Mleczarek
Gdy tylko wspomnę swoje dzieciństwo, widzę zawsze Derbińskiego jako człowieka starego. Istotnie, w latach naszej znajomości takim był. Miał wielkie, siwe wąsy i równie wielki nos. W następstwie żucia tytoniu wąsy przybrały kolor zielonawy. Chłopcy mówili, że w podniebieniu ma zagłębienie, w którym chowa tytoń. Z zazdrością patrzyłem, jak rusza brodą, z jednej strony bezzębnej gęby na drugą przegarnia językiem kulkę tytoniu, nazywaną prymką. Przywoził ją z miasta, z namaszczeniem rozwijał przezroczysty papierek, a my patrzyliśmy, jak naprężają się i wydłużają nitki lepkiego, zgęstniałego soku.
Derbińskiego nazywano powszechnie Mleczarkiem, ponieważ woził mleko do mleczarni, odległej siedem kilometrów od naszej wioski. Jeździł niewielkim, resorowanym wozem, zabierając ponad dwadzieścia dwudziestolitrowych konwi. Siedział z przodu na szerokim siedzeniu, machał batem, hukał, ale koni nie uderzał. Tak bvło zawsze, dlatego niewiele sobie robiły z jego machania. Ogonami opędzały się przed batem jak przed muchami. Ale najwyraźniej między Derbińskim a końmi istniało jakieś porozumienie – „Ty nas nie uderzysz, a my uczciwie będziemy ci służyć”.
Często czekaliśmy na jego powrót. Przywoził z sobą zapach mleczarni, zapach odmienny od tych, z którymi spotykaliśmy się na co dzień. Niekiedy wychodziliśmy hen, czepialiśmy się rękami wozu, stawiając nogi na tylnej osi. W ten sposób można było się kawałek przejechać. Spoglądał na nas groźnie, ale wiedzieliśmy, że marsowe spojrzenie to tylko pozór, że w głębi duszy ten człowiek mówi: „Ady, przejedźcie się kawałek chłopaki”.
Pewnego dnia przyjechał później niż zwykle. Przyjechał za to z szerokim uśmiechem, pogwizdywał i zagadywał pieszczotliwie do koni. Moja mama wyszła przed dom i powiedziała ni to do mnie, ni do niego:
-Derbiński dzisiaj wesoły, pewnie napił się wódki.
On podał kupioną w mieście sól, mrugnął figlarnie i powiedział:
-Ale wy nie wiecie, za co Tomek pije. Za wczorajsze baty, za dzisiejsze kije. Wio siwki – zawołał i pojechał.
Podczas obiadu dowiedziałem się, że wczoraj na szosie Niemiec pobił Derbińskiego, bo ten nie dość wcześnie mu się ukłonił. Także dzisiaj dostało mu się od niemieckiego młodzieńca, ale nikt w domu nie wiedział z jakiego powodu. Wszystko to wzbudziło we mnie szczere dziecięce współczucie. Jeszcze bardziej polubiłem tego starego człowieka.
Wiosną zastąpił go ktoś młodszy przy odwożeniu mleka, bo podobno nie mógł unieść pełnej konwi. Kazano mu paść majątkowe krowy, co było ogromnym poniżeniem. Chodziliśmy do niego we trójkę na pastwisko: ja, Zenon i Janek. Rzadziej pojawiał się Antek. Zdarzało się, że krowy wchodziły w zboże, a jemu trudno było je zawrócić. Oddech miał krótki i coś rwało mu się w piersi. Jego pies Kanar był przy tym strasznie głupi i ogromnie zajadły na krowy. Gdy go tylko spuścił z łańcucha, rozpędzał bydło po całym polu. Dlatego często zawracaliśmy krowy. On zaś jakby w podzięce opowiadał nam przeróżne zdarzenia ze swego długiego życia. A potrafił opowiadać niezwykle barwnie, rozbudzając naszą ciekawość do granic wytrzymałości. Czasem nagle rzucił:
-Maciek, wypędź krowy ze szkody.
Tak właśnie mówił – ze szkody. O Boże, pędziłem jak na skrzydłach, by szybko wrócić i nic nie uronić z jego opowieści.
Pewnego razu mówił nam o Bogu i aniołach. To była nowość. Moja wiedza religijna ograniczała się do przeżegnania i wieczornej modlitwy. Kościół był zamknięty. Wiedziałem, że trzeba się modlić, ale nie wiedziałem dlaczego. Derbiński powiedział, gdzie jest niebo i piekło, lecz nie wiedział, gdzie jest czyściec. Uważał, że jest, tylko nie potrafił wskazać dokładnie jego miejsca.
-Bo jeżeli u góry jest niebo, a w dole piekło, to czyściec gdzieś pośrodku – dedukował.
-Pośrodku – potwierdzająco kiwaliśmy głowami, że niby wszystko rozumiemy. I na tym stanęło. W żaden sposób nie potrafiliśmy jednak bliżej umiejscowić czyśćca. Pośrodku i koniec.
Najbardziej rozżarzył naszą ciekawość mówiąc o potopie. To przekraczało naszą chłopięcą wyobraźnię.
-Ocalał tylko Noe z rodziną, bo był dobry w oczach Boga, a razem z nimi ocalały w arce zwierzęta po jednej parze z każdego gatunku. Wszelkie inne stworzenie zginęło w wodzie – zakończył.
-A ryby? – zapytałem.
-Ryby też zginęły – uciął krótko.
-Ryby też się utopiły?
-Wypędź Łaciatą ze szkody!
Po chwili wróciłem i zapytałem:
-A gęsi też się utopiły?
-Pewnie że się utopiły.
-Przecież pływają.
-Nie zawracaj głowy. Kiedy mówię, że się utopiły, to się utopiły. Bóg tak chciał i koniec – zakończył rozsierdzony.
Aż stało się, że któregoś dnia nie wypędził krów. Zrobił to ktoś inny.
-Zachorował Derbiński – mówiły kobiety spotykając się rano przy wioskowej studni – zachorował.
Upływały dni, a on nie wstawał. Brakowało mi jego opowieści. Podkradałem się pod okno, gdzie mieszkał i kiedy było otwarte, słyszałem jego świszczący oddech. Zrozumiałem, że tej choroby nie zmoże.
We wrześniu Derbiński umarł.
-Stary był i umarł – mówiły obojętnie kobiety przy studni. A mi łzy cisnęły się do oczu.
Słomę z łóżka zmarłego wyniesiono poza wioskę i podpalono. Był bezwietrzny dzień. Dym spokojnie się unosił. Przyszło wiele kobiet i wszystkie patrząc na dym zawyrokowały:
-Dym idzie do góry. Poszła dusza do nieba. Chwała Bogu!
Długo tam stały z rękami założonymi na piersiach i ze zrozumieniem kiwały głowami. I to osłodziło mój żal po tej śmierci.
Wieczorami odmawiano długie pacierze przy zwłokach Derbińskiego, a na trzeci dzień wozem, którym odstawiał mleko, odwieziono jego ciało na cmentarz.