1.11.1986
Sobota, Święto Zmarłych. Po południu pojechaliśmy z żoną i synem Zbyszkiem do C. na groby matki, ojca, i brata, Nikt z mojej rodziny nie przyjechał o tej porze, ale byli wcześniej bo kiedyśmy tam przyjechali paliły się znicze. W tym dniu szczególnie łatwo o cofnięcie się pamięcią do lat przeszłych. Łatwiej o wspomnienie wydarzeń które były udziałem moim i osób najbliższych, spoczywających tutaj.
Marian, zmarł w październiku 1945 roku. Dziesięć miesięcy po ojcu. Miał 17 lat i 4 miesiące. W tym wieku na pewno śmierć jest bardziej straszna niż w innym. Jakim on był? Miałem zbyt mało lat aby pamiętać szczegóły, ale niektóre zdarzenia zostały w pamięci. Lubił i potrafił rzeźbić. To artystycznej uzdolnienie wykorzystywał całkiem prozaicznie wycinając z kloca topoli czy brzozy drewna na drewniaki. Ale nie tylko to. W pokoju obok dużego lustra wisiała zrobiona przez niego półka. Podtrzymywały ją głowy byków. Wiernie wyrzeźbiony gołąb może jest jeszcze u brata w Ł. Potrafił upleść z wikliny mocne koszyki, koszyczki i pułapki w których zamykał schwytane myszy. Był bardzo silny. Starsi z uznaniem o nim mówili. A może jest coś w naszej rodzinie, że zabiegamy o to aby ludzie o nas mówili z uznaniem? Może.
Marianem byłem oczarowany. Ogromnie go lubiłem. Wyrastało to chyba z jego opiekuńczych zachowań w stosunku do mnie. Kiedy weszli Rosjanie wszystkie chłopaki ze wsi pobiegli do stodoły pełnej dziedzicowych gołębi. Marian sprytnie je chwytał, ale i niekiedy poważnie zranił. Stanął na słomie wysoko pod samym dachem, a my przeganialiśmy gołębie z jednego końca stodoły w drugi. Spłoszone przelatywały nad słomą, a Marian batem je strącał. Zmajstrował na strychu gołębnik i zamknął je aby zapomniały o swym dawnym domu. Później zbudował gołębnik z prawdziwego zdarzenia, obszerny, na potężnym słupie. To był powód do dumy. W czasie wielkiej wichury która zerwała dach z obory, wywróciła wiekowe topole i przewróciła stodołę w polu, przywiązał go drutem do ściany. Gołębnik ocalał. Nie wiem kto później podciął go i postawił pod ścianą domu. Lubiłem wchodzić do niego, zwinąć się w kłębek i drzemać albo dumać o swych chłopięcych sprawach.
Przez całą wojnę przechowywaliśmy na strychu rower rozebrany na drobne części. Gdy brat Bolesław został powołany do wojska, a było ro wczesną wiosną kiedy jeszcze trwała wojna, Marian był najstarszym mężczyzną w domu. Przejął rower, Niewiele rowerów we wsi było. Może 3, może 4. Jesienią 1945 roku poproszono go aby zawiózł do S. pismo, że mieszkańcy zrzekają się parceli.
-Jedź Marian! – mówili.
Nie odmówił. Przyjechał spocony, dopadł wiadra i chciwie pił lodowatą wodę. Potem poszedł do szopy i wycinał drewna na drewniaki. Siedział tam parę godzin. Na druga dzień położył się do łóżka. Gorączka była zbyt wysoka aby iść do pracy. Lekarz stwierdził zapalenie nerek. Zalecił gorące kompresy i odpowiednie lekarstwa. Niestety, nic nie zmieniało się na lepsze. Pewnego wieczoru zebraliśmy się wszyscy przy łóżku. Marian majaczył. Pamiętam do dziś jak stanął, owinął się pierzyną i opasał pasem. Po czym położył się mówiąc:
-Ale dobrze mi się śpi pod tym stogiem.
Nie chciał ciepłych kompresów. Rozgniewał się kiedyś i wyrzucił na izbę. Zeby to prędzej zrobił, może uratowałby sobie życie. Ponownie wezwany lekarz zmienił diagnozę. Okazało się tym razem
że ma zapalenie płuc, a nawet już wodę na płucach. Zmienił lekarstwa, zabronił stosować kompresy. Jednak do szpitala nie posłał. Leczył sam. Kiedy widział,że sprawa jest beznadziejna, dał przekaz Odwieziono Mariana do S.
W tym czasie nie kursowały autobusy. Matka postanowiła zanieść mu bieliznę i inne drobiazgi. Szła pieszo 14 kilometrów. Stanęła na korytarzu szpitala ogromnie zmęczona. Przechodzącej pielęgniarce powiedziała do kogo i po co przyszła. Ta zdziwiona wypaliła:
-Przecież on nie żyje!
Pod matką ugięły się nogi i świat zawirował. Przez całą powrotną drogę płakała. Wróciła po południu.
-Józef, pójdziesz ze mną do G. do Jaguli, muszę pożyczyć pieniędzy na trumnę.
Poszliśmy. Miało się ku wieczorowi. Niskie, czerwone słońce podkreślało purpurę drzew. Szliśmy przez las. Było cicho. Szeleściły liście pod nogami. Od D. prowadziła piękna, kasztanowa aleja. Pamiętam wszystko dokładnie, ponieważ były to dla mnie nowe strony. Dotąd nigdy nie opuszczałem wioski, ani jej przyległych pól. Wróciliśmy późnym wieczorem. Śmierć Mariana przyjąłem jakoś spokojnie. Po prostu jak dzieciak. Nie pamiętam czy płakałem.
Teraz odchodzę od jego grobu z ciężkim sercem. Wacek N. z W. opowiada o AK. O wydarzeniach w J. Ja myślę o czym innym. Ale on nie daje mi myśleć. Zalewa mnie mową. Powoli wycofujemy się z cmentarza. On ciągle mówi. Jesteśmy na drodze, on idzie za nami i mówi. Wreszcie pobiegłem do Syreny zostawiając z nim żonę i Zbyszka.
Nie mieliśmy czasu na rozmowy. Obiecałem, że przyjadę latem do niego i porozmawiamy. Jest to chodząca encyklopedią. Liczy sobie 70 lat i dotąd jest kawalerem. Nie znalazł dziewczyny jakiej szukał. O niebieskich oczach, białej cerze i z długimi warkoczami. Dobił starości samotnie. Kiedy jeszcze byłem chłopakiem, pomimo różnicy wieku, często spotykaliśmy się na zabawach. Lubił tańczyć z moją dziewczyną a potem żoną ponieważ miała długi warkocz.
Wacek to głowacz. Muszę do niego pojechać. Podobno ma stare księgi.
Do zobaczenia, Em.