5.9.87
i już po żniwach. Dokładnie skończyliśmy 3 września, a nasze pegeerowskie ostatniego sierpnia. Trzy dni kosiliśmy u gospodarzy.
Bo opadach przyszły dni słoneczne i gorące. Zboże było suche a kombajny spisywały się znakomicie. Jednego dnia 4 maszyny omłóciły 140 ton pszenicy. Na jeden kombajn wypiłoby 350q. Pamiętam przed laty młocarnią jednego dnia młóciło się 65q, a gdy było więcej ludzi nawet 130q. To było dużo. Dzisiaj jeden człowiek i jedna maszyna zrobią aż tyle.
6.9.87
Niedziela. Słońce schowało się za chmury. W nocy padało. Jesiennie. Nad polami mgła. Przez nią ledwo widać lasy i samotne drzewa. Jakaś melancholia unosi się wokoło. Krajobraz zubożał. Pachnie ziemniakami. Dojrzewają ulęgałki których dzisiaj nazrywaliśmy trochę. Przyjechał Mirek z żoną i małą Anitką. Zrobiliśmy długą pieszą wycieczkę. Jest ciepło 20 stopni.
21.9.87
Zdaje mi się że dzisiaj rozpoczyna się kalendarzowa jesień. Ale nie tylko kalendarzowa. Jest już prawdziwa jesień od paru dni. Od zachodu wiatry gnają ciężkie chmury.
Ziemniaki swoje wykopałem kombajnem. Nie miałem dobrych plonów. Z 13 arów ca 25q.
Beniu J. o którym pisałem już, a który za wiarę siedział w więzieniu (nie chciał iść do wojska), pojechał kiedyś ze szwagrem na ryby. Szwagier dał mu wędkę, wytłumaczył jak ma rzucić, kiedy zatrzymać kółeczko z żyłką i tak dalej. Beniu kiwał głową. Wszystko niby proste jak sznurek w kieszeni. Rozstali się. Beniu machnął wędziskiem solidnie i czeka kiedy ryba pociągnie. Czekał tak kilkadziesiąt minut i nic. Przyszedł szwagier.
-I co, nie biorą?
-Nie.
Popatrzył na Beniana wędkę, pobiegł oczami za żyłką, a ona z haczykiem powieszona była na wierzbie. Takim rybakiem jest Beniu.
To tyle, Em. Do zobaczenia.