1.4.1988
Mieszkanka W. przed wielu laty była w szpitalu w S. Pewnego dnia uznano ją za zmarłą, wyniesiono do kostnicy i położono na deskach gdzie zwykle trupy kładziono. Aż tu po kilku godzinach zmarła wstała i zziębnięta, bo leżała nago, wróciła do swego łóżka przeklinając lekarzy, że do zimnicy ją wyniesiono, nie zdając sobie sprawy iż uznano ją za zmarłą. Żyła później jeszcze kilka lat. Opowiadała ludziom, że będąc w letargu, miała piękne sny. Chodziła po brzozowym lesie. Na polance grała orkiestra, ludzie tańczyli. Było ciepło, słonecznie, zielono i wesoło.
7.4.1988
Powoli ale uparcie wiosna maluje pola, łąki i pąki na krzewach. Maluje słońce kwiaty. Od paru dni mamy pogodę ciepłą i słoneczną. Skopałem ogródek, żona posiała niektóre warzywa. Jutro jadę rowerem po korę wierzby, po korzeń łopianu. Czas już te zioła zebrać.
12.4.1988
Już zasiano co do zasiania było. Pozostały tylko buraki cukrowe. Ciągniki i siewniki przygotowane do siewu stoją pod warsztatem. Jeszcze wstrzymują się, ociągają. Ostatnie dni były chłodne, a nocami kałuże ścinały przymrozki. Dzisiaj świeci słońce. Wiatr który dawał się we znaki, stracił na mocy. Można powiedzieć, że jest ciepło. Termometr za oknem wskazuje 12 stopni, a jest godzina 19.10. Na działce zimą posadzone porzeczki pięknie obudziły się do życia. Puszczają też liście posadzone maliny.
17.4.1988
Lubię wiosnę. Zawsze ją lubiłem. Czekałem na nią. Widziałem ją w każdym pąku. Szukałem w lesie. Leśny, zielony krzak agrestu zachowałem w pamięci jak piękny bukiet. Jest coś w tej porze, że człowiek czuje się radośniejszy, młodszy, że chce się żyć. Jest coś, co pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. Cieszyć się małym szczęściem.
I nikt już mi tej radości nie odbierze. Zbyt głębokie puściła korzenie w moje serce. Jeszcze są pod lasem stawy (w Ł.) gdzie w dzieciństwie chodziliśmy. Gdzie z wierzb sporządzaliśmy trąby, piszczałki. Wierzby postarzały, uschły i dziś leżą ich zwłoki. Pięknie wyrosły białe topole. Wówczas były małe, ale już na tyle duże żeśmy się na nie wdrapywali. Gdzie te czasy? Gdzie te wiatry które wzbijały tumany kurzu na podleśnej, lekkiej glebie. Gdzie koledzy którzy ze mną rośli, bawili się, cieszyli. Los rozrzucił nas po świecie. Niektórzy zmarli. Widzisz, Em, zebrało mi się na wspomnienia, a to oznaka starości, prawda?
Jednego razu, a była to, jak dziś, niedziela, poszedłem do stawu pod las. Trawa była spora. Położyłem się za skarpą i tak bardzo chciałem napisać wiersz. Pamiętam nawet parę słów:
Gdy wiatr wiosenny poszumem wzniosłym niesie nad polem nadzieję…
Potem zaniechałem. Słowa były oporne. Poznałem swą bezradność.
W ten sposób uczyło mnie życie uporu. A upór to nie tylko hardość wobec losu. Upór to konsekwentne dążenie do celu. Konsekwentne, Em.