Kwiecień 1985
Muszę ci powiedzieć, Em, że ciężki dzisiaj miałem sen. Jakieś zjawy, odgłosy, kroki w ciemności. Obudziłem się z głośno bijącym sercem i kroplami potu na czole.
Spytałem Mariana F. czy wierzy w duchy. Zamiast odpowiedzieć mi wprost, opowiedział historię sprzed lat.
-Było to w roku 1947,może 48. Mieliśmy kilka hektarów ziemi z reformy rolnej. Byliśmy naprawdę biedni. Ziemia nie dawała wtedy bogactwa. Trzeba było kombinować aby związać koniec z końcem.
Pewnej nocy starszy brat mówi:
-Idziemy, Marian, po siano.
Siano było w stodole i należało do właściciela resztówki. Po prostu szliśmy kraść. Pamiętam dokładnie wszystko. Była piękna, księżycowa noc. Żeby stróż nie zobaczył i nie usłyszał czołgamy się de wrót. Ale wrota były zamknięte. Brat odgina je dołem, ja przeciskam się z trudem. W stodole strasznie ciemno. Idę powoli. Siano było w drugim końcu. I nagle usłyszałem kroki. Ktoś czy coś od siana zbliżało się do mnie. Ze sztywniałem ze strachu. Zacząłem się cofać, a potem w paru skokach dopadłem wrót. Kroki były coraz bliższe.
-Wypuść mnie!-mówię
-Nie bój się-mówi ze spokojem brat.
Nie wiem czy powiedziałem coś jeszcze. I nie pamiętam jak długo to trwało. Może płakałem? Nie wiem. Wiem tylko, że kiedy znalazłem się po drugiej stronie wrót, ogarnęła mnie wielka słabość. Nogi pode mną się uginały i serce waliło jak oszalałe.
Przeminęło sporo lat. Ożeniłem się. Mieszkałem w sąsiedniej wiosce u teściów. Dowiedziałem się pewnego dnia, że w tej samej stodole złożone są ziemniaki bardzo plennej odmiany. Postanowiliśmy ze szwagrem parę worków ukraść. Wzięliśmy rowery i nocą ruszyliśmy polną drogą przed siebie. Noc była cicha. Czajki wołały na polach. Dwa kilometry przebyliśmy szczęśliwie. Wszystko szło jak z płatka. Po jednym pełnym worku odwieźliśmy w przydrożne krzaki dzikiego bzu. Wróciliśmy żeby jeszcze po jednym ukraść. Wszedł szwagier do stodoły, ja pilnowałem aby nas ktoś nie podszedł. Szwagier znany był na okolicę z wielkiej odwagi. Zdziwiłem się, gdy nagle wypadł ze stodoły i zaczął uciekać. Ja ruszyłem za nim o nic nie pytając. W milczeniu włożyliśmy worki na rowery i zanim ruszyliśmy taki wiatr powiał, że krzaki pochyliły się nad drogą. Nagle wszystko ucichło. Szliśmy do domu. Okazało się, że słyszał w stodole podobne kroki co ja przed laty. Ale nie te kroki były straszne, tylko ten lęk które one rodziły. Lęk nie do opanowania. Taki lęk emanuje potępiona dusza.
To są słowa Mariana. A ty co o tym sądzisz, Em?
30.4.85
Nie wiem, czy zainteresuje cię dzisiejsza moja opowieść. Błahe mojej sprawy, takie samo życie. Co zrobić. Szkoda, że swoich trosk i doznań nie spisują ludzie którzy mają coś do powiedzenia. Niektórzy robią to, ale takich mało.
Operator dźwigu opowiadał mi dzisiaj, że będą musieli częściowo rozebrać konstrukcję budynku mieszalni pasz którą niedawno montował, ponieważ sprowadzone maszyny nie można wstawić drzwiami do środka. Przypomina mi to historię jaka wydarzyła się mieszkańców wioski gdzie poprzednio mieszkałem.
Była niedziela. Ksiądz chodził po kolędzie. Mróz. Potrzebował ów mieszkaniec klatkę dla królików. Zbijał ją w kuchni. Wszystko pięknie się składało. Klatka się udała. Delektując się jej widokiem spojrzał w okno. Ksiądz z ministrantami szedł do niego. Szczęście, że mieszkał kawałek ode wsi.
-Matki, pomóż wynieść klatkę!- woła do żony.
Chwycili we dwójkę, ale klatka okazała się szersza od drzwi. Próbują z tej i z tamtej strony. Nic. Rad nie rad chwycił siekierę, klatkę rozwalił i księdza przyjął jak trzeba. Zdarza się.
Jeszcze jedną rzecz ci opowiem. Zaopatrzeniowiec przyszedł dzisiaj do magazynu gdzie akurat byłem. Magazynier pokazuje mu kwit na ramę i pyta, gdzie jest rama skoro jest rachunek?
-Nic nie wiesz?-mówi zaopatrzeniowiec.
-Nie wiem.
-Posłuchoj no. Miały być klepiska do kombajna? Miały być. Więc są.
A ramę trzeba rozchoduwać. Nie kazałbym wpisać ramy, nie byłoby klepisk. Musiałem to zrobić.
Czy dobrze zrobił? Nie nasza sprawa. Pokazuję ci tylko kawałek życia.
Ale skoro jestem przy zaopatrzeniowcu. Jest to człowiek strasznie zabiegany. Opowiadał o nim kierowca który go wozi.
-W pewnym miasteczku każe mi się zatrzymać. Wysiadł z samochodu sięgnął po kurtkę i w żaden sposób nie może jej na siebie włożyć.
-Słuchoj no, Zenek. Nie jest to twoja kurtka?
-Moja wisi.
-To musiałem gdzieś zamienić. Moja nie była podarta.
Rzucił kurtkę do samochodu i poszedł. Myślę sobie, gdzie on kurtkę zamienił skoro jeszcze nigdzie nie był. Wziąłem ją do ręki, oglądam. Ależ tak. To jest jego kurtka tylko odwrócona.
Innym razem pojechaliśmy po części do Poznania. Stanąłem samochodem, zaopatrzeniowiec wysiadł i poszedł do biur. Ja zawróciłem i stanąłem w innym miejscu. Po pewnym czasie widzę, go jak idzie. śmieje sie do mnie. Podnosi rękę.
-Cześć!
-Cześć!
Minął mnie i idzie dalej. Po chwili wraca mówiąc:
-Słuchoj, Zenek. Czemu stanąłeś w innym miejscu. Jo cię szukam, czas tracę niepotrzebnie.
Pojechaliśmy kiedyś po części do suszarni. Stanąłem pod biurem, zaopatrzeniowiec poszedł załatwiać sprawy. Widzę go przez okno.
Co tu spsocić? Wyszedłem z samochodu i stanąłem przy drzwiach biura. Po pewnym czasie wychodzi.
-Dzień dobry panu!-mówię.
-Dzień dobry. A skąd mnie pan zna?
Podał mi rękę, spojrzał i zawołał:
-Zenek! Tak nie powinieneś robić, cheruba. Żartujesz sobie ze mnie. Ze śmiechu upłakałem się.
Znam zaopatrzeniowca i wierzę iż mogło tak być. A swoją drogą, to wspaniały człowiek.
To tyle, Em. Do zobaczenia!