Zastałem piękny świat. Dzienniki 1991 – 2000

Od Autora

Są prawdy obiegowe, których rodowód nikomu nie jest znany. Żyją własnym życiem, a wartość ich jest powszechnie uznawana. Jedna z prawd obiegowych mówi, że jeżeli nie wiesz od czego zacząć, zacznij od początku. I tej prawdzie daję wiarę.
Debiutowałem w „Zielonym Sztandarze” w styczniu 1975 roku wierszem Śpiew mój. Potem były dalsze publikacje we wspomnianej gazecie. Ponadto moje wiersze nadano w Polskim Radiu. Sukces, gdyż tak to przyjąłem, rozpalił we mnie pragnienie kolejnych publikacji. Żyłem w niezwykle twórczym podnieceniu. Gdy znajdowałem się w takim stanie ducha, na początku 1977 roku „Tygodnik Kulturalny” powiadomił czytelników o konkursie Jeden miesiąc mojego życia. Wiadomość ta była dla mnie wyzwaniem. Ogarnęło mnie przemożne pragnienie uczestniczenia w konkursie.
W moim życiu zawodowym wiele się działo. Nie mogłem przemóc swojej bezsilności, kiedy coś chciałem ulepszyć bądź poprawić. Ten konkurs spadł mi więc jak z nieba. W nim widziałem szansę na zmianę mojej sytuacji. Organizatorzy umożliwili dowolny wybór miesiąca. Postanowiłem, że miesiącem mojego życia będzie luty tamtego roku. I tak się stało. Mojej pracy i mojemu życiu rodzinnemu poświęcałem w zasadzie cały czas, ale mimo to uporałem się z postawionym sobie zadaniem. To był duży wysiłek. Miesiąc minął jednak jak z bicza strzelił. Przepisałem całość na maszynie i posłałem do redakcji „Tygodnika Kulturalnego”, mieszczącej się w Warszawie przy ulicy Grzybowskiej.
Upływały miesiące. Coraz mniej myślałem o posłanej pracy. Żyłem poezją. Aż tu 15 stycznia 1978 roku nadszedł list z „Tygodnika Kulturalnego”, w którym znalazły się m.in. słowa: „Szanowny Panie! Miło nam powiadomić, że Pana praca nadesłana na konkurs Jeden miesiąc mojego życia, opatrzona godłem Jawor, otrzymała II nagrodę […]. Z poważaniem. Sekretarz jury W. Jankowerny”.
Bardzo mocno to przeżyłem. Nie wierzyłem swoim oczom. Ja, człowiek dołów, robotnik pegeerów, otrzymuję nagrodę. Może się pomylili. Kilka razy czytałem i przecierałem oczy. I nagle pomyślałem sobie, co ja najlepszego zrobiłem. Przecież wyskoczyłem przed szereg. I żałowałem swego czynu. Może ktoś poczuć się urażony tym, co napisałem. Może zazdrościć. Ale stało się. Trzeba to udźwignąć, poradzić sobie.
Pierwszą nagrodę zdobyła praca pani, która podpisała ją godłem „Uparta”. Oprócz mnie drugą nagrodę otrzymała pani kryjąca się pod godłem „Grypa”. Spośród trzech nagród trzecich zapamiętałem pracę podpisaną „Diariusz konsyliarza”. Autorem okazał się Jerzy Woy-Wojciechowski z Warszawy.
List stanowił zarazem zaproszenie na uroczystość wręczenia nagród, która miała się odbyć w redakcji „Tygodnika Kulturalnego” dnia 28 stycznia 1978 roku o godz. 12. Pojechaliśmy z żoną. Znaleźliśmy się pośród kilkudziesięciu nieznanych sobie osób. Na początku poznałem zastępcę redaktora naczelnego pisma Wojciecha Jankowernego. Poprosiłem go, aby publikując moją pracę podpisał ją godłem „Jawor”. Obiecał, ale nie był pewien, czy zapamięta. Nagrodę wręczył mi przewodniczący jury – profesor Władysław Markiewicz, a towarzyszył mu Józef Ozga-Michalski. W trakcie wręczania profesor Markiewicz powiedział mi, że on też pochodzi z Wielkopolski. Miło mi to było usłyszeć.
Sukces ten bardzo zaważył na moim dalszym życiu. Częściej chwytałem za pióro. Pisałem głównie wiersze. Do prozy trzeba mieć bowiem odpowiednie predyspozycje, a jeśli się ich nie ma, trzeba nad sobą pracować. To wymaga natomiast czasu i wysiłku. Byłem jeszcze miody i na swój sposób uparty. Myślałem sobie, że skoro napisałem zasługujące na nagrodę dzienniki, to dlaczego nie iść tą ścieżką. To nie było jednak takie proste. Zmagania z oporną materią prozy trwały długo. Czas liczyłem w latach.
W 1985 roku znów zmierzyłem się z dziennikiem, któremu nadałem formę monologu. Prowadziłem go parę lat, ale okazał się mało interesujący. Zrezygnowałem przeto ze zwierzania się ze swoich problemów wirtualnemu odbiorcy. Ważniejsze wydarzenia przepisałem w tradycyjnej formie, a oryginały zniszczyłem. 1 ten tradycyjny sposób pisania prowadzę do dziś.
Fragmenty mojej pracy konkursowej ukazały się w dziesiątym numerze „Tygodnika Kulturalnego” z 5 marca 1978 roku. Z kiosku wykupiłem wszystkie numery. Wiedziałem, że jest w nich mój dziennik, ponieważ na pierwszej stronie w podtytule podano: Czy przegrałem? A przecież moją pracę zakończyłem zdaniem: „Jeśli mnie zwolnią, to przegrałem”. Tekst podpisano moim godłem. Pan Wojciech Jankowerny spełnił moją prośbę.
Wykupiłem wszystkie numery, gdyż nie chciałem rozgłosu, czy ewentualnie ludzkiej uszczypliwości. Ale pomimo to zostałem odkryty. Wprawdzie nie w Gułtowach, lecz wiadomość do Gułtów dotarła. Cóż, daremne okazały się moje zabiegi. Później już nie kryłem tego, że jestem autorem dzienników w „Tygodniku Kulturalnym”.
Kiedy w pegeerach uroczyście obchodzono bodajże 40-lecie swego istnienia, mój zakład pracy posłał je do Poznania. Chodziło o wspomnienia pracowników. Zawarłem przecież w swoich dziennikach fragment historii pegeerów.
Na uroczystościach w Manieczkach, w których również wziąłem udział, pewien dyrektor z władz wojewódzkich, który zapewne moje dzienniki czytał, powiedział do mojego zwierzchnika: „Pokażcie mi swojego wieszcza”. A potem dodał: „Jak pan wytrzymuje z takim człowiekiem?”
To było okropne. Pamiętam to do dziś, a minęło już prawie trzydzieści lat. Zawsze się mówiło, że robotnik myślący jest niebezpieczny. Ten pan to potwierdził!
Powstałe dzienniki to zwierciadło czasów, a przede wszystkim zwierciadło mojego życia i wszystkiego, co mnie otacza. Może ludzie poznają w nich siebie z gorszej strony. Cóż, pisząc niczego nie zmyślam.
Dzisiaj wszakże moje dzienniki piszę oględniej. Rozbudowałem w sobie autocenzurę. Pewnych tematów uchodzących za drażliwe nie poruszam, choć aż proszą się, by je uwiecznić. Nie ulegam! Jednak nigdy nie wiem, czym mogę kogoś urazić. Najlepiej jest, gdy dzienniki wydostają się na światło dzienne po śmierci autora. Smutne to, ale prawdziwe.
Na przekór wszystkim przeciwnościom dzienniki piszę do dziś. A zaczęło się od konkursu Jeden miesiąc mojego życia i otrzymania tam drugiej nagrody.

Kwiecień 2018
Józef Chojnacki