Rozmowy z Em

1 maja 1985

Święto dzisiaj, Em, a my siedzimy w domu. Od rana pada śnieg. Niewielu ludzi będzie na pochodzie pierwszomajowym w K. A może się mylę? Opowiem ci, Em, jak to było po wojnie, kiedy wierzyliśmy w lepszą przyszłość, kiedy byliśmy pełni entuzjazmu. Nie takie są te pochody teraz jak dawniej bywały. Powiem ci, że w czasie pochodu które odbywały się w K. a nieraz jechaliśmy do S. wioska była wyludniona. Przygotowania trwały kilkanaście dni. My chłopaki szczególnie to przeżywaliśmy bo w pochodzie jechaliśmy na koniach. Co to było za przeżycie! A wracaliśmy całą drogę galopem. Konie od pługa pędziły co sił. Później miałem rower. W szprychy wplatałem wstążki, do kierownicy przywiązałem biało-czerwoną chorągiewkę i z innymi jechałem. Po pochodzie już nie wracałem do domu. Zostawaliśmy na zabawie. Większość ludzi jechała na przyczepie. Ale jak ta przyczepa i traktor wyglądały? Połysk. Flagi, transparenty, zielone gałęzie brzozy. Na 1 maja brzozy zawsze były zielone. Jeszcze teraz widzę te flagi w pięknym wiosennym słońcu. Jak płomienie. Ludzie uśmiechnięci, szczęśliwi, wierzący w lepsze jutro. A dzisiaj? Snieg sypie regularnie. Chmury wiszą nisko. Przy takiej pogodzie nie może być w pochodzie radości. Nie może być radości z wielu innych powodów.
Spójrz poza okno, Em. Sypie że świata nie widać.
Witaj maj (…)
U Polaków błogi raj!
Skąd ja to znam, Em?

3.5.1985

Mariana W. nagabywałem parę dni. Dzisiaj dopiero pogadałem sobie z nim o dawnych czasach. Jest starszy ode mnie. Pamięta więcej. Ale o swoim ojcu niewiele mi powiedział, ponieważ ojciec w domu o niczym nie mówił. A nie mówił im, że należał do AK, której regionalne dowództwo mieściło się w leśniczówce w J. Ze będąc stangretem przewoził często do G. akumulator od radiostacji do ładowania. Dowiedzieli się o tym dopiero w 1943 roku kiedy został aresztowany i stracony. W wyniku zdrady i niefortunnego zrzutu broni, straconych zostało wielu wybitnych patriotów naszego regionu. W 1983 roku w J. postawiono pomnik-kapliczkę.
Pamięta jednak dobrze tamte lata, a w szczególności rok 1945, rok wyzwolenia, a nawet dzień wyzwolenia. Chociaż nie może sprecyzować którego dnia zobaczył pierwszego Rosjanina. A było to tak: Niemcy uciekli, Rosjanie jeszcze nie przyszli. Jak w każdej wiosce przeżywali chwile oczekiwania. Jak dawniej ludzie codziennie wychodzili do obrządku inwentarza. Pewnego dnia zabrakło sieczki więc fornale w 6 koni pojechali w pole po lokomobilę. Marian pojechał z nimi. Była lekka mgła i mróz. Jechali z powrotem. Konie z wysiłkiem ciągnęły ciężką maszynę i wózek do węgla na którym Marian siedział. Strzały w lasku koło K. odezwały się nagle. Byli niedaleko wioski i czuli się bezpieczni. Wtem usłyszeli głośne pacanie po stalowej konstrukcji lokomobili i zrozumieli, że ktoś do nich strzela. Zrobił się popłoch. 6 koni padło, Padł trafiony śmiertelnie fornal.
-Niemcy-pomyśleli. Ale było inaczej. Z tyłu podjechał niewielki wóz pancerny obsługiwany przez dwóch żołnierzy. Jeden prowadził, drugi strzelał. Byli to Rosjanie. Obejrzeli swoje dzieło i odjechali.
W D. niemiecki obszarnik zostawił wszystko. Powiedział, że za dwa tygodnie wraca. Było dużo świń, krów, koni i źrebaków. Konie częściowo zabrali Niemcy uciekając, resztę koni zabrali Rosjanie. Nie pamiętam ile tego było. W każdym razie dziesiątki sztuk. Wieś była zasobna w zboże, ale zboża nie wywieziono.
To tyle, Em. Dzisiaj święto 3 Maja. Gospodarze nie pracują, my musimy. Jeszcze ci powiem, że kiedy obudziłem się wcześnie rano, kląskały słowiki. A więc wiosna, chociaż pogoda zaprzecza jej.

9.5.1985

Ogromnie ciekawski jesteś, Em. Oczywiście, że opowiem ci co we wsi się dzieje. Ale po kolei. Wyobraź sobie, że przyleciały kukułki. Nareszcie przyszła prawdziwa wiosna. Długo było zimno. Buraki cukrowe zasiane wcześnie, zmarzły.
Wczoraj była wypłata. Popili niektórzy. Józef F. przyszedł do pracy w mizernym stanie. Opowiadał, że zgubił rower pożyczony od sąsiada. Prosił kierownika o dzień urlopu. Do południa szukał roweru, ale nie znalazł. Usiadł w warsztacie podparł ręką głowę i ciężko się, zamyślił. Współczułem mu widząc jak duma. Lecz on po chwili mówi:
-Tak myślę jak tu skombinować coś do wypicia. Od tego myślenia dostanę chyba żylaków na mózgu.
Kiedy to powiedział, przestałem mu współczuć.
Dzisiaj Dzień Zwycięstwa. Nie jest ten dzień wolny od pracy jak w ZSRR. Może nasze władze uważają, że Polska nie była zwycięzcą w ostatniej wojnie? Jeśli tak myślą, to… to co, Em?
Pamiętam tamte dni, kiedy Rosjanie weszli do wioski w której wtedy mieszkałem. Kiedyś opowiem ci jak to było. Co prawda to nie wszystko dokładnie pamiętam, ale coś we mnie zostało z tamtych dni. Dzisiaj natomiast opowiem ci o latach okupacji. Pamiętam taki obraz:
Idę z ojcem z podwórza. Zachodziło ogromne, czerwone słońce. Idziemy w kierunku tego słońca. Ojciec trzymając mnie za rękę mówi o wojnie. Słychać dalekie wybuchy. Wyobraziłem sobie, że niebo czerwone jest od szalejących pożarów. A może ojciec tak mówił? Nie pamiętam dokładnie, ale ten obraz czerwonego nieba i zachodzącego słońca noszę w sobie do dziś .Może to był 1939 rok. Miałem 4 lata. Czy jest możliwe mając tyle lat, zapamiętanie czegokolwiek? Nie wiem.
Jak już mówiłem, rodzina nasza była liczna. Pod koniec wojny do pracy wychodziło 6 ludzi. Małych rodzin dziedzic nie przyjmował.
Miał on dwoje dzieci. Chłopaka który był w moim wieku i córkę. Zawsze mówił do nich po niemiecku, chociaż przebywając z nami syn jego, Bubi, dobrze mówił po polsku. Właściwie to mówił dokładnie jak my. Dziedzic również dobrze mówił naszym językiem. Jego żona znała tylko niemiecki. Mieszkała również z nimi babcia i kucharka Ema. Kiedy dziedzicowi obrodził rabarbar pozwalał nam wchodzić do ogrodu i służąca każdemu porcję wydzieliła. Idąc tam, przechodziło się koło pałacu, gdzie zwykle w cieniu, w wiklinowym fotelu siedziała owa babcia i którą musieliśmy całować w rękę. W ogrodzie bardzo mi się podobało. Szerokie alejki, grządki, kwiaty jakich w życiu nie widziałem, drzewa owocowe, tytoń wyższy ode mnie o długich liściach, krzaki agrestu, porzeczek, kiście winogron. Jabłonie były inne niż dzisiaj. O wysokim pniu. Ale były i małe drzewka. Tak wyobrażałem sobie raj. Przeżywałem ogromnie każde wejście do ogrodu. Przez całą okupację wszedłem tam tylko parę razy, dlatego tak to pamiętam. Oprócz ogrodu był jeszcze park. Park oglądałem codziennie. Dzieliła mój dom od niego droga, która prowadziła od szosy do podwórza i wysoki płot z siatki. Bubi odczuwał potrzebę kontaktu z rówieśnikami, dlatego też pomimo zakazu szukał naszego towarzystwa. Przynosił z sobą różne zabawki którymi pozwalał nam się bawić. Nieczęsto jednak to się zdarzało. Zawsze odczuwaliśmy jego Wyższość. Mając małego konika, mały wóz i powózkę, zatrudniał nas wożąc z pola marchew do królików, obornik do ogrodu. Widząc to ojciec jego nic nie mówił. Kiedy jednak razu pewnego jadąc do K. po kwiaty zabrał mnie do powózki, dostałem tęgie lanie batem. Co sił w nogach pędziłem do domu. Te baty bolą mnie do dziś. Właściwie nie wiem za co te baty dostałem. Może za to, że będąc Polakiem ośmieliłem się usiąść w powózce z Niemcem?
Kiedyś odważyłem się na małą kradzież. Z Antkiem B. poszliśmy z koszykami po trawę do krowy. Krowę miała każda rodzina i noszenie trawy było obowiązkiem dorastającego chłopaka od chwili gdy tylko uniósł koszyk. Ze względu na to, że po trawę wychodziło kilku chłopaków, w pobliżu wioski jej nie było. Nieraz i dwa kilometry musieliśmy iść aby koszyk zdobyć. No więc poszliśmy z Antonim po trawę za ogród. Niewiele tej trawy tam było, ale mogliśmy popatrzeć przez siatkę do tego ciekawego niedostępnego nam zakątka. Parę metrów od płota rosła jabłoń. Drzewko było małe, ale miało kilka rumianych jabłek. Zjadaliśmy je wzrokiem przez długi czas. Pragnienie skosztowania jabłka było silniejsze od strachu. Sierpami wycięliśmy dziurę w siatce i oberwaliśmy je. Były bardzo kwaśne, ale zjadłem z apetytem. Przez całą okupację były to jedyne jabłka które zjadłem. Ogólnie dostępnym owoce były ulęgałki. Siostry i bracia znosili je workami sypiąc w siano na strychu. Tam niekiedy usychały i w zimie można było znaleźć twardą jak kamień. Bubi bawił się z nami, używał do różnych prac i wydawało się, że nas lubi. Ale tak nie było. W pobliżu wioski zasiano groch. Wyrósł pięknie. Kiedy były strączki, podkradłem się i urwałem kilka. Bubi był w ogrodzie i zobaczył mnie. Gdy ojciec wrócił z pracy, został wezwany ze mną do wielmożnej pani. Ile wyżyłam strachu nie da się opisać. Prowadził mnie ojciec za rękę i tak trzymając stanęliśmy przed pałacem. Czapkę włożył pod pachę. Czekaliśmy kilkanaście minut aż wielmożna zechciała wyjść przed drzwi. Okrutnie krzyczała po niemiecku, z czego nic nie rozumiałem, ale ojciec wytłumaczył mi bo ten język znał pracując w Niemczech, że jeżeli jeszcze raz pójdę kraść powiesi mnie na suchej gałęzi. Do dziś nie wiem dlaczego na suchej właśnie. Wszystko trzymano w ryzach. Nie było mowy o wykroczeniu. Nie darowano ani staremu ani dziecku. Idąc ze śniadaniem w pole, a codziennie chodziłem nieraz kilka kilometrów gdy w różnych miejscach pracowali, narwałem owsa do koszyczka. Zobaczył dziedzic. Dostałem baty i te kilkanaście ziaren musiałem zanieść do magazynu na który mówiono śpichrz. Zabroniono chodzić do lasu. Palić nie było czym, więc rodzice mimo zakazu posyłali nas po szyszki. Owego dnia szliśmy we trójkę. Janek K., Zenon jego brat i ja. Upał był straszny. Stary, sosnowy bór pachniał żywicą. Mieliśmy pełne koszyki kiedy zauważyliśmy gajowego. Był bardzo złym Polakiem. Jechał rowerem i krzyczał. My w nogi. Uciekaliśmy polem. Kłosy pszenicy biły mnie po twarzy. Zgubiłem koszyk. Jak idioci biegliśmy wzdłuż drogi którą jechał gajowy. Przebiegliśmy drogę kierując się ku wiosce. Teraz wypadło na nam biec przez połę z ziemniakami. Gajowy stanął i spoglądał na nas. Nie gonił. Za to od wioski usłyszeliśmy krzyk i laskę wzniesioną przez jakiegoś człowieka. Oczywiście, był to dziedzic. Leżeliśmy kilka godzin w redlinach, aż nasi prześladowcy zniknęli. Chłopaki jak to chłopaki lubią psocić. Spsocili też moi koledzy. Znaleźli gniazdko jakiegoś ptaka i zniszczyli je. Dowiedział się dziedzic, wezwał ich przed pałac i własnoręcznie dokonał chłosty. Chowany w takiej atmosferze, do dzisiaj zostało we mnie wiele zahamowań i niemieckiego ordnungu. Pomimo tej dyscypliny pozwalaliśmy sobie na słowa ubliżające Niemcom. Rodzice bardzo się denerwowali słysząc jak śpiewaliśmy na przykład:
Wlazła koza na chałupę, eins
pokazała Niemcom dupę, zwei
A wy Niemcy nie żałujcie,
Kozę w dupę pocałujcie, eins, zwei, drei.

To wszystko. Do zobaczenia, Em.

  1. 5.1985

Chcesz wiedzieć jak ludzie żyli w G. przed wojną, więc będziesz wiedział. Na twoje życzenie szukam ludzi starszych, którzy w G. mieszkali i pracowali. Takim człowiekiem jest właśnie Kazimierz W. Liczy sobie 70 lat. Jest w pełni sił i ma dobrą pamięć. A mówił mi tak:
W G. pracowałem od 1930 roku. Hrabia będąc wojewodą poznańskim w ogóle nie zajmował się gospodarką. Wszystkim zarządzała jego zona. Ludzie pracowali za deputat. Ale bez pieniędzy trudno było żyć. Przyjechał kiedyś hrabia i przechadzał się po podwórzu. Zebrało się nas kilku śmiałków i poszliśmy do niego.
-Panie hrabio-mówimy- soli nie mamy za co kupić, buty i ubrania się wydarły. Bardzo prosimy o zapłatę za te parę lat pracy.
Hrabia rozłożył ręce.
– A co ja wam dam. Przecież nic nie mam. Tę marynarkę wam dam?
I tak skończyła się nasza rozmowa. W 1934 roku powołano mnie do wojska. Zgłosiłem szefowi, że 4 lata pracowałem u Hr.Bnińskiego nie otrzymując zapłaty.
-Ja ci to załatwię- powiedział. I załatwił. Dostałem spłatę ponad 500 złotych. Były to duże pieniądze. Inni stracili wszystko gdy wybuchła wojna.
Hrabina była dziwną kobietą. Kilku nas, fornali, włókowało pole przy drodze do S. Z rana przyjechała. Po szliśmy pocałować ją w rękę. D. nie poszedł. Wyszła w pole, popatrzyła i dalejże wrzeszczeć, że omija, że nie włókuje jak inni. Strasznie była rozsierdzona, Kiedy odjechała mówimy mu żeby pocałował ją w rękę bo nie będzie miał spokoju i my z nim. Przyjechała po południu. Poszedł, pokornie cmoknął w brudną rękawiczkę.
-Niepotrzebnie cię wyzywałam. Całkiem dobrze włókujesz. Masz! Dała mu cygaro.
Budowali cokół pod figurę przy rynku. Jako fundatorka odwiedzała murarzy często. Nie byli to jej poddani, ale ludzie którzy na murarce się znali. Nie całowali jej w rękę. Mieli więc za swoje. O mało nie wypędziła ich. Sprawy zaszły tak daleko, że byli zmuszeni ją całować aby zachować jakie takie dochody. Od tego czasu chwaliła ich za chęć do pracy. Pracowali powoli i mieli spokój.
Tak to, Em, było. Wierzę Kazimierzowi W. Uwierz i ty.
To tyle.