Zastałem piękny świat. Dzienniki 1991 – 2000

Rok 1999

9 stycznia (sobota).
Przeciwko prezydentowi Stanów Zjednoczonych tamtejszy senat wszczął postępowanie w celu odsunięcia go od władzy za krzywoprzysięstwo i coś tam jeszcze. Republikanom chyba to się jednak nie uda, gdyż mają za mało głosów. A ja tak w ogóle to brzydzę się tą sprawą. Dziwię się też, że senatorom amerykańskim sprawia przyjemność grzebanie się w czymś tak śmierdzącym [W 1998 roku stażystka Monica Lewinsky zwierzyła się koleżance, że uprawiała seks oralny z prezydentem Clintonem w Gabinecie Owalnym Białego Domu. Ostatecznie Kongresowi USA nie udało się odwołać Clintona – D.N.]. Odjechał Janusz z rodziną. Odwiedzi nas jeszcze przy końcu stycznia, ponieważ wejdzie w skład delegacji swej firmy na targi budowlane w Poznaniu.

10 stycznia (niedziela).
Przez ostatnie kilkanaście dni mieliśmy ładną aurę. Rolnicy wykonali zaległe jesienne orki, ale od dziś ma przyjść ochłodzenie. W dniu 8 stycznia na trasie Wrocław – Poznań w dziwny sposób zginęło niemal milion dolarów podczas przewożenia z banku do banku. Przepadli też dwaj ochroniarze, a trzej podobno zostali uśpieni. Policja nie wie, co naprawdę się wydarzyło [Firma ochroniarska przewoziła pieniądze należące do Raiffeisen Centrobanku, trzech konwojentów obezwładniono podanym w sałatce warzywnej środkiem usypiającym, dwu pozostałych policja aresztowała po kilku miesiącach w Monachium, pieniędzy nie odzyskano – D.N.].

17 stycznia (niedziela).
Śniegu mało zostało. Zima skapitulowała. Pojaśniał świat. Słońce wyszło zza chmur. Pewnie znów wyjdą ciągniki z pługami do orki. Od początku stycznia jestem zajęty. Nie mam czasu ani pomysłu na napisanie czegokolwiek, a chciałbym 60 wierszy posłać doktorowi Donatowi Niewiadomskiemu do zamieszczenia w moim nowym tomiku. Mam dopiero 50 wierszy, ale niebawem ukończę pewną naprawę, do końca miesiąca posiedzę w domu i coś napiszę.

25 stycznia (poniedziałek).
Kraj przeżywa wielkie, chłopskie niepokoje. Najczęściej tarasuje się drogi. Bodajże w sobotę zabarykadowano przejście graniczne w Świecku. Dzisiaj chłopi zamknęli ruch na głównych szlakach komunikacyjnych. W pobliżu Kostrzyna zatarasowano trasę A2, dlatego przez Gułtowy przejechało mnóstwo wielkich ciężarówek. Rozumiem i popieram zdesperowanych rolników. Pewien rolnik z Karolewa powiedział, że ma 20 tuczników i nie może znaleźć kupca. Oddałby po 200 złotych za sztukę. Tymczasem sprowadza się z zagranicy duże ilości wieprzowiny. Wojewoda katowicki Kempski użył siły przeciwko chłopom. Podobno są ranni i zniszczony sprzęt. Tak wyglądają rządy AWS-u.

27 stycznia (środa).
Rolnicy nie odblokowali trasy A2. Całą noc warczały za naszym oknem samochody, głównie tiry. Przedstawiciele związków zawodowych rolników zebrali się wczoraj w Ministerstwie Rolnictwa na rozmowy, ale ponieważ rząd nie chciał rozmawiać z Lepperem, związkowcy na znak solidarności odstąpili od rozmów. Od strony Wrześni do Kostrzyna przybyła policja z armatkami wodnymi i odblokowała drogę. Ale samochody jeszcze przez Gułtowy jadą. Wczoraj naprawiałem ciągnik w Trzeku. Kiedy wracałem, w Klonach na krzyżówce spotkałem rolników tarasujących drogę. Nie było mowy o przejeździe. Pomyślałem, że zawrócę do Czerlejna, a stamtąd polną drogą do Węgierskiego i dalej koło świątka przez Wysławice do domu. Niestety, po kilku kilometrach droga do Węgierskiego okazała się nieprzejezdna z powodu błota i głębokich kolein. Pojechałem zatem przez Poklatki, Kleszczewo i Markowice do Węgierskiego, i dalej przez las do świątka. Ale i tutaj drogę pokonałby jedynie czołg. Pozostał las, tzn. leśne dukty, którymi dojechałem do leśniczówki, a stamtąd przez Drzązgowo do domu.

29 stycznia (piątek).
Przedwczoraj Mirek miał wypadek samochodowy. Wczoraj z żoną byliśmy u nich. Synowa Ela ma opuchniętą twarz, a Mirek nogę w gipsie. Na szczęście, ominęło ich najgorsze. „Maluch” jest jednak w bardzo złym stanie i czekają na inspektora PZU, który oceni uszkodzenia. Sprawca wypadku był ze Środy. Bez należytej uwagi wyjechał nagle z ulicy podporządkowanej. „Maluch” potrzebny jest Mirkowi do prowadzenia niewielkiej działalności gospodarczej. Nie wiem, jak sobie bez niego poradzi. W nocy okradziono naszych sąsiadów. Włamano się do ich chlewika i łupem złodziei padły wiekowe kury. Do mojego chlewika się nie włamano, chociaż kilka kur mamy. Może wiedzieli, że są starsze od sąsiedzkich.

2 lutego (wtorek).
Święto dzisiaj – Matki Boskiej Gromnicznej. Czytałem w którejś gazecie o przepowiedni Nostradamusa, który przewiduje, że w siódmym miesiącu tego roku rządy obejmie król. Nie doczytałem, czy ten król władzę obejmie nad całym światem, czy tylko w Polsce. W to, że chciałby być królem w Polsce, nie wierzę. Polska jest biedna. Na pewno wybierze inny kraj. Tak czy inaczej, jakieś wielkie wydarzenie ma być w lipcu. A zatem, czekam. Chłopi nadal blokują drogi, chociaż emocje opadły. Rząd uruchomił interwencyjny skup żywca, ale chłopi domagają się wyższej ceny. Z propozycjami pojednawczymi wystąpił pewien biskup. Dzisiaj mają się rozpocząć rozmowy. W niedalekim Łubowie siłą rozpędzono chłopów, którzy blokowali drogę. Strzelano do nich kulami kauczukowymi. Jakiś rolnik na znak protestu podpalił się przed katedrą w Gnieźnie. Nie radzi sobie ten rząd [Jerzego Buzka -D.N.]. Problemy rozwiązuje siłowo. Nie widać końca sporu z anestezjologami, którzy złożyli wypowiedzenia i w tej chwili w szpitalach większość z nich nie pracuje. W radiu mówią, że chłopi zrzeszeni w „Solidarności” rozpoczęli okupację Ministerstwa Rolnictwa.

6 lutego (sobota).
Od wczoraj szaleje wichura. Rano sypnęło śniegiem, ale przed chwilą wyszło słońce. Za chwilę jedziemy do Kołaczkowa na uroczystość czterdziestolecia ślubu brata żony. Rząd rozmawia z chłopskimi związkami. Okazuje się, że można rozmawiać przy stole, a nie na drogach. Kiedy rząd tego się nauczy?

8 lutego (poniedziałek).
Wróciliśmy z Kołaczkowa bez kłopotu. Rodzinę mojego szwagra, a ściślej jego córkę i zięcia, dotknęła nagła strata. Skradziono im audi, które kupili za duże – jak na ich dochody – pieniądze. Rzecz cała wydarzyła się w Bydgoszczy, gdzie pojechali na zakupy. Powiadomili policję i tamtejsze radio podawało komunikaty o kradzieży z numerem telefonu i adresem pokrzywdzonych. I ktoś zadzwonił do nich, że auto mogą odzyskać po opłaceniu haraczu. Zięć szwagra spotkał się ze złodziejem, wręczył mu haracz i zapytał, dlaczego mu to zrobili. Tamten odparł, że to jego praca i kazał mu „spływać”, bo „poczęstuje” go kulką. Samochód miał stać na ulicy w Świeciu, ale go nie było. Chłopak dał się więc okraść dwa razy.

14 lutego (niedziela).
Wałęsa pochwalił się, że pogroził Lepperowi w trakcie rozmowy w kościele św. Brygidy w Gdańsku. I rzeczywiście, przywódca „Samoobrony” się uspokoił. Można powiedzieć, że liże rany. Grożą mu procesy za blokowanie dróg. Mówi się też o odwieszeniu dawnych wyroków. Najwyraźniej Lepper nie pasuje rządowi, który posądza go o konszachty z jakimiś zagranicznymi ośrodkami. Polski parlament upoważnił wczoraj prezydenta do podpisania ustawy o wejściu Polski do NATO. Są to historyczne dni. Siedmiu posłów związanych z „Radiem Maryja” głosowało przeciwko. Czytałem, że znany filozof Kartezjusz napisał w Rozprawie o metodzie, że rozum został naj sprawiedliwiej rozdzielony, ponieważ nikt na jego niedostatek się nie skarży.

21 lutego (niedziela).
Za dwie godziny jedziemy do Swarzędza na imieniny siostry Leosi, a w piątek również do Swarzędza do Mirka i wnuka Pawełka, który kończy pięć lat. Przeczytałem w „Polityce”, że w ustawie o związkach zawodowych znajduje się zapis, iż związki rolnicze mają prawo do protestu, a o jego formie decydują władze związku. Znaczy to, że rolnikom blokującym drogi nie grożą kary, bo czynili wszystko zgodnie z prawem.

27 lutego (sobota).
Wyraźnie się ociepliło. Niewiele zostało śniegu. Kończy się luty, czas siać nawozy. Przeczytałem w „Polityce” fragmenty Pamiętników Paska, podobno z czasów wojny polsko-rosyjskiej. Zwróciłem uwagę na zapis z roku 1658: „A wtym prowadzi tłustego oficera młody wyrostek. Ja mówię: Daj sam, zetnę go; on prosi: Niech go pierwej rozbierę, bo suknie na nim piękne, pokrwawią się. Rozbiera go tedy, aż przyszedł Adamowski, krajczego koronnego towarzysz, Leszczyńskiego, i mówi: Panie bracie, gruby ma kark na Waszmości młodą rękę, zetnę go ja. Targujemy się tedy, kto ma ścinać […]”. Inny Polak – płk wojsk królewskich Józef Budziłło wspomina czas, kiedy nasze wojska oblegano na Kremlu. W pamiętniku Wojna moskiewska pisze o sytuacji przed kapitulacją w listopadzie 1612 roku, kiedy wskutek głodu wśród Polaków dochodziło do licznych przypadków kanibalizmu, nawet wśród bliskich krewnych. Cóż, również tak wyglądały nasze stosunki z Rosją.

4 marca (czwartek).
Wczoraj zacząłem kopać ogródek. Im wcześniej to zrobię, tym lepiej. Mokro jeszcze, ziemia nie rozsypuje się. Dzisiaj znów trochę skopię. W ubiegłym roku zamiast oszczędności swoje wpłacić na książeczkę, kupiłem paręset dolarów. Cena dolarów wzrosła, czyli słusznie przewidywałem, że z naszymi pieniędzmi dzieje się coś złego. Poza tym w styczniu obniżono oprocentowanie wkładów na książeczkach obiegowych. Tak więc nie warto oszczędzać w PKO, a jeżeli już, to raczej w obcej walucie.

6 marca (sobota).
Za „Polityką” opisałem przygodę z tłustym -rzekomo rosyjskim oficerem, jaką miał nasz nieoceniony kronikarz Jan Chryzostom Pasek. Okazuje się, że jest to prawda niezupełna. Z tej też przyczyny wysłałem list do wspomnianej redakcji, w którym napisałem, że jeżeli dobrze rozumiem Paska, to zdarzenie miało miejsce w Danii na dziedzińcu zamku zaraz po jego zdobyciu, do czego znacznie przyczynił się nasz kronikarz. Wcale też nie chodziło o oficera rosyjskiego, ale o szwedzkiego. W zapisach z 1659 roku Pasek podaje ponadto, że poprzedni rok pięknie się skończył wzięciem Koldynka z dobrą sławą. I domyślam się, że o tę miejscowość chodzi [Kolding – miasto portowe w Danii Płd.-Wsch. – D.N.].

9 marca (wtorek).
Wróciła żona z zakupami i przyniosła wiadomość, że nasz proboszcz miał wypadek samochodowy koło Śremu. Nieprzytomny leży w szpitalu. Podobno zderzył się czołowo z „maluchem”. Stało się to, co wielu przewidywało. Od lat ksiądz chorował, miał też kłopoty ze wzrokiem.

12 marca (piątek).
Grzegorza dzisiaj, a wiadomo: Na Grzegorza idzie zima do morza. Po prostu, topi się z rozpaczy. Ważny dzisiaj dzień dla Polski. W USA zostanie podpisany dokument przyjęcia naszego kraju do NATO. Razem z Polską przyjmowane są Czechy i Węgry.

14 marca (niedziela).
Wczoraj wieczorem zmarł w szpitalu nasz proboszcz ks. Marian Dominiczak. Naszym proboszczem był od 1989 roku.

19 marca (piątek).
Wczoraj pochowaliśmy naszego proboszcza. Piękny miał pogrzeb. Uczestniczyło w nim dwóch biskupów i ponad czterdziestu księży. Licznie przybyli parafianie. Czoło pogrzebu było na cmentarzu, a koniec na rynku. Byliśmy z żoną na mszy żałobnej, a potem przy grobie.

21 marca (niedziela).
Nadal zimno, a dzisiaj nawet deszczowo. Wczoraj byliśmy u Zbyszka na imieninach, w piątek Zbyszek z rodziną był u nas. Siedzę w domu już miesiąc i wcale nie tęsknię za pracą. Kopię ogródek, naprawiam samochód, przy którym zawsze jest coś do zrobienia. I tak upływają mi dni. Dużo czytam, nieraz w nocy, czym przeszkadzam żonie. Ale co zrobić, jak spać się nie chce. Nie wiemy, jakiego będziemy mieli proboszcza. W tej chwili żona jest na mszy, może jakąś wiadomość przyniesie.

25 marca (czwartek).
Wczoraj wieczorem NATO zaatakowało Jugosławię [Faktycznie utworzoną w 1992 roku przez Serbię i Czarnogórę – z Kosowem i Wojwodiną – Federacyjną Republikę Jugosławii; wcześniej, w latach 1991-92, od Jugosławii oddzieliła się Słowenia, Chorwacja, Macedonia oraz Bośnia i Hercegowina -D.N.]. Zbombardowano czterdzieści celów. Wiąże się to z konfliktem kosowskim, o czym parę słów napiszę. Kosowo jest regionem gęsto zaludnionym przez Albańczyków. Ludność ta domaga się autonomii, na co Serbowie się nie zgadzają, ponieważ boją się utraty tej prowincji na rzecz sąsiedniej Albanii. Doszło do walk partyzanckich, Serbowie pacyfikowali kosowskie wioski, ginęli ludzie. Przyglądał się temu świat, a rozmowy zachodnich polityków z prezydentem Jugosławii nie przynosiły efektów. Przeciwnie, walki się nasilały. Stąd interwencja NATO. Polska nie bierze udziału w nalotach, bo ma tylko dziewięć samolotów przystosowanych do standardów natowskich. Nie mamy jeszcze proboszcza, bo podobno mało jest powołań i Kościół nie może sprostać potrzebom. Uwierzyłbym w to, gdyby setki polskich księży nie posyłano na misje do Afryki, Ameryki Południowej, na Ukrainę i Białoruś.

26 marca (piątek).
Naloty na Jugosławię trwają. NATO rozgrywa wielki spektakl przed publicznością całego świata. Media informują ze szczegółami o atakowanych fabrykach i składach broni. Papież apeluje o podjęcie negocjacji. Wczoraj przy ciepłej pogodzie wiosennej pojechałem rowerem na groby bliskich do Czerlejna. Wiosna obudziła trawy, niektóre zioła, a także żaby. Jadąc widziałem przy tym w rowach przy szosie dziesiątki butelek, pojemników plastykowych, kartonów, pampersy, obierki i inne śmieci, i myślałem o niechlujstwie Polaków. Ale widziałem też w lesie motyle cytrynki. Wystarczył jeden dzień, może dwa dni ciepła, żeby przyroda dała znać o sobie. Rolnicy wyszli na pola. Bronują, sieją zboże jare, wysypują nawozy,.sadzą ziemniaki. Też je posadziłem.

29 marca (poniedziałek).
W Jugosławii bez zmian. Kosowo opuściło pół miliona Albańczyków. Serbowie mordują wszystko, co się porusza. A oto krótki wierszyk „ludowy” z „Polityki” na tematy rodzime: Usłysz Panie, usłysz, biedoty wołanie // i Balcerowicza zabierz od nas Panie! // Bo tak nam dopiekł i nadal doskwiera, // najpierw zabrał torbę, teraz kij zabiera.

30 marca (wtorek).
NATO nadal bombarduje Jugosławię. Amerykanie ślą nowe samoloty i zwiększają siłę ognia. Prezydent Milośević dąży chyba do zniszczenia swojego kraju. Jego honor jest ważniejszy niż jego ojczyzna. Serbowie rozstrzelali negocjatora albańskiego. Albańczyków wywożą w nieznanym kierunku i nie wiadomo, co z nimi robią.

3 kwietnia (Wielka Sobota).
Równie piękna pogoda jak wcześniej. Słońce złoci sąsiednie domy. Taki ma być cały dzień. Albańczyków już niemal całkowicie wypędzono z Kosowa. Mówi się, że uciekło ich ponad sześćset tysięcy. Koczują pod gołym niebem w Czarnogórze, Macedonii i Albanii. Według mnie same naloty nie powstrzymają tej „czystki”, ponieważ ludzkiej sile trzeba przeciwstawić inną ludzką siłę. A tego NATO nie uczyni, gdyż boi się strat i reakcji własnego społeczeństwa. Tak więc w Kosowie jest gorzej niż przed nalotami. W moim ogródku wzeszła rzodkiewka. I to jest piękne.

17 kwietnia (sobota).
Nieomal całą noc padało. Pada też rano. Po wiosennych siewach deszcz ten jest dobrodziejstwem. Nasz nowy proboszcz wyraźnie przeciążony jest obowiązkami. W drugi dzień świąt zapomniał kluczyka do tabernakulum i podczas mszy trzeba było ten kluczyk przynosić. Nasz ksiądz prowadzi przy tym w „Gazecie Poznańskiej” cykliczny felieton Brodate myśli księdza Edy, gdzie zwierzył się, że trudno mu się rozstać z poprzednią parafią w Brodach i jego myśli wciąż tam uciekają.

27 kwietnia (wtorek).
Przyleciały słowiki, kwitną jabłonie, tarniny, czereśnie i wiśnie. Jednym słowem, wiosenny szał. Nasza regionalna gazeta „Obserwator” opublikowała mój list, w którym piszę, że Gułtowy wydały dwóch wojewodów – Adolfa Bnińskiego i Przecława Grzymalitę. List wydrukowano niestety z nieścisłościami, m.in. Kazimierza Wielkiego nazwano Janem Kazimierzem Wielkim.

2 maja (niedziela).
Już od wielu dni nie ma dla mnie roboty. Może dobrze, że nie ma, bo przeziębiłem się i niedomagam. W piątek napisałem list do Donata Niewiadomskiego z zapytaniem, czy podejmie się opracowania mojego tomiku wierszy. Jak się zgodzi, to do wierszy dołączę opowiadanie Wycieczka do Ługowin. Może pan Donat doprowadzi je do stanu drukowalności. Niespodziewanie przyjechała z Zielonej Góry siostra Władzia z rodziną. Spędziliśmy miłe chwile.

8 maja (sobota).
O bombardowaniu Jugosławii nie piszę, bo jest to oczywiste. Wydarzeniem byłoby, gdyby bombardować przestali. Rano dowiedziałem się z radia, że w Belgradzie zbombardowano ambasadę chińską. W tej chwili wojna nabrała szerszego wymiaru.

9 maja (niedziela).
Odkładam pieniądze na druk tomiku. Tym razem wydam za swoje. Do gminy nie mam odwagi iść.

10 maja (poniedziałek).
Pan Donat odpisał mi, że zgadza się na opracowanie mojego tomiku. Proponuje drukarnię w Lublinie, gdzie nakład w wysokości 300 egzemplarzy kosztowałby 2000 złotych. Cena ta gwarantuje mi tomik wydany komfortowo: laminowany, lakierowany, okładka w trzech kolorach. Wszystko to jest kuszące, ale cena poza zasięgiem.

16 maja (niedziela).
Psia pogoda. Cały tydzień pracowałem, jutro też jadę. Po południu może pojedziemy z Mirkiem na konwalię. Jeszcze nie odpisałem panu Niewiadomskiemu. Sprawa musi się odleżeć i dojrzeć jak ulęgałka. Posłałem wiersze na konkurs Pocka, chociaż nie dotarło do mnie zawiadomienie. O konkursie napisał mi pan Donat, zaznaczając, że szczególnie będą honorowane wiersze o Janie Pawle II. Nie mam takich. Posłałem, jakie miałem pod ręką.

31 maja (poniedziałek).
Wczoraj wieczorem solidnie popadało. Piorun zepsuł transformator i kilka godzin nie było prądu. Posłałem Donatowi Niewiadomskiemu 52 wiersze. Ciekawi mnie, ile odrzuci.

3 czerwca (czwartek).
Pochmurno od rana. Pojechałem rowerem do dąbrowy na grzyby, ale nawet trujących nie było. Zakwitają w zbożach modraki i maki. Kwitnie dziki bez czarny, kłosi się pszenica i pszenżyto. Poruszają się żółte dzwoneczki kwiatów u kłosów, pachną łany zapachem chleba. Nie piszę wiele, czasem tylko sięgam po zeszyt, by jak dziś zapisać swoje wrażenia. Na wiersze nie mam pomysłu. Coś mi mówi, że tomik, nad którym pracuje D. Niewiadomski, a ja z uporem gromadzę pieniądze, będzie moim ostatnim. Mam kłopoty ze zdrowiem, a w pracy się nie oszczędzam. Tak jestem skonstruowany, że nie potrafię siedzieć bezczynnie. Wewnętrzny niepokój muszę w jakiś sposób rozładować. W „Przeglądzie Tygodniowym” przeczytałem artykuł refleksyjny Anny Tatarkiewicz Przyjdź Królestwo Twoje. Autorka, niegdyś żarliwa katoliczka, od dawna wierzy inaczej. Doszła do osobistej formy pante-izmu, tj. wiary w to, że Bogiem jest Wszechświat, czyli siły natury. Według autorki (tak ją rozumiem) chrześcijaństwo było religią ubogich. Przypomina też słowa Chrystusa do bogatego młodzieńca: Idź, sprzedaj wszystko, co masz, i rozdaj ubogim, a będziesz miał skarb w niebie. Potem przyjdź i chodź za Mną! [Mk 10, 17-22; Łk 18, 18-23; Mt 19, 16-22]. Kościół natomiast nie tylko nie wyrzekł się bogactwa, ale stoi po stronie bogaczy, a biednym zaleca pokorne godzenie się z „danym od Boga” losem. To rodzi bunty wśród biednych i tak jest od wieków. Grupy społeczne, którym ogranicza się aspiracje i uniemożliwia godne życie, dążą do władzy, a kiedy ją zdobędą, to zachowują się tak jak młoda władza w Rosji po rewolucji, czy w Polsce po II wojnie. Dochodzi do eskalacji nienawiści. Przestało padać. Żona w kościele, a ja siedzę i piszę, zamiast iść z nią. Za dwa dni przyjedzie papież [87. pielgrzymka Jana Pawła II, VIII do Polski, w dniach 5-17 VI papież odwiedził 20 miast, kanonizował bł. Kingę, beatyfikował 108 męczenników z okresu II wojny światowej, w spotkaniach z nim uczestniczyło ponad 10 milionów Polaków – D.N.]. Co ma nam do powiedzenia? Czy nadal polskie elity będą żyły we wzajemnej nienawiści, rozliczały ludzi z poglądów. Czy o komunizmie będzie mówiło się z pogardą, bo był ustrojem ubogich, a przeciwny Kościołowi. Są to moje pytania do papieża. Każdy Polak jakieś ma.

6 czerwca (niedziela).
Przed chwilą papież zakończył homilię. Nawiązał do Ewangelii św. Mateusza o budowaniu domu na skale. Skałą tą jest nauka Chrystusa, a żywymi „cegłami” wszyscy katolicy. Wystąpienie papieża było krótkie i według mnie dotykało spraw powszechnie znanych z kazań polskich księży. Msza odbyła się w Pelplinie. Wieczorem Jan Paweł II celebrował nabożeństwo czerwcowe w Elblągu. Wystąpienie swoje ograniczył do rozważań religijnych.

12 czerwca (sobota).
Wczoraj Jan Paweł II spotkał się z parlamentarzystami, a przy okazji nie zapomniał o byłych prezydentach -Wałęsie i Jaruzelskim. W ten sposób potwierdził swoją wielkość. Znów mam zajęcie, dlatego nie mogę śledzić wszystkich homilii papieża. Wiem jednak, że wystąpienia mają charakter religijny. Tylko raz powiedział, że przemian w kraju nie można robić kosztem ludzi i że każdy człowiek ma prawo do godnego życia.

13 czerwca (niedziela).
Mierz siłę na zamiary, // Nie zamiar podług sił – pisał Mickiewicz w Pieśni Filaretów. To poetom się zdarza. Papież ma duszę poety i nawet nie musiał uwierzyć Mickiewiczowi, gdy postanowił wyruszyć na tak długą pielgrzymkę do Polski. Wczoraj w siedzibie nuncjusza apostolskiego w Warszawie tak nieszczęśliwie upadł, że przeciął sobie skórę na głowie i musiano mu założyć szwy. W Zamościu, dokąd pod wieczór dojechał, chodził przy pomocy księży. Rodzi się pytanie, dlaczego papieżowi nie odradzono tak uciążliwej pielgrzymki. W Sandomierzu zasłabły od upału setki ludzi. W Supraślu, gdzie mieszka wielu wyznawców prawosławia, nawoływał do zjednoczenia chrześcijan.

15 czerwca (wtorek).
Dzisiaj Jan Paweł II miał odprawić mszę na krakowskich Błoniach. Podobno przyszło półtora miliona ludzi, a papież nie przyjechał. Podano, że ma gorączkę. Są też głosy, że papież jest zmęczony i odpoczywa.

16 czerwca (środa).
Papież już czuje się lepiej i dzisiaj odprawił mszę w Starym Sączu. Nie pojedzie jednak do Armenii, jak to pierwotnie planowano.

17 czerwca (czwartek).
Dzisiaj papież odleciał. Przeżywał to niezwykle, długo się żegnał, jakby chciał przedłużyć chwilę rozstania. A potem samolot zatoczył krąg nad Wadowicami.

20 czerwca (niedziela).
Odjechał papież, życie w kraju wróciło do normalności. Gazety odgrzewają stare zupy i kotlety, bo przecież z czegoś trzeba żyć. Jaruzelski oświadczył, że kiedyś powiedział Ojcu Świętemu: Dziękujmy Bogu za to, że dał nam Gorbaczowa. No proszę, a wszystko przypisuje się Wałęsie, Reaganowi i Janowi Pawłowi II. Do Donata Niewiadomskiego napisałem, żeby mój tomik złożył w Lublinie w Wydawnictwie Polihymnia. Ceny druku u nas są podobne, a w jednej drukarni nawet wyższe. Może zdrowie pozwoli i zapracuję na wydanie tego tomiku. W ogródku warzywa wyrosły nad podziw piękne. Na polach nie gorsze zboża. Plony zapowiadają się obfite. Oby tylko pogoda dopisała. Wczoraj byłem w dąbrowie na grzybach. Przywiozłem.

10 lipca (sobota).
Podobno wierszom moim w konkursie Pocka przyznano I nagrodę. Tak nieoficjalnie usłyszałem. Po odbiór zaproszono mnie na 25 czerwca, ale nie podano o jaką nagrodę chodzi. Nie pojechałem. Donat Niewiadomski powiadomił mnie, że ukończył opracowywanie tomiku i jak tylko przyślę swoje zdjęcie, odda go do Polihymnii.

11 sierpnia (środa).
Dzisiaj obejrzę zaćmienie słońca. Zaćmienie całkowite oglądałem bodajże w 1954 roku, gdy pracowałem w POM-ie w Kostrzynie. Mało piszę. Poezję zaniechałem zupełnie. Czuję się wypalony jak pień starej wierzby. Nie mam celu. Dotąd pisałem dla potrzeb tomiku, lecz kolejnego w moim życiu przecież nie będzie. Cudów nie ma, choć ludzie mówią: Nigdy nie mów nigdy. Może mają rację? Z Zarządu Głównego STL otrzymałem czterysta złotych za I nagrodę w konkursie Pocka. Będzie dla wydawnictwa.

13 sierpnia (piątek).
Piątek i trzynastego – feralnie się złożyło dla przesądnych. Zaćmienie obejrzeliśmy przez chmury, a częściowo przez przydymione szyby. U nas w Wielkopolsce przesłonięte było tylko 80% tarczy. Ale i tak poszarzało, zapaliły się uliczne lampy.

4 września (sobota).
Wydłuża się okres niechęci do pisania i nie ma na to rady. Złożony tomik wyciszył mnie. Utraciłem coś, co było motorem mojego działania. Ustawa lustracyjna, którą uchwaliła prawa strona obecnego sejmu, miała być batem na „komuchów”. Tymczasem stała się kijem samobijem, bo to na prawicy wykryto posłów, którzy współpracowali z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa i brali pieniądze. Jednym z nich okazał się wicepremier i szef MSWiA Janusz Tomaszewski, który właśnie został zdymisjonowany; podobnie jak wcześniej wiceminister obrony. Mamy niezwykły urodzaj myszy tego roku, które upodobały sobie zwłaszcza pietruszkę i marchew. Nie ma grzybów. Przywiozłem dzisiaj zaledwie garść.

11 września (sobota).
Dzisiaj nasza wnuczka Ania wychodzi za mąż. Uroczystość kościelna odbędzie się we Wrześni, a dalsza część weselna w lokalu do tego przystosowanym. Janusz z rodziną przyjechał z Hanoweru po północy. Na granicy zatarasowali mu drogę protestujący kierowcy ciężarówek. Czekał na odblokowanie trzy godziny.

19 września (niedziela).
Po kilku tygodniach suszy spadło trochę deszczu. Dzisiaj uroczystość w Janowie. Mam zaproszenie. To już 56 lat minęło od lotniczej operacji „Riposta”. W księżycową noc z 14 na 15 września 1943 roku aliancki samolot dokonał zrzutu broni i lekarstw dla oddziałów Armii Krajowej Średzkiego Inspektoratu Rejonowego.

26 września (niedziela).
Jest pełnia księżyca, stąd ładna pogoda. Gułtowy już kopią buraki, inne gospodarstwa czekają jednak na odpowiedni sprzęt. Podobno cukrownia ma tylko jeden wysoko wydajny kombajn do zbioru. Przed chwilą wróciłem z ogródka. Boże, jaki dziś urokliwy poranek jesienny. Mgły spowiły wioskę i pola. Krople rosy zdradzają rozwieszone pajęczyny. Wszędzie ich pełno. Woda ocieka z liści wiśni. Nie ma odrobiny wiatru. Jasny punkt słońca ledwo zaznaczył się na niebie. Bezkarnie więc można na słońce patrzeć. Na termometrze ł5 stopni. Taka pogoda sprzyja grzybom. Może jutro pojadę. Poza tym mam bardzo nerwowe dni, ponieważ silnik, który naprawiam, wymaga dużego nakładu pracy, w tym koncentracji i samokontroli. Uważam, że pracodawca zbyt wiele ode mnie wymaga. Przeciąża mnie nieodpowiednio do zarobków. Już tyle razy miałem zamiar rzucić tę pracę, ale nie mogę sobie odmówić dodatkowych zarobków.

1 października (piątek).
Gdy przypatruję się naszej scenie politycznej, to ręce mi opadają. Oto Janusz Pałubicki, pełniący – po zwolnieniu Tomaszewskiego – obowiązki ministra spraw wewnętrznych i administracji, na samym wstępie zwolnił dowódcę GROM- u generała Sławomira Petelickiego, wielce zasłużonego w przeszłości [GROM – powstała w 1990 roku, w reakcji na zagrożenia terrorystyczne, jednostka wojskowa do zadań specjalnych – D.N.]. Po paru dniach Pałubicki przyznał, że został wprowadzony w błąd i niesłusznie generała zwolnił. Tymczasem generał już zdążył powiedzieć mediom, że Pałubicki chodzi w brudnym sweterku i zamknął sobie w ten sposób drogę powrotu. Zwolniono też wiceministra, bo źle wyraził się o Pałubickim. Jak widać ten sweterkowiec ma głębokie korzenie w strukturach „Solidarności”. Ale zdawało się już, że Tomaszewski jest świętą krową, a jednak go ruszono, gdy zażądał rozwiązania rządu. Krzaklewski z ukrycia pociąga za sznurki i… wrogów mu przybywa.

3 października (niedziela).
W „Poezji” z 1974 roku (nr 4) Bogdan Ostromęcki (poeta i eseista) napisał, że jego życie upłynęło na równinie i przez nią zostało ukształtowane. Nie wiem, czy krajobraz ma wpływ na kształtowanie życia, codzienne zajęcia, zwyczaje i obyczaje. Ale jeśli tak, to mogę za Ostromęckim powiedzieć, że równina ukształtowała także moje życie. Od chwili, kiedym zaczął świat rozumieć, to wyobrażałem sobie, że jest on wielką równiną. Właśnie taką, jaką miałem od dzieciństwa przed oczami. Uważałem, że świat został stworzony racjonalnie i góry nie są nikomu potrzebne, więc ich nie ma. Moja równina była w krajobrazie wszechobecna, jedyna, niepowtarzalna, nieogarniona – moja. W niej czułem się swojsko, byłem jej częścią. Jej częścią była moja rodzina i sąsiedzi. Ona dyktowała codzienne zajęcia, tematy do rozmów, była naszym życiem. Moja równina wznosiła się nieco pod lasem. Stąd zrodziło się we mnie przekonanie, że wszystkie równiny pod lasem się wznoszą, a łąki zawsze leżą w nizinach. Moja równina okolona była miedzą. Poza nią był inny, obcy świat, obca równina. Przekroczenie miedzy rodziło we mnie uczucie zagubienia. Przekraczając miedzę czyniłem coś, czego uczynić nie było mi wolno. Nie wiem do dziś, czy mi to ktoś powiedział, czy wynikało to z wewnętrznego, wrodzonego przekonania, czy może z czegoś trudnego do określenia. Moja równina była taka zagadkowa, że ciągle odkrywałem jej nowe tajemnice. Stawało się to wtedy, kiedym coraz bardziej odchodził od domu, kiedym z wiekiem stawał się bardziej samodzielny. W mojej równinie było mnóstwo zwierzyny. Tuż za opłotkami można było spotkać zająca, kuropatwę, jeża. Trochę dalej spotykało się sarny, bażanty. Stodoła była wylęgarnią gołębi. Sowy wołały nocami, a nietoperze polowały w mroku. Taka była moja równina. Czy byłem w niej szczęśliwy? Oczywiście, że tak. Szczęściem było to, że oglądało się świat, miało się rodzinę, że ojciec i matka rozwiewali niepokoje. Czułem opiekę rodziców i rodzeństwa. Dlatego moja równina była przyjazna, przyjaźni byli również koledzy. Każdy dzień przynosił wiele radosnych przeżyć. Czy były smutki? Oczywiście. Ale smutków dziecko nie przeżywa tak jak dorosły człowiek. Nie ma aż tak rozwiniętej wyobraźni. Prędko zapomina przykrości i to też jest w dzieciństwie piękne [Wypowiedź Ostromęckiego i rozważania autora współbrzmią z koncepcją niemieckiego filozofa Johanna G. v. Herdera (XVIII w.) i francuskiej pisarki Annę 168Louise G. de StaeLHolstein (XIX w.), zakładającą determinowanie kultury przez określoną przestrzeń geograficzną, środowisko naturalne, charakterystyczną dla danego obszaru przyrodę, krajobraz i klimat; stąd zaproponowany przez Stael-Holstein podział na Literaturę Południa (kultura śródziemnomorska, tradycja klasyczna) i Północy (romantyzm) – D.N.].

10 października (niedziela).
Żona w kościele, a ja potykam się ze słowami. Chyba od kwietnia nie napisałem wiersza. Czekam na tomik, który będzie moim spełnieniem. Długo to wszystko trwa. W korytarzu zawiesiłem telefon. Słychać sygnał w słuchawce, ale dodzwonić się gdziekolwiek nie można. Mamy nadzieję, że w tym miesiącu uruchomią centralę. W „Twórczości Ludowej” (1999, nr 2) są dwa moje wiersze, zdjęcie i protokół jury z konkursu Pocka. Jurorzy poziom konkursu oceniają krytycznie. Tak jak każdego roku.

13 października (środa).
Nareszcie zbliżyliśmy się do Europy. Dzisiaj zaczął działać nasz telefon. Syn Zbyszek ostrzegł nas, aby zbyt mocno nie ciągnąć za słuchawkę, bo przewrócimy słupy telefoniczne. Żona chętnie gdzieś dzwoni. Zwykle takie są początki, później to spowszednieje. Wróciłem do poezji, ale znów praca mnie oddaliła. Napisał do mnie Donat Niewiadomski, że tomik już opracowany. Będzie miał 62 strony. Już coś tam robią z nim w drukarni. Napisałem, żeby okładka była koloru zielonego lub żółtego.

24 października (niedziela).
Wczoraj był u nas Janusz z Ewą, Dominikiem i Maksymilianem, by pożegnać się z nami. Ewa z dziećmi przez tydzień przebywała w Polsce u brata, a Janusz przyjechał zabrać ich do Niemiec. Jestem w połowie ostatniego tomu Sławy i chwały Jarosława Iwaszkiewicza. Jeszcze nie czas na podsumowanie tego koronnego dzieła pisarza, ale to i owo można napisać. Swego czasu oceniałem Iwaszkiewicza na podstawie drobnych utworów i była to ocena nieprzychylna. Dzisiaj wniósłbym tylko niewielką korektę do poprzednich ocen. Moim zdaniem Iwaszkiewicz jest mistrzem słowa, ale powieść ulokował w sferach, które nie znalazły się w centrum wydarzeń. A więc zawiodła tematyka. Dlatego Sława i chwała nie przyniosła oczekiwanych laurów i – jak na mój gust – jest odrobinę przegadana.

30 października (sobota).
Skończyłem lekturę Sławy i chwały. Dzieło to godne szacunku, lecz nie Nagrody Nobla, czego autor oczekiwał. Książka napisana jak rzadko która, a mimo to pozostawia pewien niedosyt. Autor ciągle umieszcza fabułę na obrzeżach ważnych wydarzeń historycznych (wojna domowa w Hiszpanii, Powstanie Warszawskie). Nie ujawnił też swego stosunku do tych wydarzeń. Zwyczajnie, unikał tego. Zakończenie powieści również jest nijakie, bez epilogu, który by całość związał [Tej wielotomowej powieści Iwaszkiewicz nie ukończył – D.N.]. W sumie, jest to rzecz, do której nie pragnie się powracać.

31 października (niedziela).
W nocy przesunięto, tj. cofnięto czas. Powrócę jeszcze do Sławy i chwały, gdyż coś jeszcze mnie tam zaintrygowało. Oto, autor nader często zachwyca się urodą chłopców. Nie wiem, co o tym myśleć? [Iwaszkiewicz był homoseksualistą – D.N.]. Proboszcz w starych dokumentach znalazł datę poświęcenia naszego kościoła. Podobno dzisiaj mija 250. rocznica tego wydarzenia, czyli poświęcono kościół w 1749 roku.

7 listopada (niedziela).
Jesień tego roku jest niezwykle łaskawa. Tylko dwa razy oszroniła krajobraz. Od wtorku zapowiadają ochłodzenie i może Marcin tradycyjnie przyjedzie na siwym koniu.

8 listopada (poniedziałek).
Od rana pada deszcz przy 9 stopniach ciepła. Na drzewach niewiele już liści. Jan Paweł II pojechał do Indii [89. pielgrzymka – Indie i Gruzja, 5-9 listopada – D.N.]. Pielgrzymka przebiega bez incydentów, chociaż wcześniej rozlegały się głosy protestów. Rano papież odleciał do Gruzji.

11 listopada (czwartek).
Święto Niepodległości. Na dworze lekko przymroziło, ale słońce wspina się na niebo. Zapowiada się piękny dzień. W Gruzji papież zmienił program pielgrzymki ze względu na zdrowie.

13 listopada (sobota).
Przeczytałem artykuł w „Polityce” pt. Nie ruszajcie mitu, traktujący o „kłopotliwych” wykopaliskach biblijnych. Jak się okazuje, archeolodzy nie dowierzają Biblii. Uważają, że Izrael nigdy nie znalazł się w egipskiej niewoli, że Jerycho było miastem nieobwarowanym, a więc jego mury nie mogły runąć na dźwięk trąb oraz że królestwo Dawida i Salomona to legenda dostosowana do potrzeb teologii. O królestwie Izraela nie znaleziono żadnej wzmianki w egipskich papirusach. Wspomina się jedynie obcych pasterzy, którzy wędrowali ze swoimi trzodami na pastwiska w delcie Nilu. Ponadto nie znaleziono śladów wędrówki Mojżesza ze swym ludem przez pustynię. Nie ustalono położenia ani istnienia góry Synaj, na której Bóg przekazał Mojżeszowi tablice z Dekalogiem. W jaskiniach Qumran nad Morzem Martwym znaleziono rękopisy, w których jest zapis, jakoby Jezus miał starsze rodzeństwo. Rękopisy znajdują się w Izraelu, ale długo nie udostępniano ich światu, aby nie burzyć mitu o Maryi Dziewicy. Po udostępnieniu teksty te nie wzbudziły podobno większego zainteresowania [Rękopisy odnaleziono w ł947 roku w trakcie prac archeologicznych. Znajdowały się w grotach, przechowywane w kamionkowych stągwiach. Zawierają zapisy Biblii i teksty właściwe esseńczykom -hermetycznej, rozłamowej grupy judaistycznej – D.N.]. To tyle z artykułu zamieszczonego w „Polityce”.

15 listopada (poniedziałek).
Dzisiaj pada pierwszy śnieg tej jesieni. Turcję znowu nawiedziło trzęsienie ziemi, już trzeci raz tego roku. Zginęło czterysta osób, dwa tysiące jest rannych. Poprzednie trzęsienie było bardziej tragiczne. Zginęło wtedy 17 tysięcy Turków. Niespokojna ta nasza planeta. Ziemia trzęsie się też na Tajwanie.

21 listopada (niedziela).
Śnieg przykrył ziemię. Napiszę o tym, co spotkało młodą dziewczynę z Gułtów. Otóż, pracowała w Poznaniu w jakimś banku. Raz do kasy podszedł pewien młodzieniec, przyłożył jej do głowy pistolet i zażądał wszystkich pieniędzy. W drzwiach asekurowało go dwóch kumpli w kominiarkach. Dziewczyna oddała, co tylko w kasie było, tzn. 300 tysięcy złotych, po czym złodzieje się ulotnili. Napad zgłoszono na policję. Po pewnym czasie dziewczynę wezwano do komisariatu. Za szybą stało kilku mężczyzn. Poproszono, by wskazała tego, co przyłożył jej pistolet do głowy. Zrobiła to bez zastanowienia, ponieważ napastnik nie miał kominiarki. Odtąd zaczęła się jej gehenna, otrzymywała telefony z pogróżkami. Adwokat ostrzegał, by odwołała zeznania, bo złodziej ma bogatych rodziców. Policja natomiast domagała się podtrzymania zeznań. Przerażona dziewczyna zrezygnowała z pracy. Taka jest nasza rzeczywistość.

28 listopada (niedziela).
Wczoraj założono nam nowe okna. Trzeba jeszcze założyć żaluzje. Odkładamy to na później, bo wytraciliśmy się na okna. Kosztowało nas to 4000 złotych.

2 grudnia (czwartek).
Nie ma zimy. W nocy padał deszcz. Rano jest 6 stopni ciepła. Wieje dość silny wiatr, a mądrzy od pogody zapowiadają nadejście prawdziwej zimy. Koalicja rządząca manipuluje przy podatkach. Dla firm obniżyła je o 4% i tę zmianę prezydent podpisał, natomiast dla zakładów prywatnych i dla osób uzyskujących wysokie dochody prezydent nie zgodził się na obniżkę podatków. Wieszają teraz na nim psy. Balcerowicz straszył odejściem z rządu, czego jednak nie zrobił i nadal jest ministrem finansów. Ustawa, której prezydent nie podpisał, była głupia. Zakładała chociażby, że rodziny wielodzietne mają sobie jakiś procent odpisywać od podatków. A co mają sobie odpisywać ci najbiedniejsi albo bezrobotni wielodzietni, którzy wcale podatków nie płacą.

5 grudnia (niedziela).
Według uczonych amerykańskich 3 grudnia miała na Marsie wylądować sonda kosmiczna. Dotąd jednak nie mają od niej sygnału. Wygląda na to, że eksperyment się nie udał. Silny wiatr ucichł. Padające drzewa zabiły w Polsce kilku ludzi, a kilkunastu jest rannych.

6 grudnia (poniedziałek).
Otrzymałem dzisiaj piękną przesyłkę z Lublina, a w niej dwieście egzemplarzy mojego tomiku Białe kule dni. Czy okładka robi wrażenie? Tak, podoba mi się. Miała być żółta albo zielona. Jest zielona, więc wszystko się zgadza.

12 grudnia (niedziela).
Od paru dni nie ma mrozu. W piątek założono nam żaluzje. Sporo kosztowało. I to jeszcze nie koniec wydatków w tym miesiącu. Przed nami gwiazdka. Trzeba kupić dzieciom prezenty, ugościć całą rodzinę w pierwszy dzień świąt, a potem jeszcze Nowy Rok i nowe wydatki.

13 grudnia (poniedziałek).
Mirka i Elę dotknęła żałoba. Zmarł Kaziu – ojciec Eli. Kaziu w tym roku przeszedł dwie operacje, po których czuł się niezbyt dobrze. Dzisiaj rano niespodziewanie nastąpił zgon.

26 grudnia (niedziela).
Wczoraj padał deszcz ze śniegiem, a dzisiaj jest słonecznie. Napisałem list do Donata Niewiadomskiego i załączyłem cztery swoje tomiki. Pan Donat przysłał mi wcześniej swoją książkę Orka i siew. O ludowych wyobrażeniach agrarnych (Wyd. Polihymnia, Lublin 1999). Nie chcę się wypowiadać o jej treści, ponieważ podjęta tematyka przerasta moją wiedzę. Powiem tylko, że książka została napisana niezwykle pięknym językiem. W rodzinnym gronie spędziliśmy wczorajszy dzień. Przyjechał Mirek z rodziną i teściową, a także Zbyszek z rodziną i Ania z mężem.

30 grudnia (czwartek).
Wczoraj wieczorem zmarł Jerzy Waldorff- publicysta, pisarz, krytyk muzyczny. Wielka postać polskich mediów. Z przyjemnością czytałem w „Polityce” jego zadziorne felietony. Odszedł niezwykle barwny człowiek. Kończy się pracowity dla mnie rok. Czy był mi przyjazny? Ot, taki sobie. W sumie, w życiu moim zapisał się pozytywnie, ponieważ wydałem tomik Białe kule dni i uzyskałem I nagrodę w konkursie Pocka. Poza tym napracowałem się solidnie, co zapisuję po stronie minusowej. Już czas mi bowiem odpocząć. Sił coraz mniej, coraz więcej dolegliwości. Ale jesteśmy w dołku finansowym. Radio do „malucha” kupuję już kilka lat i jakoś nie starcza pieniędzy. A przecież fortuny na to nie trzeba. Pesymistycznie kończę tegoroczne zapiski. To prawda, lecz w moim życiu coraz więcej bezbarwnych dni. Do zobaczenia w nowym roku!