14.11.87
Buraki cukrowe już wykopane. Pogoda dopisała, natomiast maszyny nie bardzo, ale nocami naprawialiśmy i wszystko grało. Wykopki to drugie żniwa, a może są gorsze od żniw z powodu zimna.
W czwartek byłem na spotkaniu z gośćmi ze Związku Radzieckiego. Fajni ludzie. Jest ich sześciu. W tym dwie kobiety: dojarka i traktorzystka. Luba. Luba to wspaniała dziewczyna. Czarna, smukła. Aż nie chce się wierzyć, że pracuje na ciągniku. Chłopaki w warsztacie mówili, że ma ogromne dłonie. Możliwe. W czwartek przedstawiono ją nam zaznaczając, że jest kandydatem do KPZR. Spotkanie było miłe i swobodne.
Co ci jeszcze powiedzieć, Em? Zdaję sobie sprawi, że cię zaniedbuje.
Co zrobić? Nie zawsze mam czas, a nieraz to po prostu brak mi nastroju.
20.11.1987
Otrzymałem od naszego proboszcza jedno opakowanie leku który ma mi pomóc w moich dolegliwościach. Poza tym pisałem do Hannoveru do tamtejszego Czerwonego Krzyża. Podobno przysyłają bezpłatnie. Nie wiem czy to prawda. Na wszelki wypadek list z receptą poszedł. Dzisiaj rano Józef J. wszedł do warsztatu i od drzwi woła:
-Szybko kubek! Szybko!
Wziął kubek który był na ciągniku.
-Majster chodź!
Spojrzałem. W ręku miał butelkę wina.
-Nie mogę. Wypij sam.
Wypił. Potem jeszcze wypił, i jeszcze. Chodził wesoły. Przed trzecią mówi:
-Polałbyś majster.
-Chętnie, ale nie mam co.
-Bo ja wiem? Jakbyś dobrze poszukał.
Poszedł do mojego kantora i zza wiadra wyjął butelkę wina. Potem jeszcze jedną. Wyjął to co włożył. Wypili we trójkę. Zygmunta nie zawołali. Zerkał z boku. A Ryszard mając trochę w czubie mówił:
-Jak Zygmunt był mały, matka brała go na rękę, wychodziła na wieś i straszyła dzieci. Zygmunt tylko się uśmiechał.
To tyle, Em.