Spacer
Przez szosę przechodzę jak przez Rubikon. Co prawda, nie ma we mnie nic z Cezara, a w szosie nie ma nic z Rubikonu, ale odwołuję się do symbolu. Szosa nie rozdziela krain, lecz jak nóż jabłko dzieli ziemię na połowy, a ziemia ta wiele ważyła i nadal waży w moim życiu. Gdybym tą szosą szedł w lewo, doszedłbym do Środy; gdybym szedł w prawo, po siedmiu kilometrach ujrzałbym miasteczko Kostrzyn. Ale nie idę w lewo ani w prawo, idę w pole.
Na polu miedza jest jak świętość, jest też barierą ludzkiej zachłanności, rozdziela majątki Węgierskie i Ługowiny. Kiedy jeszcze pola orano pługami konnymi, miedzę darzono większym szacunkiem. Krowy skubały z niej trawę, oracz usiadł, zakurzył skręta. Kiedy po wojnie na pola wyszły traktory, miedzę sponiewierano ciężkimi pługami. Straciła na znaczeniu, gdy zabrakło właściciela. Przepychano ją to w jedną, to w drugą stronę, zaorywano, a potem odradzała się, choć nie zawsze w pierwotnym miejscu. Dzisiaj wstęga miedzy niewiarygodnie się wykrzywiła. Niekiedy trzeba się jej domyślać, gdy po uskoku ginie i ponownie pojawia się gdzieś dalej.
Wiekowy dąb zszedł z niej, jakby dał parę kroków w kierunku Węgierskiego. Może to przed dziesiątkami lat zachłanność ludzka przesunęła miedzę, a dąb się ostał i oskarża ludzi o nieuczciwość, o wieczny głód ziemi. Stoi rozłożysty, dumny jak wiejski chłopak, zawadiaka pewny swej siły, rozpierany nią od wewnątrz, szukający uznania. Kpi z wiatrów, które tylekroć już pokonał; kpi z burzy, która dotąd nie wypróbowała ostrza swej błyskawicy na jego pniu.
Znam jednak dęby dotknięte gromem, pęknięte od wierzchołka do ziemi, którym co roku przybywa nagich konarów, którym wiatr śpiewa pieśń żałobną i niemiłosiernie tarmosi ich rzadkie czupryny. Samotne drzewo ma w sobie cos z samotnego człowieka. Społeczność z reguły uszlachetnia jednostkę, samotność często ją niszczy.
Ale wracam do wiekowego dębu, który rozłożył szeroko ramiona, demonstrując bez umiaru swą siłę. Rosnąc samotnie nie stanowi większej wartości użytkowej. Pień ma krótki, przerośnięty sękami. A drzewo pośród innych drzew wyrasta wysokie, gładkie, przydatne na meble czy do budownictwa. Patrzę i jak rzemieślnik oceniam wartość dębu, sumuję i rachunek wychodzi dlań niekorzystny. Ale gdybym na to drzewo spojrzał z sentymentem, gdybym pomyślał, ile ludzkich pokoleń oglądał, ilu ludziom dawał cień, ile ptaków wykołysały jego konary, a ile ukryło się przed jastrzębiem, wtedy rachunek byłby inny.
Dąb milczy. Milcz dębie i ucz milczenia. Ziemia pod nim wyssana z soków. Co lepszy pokarm przygarnia dla siebie mocarnymi korzeniami. A mimo to pod jego konarami schowała się tarnina. To uparty krzew, pożywi się nawet resztkami, tłamsi inne krzewiny. Tylko dziki bez ją przerósł i jakby z niej szydził patrząc z góry.
Tarnina (albo po prostu cierń) już w zaraniu chrześcijaństwa zadała ból Chrystusowi, za co spotkała ją ludzka pogarda. Kto ją wyniósł na skronie Jezusa? Kto uczynił z niej narzędzie bólu? Nie wiem! Nie patrzę na nią z pozycji chrześcijanina, lecz człowieka, z którym wzrastała, którego darzyła białym pięknem wiosennego przebudzenia. Bielą przeczy swej czarnej przeszłości, bielą kwiatów otwiera wiosnę. I wcale nie dostrzegam w niej uległości ani poczucia niższości, spowodowanej niewielkim wzrostem. Widzę zaś, jak się rozpycha, rozrasta, niewoli coraz więcej uprawnej roli. Pod jej zwartym baldachimem pełno kamieni przyniesionych z pola przez troskliwego oracza, pełno śladów zwierzyny, znajdującej tutaj osłonę przed wiatrem, deszczem, mrozem i drapieżnikami. W gęstej czuprynie ufnie tulą się do gałązek ptasie gniazda. Komu śpiewają, kogo obdzielają radością. Ty wiesz, tarnino.
Idziesz przez pory roku, pamiętasz, kiedy zakwitnąć i kiedy urodzić granatowe kuleczki owoców. Znam ich smak, pamiętam szorstkość. Jej rozprzestrzenianiu nie poddaje się dzika róża. Odważnie kolczastymi biczyskami przebija gąszcz, zakwita i owoce wystawia na słońce. Jakże krzyczą czerwienią z ciemnozielonego tła liści. Atakują wzrok, zniewalają natarczywością koloru.
Niewiele, tylko kilkadziesiąt metrów odchodzę od tarniny w głąb pola. Oto śródpolny staw. W miejscu, gdzie woda wypływa z drenu, rozciąga się gąszcz trzcin i tataraku. Naprzeciw woda bulgocząc w szczelinach studni betonowej spada i chowa się do kolejnego drenu, po czym wynurza w odległym rowie. Ten staw o stromych brzegach porosłych trawą i pokrzywami przeżył dni inwazji całej wsi, zaciekle poszukującej w nim ryb. Sam wziąłem udział w takiej krucjacie, bodaj w 1952 roku. Brodziłem w wodzie gęstej od szlamu, zastawiając pożyczony od kowala druciany koszyk. I stało się, złowiłem brązową rybę – piskorza. Potem tę rybę razem z koszykiem zabrał kowal.
Kusiła mnie zawsze tajemnica tej wody. Przychodziłem tu częściej niż ktokolwiek, siadałem na trawie, wpatrywałem się w lustro wody odbijające niebo i płynące obłoki. Ten staw tak wszedł do mego serca, że o nim myślałem pisząc wiersz w 1975 roku.
Szeptem
odjętym ciężarnym kłosom
Wiatrem
co płomień maków rozdmuchał
Piórem
maczanym w śródpolnym stawie
zapiszę pieśni pól ojczystych
złożę hołd ziemi
rodzącej sytość
W swoich wierszach wspominam jeszcze inne stawy, ale ich wody nie mają w sobie takiej tajemniczości, nie kuszą takim czarem.
Idę na zachód, obok tarniny potykam się o nierówną rolę. Widzę, że kopiec gęsto splecionych gałązek kolczastych przebiła polna grusza. O niej, dumnej i rozłożystej, napisałem w wierszu „Z wiejskiego pejzażu”.
Gruszo
bukiecie zagonów
Myśl moja ścieżkę przetarła
w wędrówce do ciebie
W czuprynie czesanej szarugą
do dziś błądzi ciekawe spojrzenie
mojego dzieciństwa […]
Daj utrudzonym
chłód i wytchnienie
Wyniosą cię ponad zagony
ludzie
którym jesteś droga
Wyniosłem cię gruszo, trafiłaś do mego wiersza, do tomiku, a nawet do tytułu antologii [Gruszo polna graj na wietrze, Lublin – Kraków 1980]. Co dla ciebie mogę jeszcze uczynić, skoro wiem, że przystoi mi umiar w wyrażaniu uczuć. I jak to się dzieje, że twe kwiaty rodzą tak cierpkie owoce. Poznałem ich smak, gdy tu niedaleko kopałem z matką ziemniaki. Głodny zbierałem żółte ulęgałki, a później trzeba było nie lada uporu, by je przełknąć. Czas na twoim pniu kreśli znaki jak na twarzach, korniki drążą pień, zguba może też przyjść z ręki człowieka. Tyle opowieści nasłuchałem się o gruszy i diable, że stojąc teraz obok potężnego drzewa czekałem, kiedy Mefisto zachichocze z gęstej korony. Ale nic się nie wydarzyło. Tylko szum kwiatów i liści narastał lub słabł, zdany całkowicie na powiew wiatru.
Dęby mają w sobie coś, co zmusza człowieka do szacunku, a także narzuca obiektywną ocenę własnej wielkości i siły. Nie dziwię się, że nasi przodkowie oddawali im cześć. Inaczej nie mogło być, skoro patrząc na kolejny dąb uświadamiam sobie swą małość. Wprawdzie nie emanuje jeszcze z niego porażająca potęga, lecz obserwując grubypień i ogromne konary domyślam się przyszłych rozmiarów. I znów widzę liche krzaki pod parasolem korony. Czyż nie jesteś dębie samolubny, zatruwając ziemię rozkładającymi się liśćmi. Może to twój sposób na przetrwanie, lecz jakże egoistyczny. Ale podrostki rosnące kilkadziesiąt metrów stąd, to zapewne twoi synowie. Jeszcze poddają się wiatrowi, ale w ich szumie można już doszukać się groźnego pomruku.
Miedza z rzadka porośnięta krzewami czyni tu wielkie zakole i ginie w głębokim rowie, jednak tylko na chwilę. Dalej biegnie skrajem innego rowu, który oddziela ziemię majątków Czerlejno i Ługowiny. Gęstą czuprynę tarnin upodobały sobie sroki, wijąc sporo gniazd. Z tym ustroniem rodzimego krajobrazu, oddalonym od wsi ponad dwa kilometry, nie jestem zbyt związany uczuciowo. W dzieciństwie nieczęsto tu zachodziłem.
Potem rów biegnie na północ, by nagle pod kątem prostym skręcić na wschód, tworząc osłonięty od wiatru nasłoneczniony skrawek ziemi. Te kilkadziesiąt metrów kwadratowych nigdy właściwie nie zagospodarowano. Traktor nie jest tak zwrotny, aby można było nim ten zakątek uprawiać. Spotykam tu niezwykły urodzaj chwastów, istny ogród botaniczny.
Następnie idę skrajem głębokiego przekopu, którego zbocza pokrywa gęsty kożuch trawy. Wszędobylskie krzaki łozy rozrosły się, sięgając gałęziami aż na pole. I one jak tarniny znalazły sprzyjające warunki. Rozrastają się, ponieważ dziś już nikt łoziną nie grodzi ogródków. Spoglądam na wierzby pamiętające moje dzieciństwo i myślę o „architektonicznej” różnicy pomiędzy poszczególnymi gatunkami drzew, przenoszącymi w nasionkach swoje kształty przez pokolenia.
Tak dumając spostrzegam, że wykop się urywa jakby ktoś nagle porzucił pracę. Miedza gwałtownie skręca na południe i po kilkudziesięciu metrach napotyka biegnący ze wschodu drugi rów. Wygląda to tak, jak gdyby niewidomi z odległych punktów kopali kanały, a gdy się zorientowali, że nie mogą ich połączyć, zaniechali trudu. Wykonali między nimi dreny, a pola rozdzielono miedzą, pośrodku której ktoś posadził wierzbę.
Tak więc na glebie zasobnej wyrosło drzewo ogromne, o pniu niespotykanie grubym i prostym. Wierzba ta stała się punktem orientacyjnym, jak też matką wszystkich wierzb w pobliżu rosnących. Z drzewem tym wiąże się wiele moich wspomnień. Często tu przychodziłem z psem Filutem, zajadłym wówczas, kiedy był ze mną. Sam żadnemu psu nie wchodził w drogę, nawet z zającami szukał pojednania.
Kiedy wiatr spostrzegł, że wierzba straciła dawną moc – nie wiem. Jeszcze w 1985 roku, kiedyśmy tu żniwowali, przyszedłem do niej jak do starej znajomej, ale przyjęła mnie wrogo. W dziurawym pniu zagnieździły się pszczoły. Przez szczeliny widziałem wiszące plastry, czujnie strzeżone przez właścicielki. Odszedłem przekonany, że wierzba dożywa swych lat. I tak się stało. Dzisiaj trudno doszukać się jej dawnej obecności. Tylko wiatr żałośnie śpiewa jakby opłakując po ludzku jej śmierć.
Idę prawą stroną przekopu naprzeciw płynącej wodzie. Z tej strony brzeg z rzadka porastają krzaki, lecz z drugiej pokrywają go zarośla, które można pokonać tylko na czworakach. Nasyp powstały z ziemi wyrzuconej z rowu upodobały sobie lisy i króliki. Nie wiem, które z nich były tutaj pierwsze. Rozsądek mówi, że króliki, a potem mądra przyroda dla zachowania równowagi przywiodła lisy.
Był to zapewne rok 1947. Mój ukochany Filut jeszcze żył, jeszcze nie zagryzł go Kruczek sąsiada. Przyszedłem tu pewnej niedzieli z nadzieją upolowania królika. Wczołgałem się na nasyp i odkryłem sidła na ptaki. Do metalowego koła ktoś przywiązał dużo pętli z końskiego włosia. Jedna z nich uwięziła jastrzębia. Na mój widok poderwał się, ale zaraz opadł i pożerał mnie wielkimi żółtymi oczami. Obok leżały kości kuropatwy. Zrozumiałem, że pierwszą ofiarą sideł była ona. Jastrząb złakomił się na łatwą zdobycz i sam się złapał. Łakomstwo nie popłaca – mówią ludzie i mają rację.
Obfity urodzaj jagód tarniny, dzikiej róży i głogu wystarcza tutaj ptakom na całą zimę. To ustronne miejsce upodobały też sobie sarny. Kilka stad pasie się na okolicznych polach.
Oczywiście i te tarniny weszły do moich wierszy. Może nawet zbyt często w nich goszczą. Pamiętam pewien niedzielny poranek. Była wiosna. Tarnina dopiero wypuściła listeczki. Wiał wschodni ciepły wiatr. Usiadłem w gąszczu na kamieniach. Przez gałęzie widziałem wioskę i rozległe zielone pola. Jakaś niezwyczajna błogość mnie ogarnęła. I nagle szmer liści i gwizd wiatru zlał się w cudowną muzykę, zaowocował wierszem: Ty, wietrze.
Jesteś mi bliski, wietrze,
melodią w tarninie.
Jesteś mi bliski
w topoli rzęsistym szumie. […]
Zawsze chciałem z tobą się zbratać,
bo z sobą niesiesz
i pośród pól wyzwalasz
wszystkie melodie świata.
Tutaj odnajduję wiarę w siebie. Spokój ustroni przenika mnie do głębi. Zawsze odchodzę stąd wewnętrznie uładzony, a żeby tu dotrzeć, muszę pokonać rowerem sześć kilometrów. Zajmuje mi to dużo czasu, dlatego proszę żonę:
Wybacz mi
moje ucieczki tam
gdzie źródło mej pieśni
gdzie zawsze najpełniej
czuję się człowiekiem
Już niedaleko do szosy. Na granicznym wykopie rozłożyło się kilka młodych grusz, trochę tarniny i głogu. Rów przeciska się pod asfaltem i po drugiej stronie ponownie rozkłada brzegi biegnąc na wschód. Dawniej, kiedy natura nie była skażona, spotykałem tutaj szczupaki. Ale też woda rzadko wysychała. Teraz, podczas lata, wody nie ma i ginie wszelkie stworzenie.
Po stu metrach miedza mojej arkadii podąża ku lasowi. Obok leży pole rodzime, podmokle, mało urodzajne, często obsiewane żytem. Pewnego czerwcowego dnia przyszedłem tutaj kuszony jak zwykle tajemnicą ostępów. Zachodni wiatr kołysał łanem, puszyste kłosy ocierały się o siebie, szumiały. Położyłem się w zbożu patrząc na niebo raz po raz przesłaniane falującymi źdźbłami. To we mnie do dziś zostało, a także zapach żabiej mięty i widok niezliczonej ilości owadów. Brązowy, metalicznie błyszczący chrabąszcz czerwcowy wspinał się po źdźble. Kiedy był wysoko, rozchylał skrzydła, puszczał źdźbło i… spadał, a po chwili ponawiał wspinaczkę.
Idę dalej. Oto licząca sobie pół wieku topola. Na wysokości metra ma prawie cztery metry obwodu. Nie mogę jednak nazwać jej grubaśnicą. Spotykałem topole większe, ale rodowód żadnej z nich nie może się równać z jej rodowodem. Jest świadkiem powojennych przemian. Korzeniami wrosła w życiorys kowala z sąsiedniego majątku, który swym talentem służył przed wojną dziedzicowi. Przeminęły lata wiernej służby i w roku 1945 spełniło się pragnienie kowala posiadania własnej ziemi. W miejscu, gdzie geodeta oznaczył miedzę jego pola, posadził topolę. Na pamiątkę tego wydarzenia i by drzewo przez przyszłe lata stało na straży pola.
I stoi do dziś, choć w 1950 roku kowal omamiony wizją socjalistycznej szczęśliwości wstąpił pierwszy do spółdzielni produkcyjnej. Za nim poszli inni. Za swą odwagę i przychylność wobec nowych wyzwań został przewodniczącym spółdzielni. Poświęcił jej wszystkie siły. Bez żalu zaorał miedzę. Młode drzewo jednak oszczędził. Miał duszę szczerą, acz niespokojną. Nie potrafił kochać połowicznie. Nowym czasom oddał się bez reszty. Wykazywał bezgraniczną podatność na płynące z góry instrukcje. W 1953 roku na wezwanie partii i za namową miejscowych działaczy jako pierwszy w gminie oddał państwu zboże. Tuż przed żniwami zorganizował odstawę. Przed magazyn GS-u wjechał z transparentem: Pierwsze zboże z tegorocznych zbiorów Ludowej Ojczyźnie. Nie było to tegoroczne zboże, w magazynie z łatwością wykryto fałsz, gdyż w zbożu znaleziono wołki. Wiedziano jednak, że za tą odstawą stoi ktoś wpływowy i odrzucenie zboża nabrałoby aspektu politycznego. Dzisiaj nie ma kowala, nie ma miedzy, pozostały wspomnienia.
I ten obraz odkładam za siebie. Idę dalej. Tutaj na skraju miedzy, obok lasu, rosła sosna. Wiatr i czas pokonały ją, kiedy byłem jeszcze brzdącem. Teraz ocaliłem ją w wierszu.
Ta sosna samotna
w życiorys mój
wpisana na zawsze
szumi najpiękniej
Gałęziom jej
jak skrzydłom
ufają ptaki […]
Z wiatrem
w ciągłej niezgodzie
śpiewa i płynie
przez rozfalowany łan
Idę na południe, gdzie prowadzi mnie kraniec pola. Teren tu nizinny, pola mało urodzajne, co roku zalewane wodą. Na wzniesieniu z prawej strony znalazły sobie miejsce dwa niewielkie stawy. Jakże pięknie zapisały się one w moim życiu, ile wspomnień im zawdzięczam. Tutaj obnażały swe uroki pory roku, a ja odnajdywałem pełnię życia. Wśród gęstej łozy zadomowiły się nie niepokojone dzikie kaczki. Wiosną nosiłem stąd snopy gałęzi na naprawę ogrodzenia i aż dotąd – jak napisałem w jednym z wierszy – Śnią mi się łozinowe płoty.
Oprócz łozy rosły w tym miejscu białe topole, wierzby i tarnina. Wiosną z młodych gałęzi wierzb robiliśmy wielkie trąby, piszczałki i fujarki. Nazwa nie miała znaczenia, ważne było, żeby instrument grał, tak jak gra źdźbło żyta.Zdejmując korę z gałęzi wierzbowej wymawiało się magiczne słowa w takt pociągnięć noża.
Liniu, liniu, piszczeliniu,
uliń mi się piszczołeczka,
dom ci jutro dwa jajeczka,
bo jak mi się nie ulinisz,
to cię wyćpie za płot,
zeżre cię tam czorno kura,
jarzymbiaty kokot.
Zwykle po tych słowach kora pozwalała się zdjąć.
Pewnego kwietniowego dnia, szarego, wietrznego, poczułem nagle potrzebę spędzenia czasu sam na sam z przyrodą, włączenia się w narodziny wiosny, czerpania z jej uroków. Wziąłem zeszyt, ołówek i przyszedłem do jednego z tych stawów. Usiadłem w miejscu osłoniętym od wiatru i zacząłem pisać:
Gdy wiatr jesienny
poszumem wzniosłym
niesie nad polem nadzieję…
Tyle tylko napisałem. Czułem się jak pokonany zawodnik. Poznałem swą niemoc wobec opornego słowa. Zdarzyło się to ponad trzydzieści lat temu, a uczucie tamtej porażki towarzyszy mi do dziś. Nie tylko poznałem wówczas swą niemoc, ale odkryłem jej powód. Zrozumiałem, że stoję u rozstaju, że muszę wybrać właściwą drogę. Wybrałem. To droga trudna, usłana kolcami, rwąca się. Przyznaję, niekiedy błądziłem, lecz błądząc zostawiałem ślad. Czy mam prawo nazwać to własną drogą?
Odchodzę od tych stawów w dolinę łąki. Idę do kolejnego stawu, który nieomal ginie w trawie i trzcinie. W nim wszystkie chłopaki ze wsi uczyły się pływać. Woda nie wysychała nawet w najbardziej suche lata. Gasiły tutaj pragnienie krowy, pasące się na łące po zebraniu pierwszego pokosu siana. Nad ten staw przychodziłem częściej niż do stawów pod lasem. O nim napisałem w wierszu I hen daleko.
Wysokie staje się niebo
nad wioską
Poranek
pacierz odmawia w trzcinach
Staw pomarszczony
Stłukło się okno w głąb ziemi
na łące w Ługowinach
W innym zaś wierszu wyznaję.
Oto skarbiec mego dzieciństwa
staw z grymasem twarzy
na łące pod borem
pełen złotych łusek karasi
i złotych błysków fal
Nie zapomniałem też o pobliskiej łące.
Twym szeptem zielona łąko
stroję swe wiersze
i na twe łono
kwiat czerwony kładę
zmęczone serce
Ile radosnych wspomnień wiąże się z tym stawem. Stoję zauroczony. Spływają na mnie tamte słoneczne dni niby złote kule, beztroskie, bo dzieciństwo na przekór wszystkiemu takie jest.
Kilkaset metrów od stawu, tuż przy lesie, znajdowało się przed laty niewielkie gospodarstwo, którego właściciel umarłby z głodu na jałowej ziemi, gdyby nie wiatrak pomagający mu w utrzymaniu rodziny. Dzisiaj nie ma gospodarstwa ani wiatraka. Tylko dużo drobnych kamieni pozostało po budynkach.
Idę polną dróżką, która to gospodarstwo łączyła z szosą. Młodzi, a także nowi mieszkańcy Ługowin nie wiedzą, że miała ona swą nazwę – dróżka Bachmana. A więc idę dróżką Bachmana do szosy. Tu, gdzie nagle skręca na zachód, rósł krzak dzikiej róży. Teraz nie ma po nim śladu, lecz w czasach moich pierwszych potyczek ze słowem jeszcze był. Poświęciłem mu nawet wiersz, który nigdy nie opuścił mej szuflady. Zaczynał się słowami:
Na miedzy wsparty o cień
krzak dzikiej róży odpoczywa […]
Długa i co tu dużo mówić sentymentalna to wycieczka. Może sześeio-, może siedmiokilometrowa. W okolicach Poznania rozlokowały się wsie zwarte i wielkie majątki ziemskie. Obszary ich rozdzielano rowami zarówno melioracyjnymi, jak i pełniącymi rolę naturalnych, trudnych do zmiany granic. Majątek z takimi granicami egzystował jak księstwo, rządził się prawami stanowionymi przez właściciela. Ludziom żyło się dobrze albo źle, zależnie od charakteru i woli pana. Może i pośród dawnych sześcioraków trzeba będzie kiedyś pospacerować, odkurzyć i ożywić zdarzenia.
Błądzę wzrokiem hen. Oto mała ojczyzna mego dzieciństwa, okolona kwitnącymi tarninami. Jeszcze kilka kroków, jeszcze mostek i zamyka się krąg spaceru.
9 maja – 3 czerwca 1995 roku