Siew jest nadzieją

Zasadzka

Sierpień prażył bezlitośnie. Osuszył rowy i bajora. Znęcał się nad każdą cząstką ciała. Gorące powietrze chwytałem szeroko otwartymi ustami. Wypełniał mnie jednak jakiś wewnętrzny spokój i zadowolenie. Naprawiłem kombajn, z którym od kilku dni były kłopoty. Właściwie niczego wielkiego nie zrobiłem. Maleńki dławik, zwykła podkładka z dziureczką, zginął w czasie wymiany przewodu i he-der rąbał o ziemię przy każdej zmianie położenia. Niby nic, ale przecież trzeba było przyczynę znaleźć i usterkę usunąć. Usiadłem pod krzakiem dzikiego bzu oddychając głęboko chłodniejszym powietrzem. Torbę z narzędziami z ulgą rzuciłem obok. Daleko za mną pozostał warkot kombajnów. Dopiero teraz przypomniałem sobie słowa żony, która prosiła, abym przyniósł trochę pszenicy dla kurcząt.
-Przynieś trochę – mówiła – wszystkie sąsiadki mają pszenicę, a ty jesteś taki niezaradny .
Potrafiła uderzyć celnie: „Jesteś taki niezaradny”. Słowa te wypływały teraz ponad moje inne myśli i troski. „Przynieś trochę” – a włożyła do torby worek. Leżał pusty przy mnie. Może lepiej, że zapomniałem. Zbyt wielu świadków było przy kombajnie. Zresztą, co z pełnym workiem zrobiłbym pośród pola?
Z wielkim hałasem od pól zbliżał się ciągnik. To Zygmunt wiózł do magazynu wielką przyczepę pełną pszenicy. Pomyślałem, że dobrze się składa. Dałem znak ręką. Stanął. Wskoczyłem na zaczep i zlustrowałem wokół pola. Nikogo nie było. W kilkanaście sekund nagarnąłem worek. Pot wstąpił mi na czoło. Siły jakby się zdwoiły. Rzuciłem worek w wysokie pokrzywy, przykryłem chwastami i darnią. Ledwo z tym się uporałem, a tu Zygmunt rzucił swój worek obok mojego.
-Przykryj – powiedział ściszonym głosem.
Wskoczył na ciągnik i odjechał. Usiadłem na dawnym miejscu. Ciągnik oddalał się, na pola powracała cisza. Zdjąłem przyklejoną koszulę. Kurz powoli opadał na rozgrzaną ziemię. I z tego kurzu wyłonił się samochód kierownika. Wstałem, gdy kierownik zatrzymał przy mnie wóz i wysiadł.
-Majster, pośpiesz się, trzeba jeszcze naprawić ciągnik, który stoi w warsztacie, bo jutro poleci ze zbożem.
Mówił do mnie, a patrzył na boki, na krzaki i drogę. Wtem zatrzymał na czymś swój wzrok. Spojrzałem i ja na to miejsce. Leżała tam może garść pszenicy. „Cholera” -zakląłem w duchu, że też wcześniej tego nie zauważyłem.
-Zrobi się – powiedziałem – tylko głowicę dokręcę, do wieczora skończę.
I rozstaliśmy się. Myślałem, widział, czy nie widział. Nie dawało mi to spokoju. Gdyby widział, nie puściłby tego płazem, choćby dlatego, że relacje między nim a Zygmuntem nie były dobre. Zygmunt lubił na zebraniach „wychylać się” i robił to tak, że zawsze wychodziło na niekorzyść kierownika. Na pozór wszystko było między nimi w porządku, ale wzajemna niechęć narastała.
A kiedy Borowik uległ wypadkowi, Zygmunt zaangażował się całkowicie w powstały konflikt. Rozniecił go, pisał do różnych redakcji, sprowadzał komisje. Prawdę mówiąc, staliśmy po stronie Zygmunta i Borowika, ponieważ to oni mieli rację, ale niekiedy rację ma silniejszy.
Było to tak. Borowik był traktorzystą. Pewnego razu kierownik polecił mu sprowadzić przyczepę z pola. Pojechał. Zaczep leżał na ziemi i w żaden sposób nie można go było połączyć z ciągnikiem. Borowik zrobił tak jak to robią inni. Włączył wsteczny bieg i kiedy ciągnik toczył się, zeskoczył, podniósł zaczep i starał się włożyć swo-rzeń. Niestety, nie udało się. Nie trafił w otwór haka. Ciągnik zbliżył się niebezpiecznie do przyczepy. Traktorzysta zdążył tylko uchylić się poza błotnik i koło, prawa noga została i uległa zmiażdżeniu.
Winnym spowodowania wypadku uznano Borowika, gdyż pracował niebezpiecznie. Stało się to kością niezgody. Nienawiść rosła. Ludzie mówili, żeby Zygmunt się pilnował. I Zygmunt się pilnował. Był pracowity, przełożeni niczego nie mogli mu zarzucić.
Po powrocie do warsztatu wziąłem się ostro do roboty. Ostatnie nakrętki dokręcałem, gdy już szarzało. Po północy wioska ucichła. Wyciągnąłem z piwnicy sfatygowany rower i ruszyłem w pole. Panował rzadki mrok. Świecił sierp księżyca. Zwykle pogodne noce sierpniowe są bardzo chłodne. Po dzisiejszym upale wydawało mi się, że ta noc jest wręcz mroźna.
Worki leżały nie ruszone. Niepotrzebnie się obawiałem, że kierownik widział rozsypane ziarno. Z niemałym trudem włożyłem worek na ramę roweru. I wtedy poczułem zapach tytoniu i jeszcze czegoś nieokreślonego. Może był to cudzy pot. W dodatku parę metrów ode mnie trzasnęła gałązka. Nagle te krzewy, te uśpione pola, stały się obce. Ogarnął mnie niepokój, a niebawem i lęk. Chciałem oddalić się stąd, oddalić prędko. Lewą ręką ścisnąłem mocno kierownicę, prawą pchałem siodełko. Cały czas miałem wrażenie, że nie jestem tutaj sam. A dotąd nie wierzyłem, że wyczuwa się obecność drugiego człowieka.
Szybko oddalałem się od tego miejsca. Zapomniałem o zmęczeniu. Rwałem jakby mi dwadzieścia lat ubyło. Ale co to? Od wioski ktoś się zbliżał. Skierowałem rower w bok i jak długi runąłem na ściernisko. Serce chciało wyskoczyć mi z piersi. Po sylwetce i charakterystycznym kołysaniu rozpoznałem jednak wkrótce Zygmunta.
-Zygmunt, nie idź tam – powiedziałem.
-Dlaczego?
-Tam ktoś jest.
-Widziałeś?
-Nie, ale wydawało mi się, że jest.
-Jak ci się tylko wydawało, to nie ma sprawy. Zresztą, ty byłeś i nic się nie stało. Wracasz cały.
Pomógł mi podnieść rower z workiem i poszliśmy w przeciwnych kierunkach.
Rano kierownik wszedł do warsztatu, jak zwykle nie przywitał się z nikim, tylko od drzwi zawołał:
-Majster, odbierz ciągnik od Zygmunta Pokornego. Spisz narzędzia, zmierz paliwo i kartę przynieś do biura.
Odwrócił się, wyszedł, a ja stałem zaskoczony.
-Co się stało Zygmunt – zawołałem, gdy ten zjawił się po chwili z przekrwawionymi, niespokojnymi oczami.
-Miałeś rację. Oni czekali na mnie w trójkę. Obsko-czyli mnie, gdy worek miałem już na rowerze. Nikt mnie teraz nie obroni. Nikt nie pomoże złodziejowi. Przed chwilą wręczono mi natychmiastowe zwolnienie. Gdybym się upokorzył, może by mnie przyjęli na nowych warunkach, ale ja nie potrafię żyć na kolanach. Jakoś głupio wyszło. Przegrałem.
-Wszyscy przegraliśmy Zygmunt, wszyscy.