23.3.1986
Nasza lista podwyżek została przez dyrektora zatwierdzona. Mam w tej chwili 64 złote na godzinę. Więcej mają tylko operatorzy sprzętu ciężkiego. 18 marca z przewodniczącym Rady Pracowniczej złożyliśmy wizytę dyrektorowi po uprzednim posiedzeniu w Komitecie Zakładowym i uzgodnieniu wspólnych poczynań. Chodziło nam o to aby na przyszłym posiedzeniu Rady kierownicy zakładów przedstawili aktualną realizację planów gospodarczych oraz wykonawstwo programu oszczędnościowego uchwalonego dwa lata temu. Sprawa nabrała oficjalnego biegu. Posiedzenie odbędzie się 16 kwietnia. Jak zwykle pisząc protokół nie będę mógł w pełni uczestniczyć w posiedzeniu.
Dokładnie 19 marca widziałem czajki, a wczoraj słyszałem pierwszego skowronka. Wiosna idzie. W polu nic jeszcze się nie robi. Próbowali wozić obornik. Nic z tego. Traktory toną. Prace polowe mocno są opóźnione. Dzisiaj Niedziela Palmowa. Zona z palmą w kościele. Tradycji stało się zadość. Aby zdobyć te gałązki zrobiłem wczoraj kilka kilometrów. Od samego rana mozolę się nad wierszem który jest jeszcze bez tytułu. Chcę napisać o spacerze w kwietniowy wieczór. Prawie nie mam wierszy o wiośnie. Wiersze o wiośnie powinny być radosne więc pisałbym wbrew naturze.
30.3.1986
Niedziela Wielkanocna. Rano byliśmy w kościele. Lubię ten religijny nastrój który towarzyszy wielkim świętom kościelnym. Kiedy organista wielkim głosem zaśpiewał: Wesoły nam dzień dziś nastał, radość mnie ogarnęła, uczucie, które tak rzadko we mnie gości.
Warto iść do kościoła również tylko dlatego. Zaraz widzę wiosnę, falujące oziminy. Widzę siebie jak wychodzę z kościoła w C.
Z uczuciem podniosłym, rozbudzonym pieśniami i wiosną, zamiast iść drogą do domu, szedłem przez pola kilka kilometrów. Cieszyłem się tym co mnie otaczało, rodzącym się życiem. O Boże! Jak dawno to było! 40 lat, a obraz tych wiosennych pól noszę w sobie do dziś. A dziś jest pięknie, słonecznie. Fiołki przy kościele i w parku już się obudziły i listeczki wychyliły spod zeschłych liści. Jeszcze kilka ciepłych dni i zakwitną.
31.3.1986
Pięknie było wczoraj ale tylko do południa. Po południu wyszliśmy z teściami Mirka, na spacer do lasu i deszcz zmoczył nas bez litości. Tak samo jest dzisiaj. Pochmurno, ponuro od samego rana. Gdzieniegdzie chmury rzedną i pokazuje się, przez chwilę głębia nieba. Zgodnie z tradycją gdy rano byłem bez koszuli żona oblała mnie lodowatą wodą. Chciałem zrobić to samo, ale litość powstrzymała mnie od tego. To dobrze, że kultywuje się tę tradycję. Naród bez tradycji to jak drzewo bez korzeni.
Do zobaczenia!