Wycieczka
Wyjechałem rowerem z domu pod wrażeniem przeczytanego Promethidiona Cypriana Kamila Norwida. Odczucia moje przeczyły doznaniom estetycznym wzbudzonym przez wcześniejsze lektury literackie. Utwór ten oddziałał na mnie swoją niepowtarzalnością, przede wszystkim niezwykłą kondensacją treści. Dlatego też tyle objaśnień wymaga to niewielkie w sumie dzieło. A przecież mogło być inne, bez zawiłości, bez ścieżek nagle się rwących. Odnosi się wrażenie, że autor z trudem sprowadza narrację do równowagi, do plastycznego ładu.
Ale może to tylko wrażenie czytelnika, którego chłonne możliwości przerasta czytane dzieło. Sądzę, że Promethidion jest próbą do pomieszczenia wielkiego w małym. Trudno również dziwić się, że twórczość Norwida nie znalazła uznania w oczach współczesnych temu poecie krytyków ani czytelników. Przekaz myśli w obu dialogach wydawał się wówczas co najmniej dziwny, bo i dzisiaj dziwnym się wydaje. Niełatwo ponadto znaleźć u współczesnych Norwidowi pisarzy coś podobnego. Myślę chociażby o Józefie Bohdanie Zaleskim, który jakkolwiek życzliwy autorowi Promethidiona tworzył o niebo inaczej. W wierszu dedykowanym mało obecnie znanemu poecie romantycznemu Stefanowi Witwickiemu napisał między innymi.
Stefanie! Serce mdleje –
Warszawscy dwaj muzycy,
Tych nocy czarodzieje –
Szopenek i Maurycy.
Bo Maurycy Mochnacki nie tylko pisarstwem się parał, ale świetnie radził sobie z klawiszami fortepianu, wprowadzając w zachwyt Zaleskiego. I Norwid i Zaleski byli tutaj zgodni. Obaj oddawali cześć Szopenowi wierszem.
Każdy na miarę swego talentu. Ale Zaleski został dzisiaj zapomniany. Czy ze szkodą dla naszej literatury? Nie wiem. Wieszcze oratorium i słynne niegdyś dumki ukraińskie czas zniszczył.
Tak rozmyślając oddalałem się szybko od wioski. Zbliżał się wieczór, jeszcze ogromne słońce wisiało nisko nad ziemią, a w powietrzu unosił się posmak upalnego dnia. Krowy z pełnymi wymionami wracały z pastwiska. Nad piaszczystą drogą długo wisiał malowany słońcem kurz. Obliczyłem sobie, że wrócę o zmroku. Dziesięć kilometrów to przecież niewiele. Nie wiem, co zrodziło we mnie nagłe postanowienie odwiedzenia wioski, w której spędziłem trzy dziesiątki lat.
Początkowo droga wiodła wśród pól. Stare wierzby, jak zmęczone wędrowniczki odpoczywające na poboczach, towarzyszyły mi wiernie aż do lasu. Czerwiec dochodził swych dni. Pochyliły się ciężkie kłosy żyta i jęczmienia. To tu, to tam, żółciły się obsypane pachnącym kwieciem lipy. Od kilkunastu dni nie padało. Polna droga uwałowana kołami traktorów i przyczep była niemal równiuteńka jak asfalt.
Nagle przednie koło zaczęło twardo bić o drogę. Zabrakło w nim powietrza. Zawracać nie chciałem, bo byłem bliżej celu niż domu, a wieczór aż prosił się, aby iść i nie myśleć o kłopotach, podziwiać pełnię wiosny, chłonąć niepowtarzalne piękno przyrody, skąpanej w ostatnich promieniach słońca. Szedłem więc powoli, wiedząc już, że i tak wrócę nocą. To dobrze. Noce również mają swoje uroki. Słońce schowało się za drzewami, choć jeszcze gdzieniegdzie przeświecało pomiędzy gałęziami. Nad mijanym stawem unosiły się opary, a leżąca pośrodku niego wyspa była prawdziwą wylęgarnią dzikich kaczek, żab i niezwykle głodnych komarów. Na mój widok rzuciły się ze wszystkich stron, mierząc we mnie ostrymi żądłami. Nieraz zastanawiałem się, kiedy i w jakim celu zbudowano tę wyspę. Nie miałem bowiem wątpliwości, że ludzie w jej powstaniu wzięli udział. Czy mógł tutaj znajdować się jakiś znaczący gród, czy raczej strażnica podlegająca kasztelanii w niedalekim Gieczu?
Kiedy doszedłem do leśniczówki, słońce zaszło i tylko pożoga jaśniała na niebie jak ogromny pożar, rzucając krwawy blask na ziemię. Blaskiem tym odpowiadały niebu nieliczne szyby w oknach nie zamieszkanej od lat leśniczówki. Pozostałe okna straszyły ciemnymi oczodołami. Opuszczone domy budzą w człowieku lęk, bo jeśli nie mieszkają w nich ludzie, to kto mieszka? Może dusze tych, co tutaj umarli? Z otwartego na piętrze okna wyfrunęła sowa. Uniosła się wysoko jakby przestraszona moją obecnością i skryła wśród drzew, gdzie rodził się pierwszy mrok. Bór przygotowywał się do nocy. Cichły ptaki, kwiląc tylko jeszcze w kępie dzikiego bzu.
Odchodziłem od leśniczówki jak od grobu kogoś bliskiego. Przypomniałem sobie lata, kiedy wrzało tutaj życie, kiedy każdego przechodzącego witały ujadaniem psy, a na pobliskiej łące pasły się owce i krowy. Koń wałęsał się bezpańsko wśród drzew i pól, a bór leżący naprzeciwko był taki maleńki, że przerastały go chwasty. Teraz stały tutaj dostojnie pięćdziesięcioletnie sosny.
Ale oto skończył się las i wyszedłem na wąską drożynę. Jej biała wstęga pięknie rysowała się wśród zielonego zboża. Stojące na drodze dwa młode zające rzuciły się na mój widok w łan owsa. Poruszające się źdźbła znaczyły ich bieg. Gdzieś w dali uporczywie wołała przepiórka:
-Żyto siec! Żyto siec!
Jeszcze nie, przepiórko, jeszcze czas. Dopiero bieleje na pagórkach, a w dolinach pyszni się ciemną zielenią. Jeszcze napracuje się słońce zanim wypełni ziarna.
I oto już wioska – cel mojej wędrówki. Wspomnienia osaczyły mnie jak psy odyńca. Nie broniłem się – słoneczne dzieciństwo powróciło ze swą beztroską.
Na podwórze ledwo się przecisnąłem przez dziurę w płocie. Długa, wysoka stodoła trzymała się krzepko jak dawniej, choć była już trochę okaleczona. Rynny przenośnika do ziarna wystawały poza dach. Po lewej mrok zamazywał chlewnię, dawniejszą oborę. Niemal pośrodku podwórza wznosiła się duża szopa, w której przechowywano maszyny rolnicze; głównie siewniki. Po prawej znajdowała się chlewnia, zniszczona później doszczętnie przez pożar. To z niej żołnierze radzieccy zimą 1945 roku wyprowadzili, zabili i wywieźli sto tuczników. Oglądałem tę niecodzienną rzeź, opalanie sierści słomą, nieczystości wyrzucane do stawu i smród bijący potem z wody przez całe lato. Rosjanie zabrali też wtedy ponad pięćdziesiąt krów i koni. Wszystko w ramach tzw. „bratniej pomocy”. We wsi panowała straszna bieda, ludziom zaś zabierano dobytek nie dając w zamian żadnych ekwiwalentów ani tym bardziej godziwej zapłaty.
Idąc dalej dochodziło się do żelaznej bramy z dwiema furtami, za którą był mój dom. W nim spędziłem siedemnaście lat życia – najpiękniejszych lat. Teraz nie było już śladu po stajni, po kuźni, jak również po moim domu. To nic. Rzuciłem rower i stanąłem w tym miejscu, gdzie znajdował się próg. Przeszłość powróciła żywa, wymierna, realna. Przywołałem odległy dzień okupacyjny. Była Wielkanoc. Za nagim bzem biegał syn dziedzica – Bubi. Szukał w trawie prezentów, co chwila coś znajdując. Jego okrzyki radości przyjmowałem jak ukłucia. Jakże mu zazdrościłem, ale Bubi o tym nie wiedział.
Jak dawniej patrzyłem na park. Klon stał okaleczony. Wichura odłamała konar w miejscu dziupli, w której każdego roku wróble budowały gniazdo. Tam rodziły się młode. Niektóre zbyt wcześnie ufając skrzydełkom spadały na bruk. Brałem wtedy w dłonie ciepłe, małe kruszyny i sadzałem na gałęzi. Nie wiedziałem jednak, co potem z nimi się działo. Po pewnym czasie znikały.
Brukiem, który oddzielał dom od parku, przetaczały się ciężkie wozy – jesienią wyładowane ziemniakami i burakami, wiosną sianem, latem zbożem, a zimą obornikiem. Spokojne, ciche noce dzieliły czas na dni, a zawartość wozów na pory roku. Tak bardzo pragnąłem trzymać w rękach lejce i kierować czwórką koni. Miałem wtedy siedem lat, a w tym wieku pragnie się być dorosłym. Fornale kurzyli skręty, niekiedy stawali, poprawiali uprząż, poklepywali konie, gadali do nich pieszczotliwie. To klęli, gdy koń przełożył nogę za postronek. Też umiałem kląć. Nauczyłem się od fornali. Każdy koń miał swoje imię i miejsce w fornalce. Gdy ktoś powiedział, że Żaba zachorowała, to wszyscy wiedzieli o którego konia chodzi.
Stanąłem na progu i patrzyłem na park i pałac ginący w mroku. Napłynęły nowe obrazy…
Oto zbliża się do wsi wielki wóz. Wybiegam na szosę. Nie, to nie wóz, to dom na kołach, który ciągną dwa silne konie. Ściany ma oblepione kolorowymi plakatami, a za wozem z dumnie podniesioną głową kroczy wielbłąd. Taki sam, jakiego oglądałem w książce, którą pokazywał mi syn sąsiada – Geniu. Chodziłem do niego, gdy leżał śmiertelnie chory. Był moim pierwszym przyjacielem. Spędzaliśmy razem wiele godzin. Był zawsze zgodnym, wspaniałym kolegą. Zmarł w wieku sześciu, może siedmiu lat. Po wojnie jego rodzina wyprowadziła się na Zachód i grób Genia uległ zapomnieniu. Dziś wiele dałbym temu, kto wskazałby mi miejsce jego pochowania.
Gasły światła w oknach, cichły nawoływania dzieci, ludzie kładli się spać. Spokój ogarniał wioskę jak dawniej. Tutaj nawet cisza ma szczególne oblicze. I mrok jest przyjazny, swojski. Znów błądzę pamięcią po bezdrożach dzieciństwa. Rozdrapuję stare rany…
Pochmurne czerwcowe popołudnie. Zimne krople deszczu, przemoczona koszula, bose nogi oblepione błotem, dom zamknięty. Tak często byłem głodny, że powinienem przywyknąć do tej dokuczliwości. Ale przywyknąć nie mogłem. Za parkiem przy szosie był wielki łan grochu. Nie oparłem się pokusie. Poszedłem. Szybko zerwałem kilka strąków i schowałem do kieszeni. Chyłkiem wycofywałem się na drogę, gdy nagle usłyszałem:
-Oj, czekaj, ja cię widzę!
Bubi wołał z parku, niewidoczny pośród drzew i krzewów. Ogarnął mnie wielki niepokój. Każde, nawet najdrobniejsze wykroczenie, surowo karano. Ale Bubi… Bubi był kumplem do zabaw. Jakże mógłby na mnie naskarżyć?
Wieczorem do naszych drzwi zapukał bardzo chudy pan, który był w majątku na praktyce rolniczej. Mówiono na niego „elew”. Ten chudy pan powiedział, żeby ojciec zgłosił się ze mną do jaśnie pana. Wziął mnie więc ojciec za rękę i bez słowa poprowadził. Stanęliśmy przed pałacem. Ojciec zdjął czapkę, włożył ją pod pachę. Ja byłem bez czapki. W odległości dziesięciu metrów od schodów pałacowych czekaliśmy na wielmożnego. Wreszcie wyszła rozsierdzona dziedziczka. Stanęła w drzwiach i piskliwym głosem zaczęła wrzeszczeć ile sił. Czułem się jakbym popełnił zbrodnię. Mój czyn nabrał wielkich rozmiarów. Ufnie ściskałem rękę ojca, bojąc się chłosty. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Dziedziczka wyładowała złość, jej wzburzenie minęło. A ja i tak nic nie rozumiałem z tego, co mówiła. Nie znałem niemieckiego. Kiedy już ucichła, ojciec przetłumaczył jej słowa. Jaśnie pani powiedziała, że jak jeszcze raz przyłapią mnie na kradzieży, to zostanę powieszony na suchej gałęzi. Dręczyło mnie pytanie, dlaczego na suchej, a nie na innej. Do dziś tego nie wiem.
-Na kogo pan czeka?
Słowa te jak uderzenie batem wyrwały mnie z zadumy. Obok mnie stał chłopiec w spodniach do kolan, w koszuli z krótkim rękawem, bez butów.
-A dlaczego pytasz?
-Obserwuję pana z okna. Posprzeczałem się nawet z mamą, która powiedziała, że to stoi mój tata. Ja mówiłem, że to ktoś obcy.
-Miałeś rację. Późno już, powinieneś spać.
-Nie mogę spać, bo tata nie wrócił do domu.
-Czekasz na niego?
-Tak, czekam.
-Twój tata w nocy pracuje.
-Nie, ale jak się upije, to uśnie gdzieś i może się przeziębić. Jak ja po niego idę, to mnie słucha, a jak mama go wola, to strasznie się złości.
-Lubisz swego tatę?
-Bardzo, tylko… żeby wódki nie pił.
-Jak ci na imię?
-Geniu!
Mojemu przyjacielowi też było Geniu na imię. Miał jasne włosy i niebieskie oczy. Ty też masz niebieskie oczy, prawda?
-Tak.
-Ale mój przyjaciel już nie żyje. Umarł przed wieloma lały niedaleko stąd. O, tam…
-Tutaj byl dom?
-Był dom, Geniu. Żyli w nim ludzie, cieszyli się, smucili, tak jak teraz.
Podobał mi się ten rezolutny brzdąc. Jego szczerość była rozbrajająca. Nagle w parku ktoś ni to zawołał, ni zaśpiewał. Geniu bez słowa tam pobiegł. Zostałem sam. Urwał się kalejdoskop wspomnień. Domy ledwo rysowały się w mroku. Podniosłem rower i ścieżką biegnącą za podwórzem poszedłem jak dawniej ku niewidocznemu lasowi. Co za zbieg okoliczności. Geniu z zaświatów jakby przyszedł do mnie. Przypomniały mi się słowa z Promethicliona: Tam czekaj… drogi mój!… każdy umiera…
Oddalałem się od wioski, czując na barkach ciężar tamtych trosk i lęków. A najbardziej ciążył mi obraz ojca stojącego ze mną przed pałacem z pokornie pochyloną głową. Nie, to nie obraz, to płaskorzeźba wyryta w sercu.
1992 rok