Rok 2000
8 stycznia (sobota).
Wczoraj byli u nas redaktorzy regionalnej gazety „Obserwator”. Przeprowadzili z nami długą rozmowę do artykułu, który ma się w tej gazecie ukazać. Nie lubię, kiedy o mnie piszą, gdyż często przekręcają moje słowa. Dzisiaj natomiast byliśmy z żoną w Kostrzynie na zaproszenie Wielkopolskiego Katolickiego Towarzystwa Uniwersytetów Ludowych. Na to opłatkowe spotkanie przybyło dwu księży, dyrektorzy szkół oraz wielu kursantów tego uniwersytetu. Powiedziałem kilka wierszy z ostatniego mojego tomiku, kilka tomików także sprzedałem.
9 stycznia (niedziela).
Psia pogoda. W nocy padał deszcz. Jest niesamowicie mokro i pochmurno. Wczoraj chciałem kupić radio do „malucha”, ale ceny mnie odrzuciły.
15 stycznia (sobota).
Wczoraj byłem w Kostrzynie na spotkaniu z poznańskim poetą Ryszardem Daneckim. Kupiłem jego książkę i poprosiłem o dedykację. A kiedy podałem swoje imię i nazwisko, powiedział, że ja przecież również piszę. Odparłem, że zdarza mi się i że jestem uczniem Leonarda Turkowskiego. Okazało się, że panowie się przyjaźnili. Na tym spotkaniu znowu wypadło mi wygłosić kilka swoich wierszy. Powiedziałem ponadto kilka słów o pisaniu w ogóle. Przybył tam także parający się piórem ksiądz Piotr Dobak z Siedlca. Mam jego zbiorek poetycki Więcej nic (Lublin 1996). Drobna rzecz, ale w treści dość bogata. W „Przeglądzie”, który wyłonił się z „Przeglądu Tygodniowego”, zamieszczono wywiad z literatem Andrzejem Szczypiorskim. Powiada, że polski rolnik był od dawna przyzwyczajony do tego, że władza ludowa podejmuje go pod nogi i prosi, by łaskawie wyhodował kilka prosiaków. A potem władza je od niego kupowała. Gdy z kolei zawiózł zboże do elewatora, to czekano tam na niego z pieniędzmi. Dzisiaj natomiast słyszy w elewatorze, że nie chcą jego zboża. W rzeźni słyszy, że nie chcą jego świń i niech sam sobie szuka kupca. Państwo, do którego rolnik się przyzwyczaił, już nie istnieje. I rolnik nie chce takiej wolności. Uważa, że dziś jest bardziej zniewolony. A jeszcze bardziej do tamtego państwa przyzwyczajony był robotnik. Przez lata miał komfort, że jak tupnął nogą, to sekretarz zlatywał ze stanowiska. Dlatego uważał, że to on stanowi klasę rządzącą. Szczypiorski sądzi również, że „Solidarność” powstała, by wymusić na partii ustępstwa na rzecz demokracji i ludzi pracy, a nie, by sama wzięła się za rządzenie. Tyle Szczypiorski, który nigdy nie uchyla się od prawdy. Nadal pracuję. Przede mną jeszcze tydzień roboty, a ja się przeziębiłem. Grypa szaleje w Europie. Od żony, która właśnie wróciła z kościoła, dowiaduję się, że na rzecz Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Owsiaka zebrano w Gułtowach osiemset złotych. Ogłosił to proboszcz.
22 stycznia (sobota).
Dzisiaj chcę napisać o pewnym wyczynie naszego premiera Buzka. Otóż, srebrny medal „Eureka 99” wręczył pewnemu radiestecie za piramidę szczęścia, czym wprawił w zdumienie całą myślącą nieco Polskę.
3 lutego (czwartek).
Od soboty siedzę w domu, wypoczywam, piszę na maszynie. Już przepisałem dzienniki z ubiegłego roku. Teraz sięgam po poezję. Nie mam jeszcze wypłaty za wykonaną pracę. Obiecali przywieźć, a tutaj już czwartek i pieniędzy nie widać. Roman Polański przyjechał do Polski w celu nakręcenia filmu o pianiście i kompozytorze Władysławie Szpilmanie, który wielokrotnie podczas II wojny uniknął śmierci [Film Pianista powstał w 2002 roku – D.N.]. Szpilman był pochodzenia żydowskiego, uciekł z warszawskiego getta, przeżył dzięki Polakom i niemieckiemu oficerowi Hosenfeldowi. Już przed wojną występował w Polskim Radiu. Skomponował wiele piosenek z lat mojej młodości, m.in. Czerwony autobus, Pójdę na Stare Miasto, Piosenka mariensztacka, W małym kinie, Tych lat nie odda nikt.
6 lutego (niedziela).
Spędzając sporo nocy bezsennie myślałem o niewielkiej społeczności ługowińskiej. Tworzyła ta społeczność, a zapewne i inne, m.in. własne słownictwo. Gdy któraś z moich sióstr odbierała słomę od młocarni, wszyscy jej współczuli. Praca była tam ciężka, a poza tym to miejsce miało niechlubną nazwę -s…ka. Oprócz słomy i krzyżoku młocarnia wyrzucała w tym miejscu ogromne ilości kurzu, który zupełnie przesłaniał otoczenie. Krzyżok to wydalane przez podsiewacz i wytrząsacze puste kłosy i drobne ułomki słomy. Najczęściej ze słomą podawano go na wasztę, czyli warstwę słomy bądź zboża układaną w sąsieku. Stóg na polu stawiał wasztownik. Do wasztowania włodarz brał co roku tego samego, najczęściej starszego mężczyznę, co gwarantowało proste stogi. Bywało, że krzyżok odnoszono oddzielnie i używano zimą jako paszy dla bydła albo – jak w Ługowinach – wykorzystywano do nakrywania lodu bądź przeznaczano na ściółkę. W Ługowinach lód wyławiano w najtęższe mrozy, składowano w zagłębieniu ziemi, po czym przykrywano krzyż okiem i plewami. Latem lód ten służył do schładzania mleka w oborze oraz do chłodzenia żywności w dziedzicowej kuchni. Z braku lodówek tak bowiem zabezpieczano żywność. Może w innych majątkach tego nie robiono, lecz w Ługowinach Niemiec wiele zwyczajów niemieckich wcielał w życie. Nie tylko zresztą w kuchni, ale też w oborze oraz w produkcji rolnej. Pod s…kę włodarz kierował z reguły ludzi mało rozgarniętych i tych, których nie lubił, którzy mu się potrafili sprzeciwić. Była to swego rodzaju kara, a jednych i drugich mu nie brakowało.
13 lutego (niedziela).
Prawie wiosennie na dworze. Przez rzadkie chmury prześwieca słońce, termometr stoi na trzech stopniach ciepła. Nie można na ten miesiąc narzekać, nie dokuczył nam mrozami. Podobno wiele opowieści o kanibalizmie wśród prymitywnych plemion było przesadzonych. Niemniej, twierdzi się, że od prapoczątków człowiek zjadał człowieka, głównie z powodów religijnych lub z głodu. Niektóre kultury do dziś to zachowały, przeważnie w sposób symboliczny. Jeden autor w „Polityce” podaje, iż zdaniem pewnych uczonych u podstaw każdej ofiary religijnej kryje się pełen symboliki kanibalizm. Przywołano też w związku z tym w „Polityce” encyklikę papieża Pawła VI Mysterium fidei z 1965 roku, która mówi o cudownym przemienieniu się całości substancji chleba w ciało i całości substancji wina w krew, a zatem zgodnie z tym przekonaniem eucharystia nie jest obrządkiem czysto symbolicznym [Encyklika dotyczyła doktryny i kultu eucharystii, a w „Polityce” najwyraźniej została wykorzystana instrumentalnie do porównania z kanibalizmem-D.N.].
20 lutego (niedziela).
Jerzy Waldorff z wielką swobodą wyrażał swoje myśli. Miesiąc przed śmiercią zdążył jeszcze powiedzieć, że gdy widzi tyle zła na świecie, zaczyna wątpić w istnienie Boga.
24 lutego (czwartek).
Już rozpoczęto wysiew nawozów na oziminy. Pogoda sprzyja. Nocami ziemię ścinają przymrozki, dnie są w miarę ciepłe i chwilami słoneczne. Od zachodu nadciągają jednak chmury deszczowe. Już dzisiaj wieczorem padało.
26 lutego (sobota).
Pogorszyły się, nie najlepsze zresztą, nasze stosunki z Rosją. A to z powodu demonstracji przed rosyjskim konsulatem w Poznaniu. Kilku chłopaków z organizacji Wolny Kaukaz sforsowało płot, zdjęli rosyjską flagę i powiesili czeczeńską. Wczoraj przed polską ambasadą w Moskwie odbyły się z kolei demonstracje Rosjan. Budynek ambasady obrzucono jajkami. Podobne demonstracje miały też miejsce przed polskim konsulatem w Petersburgu. Mój stosunek do tych wydarzeń jest zdecydowanie negatywny.
5 marca (niedziela).
Niespodziewanie powróciła zima, ale bardziej przemawia śnieżną urodą niż mrozem. Nie sprzyja mi zdrowie. Chyba trzeba mi poszukać dobrego doktora. W „Polityce” przeczytałem felieton Stommy o ucieczce Polaków do Rumunii w 1939 roku. Autor napisał, że Rumuni codziennie dożywiali Polaków, raczyli ich darmowymi obiadami. Tymczasem Rumunów, którzy dziś żebrzą w Polsce, dowozi się do granicy i usuwa z kraju. Tak odpłaca im się za to, co dla Polaków kiedyś zrobili. Przypomina też Stomma, że w 1968 roku Rumunia odmówiła Breżniewowi udziału w napadzie wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację.
12 marca (niedziela).
Nocny przymrozek osuszył ziemię. Słońce w pełnej krasie wspina się na niebo. Nadal stronię od poezji. Wygasł we mnie dawny zapał. Dzienniki też piszę rzadko i bez zacięcia, które towarzyszyło mi dawniej. Nic na to nie poradzę. Mam jednak nadzieję, że powrócę do dawnej żarliwości. Wena lubi powracać.
15 marca (środa).
W Warszawie obrońcy zwierząt wypuścili z klatek w cyrku tygrysy bengalskie. Dwa zapędzono za ogrodzenie, a trzeci chciał w pełni skorzystać z wolności. Zawiadomiono weterynarza, aby go uśpił. Wezwano też policję. Kiedy zaś tygrys zaatakował weterynarza, policjant strzelił do zwierzęcia. Trafił jednak w człowieka, zabijając go na miejscu. Mówi o tym cała Polska. Do wypuszczenia tygrysów w ramach akcji „Wolność dla zwierząt” przyznała się Polska Liga Ochrony Zwierząt. Sprawą zajęła się prokuratura.
18 marca (sobota).
Pogoda nie sprzyja rolnikom. Na pola nie można wjechać. Po ostatnich opadach ziemia jest tak napita wodą, że traktory dosłownie toną. Jutro Józefa. Przyjedzie rodzina. Posiedzimy, pogadamy, co nieco zjemy, a może też wypijemy.
19 marca (niedziela).
Czytam książkę Podróż do źródeł czasu – kubańskiego pisarza Alejo Carpentiera [Przedstawiciel realizmu magicznego w literaturze iberoamerykańskiej – D.N.]. Autor ma dziwny sposób narracji. Wystrzega się dialogów. Czy to dobrze? Styl ten jest nużący, monotonny, dobry do poduszki. Sam zresztą czytam tę powieść najczęściej w nocy, kiedy nie mogę spać. Oczywiście, niczego nie ujmuję autorowi. Przeciwnie, jest to literatura na wysokim poziomie. Pisarz wykazuje się m.in. znajomością muzyki, czym zdradza swoje pierwotne fascynacje.
21 marca (wtorek).
Jan Paweł II rozpoczął wczoraj pielgrzymkę do Ziemi Świętej. W tej chwili trwa transmisja z Izraela. Jordański samolot z papieżem ląduje w Tel Awiwie. Ortodoksyjni Żydzi nieprzychylni są tej wizycie. Policję postawiono w stan najwyższej gotowości. Po powitaniu przez izraelskiego prezydenta Ojciec Święty uda się helikopterem do Jerozolimy.
26 marca (niedziela).
Oglądam w telewizji pożegnanie papieża na lotnisku w Tel Awiwie. Dzisiaj zakończył swoją długą pielgrzymkę do Ziemi Świętej. Papieża żegnają izraelscy dostojnicy i hierarchowie różnych religii, głównie zresztą chrześcijańscy [Była to 91. pielgrzymka papieża, odbyta w dniach 20-26 marca do Jordanii i Izraela – D.N.].
28 marca (wtorek).
Andrzej Wajda dostał Oskara za całokształt twórczości filmowej. Po podziękowaniach nawiązał do przystąpienia Polski do struktur obronnych Zachodu. Moim zdaniem nie było to potrzebne, gdyż odbiegało od tematu i upolityczniło imprezę. Ale Wajda taki jest. Chce zawsze mieć coś do powiedzenia. Wyznał, że myśli po polsku, a to oznacza myślenie o polityce, którą media karmią nas do przesytu.
29 marca (środa).
Za oknem chłodna niepogoda. Siąpi drobny deszcz. Przeczytałem w jakiejś książce, że cisza jest jednym z elementów muzyki. Nigdy dotąd nie zwróciłem na to uwagi, ale gdy głębiej pomyślę, przyznaję autorowi rację. Aż nadto uwielbiam polną ciszę, przetykaną raz po raz szeptem polnego wiatru. Ten szept na jej podłożu można nazwać muzyką natury. I ta muzyka od zarania towarzyszy mojemu życiu. Jest zawsze przy mnie. W niej rodziły się moje przemyślenia. Z niej czerpałem siłę do życia, w niej można się doszukiwać rodowodu wielu moich wierszy.
4 kwietnia (wtorek).
Odebraliśmy wyniki badań żony. Są gorsze niż te sprzed dwóch tygodni. W domu żałoba. Żałoba w nas. Lekarz dał żonie skierowanie do szpitala. Jesteśmy przygnębieni. Co tu więcej pisać?
5 kwietnia (środa).
Dzisiaj w gminie sporządziliśmy testament. Czyż to nie świadczy, jak poważnie traktujemy chorobę żony?
6 kwietnia (czwartek).
Odwieźliśmy z Elą i Mirkiem żonę do szpitala przy ulicy Piątkowskiej w Poznaniu. Dzwoniła już, zrobiono jej badania. Zadowolona jest z opieki, jaką otacza się tam chorych. To mnie cieszy.
9 kwietnia (niedziela).
Janusz z córką Natalią odjechali przed chwilą do Hanoweru. Natalia nie rozstaje się z zeszytem, w którym spisuje swoje codzienne przeżycia i troski. Robi to od dość dawna. Postępuje podobnie jak ja.
16 kwietnia (niedziela).
Brzydki, mokry poranek, dziesięć stopni ciepła. Żona na własne żądanie wróciła do domu. W tej chwili jest w kościele. Czy wypisując się ze szpitala zrobiła dobrze? Nie sądzę! W tej chwili nie bierze lekarstw.
21 kwietnia (piątek).
Żona nadal jest w domu. Byliśmy u lekarza w Kostrzynie, który zapisał jej lekarstwa. Jakby się nieco poprawiło. W drugi dzień świąt przyjedzie Janusz z rodziną. Tradycyjnie spotkamy się wszyscy u nas. W D. pracownicy spodziewali się trochę pieniędzy na święta. Zwykle dzierżawca nieco dawał. W tym roku daremnie jednak czekali. Kiedy dzisiaj jeden z nich spytał, czy zajączek przyniesie coś na święta, kierownik odpowiedział, że wszystkie zające myśliwi wystrzelali, a ktoś jeszcze dodał, że zajączek zdechł. Po chłodnej wiośnie przyszły upały. Od kilku dni temperatury nie schodzą poniżej dwudziestu stopni. Rośliny w mig nadgoniły straty. W ogródku wschodzi rzodkiewka i marchew. Rosną ziemniaki. Kwitnie odwiedzany przez trzmiele i pszczoły agrest. Kwitnie porzeczka czerwona i czereśnia. Książka Para Lagerkvista Zło (Poznań 1986), złożona z trzech utworów prozatorskich, pozwoliła mi poznać tego wciąż mało znanego u nas szwedzkiego pisarza, który w 1951 roku otrzymał literacką Nagrodę Nobla. Pierwszy utwór w tym wydaniu – Kat pochodzi z 1933 roku. To ciekawie napisana opowieść, przypominająca mi wydarzenia w Niemczech po dojściu Hitlera do władzy. Drugi tekst Karzeł z 1944 roku uważam za rzecz chybioną. W trzeciej, wyrastającej ponad przeciętność opowieści Mariamne (1967), w postaci Heroda widzę radzieckiego tyrana Stalina. Tak te utwory odebrałem, a jako czytelnik mam prawo do własnej oceny.
23 kwietnia (niedziela, Wielkanoc).
Niebo nadal zsyła nam prześliczną pogodę. Zakwitły grusze, przekwitły brzoskwinie i morele. Przymrozków od dawna nie ma, a zatem drzewa powinny obficie owocować. Wczoraj pojechałem pierwszy raz tej wiosny na bory i lasy. W krzewach przy drodze polnej odkryłem cieszące się wiosną słowiki.
24 kwietnia (Poniedziałek Wielkanocny).
Na dworze upał -w południe mamy 29 stopni. Dzieciaki tak gorliwie podtrzymują dyngusową tradycję, że doprowadziły do zwarcia instalacji elektrycznej i wiele mieszkań nie miało prądu przez kilka godzin.
30 kwietnia (niedziela).
Wydłuża się okres upałów. Posiana kukurydza nie wschodzi. Nie ma w ziemi wilgoci. Rolnicy mówią, że jeszcze kilka dni takich upałów, a trzeba będzie ponownie wychodzić z siewami. Przekwitły tarniny, grusze, wiśnie. Wysychają truskawki. Wczoraj jeździłem do lasu po konwalię. Przywiozłem trochę. Szkoda niszczyć te piękne kwiaty. Kłosi się żyto, kłosi. // Anioł motylem się unosi – dawno, dawno temu to napisałem, ale nigdzie nie opublikowałem. Czas przygotować mi coś na konkurs Pocka, lecz mam tylko wiersze z ubiegłego roku. Według mnie są słabe. Wołam, a głos mój opadł na pole. // Ktoś zamknął echo w stodole. To dalszy ciąg poprzedniego dwuwiersza. Janusz wczoraj odjechał do Niemiec. Przywiózł mi maszynę do pisania z niemiecką klawiaturą. Jutro jadę do Mirka naprawiać „malucha”. Sprzęgło ma poślizg. Wymienię tarczę i wycisk.
2 maja (wtorek).
Pogoda bez zmian – sucho. Wieje południowy wiatr. Dzisiaj posialiśmy fasolę i ogórki. Może wzejdą. Przeczytałem w gazecie, że ten rok (dwutysięczny) jest rokiem wzmożonej aktywności słońca. Może obecne anomalie pogodowe są skutkiem tej aktywności. Osypują się kwiaty z kasztanów, a kasztany zwykle kwitły, gdy młodzież przystępowała do matur, czyli około połowy maja.
5 maja (piątek).
Właśnie dziś ma być koniec świata. Wysokie fale morskie zaleją lądy wskutek przesunięcia się biegunów. Wybuchną wulkany, w ciągu doby Wyspy Brytyjskie pokryją się lodem. Nastąpi to, gdyż sześć planet, a także Słońce i Księżyc, ustawi się w idealnej linii prostej. Ten stan utrzyma się do 16 maja. Ma to wyglądać tak: Saturn, Jowisz, Mars, Wenus i Merkury z jednej strony Słońca, a z drugiej Ziemia ze swym satelitą Księżycem. Jest godzina siódma – na dworze spokój, świeci słońce, domy i drzewa stoją na swoich miejscach. Jedynym objawem rzadkiego układu planet jest nienormalna w tym roku susza. W czasie pobytu w Gnieźnie prezydent Niemiec Johannes Rau podkreślił, że w Europie nie może obowiązywać tylko chrześcijański wymiar człowieka. Według niego potrzebujemy wartości europejskich, które nie są związane z żadną religią, przekonaniami i ideami. Takimi wartościami są tolerancja i wolność wyznania. Książka ks. Kazimierza Śmigla Święty Wojciech Sławnikowic rzuca wiele światła na tę postać. Dowiadujemy się, że jego książęcy ród rywalizował z książęcym rodem Przemyślidów, który sprawował władzę świecką i wymordował rodzinę Wojciecha w Libicach. Wojciech opuścił biskupstwo praskie, ponieważ wierni go nie słuchali. W liście do niego wysłanym na dwór Bolesława Chrobrego napisali, że jest tak wzniosły i tyle razy nimi wzgardził, że go nie chcą. Uważają, że jego świętość kłamliwy wydaje dźwięk. Boją się, że jeśli powróci, to nie dla ich zbawienia, lecz dla ukarania za doznane krzywdy. Chrobry cenił sobie przyjaźń Sławnikowiców. Brat Wojciecha Sobiesław był dowódcą drużyny w jego wojsku, a przyrodni brat Radzim Gaudenty został arcybiskupem gnieźnieńskim. Wojciech przybył do Polski w 966 roku, po czym udał się do Prus, gdzie zginął śmiercią męczeńską 23 kwietnia 997 roku. Chrobry podejmował go jako biskupa misyjnego oraz jako przyjaciela Ottona III. Ksiądz Śmigiel twierdzi, że po tym, jak książę czeski Brzetysław I zabrał ciało Wojciecha do Pragi (1038), to w Gnieźnie może znajdować się tylko część ręki Świętego, którą Chrobry podarował Ottonowi III i która po latach wróciła z Watykanu do Polski [Na początku XII w. w Gnieźnie odnaleziono jeszcze głowę św. Wojciecha i złożono ją w katedrze -D.N.].
11 maja (czwartek).
Wkrótce odwiozę żonę do szpitala. Wyniki ostatnich jej badań są złe. Już kwitnie akacja. Ostatnio trochę się chmurzyło, lecz u nas spadło zaledwie kilka kropel deszczu.
16 maja (wtorek).
Wczoraj odwiozłem żonę do szpitala. Bardzo cierpiała w trakcie badań. Dostała gorączki. Bała się tych badań i miała rację. To rzeczywiście coś okropnego.
17 maja (środa).
Jest godzina piąta rano, mamy 16 stopni ciepła. Słońca jeszcze nie widać, ale rozgorzały wschód wskazuje, że jest już gotowe do wędrówki. Spoglądam na zachód. Hen, daleko, nisko przy ziemi wiszą malowane chmury. Może za chwilę słońce je wysuszy, a może pokażą swą moc i spadnie z nich życiodajny deszcz. W ogródku nie mam wody. Dopływ odcięto ze względów oszczędnościowych.
22 maja (poniedziałek).
Już sporo lat przeżyłem, co pozwala mi zauważyć zmiany w przyrodzie i otaczającym mnie środowisku. Zające można obecnie policzyć na palcach, a kiedyś było ich mnóstwo na polach. To samo można powiedzieć o kuropatwach i bażantach. Od wielu lat daremnie wypatruję popularnej dawniej łasiczki. Psotny był to gryzoń, bo ponoć zagryzał kurczaki, ale przecież żywił się głównie myszami. Łasiczkę można było spotkać w każdym stosie kamieni, w stodołach, czy w chlewni. W marcu 1968 roku spotkałem w przydrożnych zaroślach białego gronostaja. Jeszcze nie zmienił zimowego futerka i wyglądał prześlicznie. Było to jedyne moje spotkanie z tym rzadkim zwierzęciem. Widzę, że jest coraz mniej ptaków. Rzadkością stały się liczne niegdyś sowy, wróble, jaskółki i wrony. Wyginęły nietoperze. Ciche stają się parki i lasy. Świat się zmienia. Szkoda tylko, że te zmiany tak boleśnie dotykają zwierząt i nie oszczędzają człowieka.
27 maja (sobota).
Rozpadało się, niebo nie żartuje, raz po raz błyśnie i zagrzmi. Oby deszczu było jak najwięcej, bo nadal jest susza. Żona nadal w szpitalu. Wczoraj dzwonił Janusz z Hanoweru, jako że był to Dzień Matki. Niestety, mamy nie zastał, życzeń nie złożył.
30 maja (wtorek).
Wczoraj przywiozłem żonę ze szpitala. Lekarze daremnie szukali przyczyn choroby, a w końcu uznali, że wszystko jest w normie. Nie wiem, jak dalej choroba się potoczy. Jeśli z tym nie będzie można żyć, to musimy poszukać lekarza, który z chorobą sobie poradzi. Aleksander Małachowski w „Przeglądzie” daje upust swej radości z powodu kłopotów AWS-u z rządzeniem. Pisze, że z zadowoleniem patrzy, jak Polska pozbywa się głupców. Ubolewa, że stan wojenny „beatyfikował” wszystkich ludzi „Solidarności”. Jego zdaniem, kto „dostał dwa razy pałą” i „posiedział dwa tygodnie w areszcie”, to „rżnął bohatera”. W telewizji nadają dzisiaj drugi odcinek filmu o papieżu Janie Pawle I, który był na Stolicy Apostolskiej tylko 33 dni i niespodziewanie zmarł. Autorzy ukazują papieża jako człowieka skromnego, a zarazem ciężko chorego. Mówią, że krzyż noszony przez biskupów na piersi, on nosił pod sutanną, aby nie podkreślać swej godności kościelnej. Taka skromność powinna wejść do polskiej tradycji.
5 czerwca (poniedziałek).
Petrarka napisał o samotności, że jest święta i najczystsza ze wszystkich rzeczy ludzkich. Nie chce nikogo zwodzić, nie schlebia i nie zmyśla. I mnie też wydaje się, że samotność jest wartościowa, jest formą ucieczki od uwierającej rzeczywistości i poszukiwaniem innej, bardziej przychylnej przestrzeni. Gdy przebywam wśród pól i pośród lasów samotność staje mi się bliższa, okazuje się wręcz balsamem, choć na pewno nie jest moim sposobem życia. Potrzebna jest mi jednak także ze względów twórczych, zrodziła bowiem wiele moich wierszy. Ponadto często szukam samotności, gdyż jestem wtedy sobą, takim jakim chcę być, a nie takim jakim być wypada.
6 czerwca (wtorek).
A teraz przytoczę jedno ze wspomnień mieszkańców Gułtów. Kiedy w 1939 roku robotników hrabiego Bnińskiego powołano do wojska, poszli do biura po pieniądze, ponieważ hrabia od kilku lat im nie płacił. Może zachowywali się arogancko, nie wiem, w każdym razie kasjer powiadomił hrabinę. A ta przyszła z myśliwską strzelbą i ich uspokoiła. Pieniędzy nie dała. Nasz nowy proboszcz Eda Jaworski napisał w „Gazecie Poznańskiej” o księdzu profesorze Tadeuszu Peiku, który ponoć zginął śmiercią męczeńską, gdyż nie chciał pochować na cmentarzu osoby niepraktykującej. Działo się to przed pięćdziesięcioma laty, a księdza pochowano na cmentarzu w Kostrzynie. Mieszkam tu dłużej i o zamordowaniu jakiegoś księdza nie słyszałem [Ks. Peik urodził się w 1891 roku w Rogoźnie, był m.in. proboszczem kostrzyńskim, w 1949 roku odmówił odprawienia pogrzebu członkowi PZPR, za co został aresztowany, a przetrzymywanie w Poznaniu w nieludzkich warunkach doprowadziło do zgonu. Tablica pamiątkowa w kościele Świętych Apostołów Piotra i Pawła w Kostrzynie informuje, że zamęczono go 25 maja 1950 roku – D.N.].
17 czerwca (sobota).
W ubiegłym tygodniu otrzymałem list z Lublina. Okazało się, że wiersze moje zdobyły II nagrodę w konkursie Pocka. Rozpieszczają mnie jurorzy. Poprawiają samopoczucie. Wczoraj na festiwalu w Kazimierzu Dolnym wręczano nagrody. Nie pojechałem. Taka podróż nadwątliłaby moje zdrowie. W D. mam jeszcze dwa dni roboty, a potem dłuższy odpoczynek, chociaż zbliżają się żniwa. Rzepak brązowieje, żyto i pszenżyto też zmienia ją barwę. Wczoraj przywiozłem ziele dziurawca. Dzisiaj nazrywam kwiatu lipy, a jutro ukopię ziemniaków w ogródku i pierwszy raz tego roku będziemy mieli młode ziemniaczki na obiad.
18 czerwca (niedziela).
Pisałem o felietonie naszego proboszcza o księdzu Peiku. Ja pamiętam prawdopodobnie innego kostrzyńskiego księdza. Mówiono, że ma podwójne obywatelstwo – polskie i amerykańskie. Pracownicy POM-u nazywali go – „Amerykanin”. Ksiądz ten często głosił kazania, nie tylko w Kostrzynie. Kiedy raz święcił strażakom sztandar, to podobno powiedział: Gaście strażacy ten ogień, który nas ze Wschodu zalewa. Kiedyś spotkał kobietę w czerwonej chuście i zwrócił jej uwagę, by natychmiast tę chustę zdjęła, a on kupi jej inną, A gdy funkcjonariusz UB zaniósł na zapowiedzi i prosił zarazem o dyskrecję, to ksiądz w niedzielę z ambony i tak podał jego imię i nazwisko. Dodał też, że chodzi o funkcjonariusza UB. Ogromnie nienawidził ubowców i robił wszystko, by im zaszkodzić. Takie opowieści słyszałem, gdy pracowałem w kostrzyńskim POM-ie w latach 1951-1955.
22 czerwca (czwartek, Boże Ciało).
Jest godzina szósta rano. Na zachodzie pojawiły się chmury, ale na wschodnie niebo wyszło nieskalane słońce. Mieszkańcom naszego bloku wypadło przygotować ołtarz przed krzyżem naprzeciwko kościoła. Zanieśliśmy z żoną dywan i stół. Dziesiątki róż trzeba było dobrać wielkością, kolorem i włożyć do wazonów. I tutaj każda z pań miała inne zdanie. Nasłuchałem się wielu pouczających dyskusji i jeszcze raz przekonałem, jak trudno nam uzgodnić w czymkolwiek wspólne stanowisko. W sobotę żona ma imieniny.
27 czerwca (wtorek).
Pogodę mamy bardzo chłodną. Media zajmują się głównie odkryciem genomu człowieka. Podobno jest to wydarzenie większe niż pierwszy lot na księżyc. Tak powiedział profesor Religa. Drugim ważnym wydarzeniem jest ujawnienie przez Watykan trzeciej tajemnicy fatimskiej.
28 czerwca (środa).
Dzisiaj nasza wnuczka Anita, która przebywa u nas na wakacjach, ukończyła 14 lat. Mój Boże, jedna wnuczka Ania odwiedza nas z mężem, druga ukończyła 14 lat, a Natalia w Hanowerze chyba 15 lat sobie liczy. Dorośleją moi najbliżsi. Dzisiaj też dotarła do mnie wiadomość o przyznaniu mi Nagrody im. Oskara Kolberga. Jest to wielkie wyróżnienie. Doprawdy mam prawo się cieszyć. Nagrodę wręczą mi we wrześniu w Przysusze. Pojedziemy z żoną. I jeszcze smutna wiadomość – zmarł ksiądz profesor Józef Tischner. Bliskie mi były jego wypowiedzi, filozofia i obiektywne sądy. Nadal fascynuje mnie rodzimy krajobraz. Z niego wypływa rodowód wielu moich wierszy. Zachwyca mnie jego niepowtarzalne piękno – piękno zrodzone z pracy rodaków Wielkopolan. Podziwiam urodę tej ziemi, szczególnie teraz, w okresie przedżniwnym. Gdy podjadę rowerem do najbliższego wzniesienia, to widzę stamtąd całą okolicę – Gułtowy, Drzązgowo i Nowojewo. Widzę ziemię gęsto okrytą dojrzewającym zbożem. Nie znajdę nigdzie skrawka ugoru. Ziemia rodzi i pyszni się swą urodą. Źdźbła zdradzają obecność wiatru, nawet najmniejszego podmuchu. Patrzę na kołyszące się łany i rośnie we mnie miłość do tej ziemi i do ludzi, którzy oddają jej swoje siły. Rozkołysaną złotą dal stroją kopce tarniny, broszki grusz, wierzb i głogów. Dzikie róże ostrzą na wietrze swe kolce. Ku słońcu wychylają zielone jeszcze owoce. Wypełnia się przedżniwny czas. Dnie już ubożeją, gubią minuty. Niedługo jesień zapuka w ścianę widnokręgu. Nadal chłodno, w granicach 15 stopni. Ma się jednak ocieplić.
1 lipca (sobota).
Pochmurny poranek – 12 stopni. „Przegląd” drukuje wywiad z jezuitą Stanisławem M. Co ja, wiejski prostak, mogę o tym powiedzieć? Wydaje się, że ksiądz ma rację, gdy mówi, że Kościół pracuje metodami doraźnych listów pasterskich. Dowodzi też, iż wybór Polaka na papieża zaciążył negatywnie na polskim Kościele, ponieważ uwolnił go od myślenia. Jedna z pielgrzymek Ojca Świętego dotyczyła przykazań Bożych, a dlaczego – zastanawia się ów jezuita – Kościoła w Polsce nie stać na wyjaśnienie wiernym Dekalogu poprzez kaznodziejstwo, katechezę, odczyty, dyskusje w parafiach czy inicjatywy medialne. Stanisław M. źle ponadto znosi bizantyjskie formy szacunku wobec Ojca Świętego. Z aspektu teologicznego razi go przyklękanie biskupów ordynariuszy przed papieżem, który przecież jest jednym z nich, tyle tylko, że biskupem Rzymu. Jego zdaniem trzeba przywrócić rangę konferencjom poszczególnych episkopatów i biskupom ordynariuszom w diecezjach, bo nie są oni urzędnikami papieża. Słowem, musi nastąpić decentralizacja Kościoła. Krytykuje również pomniki stawiane papieżowi, z których większość to wręcz karykatury Jana Pawła II, jak pomnik na dziedzińcu rezydencji biskupów w Krakowie. To tylko część myśli tego jezuity. Ale gdyby nawet miał on rację, to czy musi być to drukowane w prasie?
5 lipca (środa).
Mamy idealną pogodę dla rolnictwa. Szkoda, że tak późno. Zboża jare już zasychają i ten deszcz jest dla nich obojętny. Potrzebny jest natomiast burakom i kukurydzy. Sąsiad z bloku miał wypadek we Wrześni. Poważnym obrażeniom uległa jego żona. W naszym kościele odprawiono mszę za jej zdrowie. Niestety, zmarła w szpitalu w Poznaniu.
7 lipca (piątek).
Żona poszła na pogrzeb sąsiadki, a ja wróciłem właśnie z pracy i piszę te słowa. W D. ruszyły kombajny. Koszą rzepak. Podobno ładnie sypie. Ja na swój sposób przeżywam ten początek żniw. Naprawiałem bowiem jesienią silnik jednego z kombajnów i boję się, czy czegoś nie przeoczyłem. Rozebrałem go do najdrobniejszej części. Wymieniłem blok silnika, tłoki, tuleje cylindrowe, panewki i korbowód. Nie darowałbym sobie, gdyby sprawił mi zawód.
8 lipca (sobota).
Silnik chodzi. W każdym razie do południa spisywał się dobrze. Potem zaczęło padać i kombajny zjechały z pola.
15 lipca (sobota).
Pogoda niemal jesienna i to już od kilkunastu dni. Lubię takie dni jeszcze ciepłe, a już jesienne, ze skąpym słońcem i szczodrą wilgocią. Lubię rzadkie mgły o poranku i niezwyczajną ciszę rodzącego się dnia. I lubię zapach ogrodów. Wczoraj miał pogrzeb autor popularnych piosenek – Władysław Szpilman. Zmarł też znany pisarz Gustaw Herling-Grudziński. Mieszkał na stałe we Włoszech, w Neapolu, gdzie w czasie wojny trafił z Sybiru z wojskami Andersa. Był więźniem stalinowskich gułagów. Brał udział w walkach o Monte Cassino. Czytam właśnie jego książkę Inny świat, opisującą okres zniewolenia w ZSRR. Podziwiam literackie mistrzostwo autora, chociaż zdaje się, że przedobrzył i książka jest nieco nudna. Wczoraj zaś nasz kochany sejm uchwalił ustawę uwłaszczeniową. Według mnie jest to granat rzucony pod nogi lewicy i Kwaśniewskiego. Wszystkie mieszkania komunalne i spółdzielcze mają przejść na własność lokatorów. Tego nie da się jednak zrobić z mieszkaniami spółdzielczymi, gdyż najpierw własności trzeba pozbawić spółdzielnie, spłacić ich kredyty i dopiero rozdawać.
20 lipca (czwartek).
Byłem dzisiaj na EKG. Nasz lekarz odczytał zapis. Stwierdził, że mam niewielkie zmiany w sercu, które jego zdaniem nie stanowią podstawy do leczenia. Według niego nie powinienem też odczuwać dolegliwości.
23 lipca (niedziela).
Mgła powoli ustępuje. Niedzielny poranek jest pochmurny, cichy i ciepły. Ziemia nasiąkła wodą do granic możliwości. Rolnicy czekają na pogodę. Ani jeden kombajn nie wyjechał w pole, a zboża zmieniają barwę ze złotej na szarą. Minął już termin omłotu. Mirek był z rodziną w Hanowerze u Janusza. Szczęśliwie powrócili we wtorek, natomiast Anita jest na harcerskim obozie w Bieszczadach. Szkoda, że ma tak złą pogodę. Zbyszek z kolei przebywa z rodziną na wczasach w Boszkowie koło Leszna. Czytam książkę Andrzeja Szczypiorskiego Msza za miasto Arras. Nie wiem, dlaczego autor opisuje wycinek dziejów tego miasta z XV wieku. Dlaczego zafascynowały go wydarzenia tak odległe i w tak odległym miejscu. Co się za tym kryje? [Według badaczy historia jest tu kostiumem, służy zbudowaniu metafory totalitaryzmu -D.N.].
29 lipca (sobota).
Za oknem pochmurno i mokro. Dzisiaj ukończono prace w naszej kuchni przy kafelkach. Dzisiaj też przywiozą nam z Kostrzyna nową chłodziarkę i telewizor. Sprzęt ten wzięliśmy na raty. Teraz czytam książkę Szczypiorskiego Czas przeszły, stanowiącą przyczynek do historii nazizmu niemieckiego. Podziwiam precyzję pióra, lecz tylko w pierwszej części książki. Dalej wątek niby konar rozdziela się na wiele gałęzi, co skutkuje zatraceniem ekspresji. Ponadto zaczynam czytać książkę Przybysz z Narbony, zmarłego w 1996 roku w Warszawie w wieku 91 lat Juliana Stryjkowskiego. Tutaj autor powodowany zapewne poczuciem narodowej przynależności opisuje prześladowania gminy żydowskiej przez inkwizycję w XV-wiecznej Hiszpanii. Książkę tę dedykował przy tym powstańcom z getta warszawskiego.
1 sierpnia (wtorek).
W niedzielę nazbierałem w lesie sześć litrów jeżyn. Tyle samo przywiozłem wczoraj. A w wielkiej polityce dzieją się rzeczy dziwne i obrzydliwe. Znaleziono „kwity” na Kwaśniewskiego i Wałęsę. Ktoś chyba manipuluje, by nie dopuścić tych polityków do wyborów. Gdyby tak się stało, szkoda byłoby Kwaśniewskiego. To polityk dużej miary.
12 sierpnia (sobota).
Z Hanoweru przyjechał Janusz z córką Natalią i w mieszkaniu zrobiło się gwarniej.
19 sierpnia (sobota).
Sąd Lustracyjny uznał, że Kwaśniewski i Wałęsa złożyli prawdziwe oświadczenia lustracyjne, co oznacza, że mogą startować w wyborach prezydenckich [Zarzucano im współpracę agenturalną z komunistyczną Służbą Bezpieczeństwa – D.N.]. Kwaśniewski nieco się zdenerwował i oskarżył SB o manipulacje. Wyznał, że nie darzy tej służby zaufaniem.
21 sierpnia (poniedziałek).
Z powodu burzy mieliśmy koszmarną noc. Grad o mało nie wybił nam szyb, ściął liście roślin. Wichura połamała gałęzie topól i wierzb. Są też zniszczenia w ogrodach.
29 sierpnia (wtorek).
Wczoraj otrzymałem z redakcji „Przeglądu” list od naczelnego i książkę K. T. Toeplitza. Wziąłem udział w ankiecie, stąd ta przesyłka. W Warszawie zmarł w wieku 84 lat Wojciech Żukrowski. Odchodzą ludzie sławni, następcy sięgają po sławę. I tak koło się toczy. Żukrowski zaimponował mi opowiadaniami z początków swojej kariery pisarskiej. Późniejsze jego książki mniejsze wywarły na mnie wrażenie. Dziś za złe ma mu się to, że pozostał wierny swoim poglądom.
1 września (piątek).
Chyba taka właśnie jak dziś była pogoda 1 września 1939 roku, kiedy rozpoczęła się wojna. Dorośli, którzy pamiętali ten dzień, pogodę chwalili. Ja miałem niespełna cztery lata i tego nie pamiętam. Mało w radiu mówią o tej rocznicy. Chyba nie chcą drażnić naszych niemieckich sojuszników. W „Polityce” zamieszczono taki wierszyk: Siała baba mak, // Nie wiedziała jak. // Z braku łaku // Zamiast maku // Wyrósł babie Krzak. Chyba Krzaklewski, który w haśle wyborczym ma: Krzak – tak. Kwas – pas.
10 września (niedziela).
W piątek dotarło do mnie zaproszenie na uroczyste wręczenie Nagrody im. Oskara Kolberga. Jedziemy „maluchem”. W piątek też pan Niewiadomski przysłał do mnie pocztówkę z wiadomością, że nie może odnaleźć w Biurze Zarządu Głównego STL moich dzienników. Prosi, żebym przysłał odpisy. Już zrobiłem ksero, ale nie wiem, czy poślę. Treści tam podane z perspektywy czasu wydają się mało ważne. Dzisiejszy poranek jest pochmurny, ale ciepły i bezwietrzny. Odnotuję jeszcze zagubienie się i cudowne odnalezienie polskiego biskupa w Moskwie. Biskup miał w Irkucku poświęcić katedrę. Już wrócił do kraju. Jak się domyślam, nie wypełnił swojej misji. Podobno źle się poczuł i pracownicy lotniska odprowadzili go do hotelu. Cóż, każdemu może zdarzyć się zasłabnięcie [Był to biskup diecezji elbląskiej Andrzej Śliwiński. W 2003 roku spowodował w Elblągu kolizję drogową, po czym Jan Paweł II przyjął jego rezygnację z obowiązków biskupa diecezjalnego – D.N.].
15 września (piątek).
Wczoraj żona wróciła z trzydniowej wycieczki na Mazury. Odwiedzili cudowne miejsca i źródełka. Mam teraz w domu cały litr cudownej wody. Jeszcze nie próbowałem jej skuteczności na sobie. Może ona takim bezbożnikom jak ja nie pomaga? Dzisiaj w Australii zainaugurowano w Sydney letnie igrzyska olimpijskie. Za mojego życia odbywają się po raz drugi w tym kraju. W Paryżu zmarł redaktor „Kultury” Jerzy Giedroyc. Miał 94 lata. Zajęty pracą, rzadko piszę. Ulatują mi z pamięci drobne zdarzenia. Obiecuję sobie, że warto je utrwalić, a potem siadam przy stole i nie wiem o czym pisać. Z moją pamięcią dzieje się coś złego.
19 września (wtorek).
Dzisiaj w nocy ukończyłem książkę Mariana Bielskiego Na linii życia i śmierci. Autor pisze o alianckich konwojach, dzięki którym zależał w dużej mierze los II wojny światowej. Zdradza niezłą znajomość morza i związanych z nim ludzi, ocierających się ciągle o śmierć.
22 września (piątek).
Przeczytałem w „Polityce” o roślinach ulepszonych genetycznie. Dowodzą, że wszelka ingerencja w geny roślin znajduje się pod ścisłym nadzorem. Doświadczenia robi się m.in. w okolicach Poznania. Zakład doświadczalny mieści się zresztą niedaleko Gułtów – w Winnej Górze. Uważam, że transgeny zrewolucjonizują nasze rolnictwo. Przed trzema dniami byłem za parkiem, gdzie rośnie kukurydza. Zdziwiłem się, że każda roślina miała po dwa kaczany zamiast po jednym. Na wyciągnięcie ręki ujrzałem to, przed czym niektórzy się bronią. I nic się nie stało. Kurom zapewne nie zaszkodzi. Każda nowość ma zwolenników i przeciwników. Tak było zawsze. Rzekomo w Polsce nie pozwala się na uprawę GMO. Tymczasem ta kukurydza jest dowodem, że coś dzieje się poza prawem.
23 września (sobota).
Kandydaci na prezydenta i ich sztaby wyborcze robią wszystko, aby pogrążyć konkurenta. Szczególnie wyróżnia się sztab wyborczy Krzaklewskiego. Dzisiaj w telewizji wyemitowano film o wizycie prezydenta na Ukrainie, kiedy to gospodarze ugościli go dobrą wódką, a po niej Kwaśniewski wyraźnie się zataczał [Miało to miejsce w 1999 roku na cmentarzu w Piatichatkach pod Charkowem, gdzie spoczywają polscy oficerowie, zamordowani w 1940 roku przez NKWD – D.N.]. Ale w zanadrzu Krzaklewski miał jeszcze coś. W 1997 roku Kwaśniewski składał wizytę w Kaliszu. Przybył tam ze swym otoczeniem śmigłowcem, a minister stanu, szef Biura Bezpieczeństwa Narodowego – Siwiec, wysiadając, przeżegnał witających. Następnie prezydent zachęcił go, aby ucałował kaliską ziemię, co też Siwiec uczynił. Uznano to za parodiowanie papieża. Siwiec podał się do dymisji. Mam w związku z tym określone zdanie. Otóż, nie wydaje mi się, aby papież miał wyłączne prawo do niektórych gestów. Nikt zresztą z przybyłych śmigłowcem o papieżu nie wspomniał, komu więc są potrzebne tak daleko idące skojarzenia.
25 września (poniedziałek).
Za mną wszystkie trudy podróży. Radość z Nagrody im. Oskara Kolberga mam w sobie i zachowam na resztę moich dni. Z domu wyjechaliśmy „maluchem” po północy 24 września, a do Przysuchy dotarliśmy tuż przed ósmą rano. Przyjechało mnóstwo ludzi, nie tylko laureatów. Wręczano nagrody indywidualne oraz zespołom muzycznym, tanecznym i chórom. Główna impreza odbyła się w tamtejszym domu kultury. Nagrody wręczała przewodnicząca jury z Mazowieckiego Towarzystwa Kultury oraz podsekretarz stanu z Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Niektórzy prezentowali swoją twórczość na scenie. Ja nie wystąpiłem. Nie poproszono mnie, z czego nawet się ucieszyłem, ponieważ przy rozbawionej widowni poezję źle by przyjęto. Jest zbyt poważna. Spotkałem dyrektora Biura Zarządu Głównego STL Andrzeja Ciotę i prezesa zarządu Jana Kuruca. A także redaktor Teresę Łozińską z Polskiego Radia. Miła pani Teresa niebawem mnie odwiedzi i nagra ze mną rozmowę. Mieliśmy koszmarny powrót do domu. Był wielki ruch na drodze i mrok, który jest gorszy od ciemności. Poza tym błądziliśmy w miastach, gdyż zapomniałem zabrać map.
2 października (poniedziałek).
Wczoraj zawitał do nas na obiad Janusz z Ewą i Maksymilianem – najmłodszym ich synem, a moim wnukiem. Janusz podarował mi skórzaną kurtkę, do której dołączono kamizelkę, która mi nadzwyczaj pasuje. A do naszej wsi zawitała przestępczość europejska, a nawet światowa. Trzej młodzieńcy zajęli się rozprowadzaniem narkotyków.
5 października (czwartek).
Nocą i rankiem wioskę otuliła mgła. Pierwszy raz tej jesieni nawiedziła nas tak obficie. Mam już serdecznie dosyć prezydenckiej kampanii wyborczej. Obrzydził nam tę kampanię Krzaklewski wespół z Walendziakiem. Ich kampania jest agresywna i sprowadza się do kompromitowania obecnego prezydenta Kwaśniewskiego.
8 października (niedziela).
Mamy niedzielę wyborczą, ale powiem o piątku, kiedy odwiedziła nas Teresa Łozińska. Nagrała wiele moich wypowiedzi i wierszy. Z wierszy jestem zadowolony, ale wypowiedzi swych wolę nie słuchać. Dzisiaj od szóstej rano słuchałem w radiu „Kiermaszu pod kogutkiem”. Na początku podano mój wiersz Wygnanie, a audycję zakończono moim wierszem Szczęść Boże. W sumie z około godziny nagrania miałem na antenie może dwie minuty.
11 października (środa).
Wypada kilka słów napisać o wyborach prezydenckich. Zwyciężył Aleksander Kwaśniewski (53,9%), drugi był Andrzej Olechowski (17,3%), trzeci dopiero Marian Krzaklewski (15,57%), któremu brakuje osobowości. Nie emanuje od niego powaga godna prezydenta. Nadmiernie demonstruje swą religijność, co nie przystoi prezydentowi, który powinien być prezydentem wszystkich Polaków, także ateistów i agnostyków. Przeczytałem książkę Jana Dobraczyńskiego Doścignięty (1967), dotyczącą odpowiedzialności Niemców za nazistowskie zbrodnie. Jest ona napisana poprawną polszczyzną, ale pod koniec jakby zabrakło pisarzowi oddechu, śpieszy się, skraca fabułę, co czyni ją mniej interesującą. Uważam przy tym, że autor na siłę stara się w swym dziele zawrzeć pewną ideę i to nawet wtedy, gdy nijak ma się to do całości i niczego nie wnosi. Nie sądzę, by ta powieść oparła się przemijaniu.
23 października (poniedziałek).
Wczoraj w „Kiermaszu pod kogutkiem” pani Łozińska nareszcie dopuściła mnie do głosu. Wyemitowano część wywiadu ze mną, recytowałem też swoje wiersze. Wszystko zostało uładzone, dopracowane, aż sam się dziwiłem, że tak ładnie potrafię mówić. Odtąd odnoszę się do siebie z większym szacunkiem. Dzisiaj mój syn Zbyszek kończy 44 lata. Przed wieloma laty miałem w domu jakąś książkę Stanisławy Fleszarowej-Muskat, której mimo najszczerszych chęci przeczytać nie mogłem. Przyznać tutaj muszę, że sposób widzenia świata przez kobiety różni się od postrzegania mężczyzn. Może dlatego właśnie takiego dzieła jak Noce i dnie Marii Dąbrowskiej dotąd nie przeczytałem. Ostatnio żona przyniosła trzy książki autorki Fleszarowej-Muskat. Jedną już przeczytałem i mimo pewnych dłużyzn jestem skłonny zaliczyć ją do w miarę interesujących (Przerwa na życie). Druga wydaje się na siłę rozbudowana, dialogi często niczego do całości nie wnoszą (Wizyta). Trzecią chyba sobie daruję.
25 października (środa).
W „Przeglądzie” zamieszczono wywiad z córką Gałczyńskiego – Kirą. Zarzuca ona Miłoszowi, że pisząc o samobójstwie poety deprecjonował jej ojca. Uważa, że na śmierci Gałczyńskiego starał się „zbić swój interes”. Odnoszę wrażenie, że córka jednak osłania ojca. Zainteresował mnie też w „Przeglądzie” wywiad z senatorem Jerzym Markowskim na temat polskiej energetyki. Zdaniem senatora za bezcen sprzedaje się polskie elektrownie, które wcześniej doprowadzono do technicznej sprawności. I co ciekawe, kupują je głównie Niemcy i Francja – kraje, gdzie elektrownie są własnością państwa i na własność tych państw przechodzą też polskie zakłady. My sprzedajemy, bo żyjemy na kredyt i pieniądze są nam potrzebne do łatania dziur budżetowych.
29 października (niedziela).
Zazwyczaj, kiedy żona jest w kościele, myślę sobie o potędze wiary. O jej wpływie na psychikę człowieka oraz na architekturę i sztukę w ogóle. Chodzi mi także o kościół w naszej wiosce. Estetyką wnętrza przewyższa on inne świątynie, ale z zewnątrz wygląda ubogo. Ciągle się go łata. Ostatnio trwa to już kilka lat i końca nie widać. W Petersburgu widziałem natomiast sobór św. Izaaka Dalmatyńskiego, który powstał na polecenie cara Aleksandra I. Budowano go 40 lat (1818-1858). Oglądałem niesamowite bogactwo wnętrza. Ściany pokryte malachitem. Narodziło się wielkie dzieło sztuki. Obok wznoszonej świątyni powstało osiedle dla rodzin budowniczych – artystów i rzemieślników. Może tylko sobór Wasyla Błogosławionego w Moskwie przy Kremlu mógłby zagrozić urodą tej świątyni [Sobór ten powstał w latach 1555-1561 na polecenie cara Iwana Groźnego, składa się z ośmiu cerkwi, upamiętnia zwycięstwo nad kazańskimi Tatarami – D.N.].
4 listopada (sobota).
Pada. Mgła nad polami i nisko wiszące chmury to oznaki głębokiej jesieni. Nie odnotowałem jeszcze, że 12 sierpnia tego roku doszło do niespotykanej tragedii rosyjskich marynarzy na okręcie podwodnym „Kursk”, który zatonął na Morzu Barentsa. Na tym okręcie z napędem jądrowym utonęło ponad stu marynarzy. Podobno na „Kursku” próbowano nowego rodzaju torpedy, rozwijające ogromną prędkość i doszło do wybuchu. Nurkowie z zatrudnionej firmy norweskiej wydobywają marynarzy. Prasa podaje, że przy kapitanie okrętu znaleziono kartkę zapisaną wodoodpornym ołówkiem, skierowaną do nowo poślubionej żony. Wstrząsające.
6 listopada (poniedziałek).
Wczoraj byliśmy na imieninach synowej Elżbiety w Swarzędzu. Wróciliśmy wieczorem. Syn Mirek ma otrzymać stałą umowę w rozlewni gazu, należącej do brytyjskiej firmy BP.
12 listopada (niedziela).
Dotarło do mnie pismo „Fakty i Mity”. Jest niebywale skrajne. Zamieszczono w nim list pewnej pani, która napisała, że za porzucenie kapłaństwa redaktor naczelny będzie odpowiadał przed Bogiem. Ten natomiast odparł, że kapłaństwa nie porzucił, bo takowego nie ma. Chrystus był ostatnim i najwyższym kapłanem, a my wszyscy jesteśmy braćmi. I tak dalej, nie będę powtarzał. Zmarł Franciszek Z. Miał 83 lata. Ostatnio mieszkał w Poznaniu, ale umrzeć chciał w Gułtowach, gdzie spędził niemal całe swoje życie. Wolę jego spełniono.
23 listopada (czwartek).
Czytam czwarty tom Cichego Donu Szołochowa. Lubię tę książkę. Jest dobrze napisana i jeszcze lepiej przetłumaczona. Są w niej też akcenty polskie. W jednym z tomów autor opisuje, jak to zmobilizowani Kozacy rozładowywali się z wagonów w Polsce, a było to jeszcze za carskich czasów. Kiedy dosiedli koni i wyjechali na drogę bitą, konie parskały i wyraźnie bały się jej, bo nad Donem takich dróg nie było.
24 listopada (piątek).
Wiatr zdrzemnął się gdzieś pod miedzą. Cicho za oknem i jak na koniec listopada ciepło – 5 stopni. Może zaświeci nawet słońce, bo chmury nad nami przejrzyste, od góry złotym blaskiem malowane. Dnia ciągle ubywa, ale już niedługo święta, a po świętach klepsydra się odwróci. Wczoraj odebrałem z naprawy maszynę do pisania, którą sprezentował mi Janusz. Przeróbka na polską klawiaturę kosztowała mnie 55 złotych. Mam teraz dwie sprawne maszyny, zabytkową 0livetti i Consula. Pierwsza jest produkcji włoskiej, drugą przywiezioną z Niemiec wyprodukowali Czesi na licencji Remingtona. Wspominam często moje szczenięce lata, okupację i trudny powojenny czas, długie wieczory spędzane w kuchni, bo tylko tam z braku opału paliło się w piecu. I muszę przyznać, że wspominam okresy jesieni i zim z przykrością. Było nas w domu dziewięcioro. Kuchnia mała, może 16 metrów. Sporo miejsca zajmował w niej piec do wypieku chleba, także piec żelazny do gotowania posiłków, stół i ława. W kuchni stała ponadto beczka z kapustą, a w kącie leżały ziemniaki. Czasami nie było nawet gdzie postawić nogi. Największą troską otaczano w domu wiszącą na ścianie lampę naftową. Wystarczyło przecież tylko trącić nałożony na nią szklany cylinder, a rozsypałby się w kawałeczki. Taki łobuziak jak ja wszystkim zawadzał. Ciągle przepędzano mnie więc z kąta w kąt, nie obywało się też bez kuksańców. Jak ja to znosiłem, nie mogę sobie dzisiaj wyobrazić. W takich warunkach formował się mój charakter. Jeszcze gorzej miał brat Stefan, który urodził się w 1941 roku. Nierzadko swoje upokorzenia odbijałem sobie na nim. W dzieciństwie nie nosiłem trzewików, chociaż ojciec był szewcem. Podstawowym obuwiem w zimie były drewniaki, na które powszechnie mówiono kujony. Drewniaki można było kupić w Kostrzynie, lecz z reguły robiono je we własnym zakresie. Wyrób drewien upodobał sobie zwłaszcza mój brat Marian, który miał szczególne uzdolnienia manualne, a nawet artystyczne. Z pasją oddawał się bowiem również rzeźbie. Drewniaki zakładano na nogi, kiedy mróz ścinał ziemię, a jak długo się tylko dało, chodziłem boso. Niektóre dzieciaki we wsi miały letnie obuwie z drewnianym, łamanym spodem. Spód łączono skórą, a wierzch stanowiło kilka obejmujących stopę parcianych pasków. Gdy przygrzało wiosenne słońce, to już w marcu chodziło się na bosaka. Pomimo zimna chętnie zdejmowaliśmy ciężkie, niewygodne kujony. Chodzenie boso często powodowało jednak rany na nogach. Jedne się goiły, inne wciąż krwawiły, zwłaszcza kiedy latem trzeba było chodzić po ściernisku. Dopowiem jeszcze, że zawsze fascynowały mnie ptaki, którym zazdrościłem podniebnych harców. Raz ojciec przyniósł mi wróbla, lecz niedługo nim się cieszyłem. Wyrwał mi się z rąk, narobił w domu zamieszania i poleciał. Pożytek z niego był tylko taki, że oczyścił wszelkie zakamarki kuchni z pajęczyn. Wszystko to przeszło, nastały inne czasy, bardziej przyjazne dla dzieci i dorosłych. Inne wspomnienia będą miały nasze dzieci i wnuki.
26 listopada (niedziela).
Mokro na dworze, ale ciepło. Nasz proboszcz Eda w „Gazecie Poznańskiej” poruszył ważki problem nienawiści. Potępił antysemityzm i nietolerancję. Trudno mi z jego wywodami się nie zgodzić. A do swego dzieciństwa w nieskończoność mogę powracać. Niezwykle wzruszało i fascynowało mnie odradzające się wiosną życie. Obserwowałem zielone pąki bzu. Jakże pragnąłem mieć bez w ogródku. Podczas okupacji nie było to możliwe, ale po wojnie posadziłem bez przy oknie. Wyrósł wielki, kwitł obficie i ciągle się rozrastał. Z wielkim uczuciem witałem każdą drobinę wiosennej zieleni. Może wynikało to z nienawiści do zimy, kiedy po uprzednim posmarowaniu naftą musiałem ciągle „przypiekać” odmrożone ręce i nogi. Przykładałem też na odmrożone miejsca papkę z pogryzionego grochu. Czy pomagało? Nie wiem. A we mnie rosła tęsknota za słońcem, za ciepłym oddechem wiosny.
7 grudnia (czwartek).
Nic tak nie wpływa na wartość utworu jak jego odchudzanie. Dlatego moje dzienniki z 1991 roku poprawiłem i sporo odrzuciłem. Wiele pracy mnie to kosztowało, lecz tamten rok mam już za sobą. Teraz zabieram się do 1992 roku.
23 grudnia (sobota).
Zaniedbałem aktualne zapiski, ale nie wynika to z lenistwa. Praca nad poprzednimi latami zajęła mi całe krótkie dni. Dzisiaj zaprzysiężono na drugą kadencję Kwaśniewskiego, a wczoraj minęło mi 65 lat.
25 grudnia (poniedziałek).
A jednak, żeby było świątecznie, uroczyście i tradycyjnie, niebo zesłało nam śnieg. U Janusza w Hanowerze śnieg spadł wcześniej. Jest świątecznie. W telewizji dużo kolęd, w pokoju choinka. Każdego roku ta sama, bo plastykowa. Już ją polubiliśmy. W południe przyjadą dzieci. Będzie nas pełen dom. Był taki zwyczaj w mojej rodzinie, że dzieci wieczorny pacierz odmawiały głośno klęcząc przy łóżku. Dla mnie była to katorga. Czułem się wewnętrznie zniewolony, poniżony. Rodził się we mnie niesamowity bunt, tłumiony bezwzględnie, ponieważ w naszym domu każde polecenie matki musiało być spełnione bez szemrania. Na tę moją niechęć duży wpływ miały krytyczne uwagi rodzeństwa, dotyczące złego wymawiania przeze mnie niektórych wyrazów.
30 grudnia (sobota).
Od rana pada śnieg, ale jest raczej ciepło. Wypada podsumować stary rok, kończący dwudziesty wiek. Przerasta to jednak moje siły. Oczywiście mam określone zdanie o wydarzeniach w Polsce i na świecie. Zdanie nie zawsze zgodne ze stanowiskiem mediów. Może kiedyś trochę czasu temu poświęcę.
31 grudnia (niedziela).
Przed chwilą odśnieżyłem schody i ogródek. Syzyfowa praca, znów zasypie. Przemijający rok był ubogi dla mnie w publikacje prasowe. Po wydaniu tomiku Białe kule dni opuściła mnie wena. Coś się spełniło, zabrakło celu. Dopiero pod koniec roku napisałem kilka wierszy, z których jeden podano w radiu. W konkursie im. Jana Pocka moje wiersze zdobyły II nagrodę. Otrzymałem też Nagrodę im. Oskara Kolberga. To wielkie wyróżnienie. Uparcie kontynuuję swoje zapiski. Zdaję sobie sprawę, że coś takiego nabiera z czasem wartości, jeśli tylko ktoś nie użyje tego jako podpałki. Wartościowym wydarzeniem był mój wywiad dla Polskiego Radia. I w ten sposób kończę dwutysięczny rok.