Rok 1996
4 stycznia (czwartek).
Dzisiaj byłem w Muzeum Etnograficznym na Grobli w Poznaniu. W imieniu zarządu oddziału spotkałem się z Radą Programową Oddziału Wielkopolskiego STL. Sądziłem, że po ostatnich ustaleniach będzie ktoś z Urzędu Wojewódzkiego w Poznaniu, z kim porozmawiamy o dalszych losach stowarzyszenia. Niestety, przybyli tylko członkowie rady, m.in. pani A. Wojciechowska oraz panowie Toroński i Szajek. Omawialiśmy to samo, co na spotkaniu opłatkowym, tj. z kim rozmawiać, z kim najpierw rozmawiać i czy w ogóle rozmawiać. Bite cztery godziny siedziałem. Łamało mnie w kościach, bo nie jestem przywykły do takich posiedzeń. Efektem było uchwalenie sposobów ożywienia działalności w terenie. Postanowiliśmy skierować pisma do burmistrzów i wójtów z prośbą o zajęcie się poprzez ośrodki kultury osobami, parającymi się na ich terenie twórczością ludową. Chodziło nam o promowanie ich dzieł, zapraszanie na imprezy regionalne, organizowanie wystaw.
7 stycznia (niedziela).
Mróz zelżał. Przybyło śniegu. Jest biało, prawdziwie zimowo. Wczoraj byłem u fryzjera, a żona zamówiła tort na sobotnią uroczystość 40-lecia naszego ślubu kościelnego, która przypada 15 stycznia. Komisja sejmowa bada oskarżenia Andrzeja Milczanowskiego, który twierdzi, że premier Józef Oleksy był rosyjskim szpiegiem.
11 stycznia (czwartek).
Wczoraj byliśmy w Inowrocławiu na pogrzebie Elżuni – chrześniaczki mojej żony. Zmarła w wieku 41 lat. Śmierć tak zmienia człowieka, że z trudem doszukałem się podobieństwa ze znaną mi osobą. Dopadła mnie grypa, do roboty nie pójdę, do lekarza też nie ma co iść.
15 stycznia (poniedziałek).
I już po przyjęciu z okazji 40-lecia naszego ślubu. Zaproszona rodzina stawiła się w komplecie. Wypiłem parę kieliszków wódki i grypa skapitulowała. Czuję się nieźle. Gorączki nawet nie mierzyłem. Chodzą słuchy po Warszawie, że Oleksy złoży jednak dymisję gabinetu. A to chyba znaczy, że jednak zdradzał nasze tajemnice Rosji i był przeciwnikiem połączenia się z NATO. Są naciski na PSL, by ta partia zerwała umowę z SLD i stworzyła nową koalicję z partiami opozycyjnymi. W Czeczenii wojna nie ustaje. Czeczeńcy zdobyli miasto Kizlar w Dagestanie, zajęli tam szpital i wzięli zakładników. Potem z zakładnikami jechali do granicy czeczeńskiej, ale Rosjanie wysadzili most na rzece granicznej. Osaczyli bojowników i doszło do walki. W ataku biorą udział czołgi, samoloty, helikoptery i armaty, a Czeczeńcy mają jedynie broń lekką.
17 stycznia (środa).
Grupa Czeczeńców jeszcze się broni, chociaż Rosjanie używają nowoczesnej broni i nie zważają na zakładników. Jedna z uratowanych zakładniczek powiedziała, że biją salwami. Okazało się przy tym, że Czeczeńcy wcale nie rozstrzeliwali zatrzymanych Rosjan. Tak więc ataku rosyjskich wojsk nic nie usprawiedliwia. Z kolei w porcie tureckim Czeczeńcy opanowali prom, zdążający przez Morze Czarne do Soczi. Na promie przebywa ponad stu Rosjan. Bojownicy grożą wysadzeniem promu, jeśli Rosjanie nie zaprzestaną ataku na ich kolegów w Dagestanie. Wojna w Czeczenii przybiera coraz bardziej tragiczne oblicze.
19 stycznia (piątek).
Jelcyn ogłosił, że bandy Czeczeńców w Pierwomajskoje zlikwidowano. Jeśli prezydent ogłasza światu tę zbrodnię, to nie rozumiem go jako człowieka. Ale – pomijając mentalność osoby piastującej urząd prezydenta – może w Rosji takie widzenie zbrodni jest akceptowane. W nocy z okrążenia wydostała się grupa Czeczeńców. Doliczono się 155 poległych, 23 wzięto do niewoli, ilu uciekło – nikt nie podaje. Zginęło też 26 żołnierzy rosyjskich, a stu zostało rannych. Jeszcze nie wróciłem do zdrowia, chociaż lekarka przepisała mi antybiotyk i jakieś syropy. Ustaliła, że mam ostre zapalenie oskrzeli. Pewnie ma rację.
20 stycznia (sobota).
Czeczeńcy okupujący prom na Morzu Czarnym oddali się w ręce władz tureckich. Nie uczynili nic złego zakładnikom.
25 stycznia (czwartek).
Wyż znad Rosji utrzymuje się od kilku dni i ani myśli ustąpić. Mróz sięga -17 stopni. Wczoraj w telewizyjnym wystąpieniu premier Oleksy zapowiedział swoją dymisję. Prokuratura wojskowa wszczęła bowiem śledztwo w sprawie jego domniemanego szpiegostwa na rzecz Rosji. Teraz zaczną się przetasowania na szczytach władzy. Będę śledził dalsze losy koalicji. Mam dużo czasu, siedzę w domu.
26 stycznia (piątek).
Mróz sięga -16 stopni i – co widać na mapie – stan ten może potrwać dłużej. Przed chwilą odszedł proboszcz. Był po kolędzie. Po przywitaniu powiedział, że mam proboszczowski brzuch. Zauważyłem, że za parę lat i jemu urośnie. Pasjonuje się polityką, a ponadto opowiedział, jak to chciano ukraść mu samochód. Dlatego, gdy był ostatnio w Warszawie, wziął z sobą obstawę. Rzeczywiście, taki samochód jak jego może skusić złodzieja.
29 stycznia (poniedziałek).
Wczoraj w Nowym Jorku podczas snu zmarł na zawał serca Josif Brodski – były dysydent radziecki, skazany przez Breżniewa na banicję. Był poetą, laureatem Nagrody Nobla. Jeszcze stary rząd na czele z Oleksym sprawuje władzę. Koalicjanci nie mogą uzgodnić kandydata na nowego premiera. Jakoś umknęło mojej uwadze ważne wydarzenie. Na początku stycznia w wieku 102 lat zmarł najstarszy człowiek w Gułtowach – pan Wojciechowski. Koło południa wzięliśmy z żoną wnuczkę Anitę na sanki i poszliśmy do parku na Łysą Górę. Tam z wielką ochotą zjeżdżała na dół radosna jak skowronek. Potem udaliśmy się na piaskownię i dalej do lasu, gdzie osłonięci od wiatru zażywaliśmy ciepłych już promieni słonecznych.
1 lutego (czwartek).
Prezydent misję utworzenia nowego rządu powierzył Włodzimierzowi Cimoszewiczowi. Polityk ten był członkiem PZPR, ale obecnie jest bezpartyjny, choć ze względu na lewicowe poglądy należy do Klubu Parlamentarnego SLD. Dzisiaj odbyliśmy długą wycieczkę nad jezioro. Tam, gdzie kiedyś zastawiałem więcierze na ryby, na zwisającej gałęzi brzozy, tuż przy brzegu, ujrzałem pierwszy raz w życiu wiszące gniazdo jakiegoś ptaka. Wnuczka powiedziała mi, że to remiza, który buduje gniazda przy wodzie.
6 lutego (wtorek).
Znowu mrozy dają się we znaki. W nocy było u nas -13 stopni, a w Zamościu ponad -20. Na przyszłą noc zapowiadają jeszcze niższe temperatury. Księżyc jaskrawo świeci, a to nie rokuje odmiany pogody. Dobrze, że spadło więcej śniegu. Przykryte zboża nie wymarzną. Jutro jadę do pracy, ale przy takich mrozach robota idzie na pół gwizdka.
11 lutego (niedziela).
Jerzego Urbana, właściciela pisma „Nie”, byłego rzecznika rządu w PRL, skazano na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata, zakaz wykonywania przez rok zawodu dziennikarza i grzywnę. Wszystko za opublikowanie tekstu, że Zdzisław Najder, na którego wydano w PRL-u zaocznie wyrok śmierci za szpiegostwo na rzecz CIA, był agentem komunistycznych służb bezpieczeństwa. Na dowód tego Urban ogłosił tajne dokumenty, m.in. pokwitowanie odbioru pieniędzy od służb za świadczone usługi [Z. Najder – badacz twórczości Józefa Conrada, w 1976 współzałożyciel antykomunistycznego Polskiego Porozumienia Niepodległościowego, doradca „Solidarności”, od 1982 dyrektor Sekcji Polskiej Radia Wolna Europa, po 1990 roku współpracownik L. Wałęsy i J. Olszewskiego – D.N.]. Dyrektorka naszej szkoły zwróciła się do żony o sponsorowanie zabawy szkolnej. Chodzi jej, abym dał kilka swoich tomików, które następnie poprzez losy otrzymają uczestnicy zabawy. Chyba wspomogę ich. Może i żona jakiś haft podaruje.
17 lutego (sobota).
Tygodnik „Wprost”, który onegdaj opublikował tajne akta Urzędu Ochrony Państwa, przeżywa kryzys. Nie wiem od kogo otrzymał informację, że kilka partii, m.in. Jana Olszewskiego, zawarło umowę o współpracy. Wśród nich partia pod nazwą Cymbały. Kiedy zorientowano się w redakcji, że ktoś podrzucił im „świnię” informacyjną, wycofano cały nakład ponosząc wielotysięczne straty. Jak to się stało, że redaktor naczelny uwierzył w istnienie takiej partii? W UOP aresztowano oficera, który dostarczał tejże redakcji tajne akta. Przyznał się do zarzucanych mu czynów. Mamy nowego premiera Cimoszewicza i nowy rząd.
18 lutego (niedziela).
Dzisiaj odbywa się referendum uwłaszczeniowe, zorganizowane przez Wałęsę i „Solidarność”. Nie pójdę! Już niedługo uwłaszczą mnie w zupełnie inny sposób. Po co głowę sobie zawracać. Żona też nie idzie. Jeśli udziału nie weźmie 50% uprawnionych, referendum nie będzie ważne. Sądzę, że na apel Wałęsy i „Solidarności” nie odpowie wielu ludzi. „Solidarność” jest jedynie dobra do organizowania strajków, destabilizowania kraju i zubożania społeczeństwa. Już dwa tygodnie strajkuje osiem kopalń na Śląsku. Strajk zorganizowała „Solidarność”. Żądają rekompensat za ubiegły rok i podwyżki w tym roku, co jest nierealne, ponieważ spółka węglowa ma wielomiliardowe zadłużenie. W górnictwie zarabiają, jak nigdzie w Polsce. Wykorzystują swoją dużą siłę przebicia. Strajki organizują w czasie największych mrozów. Na szczęście, należymy do europejskiego systemu energetycznego.
24 lutego (sobota).
Święty Maciej wzbogacił zimę. Słupek rtęci spadł do 9 stopni mrozu. Synoptycy twierdzą, że to ostatnie podrygi zimy. Górnicy wzięli się do roboty. Według „Gazety Wyborczej” zyskali więcej niż żądali. Warto strajkować!
10 marca (niedziela).
Wczoraj byłem u Mirka. Renault mu się zepsuł. Według mnie zużył się łańcuch napędu rozrządu i koła zębate. Przestawił się zapłon i kolejność pracy zaworów.
12 marca (wtorek).
Syn Zbyszek kupił „malucha” z 1986 roku. Rocznik ten sam, co mój, ale stan znacznie lepszy. Zapłacił 35 milionów na stare pieniądze [W dniu ł stycznia 1995 roku dokonano w Polsce denominacji pieniędzy w relacji 1:10 000; stare nominały pozostawiono jednak w obiegu do końca 1996 roku – D.N.]. Swojego, wiekowego już „malucha”, sprzedał.
19 marca (wtorek, Józefa).
Siedzę w domu. Po południu przyjedzie rodzina. Przy zastawionym stole spędzimy wieczór. Jutro jadę do roboty. Przyniosę trochę wina z okazji moich imienin. Za oknem słonecznie i chłodno. Taka pogoda ma być przez najbliższe dni. Już niedługo Wielkanoc. Przyjedzie Janusz z rodziną. Przywiezie trochę wiadomości z Niemiec.
24 marca (niedziela).
Zima krok po kroku wycofuje się na „z góry upatrzone pozycje”. Czas wielki, żeby przyszło ciepło. Dotąd nie słyszałem skowronka, czajki, że nie wspomnę o bocianach, które na Józefa zwykle przed laty przylatywały. Jeszcze pracuję, zmagam się ze swymi dolegliwościami i wiekiem. Rozpoczynam naprawę ciągnika z przednim napędem. Kolejny czeka na naprawę. Dotąd nie nadeszła decyzja w sprawie emerytury żony. Czekamy niecierpliwie, bo stanowi to o dalszym moim życiu. Mam na myśli pracę. Cieszy mnie, że swymi umiejętnościami mogę jeszcze służyć. Ale wiem, że nie ma mnie kto w tej chwili zastąpić. Rozbito bowiem pegeery i warsztaty. Brak ludzi w moim zawodzie daje się we znaki i będzie się nasilał. Białoruś wyrzeka się swej tożsamości i zdaje całkowicie na Rosję. Czy będziemy mieli długą granicę z Rosją? Musimy jak najprędzej przystąpić do NATO.
6 kwietnia (Wielka Sobota).
Dawno nie pisałem, a więc po kolei. W środę (27 marca) przyjechał Janusz z rodziną. Odjechali w czwartek – 4 kwietnia. Znów byliśmy w komplecie. Spotkaliśmy się w niedzielę przy stole w naszym domu. Duszą towarzystwa był jak zwykle Zbyszek. Nie wiem, po kim odziedziczył dar biesiadowania. W piątek rano jak zwykle pojechałem do roboty, a gdy wbijałem młotkiem koło zębate, odprysk metalu utkwił mi w ręce. W szpitalu w Środzie chirurg rozciął mi palec i wyjął odłamek. Wszystko ładnie się goi. Do pracy pójdę po świętach.
8 kwietnia (Poniedziałek Wielkanocny).
Przy pięknej pogodzie upływają święta. Wczoraj zebraliśmy się w domu jak każdego roku. Nic nie wypiliśmy, ale pojedliśmy. Pogoda zaprasza do spacerów, dlatego wybieramy się po obiedzie „maluchem” do leśniczówki, która wkrótce zostanie tylko w moich wspomnieniach. Jakaś firma zabrała się do rozbiórki. Szkoda. Uczuciowo jestem związany z tą leśniczówką. Obraz jej w sobie pielęgnuję, ponieważ przypomina mi dzieciństwo. Jeśli ją zniszczą, to zniszczą kawałek mego życia.
14 kwietnia (niedziela).
Wałęsa ubrany w garnitur demonstracyjnie podjął pracę w Stoczni Gdańskiej. A w zasadzie odwiedził z ochroniarzami dawne swoje stanowisko pracy, po czym zorganizował konferencję prasową i poprosił prezesa stoczni o bezpłatny urlop. W tej chwili przebywa w USA z odczytami. Za jeden występ bierze 20 tysięcy dolarów. W swoim ogrodzie w Gdańsku rozpoczął budowę okazałego domu rodzinnego. A jeszcze niedawno mówił, że nie ma pieniędzy na energię i gaz. Nie szanuje siebie, urzędu ani obywateli.
29 kwietnia (poniedziałek).
Rosjanie zamordowali przywódcę czeczeńskich bojowników Dudajewa. Telefon satelitarny naprowadził ich rakietę w chwili, gdy Dudajew wszczął przez niego jakąś rozmowę. Nie wiadomo, kto teraz zostanie prezydentem walczącej o wolność Czeczenii.
3 maja (piątek).
Jutro jadę do pracy. Sądziłem, że początek maja spędzę na leniuchowaniu, a tu masz – roboty tyle, że ręce opadają.
12 maja (niedziela).
Wczoraj cały dzień obficie lało. Po suchej zimie opady są dla rolników dobrodziejstwem. Zawiozłem Mirkowi pocięte na kloce drewno dębowe do pieca. Dzierżawca dał mi do zrozumienia, że drewno mam gratis, ale za transport muszę zapłacić. Zapłacę też robotnikom, którzy drzewo cięli i ładowali. Niechętnie uzależniam się od moich pracodawców, a teraz – z tego powodu -czuję się bardziej zobowiązany niż kiedykolwiek.
26 maja (niedziela).
Chłodno i pochmurno. Maj raz po raz zaskakuje zmianą pogody. Ale taką urodę mają właśnie maje. Gospodarze jeszcze nie koszą łąk, chociaż trawa jak rzadko wyrosła pięknie. Czekają na lepszą pogodę. I słusznie. Przyklepana deszczem trawa spleśnieje. Jan Paweł II zdenerwował się i zganił polskie władze, że wprowadzają laicyzację i walczą z Kościołem. Rzecz ma korzenie w dotyczącej konkordatu korespondencji pomiędzy polskim rządem a Watykanem. Listy watykańskie jakimś cudem znalazły się na łamach „Nie”. Marian Krzaklewski, szef „Solidarności”, pojechał do Mińska na Białoruś, by spotkać się z tamtejszą opozycją. Rozpierany wiarą w swe posłannictwo zorganizował wiec przy jakiejś fabryce, za co został aresztowany, a potem odesłany pod konwojem do polskiej granicy. Ostatnio przez Ministerstwo Spraw Zagranicznych otrzymał wezwanie na rozprawę do Mińska. Grozi mu do dwóch tygodni aresztu.
2 czerwca (niedziela).
Nie padało wczoraj, nie pada dzisiaj, chociaż deszcz zapowiadali. We wsi od lat się mówi, że jak Nowak łąkę skosi, to będzie pogoda. Nowak łąkę skosił i siano chyba także zwiózł. Jutro zobaczę. Szczęść mu Boże, aby jak każdego roku suche siano złożył w stodole. Ze względu na to, że Krzaklewski i jego dwaj kompani do Mińska na rozprawę nie pojechali, tamtejszy sąd przełożył jej termin. Myślę, że w kolejnym terminie zainteresowani też się nie stawią.
15 czerwca (sobota).
W tym dniu zawsze staram się czynić zapiski, jako że to data kończąca wiosnę. Dlaczego? Bo są to imieniny Wita. A było tak. Pan Bóg zawołał do Wita: Wicie, Wicie, ile jest ziaren w życie? A Wit: Nie słyszę, bo ptaki śpiewają. Pan Bóg: Ptaki cyt, bo nie słyszy Wit. Wczoraj skończyłem robotę w D. Ale gdyby coś się odmieniło, dadzą mi „cynka”. Tak to słowo u nas się wypowiada w potocznej mowie, a znaczy, że należy kogoś o czymś zawiadomić, uprzedzić. Stocznia Gdańska, kolebka „Solidarności”, robi bokami. Minister przekształceń własnościowych Wiesław Kaczmarek postawił ją w stan upadłości i rozpętała się burza. Posądzają lewicę o polityczny rewanż. Ksiądz Henryk Jankowski jak za dawnych czasów odprawia msze w intencji portowców. Ma dojść do demonstracji w Warszawie, gdzie znów będą zapewne petardy, czerwona farba i ranni. Powołano już jednak Nową Stocznię Gdańską, która ma przejąć zamówienia upadłej.
16 czerwca (niedziela).
Po ostatnich gwałtownych burzach i niezwykle obfitych opadach deszczu pojawiły się w dąbrowie kurki. Przywiozłem wczoraj garść, która była owocem pięciogodzinnych poszukiwań. Gdzieś przed dwoma tygodniami minister edukacji narodowej Wiatr został zaproszony przez studentów Uniwersytetu Jagiellońskiego na dyskusję. Gdy się zjawił, zrobiono dla ministra zbiórkę pieniędzy na bilet do Warszawy. Wyzywano go też od komucha. A kiedy opuszczał uniwersytet, obrzucono go zadziwiająco celnie jajkami. Rektor UJ tłumaczył się, że zrobiły to osoby spoza uniwersytetu. Wczoraj z kolei minister odwiedził poznańską uczelnię, gdzie też rzucano, ale ponoć niecelnie. W Rosji odbywają się wybory prezydenckie. Największe szanse mają Jelcyn i Ziuganow. Obaj komuniści, chociaż Jelcyn o zabarwieniu socjaldemokraty. Właśnie na Jelcyna stawiają Stany Zjednoczone. Na konkurs Pocka posłałem pięć wierszy. Wydaje mi się, że niezłych. Nagrody i wyróżnienia miano wręczać podczas Festiwalu Kapel i Śpiewaków Ludowych w Kazimierzu nad Wisłą. Festiwal odbędzie się w przyszłym tygodniu, a nie mam zaproszenia. Może inni byli lepsi. Co zrobić? Raz się wygrywa, raz przegrywa.
21 czerwca (piątek).
Wczoraj nadszedł list z Lublina. Wiersze moje zdobyły II nagrodę. Jedziemy z żoną do Kazimierza, a potem do rodziny. Nagroda pokryje mi koszta podróży. Tak sądzę.
3 lipca (środa).
W poniedziałek wróciliśmy z podróży. „Maluch” bez awarii zrobił 1280 kilometrów, ale po kolei. Z domu wyjechaliśmy w piątek o czwartej rano. Z każdym kilometrem wzmagał się wiatr. Na szczęście, wiał w plecy „maluchowi”. W południe bez większych przeszkód dojechaliśmy do Kazimierza. Na dziedzińcu szkoły z internatem, w której nocowaliśmy za opłatą, postawiłem „malucha”. Dość sprawnie wskazano nam pokój, choć organizatorzy mieli kłopot z noclegami, bo przyjechało sporo twórców. Spotkałem Władysława Koczota i Władysława Sitkowskiego, którzy otrzymali nagrody od Polskiego Radia oraz Wandę Łomnicką-Dulak i inne uczestniczki konkursu. Redaktor Teresa Łozińska z Polskiego Radia umówiła się ze mną na wywiad. Na drugi dzień o ósmej rano wyjechaliśmy do mieszkającej w Bieczu rodziny. Ale wcześniej odebrałem dyplom i 200 złotych [w nowych nominałach – D.N.] nagrody. Powiedziałem jeden z nagrodzonych wierszy – Szczęść Boże. Rozległy się oklaski, ale nie było ich wiele, co mnie nie dziwi. W Polsce poezja nie ma bowiem wielu słuchaczy. Na scenie na przemian występowały różne zespoły. Z potężnych głośników płynęły ludowe melodie. Negatywnie o festiwalu mogę natomiast powiedzieć, że stał się on też atrakcyjny dla mętów społecznych, głównie młodych. Piją wino wprost z butelki i inne alkohole. Dawkują sobie narkotyki, bo co zażył facet, który przez godzinę słaniał się ze śmiechu, a nie było z czego się śmiać. Rano, gdy w pokoju wszyscy spali, wyszedłem na miasto. Wielka śmieciarka połykała stosy papieru i różnych opakowań. Na chodnikach co rusz spotykałem potłuczone butelki po winie i psie kupy, wokół wałęsające się psy i dziesiątki ludzi obojga płci, śpiących z naciągniętymi na głowy marynarkami. Przy straganie jakaś dziewczyna w rajstopach i długim żakiecie zawzięcie się całowała. Głośno zachowującą się młodzież obszczekiwały psy. Do celu, to znaczy do rodziny, podążaliśmy przez Tarnobrzeg, Mielec, Dębicę i Jasło. Dojechaliśmy około godziny 14. Byliśmy na grobie Franka – brata żony. Zapaliliśmy znicze na grobie jego syna Mariana. Widzieliśmy wesele i trochę związanych z nim tamtejszych zwyczajów. Powrót do domu przebiegł bez przygód.
8 lipca (poniedziałek).
Wczoraj, idąc za ciosem, odwiedziliśmy rodzinę w Kołaczkowie koło Bydgoszczy. Spędziliśmy tam całą niedzielę.
12 lipca (piątek).
Pogodę mamy pod psem. Jest zimno i mokro. Od rana siąpi, a mgła unosi się nad polami. Potrzeba ciepła i słońca. Jeszcze rzepaki nie skoszono na pokosy, jeszcze zimowe jęczmienie na polach. Licząc skromnie, małe żniwa są opóźnione dwa tygodnie. Wnuczka Anitka jest u nas na wakacjach, ale w czwartek z rodzicami jedzie do Niemiec – do Janusza.
15 lipca (poniedziałek).
Dzisiaj otrzymałem „Twórczość Ludową”. W niej jest mój list, w którym przedstawiam trudną sytuację naszego oddziału STL. Wydrukowano też protokół z posiedzenia jury konkursu „Obraz wsi wielkopolskiej zapamiętany z dzieciństwa” [1996, nr 2, s. 47, 50-D.N.].
21 lipca (niedziela).
Chłód nie ustępuje, ale opadów jest mniej. Zaczęto kosić na pokosy rzepaki, kosi się łąki. Drugi zbiór siana zapowiada się niezły. Wczoraj znów byłem na grzybach, przywiozłem sporo kurek. W Atlancie (USA) rozpoczęła się olimpiada letnia. Wczoraj Polka Renata Mauer w strzelaniu zdobyła niespodzianie złoty medal. I to byłaby radosna wiadomość. Smutną jest natomiast nagła śmierć po ceremonii otwarcia 49-letniego szefa polskiej misji olimpijskiej – Eugeniusza Pietrasika. Transmisje telewizyjne mamy w nocy, dlatego nie oglądam ich. W ciągu dnia wybiórczo podają wybrane fragmenty zawodów, lecz są to popłuczyny, które nie oddają prawdziwej atmosfery igrzysk. Jeszcze nie rozpoczęto żniw, a już unosi się zapach późnego lata.
12 sierpnia (poniedziałek).
Pogoda kaprysi. Jesień szybko się zbliża. Odleciało wiele ptaków. Nie słychać skowronków, czajek, kukułek. Jeśli nie odleciały, to pewnie są bardzo smutne i milczą. Wielkie gromady bocianów brodziły za wsią na łąkach, ale w tej chwili tylko kilka tych ptaków zostało. Żal im opuszczać rodzinne strony. Może pokochały je tak jak ja.
18 sierpnia (niedziela).
W nocy padało i ranek mamy mglisty. Synoptykom nie wyszła prognoza pogody. Dojrzałe zboża stoją w polu. Kłosy, a z nimi ziarna, tracą barwę, ciemnieją od wilgoci. Koniecznie trzeba z dziesięć dni słońca, bo zboże będzie się nadawało tylko na paszę. Opady sprzyjają grzybom. Często odwiedzam lasy i nigdy nie wracam z pustym koszykiem.
21 sierpnia (środa).
Żniwa idą pełną parą. Od niedzieli narastają upały. Dzisiaj sięgną 30 stopni. To dobrze. Do skoszenia została połowa zbóż. Siedzę w domu. Odpoczywam. Wczoraj byłem u lekarza. Powiedział, że mam wspaniałe wyniki i dał mi skierowanie do szpitala na operację. Uzgodniłem termin operacji na 1 października.
23 sierpnia (piątek).
Zawitało do nas wesołe miasteczko. Mają dzieciaki dużą atrakcję. Naszej Anicie spodobała się karuzela. W USA ogłoszono wyniki badań nad meteorytem, który spadł przed trzynastoma tysiącami lat w okolicach Antarktydy. Wewnątrz niego odkryto pozostałości po żywych komórkach. Pewien polski uczony wypowiada się jednak sceptycznie o tych rewelacjach. Uważa, że nie wiadomo, czy meteoryt pochodzi rzeczywiście z Marsa, czy znalezione skamieliny były kiedyś żywe i czy w ogóle są pozaziemskie. Clinton wykorzystał już to jednak w swojej kampanii wyborczej i zapowiedział dotacje na badania Marsa. We „Wiadomościach Kulturalnych” [czasopiśmie wydawanym w latach 1994-1998 przez Towarzystwo Wydawnicze i Literackie w Warszawie – D.N.] ma felieton Aleksander Małachowski. Zadziwia mnie jasnością ocen. Pisze, że podczas pracy w telewizji otrzymał wiele listów od telewidzów. Aprobowano jego audycję, ale też pojawiały się listy wredne, z wątkami antysemickimi. Te najgorsze zachował w teczce, którą zatytułował Śmierdziele. Krzysztof Teodor Toeplitz zastanawia się z kolei nad powodem powstawania niezliczonych sekt religijnych w Polsce i na świecie. Ciekawy jest też artykuł, w którym autor pisze o tym, co było przed Wielkim Wybuchem i twierdzi, że nie było nic. Nie było Przestrzeni, a więc nie było Czasu. Była Nicość. Czas zaczął się od wybuchu. Produktem wybuchu była gęsta „zupa” cząstek elementarnych – kwarków. Teorię tę potwierdzili uczeni w Genewie, stwarzając sztucznie taką „zupę” w akceleratorze. Od rana przewalały się po niebie ciężkie chmury, odzywały się dalekie grzmoty, a koło południa trochę popadało, co przerwało omłoty zbóż. Teraz, po południu jest śliczna pogoda i zapewne kombajny wyjdą w pole.
28 sierpnia (środa).
Wczoraj nagle przerwano mi wypoczynek, bo zawodził ciągnik. Naprawić próbowali go sami, ale tylko ciągnik rozbabrali. Przykręciłem pompę, wtryskiwacze, wymieniłem filtry i ciągnik pojechał do roboty.
1 września (niedziela).
Na który dzień tygodnia przypadł 1 września 1939 roku? Tego nigdzie nie mogę się dowiedzieć [Był to piątek – D.N.]. Nawet książka Jerzego Putramenta Wrzesień, która te wydarzenia przedstawia, a którą już do połowy przeczytałem, nie podaje dnia tygodnia. Nie jest to książka ciekawa. Została zabarwiona na czerwono tak silnie, że stała się ciężkostrawna. Wczoraj znów przywiozłem grzyby. Ktoś powiedział, że wszystkie grzyby są jadalne, ale niektóre tylko jeden raz.
6 września (piątek).
Prawdziwa jesień za oknem. Już od dawna siedzę w domu. Nie wiem, czy traktory się nie psują, czy sami naprawiają. Niech sobie radzą. I tak niebawem idę do szpitala, a potem długo będę zdrowiał.
22 września (niedziela).
Dzisiaj gminne władze, a my razem z nimi, obchodzimy kolejną rocznicę zrzutu broni dla tutejszej Armii Krajowej (1943). Uroczystości mają się odbyć koło świątka, gdzie akowcy składali przysięgę. Premier Cimoszewicz zwolnił ministra Buchacza. Larum podnieśli ludowcy z PSL-u, że krzywda im się dzieje. Niektóre gazety podają, że trzeba było przerwać działania tego pana, gdyż wchodził w kontakty z prywatnymi biznesmenami. Jednym z nich był właściciel banku w Poznaniu – Bykowski. Bankier ten doprowadził swój interes do ruiny, a minister wykupił ponad 60% akcji i w ten sposób bank upaństwowił. Bykowski był przy tym kumplem Buchacza i doradcą. Co to za doradca, skoro swój bank doprowadził do ruiny, a poza tym radził Buchaczowi, by przelał kilkaset milionów dolarów do banku na Ukrainie. Na szczęście, premier przerwał to szastanie pieniędzmi.
23 września (poniedziałek).
Nieszczęścia i złe wiadomości spadają na człowieka jak grom z jasnego nieba. I właśnie tak na mojego brata Stefana spadła żałoba. W nocy podczas snu zmarła mu żona Janina. Przeżył niesamowity szok. Pogrzeb będzie w środę w Owińskach. Zostanie pochowana w grobie swojej matki. Takie miała życzenie, kiedy śmierć uważała za coś odległego. Miała 52 lata. W tym samym mieszkaniu, również we śnie, zmarła moja matka.
27 września (piątek).
W środę pochowaliśmy Jankę. Sąsiedzi z Ługowin przyjechali autobusem. My pojechaliśmy „maluchem”, zabierając po drodze synową Elżbietę. Było dużo ludzi. Z Zielonej Góry przyjechała siostra Władzia z synem Marianem i córka Ania z mężem. Była siostra Zosia z Poznania i siostra Leosia ze Swarzędza.
10 października (czwartek).
I już jestem w domu. Szpital, w którym byłem od 1 do 8 października, aż nadto mnie zniechęcił. Nie mogłem znieść atmosfery przepełnionej cierpieniem moim i innych. Operację zrobiono mi już drugiego dnia pobytu, po czym w półśnie pozostawałem do następnego dnia, kiedy to lekarz kazał mi koniecznie wstać dla mojego dobra. Wtedy pierwszy raz w życiu miałem z tym problem. Każdy ruch sprawiał mi ogromny ból. Teraz jest już lepiej. W sobotę mają mi wyjąć szwy.
13 października (niedziela).
Był Janusz z dziećmi, była jego żona Ewa, a także ich znajomy ksiądz katolicki. Nocowali w Czerwonaku u koleżanki Ewy, która spełniła ich lokalowe wymagania. Co tu dużo mówić, atmosfera była dobra, jakby się nic nie stało. Janusz znów ma Ewę tylko dla siebie, a przy tym Ewa jest w ciąży. Różnie o tym wszystkim można myśleć, ale niech to zostanie we mnie na zawsze. Wczorajszą sobotę będę wspominał jako niezwykle radosną. Oto listonosz przyniósł mi przesyłkę, a w niej trzy książeczki dla dzieci mojego autorstwa pt. Powiedzcie mi dzieci. I jak to pięknie wydano, na drogim papierze, z pięknymi ilustracjami Wiktora Chrzanowskiego [Wybór i opracowanie D. Niewiadomski, publikacja STL w serii „Twórcy ludowi – dzieciom”, Lublin 1996, ss. 16 – D.N.]. Jako wierszówkę proponują mi 50 egzemplarzy wspomnianej książeczki.
14 października (poniedziałek).
Odbyłem dzisiaj długą wycieczkę rowerem. Odwiedziłem groby bliskich w Czerlejnie, a potem nazrywałem owoców dzikiej róży przy polnej drodze. Dzikiej róży nazrywałem z myślą o herbacie na przeziębienie. Pogodę mamy śliczną, słoneczną.
24 października (czwartek).
Pogoda nadal dopisuje. Dzisiaj sejm odrzucił weto senatu i uchwalił liberalizację ustawy aborcyjnej. Wczoraj odbyła się przed sejmem demonstracja przeciwników aborcji. Demonstrują przeważnie starsze panie i starsi panowie, którym nie grozi niechciana ciąża. Aborcja dla kobiety jest czymś okropnym! O tym trzeba pamiętać. Ale za aborcję odpowiada rząd, który nie stworzył rodzinie godnych warunków bytu. Demonstranci, o to walczcie!
25 października (piątek).
Otrzymałem dzisiaj przesyłkę z Lublina, a w niej 50 egzemplarzy mojego tomiku z wierszami ula dzieci. Otrzymałem też „Twórczość Ludową” (1996, nr 3), w której jest mój wiersz poświęcony bratu Stefanowi, protokół jury z konkursu Pocka i zdjęcie z wręczania dyplomów na scenie w Kazimierza.
3 listopada (niedziela).
Wczoraj byliśmy u Antoniego Brukwickiego – mojego kolegi z lat dzieciństwa i młodości. Zaprosił nas, kiedy spotkaliśmy się w dniu Wszystkich Świętych na cmentarzu w Czerlejnie. Wspomnieniom nie było końca. Obejrzałem stare fotografie. Przypomniałem sobie ludzi już zmarłych: nauczyciela Dolnego oraz Wojciechowskiego, Brońskiego, Kamińskiego i wielu innych.
4 listopada (poniedziałek).
Dzisiaj byłem w Poznaniu u pani A. Wojciechowskiej – przewodniczącej Rady Programowej Oddziału Wielkopolskiego STL. Przyszedł też pan Toroński – dyrektor muzeum na Grobli i ułożyliśmy program działalności naszego oddziału w przyszłym roku. Mamy m.in. dokonać aktualizacji stanu osobowego oddziału, przygotować zjazd oddziału, stworzyć bank danych o twórcach i folklorze wielkopolskim, wznowić działalność punktu konsultacyjnego w Centrum Kultury Zamek, organizować konkursy na sztukę amatorską, popularyzować twórców ludowych w „Wielkopolskich Zeszytach Folkloru”, kontynuować wideotekę folkloru wielkopolskiego, tj. zająć się nowymi tematami (kultura ludowa Pałuk, twórca instrumentów – Andrzej Mendlewski) i upowszechniać filmy już nagrane (dudziarze wielkopolscy, instrumenty ze zbiorów Tadeusza Tondona, Staszakowie z Brudzewa, garncarstwo).
7 listopada (czwartek).
Jelcyn jest już po operacji serca. Wszczepiono mu pięć tętnic doprowadzających krew, tzw. by-passów. Lekarze liczą, że za pół roku może grać w tenisa i wrócić do pracy. Rokują mu też do 15 lat normalnego życia, co po trzech zawałach graniczy z cudem.
13 listopada (środa).
Kiedy w listopadzie kret ryje, // w styczniu komar wpada w bryję. Wierząc przysłowiom można być pewnym, że zimy nie będzie. Tym bardziej, że górale mówią jeszcze: Nie ma jarzębiny, nie ma zimy. Najlepiej, żeby było normalnie, w miarę śniegu i mrozu. Anomalie źle wpływają na uprawy. W tym roku długa zima i lodowa pokrywa na polach zniszczyła plantacje rzepaku w całej Polsce.
28 listopada (czwartek).
Wczoraj skończyłem naprawę „malucha” i dzisiaj wypoczywam. Wypoczynek mój polega na pisaniu. Opisuję moje życie i wioskę. Konkretnie zająłem się rokiem 1953, kiedy powróciłem z kursu brygadzistów traktorowych w Lubiążu. Tam podczas nauki zastała mnie wiadomość o śmierci Stalina. Wczoraj była u nas sąsiadka i powiedziała, że jej córka urodziła siódme dziecko. Ksiądz zażądał za chrzest 500 tysięcy (50 nowych złotych). Powiedziała, że mąż nie ma pracy, a ona nie ma takich pieniędzy, dlatego prosi o pismo do księdza w Gułtowach, to tam ochrzci dziecko. Wtedy ksiądz zażądał za pismo 250 tysięcy (25 nowych złotych). Córka sąsiadki nie dała nic i zapytała naszego księdza proboszcza, czy ochrzci dziecko za darmo. No i nasz proboszcz zachował się jak prawdziwy duszpasterz – ochrzcił dziecko.
10 grudnia (wtorek).
Nieczęsto Polak lub Polka otrzymują Nagrodę Nobla, dlatego warto to odnotować. Właśnie oglądam w telewizji uroczystość wręczenia w Sztokholmie Nagrody Nobla Wisławie Szymborskiej. To nagroda w dziedzinie literatury. Nasza noblistka jest słabego zdrowia. Odwołała wiele spotkań. Dzisiaj na ekranie sprawia wrażenie zdrowej, ale w wieku 73 lat mówić o zdrowiu, to szydzić z przemijania.
15 grudnia (niedziela).
Rzadko piszę z dwu powodów. Od tygodnia pracuję, a od miesiąca piszę wspomnienia jako odrębną całość. Zaniedbałem nawet poezję, co sprawia, że dręczy mnie sumienie, gdyż w poezji jestem mocniejszy niż w prozie. Piszę wspomnienia nie tyle z myślą o publikacji, co dla rodziny. To powinna być księga rodzinna. Nie znam głębokich dziejów rodziny matki, a tym bardziej ojca, który bardzo wcześnie zmarł (1944) i nie przekazał wiele o sobie, zatem piszę to, co znam. Grudzień niezbyt mrozi. Rano było tylko -3 stopnie, a już zapowiadają odwilż. Jutro znowu jadę do pracy, a we wtorek do Poznania, gdzie mamy posiedzenie Rady Programowej i Zarządu Oddziału Wielkopolskiego STL.
22 grudnia (niedziela).
Nie mam starych kalendarzy, dlatego nie wiem, którym dniem tygodnia był 22 grudnia 1935 roku, kiedy przyszedłem na świat o godz. 6.30 [Niedziela – D.N.]. Pochmurno dzisiaj i cicho. Tylko 6 stopni mrozu. Wczoraj rozpoczęła się astronomiczna zima, jak dotąd łaskawa, bezśnieżna. Ale z drugiej strony śnieg potrzebny jest oziminom. Zbliżają się święta. Kolędy stworzą nastrój nie tylko świąteczny, ale i refleksyjny. Które to już święta w moim życiu? Ile jeszcze ich będzie? Ale dopóki co, odrzucam sentymenty. Jutro znów jadę do roboty. W Wigilię też pracuję. W pierwsze święto jedziemy do Poznania na ślub cywilny mojego chrześniaka Sławka.
26 grudnia (czwartek).
Zima początkowo nieśmiała, umacnia się krok po kroku. Byliśmy wczoraj w Poznaniu na ślubie Sławka i Beaty. Wszystko poszło składnie. Wypiło się co nieco i zjadło nad miarę, ale żadnych dolegliwości nie odczuwam. Skąpe ostatnio są moje zapiski. Kilka przedświątecznych dni spędziłem na mrozie, dlatego po powrocie nie miałem chęci do pisania. Warsztat w D. jest na miarę małych ciągników, duże trzeba więc naprawiać poza warsztatem. W Wigilię duży ciągnik skończyłem i teraz warunki pracy zdecydowanie mi się poprawią.
28 grudnia (sobota).
Rok ten na ogół chłodny i deszczowy kończy się srogimi mrozami, sięgającymi w Suwałkach i Białymstoku 30 stopni. A u nas dzisiaj rano było -17. Szczęście, że siedzę w ciepłym mieszkaniu i zimę oglądam przez okno. W Polsce zamarzło już ośmiu ludzi, z reguły po alkoholu.
29 grudnia (niedziela).
Mój termometr wskazał rano -16 stopni. Zamarzło już dziewięć osób. W Bieszczadach mróz sięgnął 37 stopni, co jest rekordem Polski tej zimy, a przecież dopiero się zaczęła. Może to już ostatni zapis tego roku. Jakoś nie mam chęci do pisania. Jak co roku jesienią i zimą wpadam w psychiczny dołek. Siła złego na jednego. Hej!