12.4.87
Dzisiaj Niedziela Palmowa. Siedzę sam w pokoju. Zona z gałązkami łozy jest w kościele. A po tę łozę byłem w czwartek w okolicy Ł. Na polu jest stawek niewielki, niegdyś gęsto obrosły wierzbami. Dzisiaj została tylko jedna spróchniała i pochylona nad wodą. Aby zerwać kilka gałązek musiałem wejść na sam wierzchołek i to ledwo sięgnąłem, ponieważ jak ja dawniej, tak i teraz dzieci z Ł. już gałązki obcięły. Wierzba uginała się, trzeszczała. Z trwogą spoglądałem w głęboką wodę znajdując się nad samym środkiem stawku. Już szarzało gdy wróciłem do domu. Ale zanim wróciłem, zrobiłem pieszo wiele kilometrów po lesie. Wypadło mi przechodzić drożynami którymi chodziłem przed laty. Niegdyś było tu pole. Zajrzałem do studzienki melioracyjnej. Ile razy piłem z niej wodę wracając z lasu. Skwarne lipcowe południe. Język przyschnięty do podniebienia, a tu bulgoce zimna, krystaliczna woda. Pamiętam jej chłód. Tak jak przed laty dzisiaj płynie. I nawet nie wiem gdzie kończy się jej podziemna wędrówka. Zadziwiające, jak sprawną meliorację robili ludzie bez mechanizacji. Przecież to już pięćdziesiąt lat odwadnia teren.
To tyle dzisiaj, Em, Do zobaczenia!