12.6.85
Jak ten czas leci, Em. Niedługo imieniny Wita. Ludzie mówią, że kiedy Jezus chodził po ziemi, zawołał kiedyś:
-Wicie! Wicie! Ile jest ziaren w życie?
-Nie słyszę bo ptaki śpiewają!
-Ptaki cyt, bo nie słyszy Wit.
Powiedział ponoć Jezus. Czy tak było? Nie wiem. Wiem tylko, że wiosnę, najpiękniejszą porę roku mamy za sobą. Ptaki wysiadują młode, zaprzestały zalotów i mało je słychać. Gospodarze siano zwożą do stodół, chociaż pogoda przeszkadza im jak może. Jest chłodno i mokro.
Czytałem dzisiaj gazetę. Zresztą jak co dzień. Dwie strony o sporcie. Tak sobie myślę , że wystarczy przeskoczyć płotek czy poprzeczkę, a hymny wypiszą w gazecie, ale żebyś na pysk upadł pracując, nikt nie napisze słowa. Tak staniała praca. A przecież pamiętam że było inaczej, że liczyła się dobra robota, przodowanie w pracy. Gdzie te czasy. Dzisiaj piłkarz-milioner się liczy. Dopóki sport był sportem a nie biznesem, lubiłem oglądać mecze piłkarskie, lekkoatletykę, boks. Dzisiaj lubię tylko boks, trochę lekkoatletykę. Innych dyscyplin po prostu nie lubię, a już najbardziej piłki nożnej. Ale.. .po co te zwierzenia? Jeśli cię nie nudzę, Em, opowiem ci o dawnych czasach. To znaczy jeszcze o okupacji. Bo nie wszystko ci opowiedziałem.
Musisz wiedzieć, że każda wioska miała swoją ciotę. W Ł. ciotą Była A. Stara kobiecina. Trudno powiedzieć dlaczego właśnie ona była ciotą. Czymś musiała się wyróżniać. Ostrzegany przez matkę odczuwałem lęk na jej widok. Zdarzyło się, że matka moja na kilka godzin wyszła gdzieś czy wyjechała, a ja ogromnie głodny biegałem po wiosce. Nie wiem czy owa ciota się domyśliła, czy też z innego powodu, zawołała mnie i dała kromkę chleba. Pamiętam ten strach, że oto spożyję chleb „ociotowany” to znaczy z czymś co mnie unieszczęśliwi. Zjadłem, bo odmówić nie śmiałem, a nawet się bałem żeby nie rozgniewać cioty. Do dzisiaj to pamiętam chociaż minęło ponad 40 lat. A może rzeczywiście mi coś „zadała”? Kiedy umarła jedna ciota wioska obierała drugą. Tak było w Ł. Bo przecież działy się rzeczy że bez cioty ani rusz. A to krowa przestała doić, przestała jeść, nie chciała się zacielić. To znów ktoś zachorował, jakiejś kobiecie kołtun się zrobił na głowie, To wszystko robota cioty. Była ona we wsi po prostu potrzebna. Ale było też inaczej. Stanisław D. gdy tylko miał kłopoty z krową, brał mleko do butelki i jechał do „mądry”. Ona powiedziała która kobieta zły urok rzuciła. Określiła to tak, że potem wystarczyło to co powiedziała do kogoś dopasować. Tak było, Em.
Ale dziedzic tym się nie przejmował. On chyba nie wierzył w cioty. W okresie zimowym aby ludziom starym i dzieciom nie nudziło się w domu, każdej rodzinie wymierzał co pewien czas worek grochu do przebierania. Zdrowe ziarno wiosną wysiewano, połówki i uszkodzone przeznaczano na paszę. I mowy nie było aby brakowało w worku kiedy przebrany odnoszono na śpichrz. Przebrać worek grochu to dużo roboty, a przebieraliśmy kilka worków przez zimę. Za darmo. Niemiec potrafił dać zajęcie wszystkim.
W mieszkaniu było okropnie zimno. Przez okres okupacji nie znałem węgla kamiennego. Palono drzewem. A kiedy zabrakło drzewa ogrzewaliśmy słomą. Wyobraź sobie jaki porządek był w domu. Ale ogrzać trzeba było. Ciepłej bielizny ani odzieży Polacy nie mogli kupić. Ręce i nogi miałem tak odmrożone, że w nocy z bólu swędzenia nie mogłem spać. Siostry papkę z grochu przykładały mi na opuchlizną, albo po prostu smarowałem naftą i przygrzewałem przy piecu.
Nie pamiętam czy mi to pomagało.
W izbie, bo tak w mojej rodzinie mówiono na pokój, mieliśmy podłogę. Z desek. Jej stan był okropny. Wokół przy ścianach była kompletnie zgnita i szczury chodziły po mieszkaniu jak po chlewie. Starszy brat urządzał pułapki, ale to przecież niczego nie zmieniało. W pobliżu była obora i ciągle nowe zastępy gryzoni nawiedzały nasz dom. Kuchnia wyłożona była cegłą. Utrzymanie w czystości tych cegieł było rzeczą niemożliwą, jeśli się zważy, że 9 ludzi spędzało wolne chwile w tak małym pomieszczeniu. Żeby było ładniej sypano białym piaskiem. Tak zresztą robiono w każdym domu.
Kiedy ktoś umarł we wsi, słomę na której spał spalano i po dymie poznawano gdzie poszła dusza. Jeśli dym płynął prosto do góry, znaczyło to, że dusza poszła do nieba. Jeśli dym unosił się nisko był to znak nieomylny, że dusza poszła do piekła.
W okresie okupacji nie chodziłem do szkoły. W niektórych wioskach uczono dzieci polskie w języku niemieckim. U nas nie było obowiązku nauki, dlatego też miałem więcej czasu na pracę, a wiosną, jesienią i zimą kiedy dzień był krótki i nie trzeba było chodzić po zielonkę dla krowy, z podwieczorkiem czy śniadaniem – na zabawę. Tak jest. Bawiliśmy się na przekór wszystkiemu. Sporządzaliśmy własnym sposobem łuki i strzelaliśmy do celu. Budowaliśmy domki ze słomy na kopczyskach, tunele w zaspach śniegu, a najwięcej emocji było kiedy bawiliśmy się w chowanego i w kozła.
Kozioł to zabawa w którą teraz dzieciaki się nie bawią. Polegała ona na tym, że każdy musiał mieć sporą pałkę. Tą pałką z wyznaczonej odległości trzeba było trafić i przewrócić utknięty w ziemię kij zwany kozłem. Kozioł był pilnowany przez jednego chłopaka, a pilnowanie go było czymś poniżającym. Wszystko polegało na tym żeby wyrzuconą pałkę zabrać i nie dać się klepnąć. Klepnięty pilnował kozła.
Sporządzaliśmy sobie „pukwy” z których strzelaliśmy. Teraz spotykam coś podobnego ale zrobione fachowo z korkiem na sznurku. Takiej zabawce musiałem poświęcić kilka dni solidnej roboty. Za to radość była wielka kiedy koledze znienacka strzeliłem koło ucha.
Podstawowym moim pożywieniem przez wszystkie lata okupacji były ziemniaki. Chleb matka wydzielała. Okrągłe, duże bochenki kładła na deskę zawieszoną u sufitu. Czyniła to z dwóch powodów. Zabezpieczała przed myszami i szczurami oraz przed nami. Ograniczała a i tak ledwo wiązała koniec z końcem. Kiedy urabiała ciasto, dolewała mocno rozgotowane ziemniaki, coś w rodzaju papki. Oszczędzała w ten sposób mąkę. Chleb był mniej syty i trafiały się w nim kawałki ziemniaków. Takie odżywianie nie było obojętne dla naszych organizmów. Kiedy przyszła wiosna w kącikach ust, nosa i uszu mieliśmy okropne strupy-zajady. Nikt tym się nie przejmował. Przez lato się zgoiło. Na kolację przeważnie była polewka z ziemniakami. Najadłem się tyle tej polewki, że powinienem jej nie lubić. A przecież i teraz polewki sie najem. Pieczono także na fajerkach placki ziemniaczane, zwane przez nas lantrotami.
No, tego teraz nie jem. Pomimo okupacyjnego rygoru mieszkańcy Ł. nie zapominali o Bożym Narodzeniu. Siostry przyniosły buraków cukrowych, nacięły plasterków, ugotowały i wycisnęły syrop. Początkowo była to słodka woda, ale gotując go stawał się brązowy i coraz gęstszy. O Boże, co to był za smakołyk. I właśnie z ciasta w które wlano ten syrop matka piekła smaczne pierniki. Niebo w gębie. Były jednak nie do ugryzienia. Zjadaliśmy je mocząc najpierw w kawie. Kiedy parę lat temu moim dzieciom zrobiłem takiego syropu powiedzieli mi, że śmierdzi burakami i musiałem wyrzucić. Czasy się zmieniły. Ja cukru i cukierków nie znałem do 10 roku życia.
Pewnego razu, a było to, jeśli dobrze pamiętam, jesienią, szedłem przez pole z podwieczorkiem. Może nie była to jeszcze jesień, ale późne lato. Pole było podorane i rosły kępki żyta. Idąc, usłyszałem nagle świst kuli. Bzyknęła tuż przy mojej głowie. Stanąłem. Bo szczerze mówiąc nie wiedziałem wtedy co to było. Rozglądam się wokoło. Na szosie stał Niemiec. Stał i celował we mnie. Ruszyłem biegiem przed siebie. Więcej nie strzelił. Może dlatego że pobiegłem? Gdyby mnie zabił, kto szukałby zabójcy? Pewno był to jakiś smarkacz z Hitlerjungen. Często o nich opowiadał mi stary B. Liczył sobie sporo lat, dlatego też nie pracował w polu a odwoził mleko do K. Jeździł szosą, więc często spotykał to policjanta, to jakiegoś innego Niemca. Nie zawsze w porę zdjął czapkę i nie zawsze w porę zawołał:
-Heil Hitler!
Zdarzyło mu się jednego dnia, że się zapomniał. Dostał baty. Drugiego dnia znowu oberwał za coś. Spiewał sobie później:
-Ale wy nie wiecie,
za co Tomek pije.
Za wczorajsze baty,
za dzisiejsze kije!
Tomek było mu imię.
To tyle. Do zobaczenia!
30.06.1985
Wczoraj miałem dziwny sen. Śniła mi się matka. Przyszła do mnie trzymając w ręku gałązki ziela, wśród którego był jeden błękitny kwiat lilii. Przyłożyła mi to ziele do czoła, a potem przesunęła ręką ku dołowi i od ramienia do ramienia kreśląc znak krzyża. Później powiedziała mi, abym wybrał sobie jedno zielę z którego mi wróży. Wybrałem zapytując, co oznacza otwór w liściu. Powiedziała mi, że otwór ten, oznacza abym nigdy nie mówił źle o Bogu. Dziwny sen, prawda?
Muszę ci powiedzieć o mojej żonie, Otóż wzięła udział w konkursie „Dni wczorajsze, dni dzisiejsze” i wyobraź sobie nasze zdziwienie, kiedy zdjęcie żony i moje ujrzeliśmy w „Gospodyni”. Zona potrafi pisać. Nigdy tego nie doskonaliła, a przecież przyjemnie się czvta. Ciekaw jestem które miejsce jej praca zajmie w konkursie?
Cofną się, Em, do czasów okupacji. Miałem może 8 lat. Była jesień. Wcześnie ciemno. Siedzę przy stole okropnie głodny. Naftowa lampa wisi na ścianie. Siostry szykują kolację .Władzia roznosi w talerzach polewkę, ziemniaki już dymią w wielkiej misce. I nagle poczułem straszny ból. Mimo woli krzyk wyrwał mi się z gardła. Polewka, wylała się z talerza za kołnierz. Nie jadłem wtedy kolacji. Leżałem kilkanaście dni gorączkując. U lekarza jak zwykle nie byłem, Blizny mam do dziś.
Wiosna 1944. Ojciec w więzieniu. Przyszli do nas dwaj panowie z K. Siedzieli z ojcem, przyszli powiedzieć jak się czuje. Ojciec prosił ich o naprawienie zegarka na czym podobno się znali. Matka dała im zegarek (nie oddali do dziś). Siedzieli w kuchni na ławie a ja naprzeciwko na krześle. Nade mną wisiała jakaś zasłona którą założyłem sobie na twarz. Była tak rzadka, że tych panów widziałem o czym zapewne nie wiedzieli. Matka gdzieś wyszła, a oni pokazywali coś sobie nic nie mówiąc. Ja dokładnie ich pantomimę widziałem, ale nie wiedziałem o co chodzi. Dopiero kiedy nas okradli zrozumiałem ich mowę bez słów. Nie było mięsa, znów były ziemniaki z solą. Takich to ludzi zapoznał ojciec w więzieniu. Matka nie zgłosiła kradzieży. Nie miała żadnego dowodu, że oni to ukradli, a ja nawet nie pamiętam czy o ich zmowie matce powiedziałem.
Urzędnikiem w Ł. był Niemiec, niejaki Rosental. Ludzie między sobą mówili na niego Stasiu. Nie wiem dlaczego miał polskie imię.
Może w Polsce się rodził? Był to człowiek młody, dlatego też powołano go na front. Przyjechał pewnego dnia na urlop. Była niedziela, uprosiłem brata Mariana, żeby zabrał mnie do stajni. Nie tyle chodziło mi o konie co o wróble. W stajni najłatwiej można było je schwytać. Nie wiem czy wszystkie dzieci lubią ptaki? Ja za nimi przepadałem. Idziemy z Marianem na podwórza. Nieopodal bramy było mieszkanie Stasia. Obok niego musieliśmy przejść. Siedział na krześle w sieni. Byliśmy jego obecnością tak zaskoczeni, że przechodząc nic nie powiedzieliśmy. Cofnął nas i kazał jeszcze raz przejść. Przeszliśmy ponownie mówiąc:
-guten Tag!
O te słowa mu chodziło.
Nie wiem w jakim czasie, ale chyba w okresie letnim dziedzic obchodził urodziny. Fornale długo przygotowywali się do tego ceremoniału. Bo tylko fornale brali udział w tej uroczystości. Organizował ją włodarz. Chodziło o to aby przed pałacem hukać z batów.
O wyznaczonym czasie, stawali szeroko, zaciskali w garściach biczyska i na dany sygnał wszyscy równocześnie zaczęli trzaskać. Piękne to było. Wsłuchiwałem się pilnie w tę gęstą strzelaninę, którą powtarzała stodoła. Nie wiem kto ten zwyczaj wprowadził w Ł. i czy był on w innych wioskach. Podobno dziedzic dawał potem fornalom po szklaneczce wina. Cała ta uroczystość odbywała się o zmroku, po pracy.
Na dzisiaj starczy. Do zobaczenia, Em.