można gonić zwierzę i jednocześnie hałasować. Szczekając tylko mobilizował uciekającego do większego wysiłku. I tak, krótkonogi Filut nigdy nie złapał mi zająca.
Na różne wyprawy chodzili z nim także moi synowie. Pewnego razu Janusz daremnie szukał Filuta, gdy udawał się na grzyby. Filut znikł gdzieś jak kamień w wodzie. Syn poszedł więc sam. Drogą za podwórzem, łąką obok stawu, a potem dróżką pod górkę i już był w lesie, gdzie wśród brzóz i olch trafiały się prawdziwki i olszówki. Dziesięcioletni Janusz znał leśne ostępy jak nikt inny w jego wieku, lecz z Filutem czuł się bezpieczniej. Teraz natomiast, gdy był sam, dopadło go pewne zdenerwowanie, co niweczyło w znacznej mierze przyjemność zbierania grzybów.
Szedł zatem Janusz lasem, wypatrywał olszówek i zdarzało się, że coś znalazł. Wiatr grał smętnie na jesiennych liściach, kołysał koronami drzew. I oto w ten łagodny poszum liści wdarł się jakiś hałas. Zanim jednak Janusz zdołał poznać jego przyczynę, coś skoczyło mu na plecy. Zachwiał się, ziemia jakby usunęła mu się spod nóg, ogarnął go lęk dotąd nieznany i nagle poczuł ciepły język na twarzy. To był Filut.
Pies ten, podobnie jak jego mama, lubił jeździć. Wciskał mi się na motocykl, kładł przednie łapy na zbiorniku i jazda! Nigdy nie spadł. Miłość do jazdy w samochodzie zgubiła natomiast Misię. Siostra i szwagier przed Swiętem Zmarłych pojechali do lasu za Węgierskie po świerk. Misia uradowana biegała po lesie, węszyła, lecz kiedy nadszedł czas odjazdu, jej nie było. Wołała siostra, wołał szwagier. Daremnie. Upływały godziny, zapadał zmrok, pojechali zatem do domu. Drugiego dnia szwagier udał się w to samo miejsce. Wołał, chodził po lesie, na próżno. Co się stało? Tajemnica nie została odkryta do dziś.
W 1971 roku przeprowadziliśmy się z Ługowin do Gułtów. Filut wnet poznał okolicę, a niekiedy także pogryzł z psami sąsiadów. Jak zwykle trafnie odczytywał przy tym moje zamiary. Kiedy ubierałem się, by wyjść, wyrażał radość skomleniem, tańcem, bieganiem do drzwi. Nieraz nie chciało mi się wychodzić, ale on wręcz domagał się tego patrząc mi w oczy i co chwila podbiegał do drzwi. Pojmowałem tę jego mowę ciała i szedłem, by sprawić mu przyjemność. Kiedy szliśmy lasem, obwąchiwał wszystko po drodze. Zdarzało się też, że spłoszył zająca i popędził za nim w ostępy. Oddalało się jego ujadanie, zanikało, ale zawsze mnie odnalazł.
Biegał kiedyś wśród sosen w zasięgu mojego wzroku. Nagle zobaczyłem rzadko u nas spotykane zwierzę — borsuka, w dodatku ociężałego. Filut chyba pierwszy raz w życiu coś takiego ujrzał. Wprawdzie podskoczył do borsuka, lecz instynkt podpowiedział mu — nie zaczepiaj, to może być niebezpieczne.
W 1973 roku kupiłem Syrenę 104. Nie była stara, ale przez podłogę oglądałem uciekającą szosę. Taką blachę produkowały nasze stalownie. Pewnego razu przywiozłem żonę do domu, a potem pojechałem do garażu. Rano zauważyliśmy brak Filuta. Do wieczora nie pojawił się. Cóż robić? Czekaliśmy daremnie. Po paru dniach wypadł nam wyjazd. Otwieram drzwi Syreny, a tutaj wytacza mi się pod nogi Filut. Niczego w samochodzie nie pogryzł, nie nabrudził, a wszedł niepostrzeżenie, kiedy żona wysiadała. Jeszcze parę dni, a byłoby po nim.
Filut, stary kawaler, uganiał się za podwikami. W parku ogrodnik, i zarazem oddany swej pasji myśliwy, miał suczkę, która właśnie oglądała się za kawalerami. Filut starał się zatem z innymi psami o jej względy. Niestety, myśliwi po polowaniu urządzili sobie u ogrodnika biesiadę łowiecką zakrapianą alkoholem. Psy zabiegające o miłość suczki, hałasujące, szczerzące na siebie zęby, nie wiedziały, że im przeszkadzają. Uganiały się pomiędzy drzewami z nadzieją, że suczka wyjdzie im na spotkanie. Nie wyszła. Wyszli myśliwi. W domu słyszałem odgłosy strzałów, ale myślałem, że to „zwykłe” polowanie, jakie w sezonie się zdarzało.
Od niedzieli Filut nie pojawił się w domu. Nie tylko Filut. Kilku sąsiadów skarżyło się, że psy im też zaginęły. To była zima. Sniežny koniec stycznia. Kiedy wiosną śnieg zginął, na polu przy szosie prowadzącej do Klon znaleziono kilka zastrzelonych psów, ogołoconych przez lisy i wrony do kości. Były tam także kości naszego Filuta. Jakim zwyrodnialcem trzeba być, żeby zabijać niewinne zwierzęta. Kto takim ludziom, którzy zatracili cechy cywilizowanego człowieka, dał broń? Ludziom…
Czy to właściwe słowo?

Kwiecień 2012 roku