Rok 1991
2 stycznia (środa).
Dzień zapowiada się słoneczny i ciepły. Teraz, rano są trzy stopnie. Zaczął się nowy rok, a ja nie idę do pracy. Ani decyzji z ubezpieczalni, ani żadnego pisma z zakładu pracy. Sytuacja niejasna. Uboższe będą moje tegoroczne zapiski. Uboższe o pracę.
5 stycznia (sobota).
Dzień wydłużył się o 11 minut. Dni mamy pochmurne, niekiedy deszczowe. Wczoraj sejm zaakceptował Jana Krzysztofa Bieleckiego na premiera. Klub Poselski PSL głosował przeciwko, jako że ich zdaniem nowy premier nie ma programu rolnego, a ten według PSL sprowadza się do nisko oprocentowanych kredytów i cen gwarantowanych, czyli byłby to powrót do czasów, które już za nami. Długoterminowe wkłady mają oprocentowanie 60%, trudno więc dawać kredyty niżej oprocentowane przy inflacji sięgającej 60%. Tyle ekonomii. Prezydent Lech Wałęsa powołuje przy sobie coś w rodzaju rady politycznej. Będzie to ciało doradcze. Wydaje mi się, że to mądra decyzja, ale już ma wielu oponentów. Pomawia się prezydenta, że tworzy nowy sejm, że pomniejsza rolę parlamentu. Stan Tymiński przyjechał do Polski. Oczekuje go prokurator w Nowym Sączu, gdyż robi dochodzenie w związku z obrazą byłego premiera Tadeusza Mazowieckiego w czasie kampanii wyborczej. Tymiński jest dobrej myśli. Nie czuje się winny. Na lotnisku sympatycy zgotowali mu hałaśliwe powitanie. W tej chwili nowy premier wygłasza expose. Dużo obiecuje. Za dużo.
8 stycznia (wtorek).
W konflikcie o Kuwejt zbliża się do zbrojnej potyczki. Pogróżki ze strony Amerykanów są aż nadto widoczne i nie wierzę, żeby spuścili z tonu. Nadal nie wiem, jak wygląda sprawa mojej emerytury. Gdyby wniosek odrzucono, już bym wiedział. Odrzuceni mają już bowiem decyzję w ręku, inne po prostu się oblicza. Często nawiedzają mnie smutne myśli. Moje życie, chcę czy nie, wchodzi w ostatni etap. Spoglądam za siebie. Oto przychodzę na świat w maleńkiej wsi Sródce, w rodzinie biednej, w rodzinie komornika. Ojciec pracował w tamtejszym dworze, a więc urodziłem się „pod panem”. Całe życie pracowałem uczciwie. Świadczą o tym wiszące w pokoju odznaczenia: „Przodownik Pracy”, „Zasłużony dla Województwa Poznańskiego”, „Medal 40-lecia PRL”. Miał być jeszcze Złoty Krzyż Zasługi, ale partyjni skreślili mnie jako niepewnego politycznie. Zawsze pracowałem uczciwie i do czego doszedłem? Pieniędzy nie wynosiłem do baru i co z tej uczciwości mam? Nadal żyję „pod panem”. A tak bym chciał mieć kawałek ogródka, własny domek, chlewik, kurnik. A ja nie mam nic… To prawda, mam książki, traciłem na nie pieniądze, ale mam słowa, z których buduję wiersze. I cieszę się, bo one są naprawdę moje. Może są moim bogactwem?
12 stycznia (sobota).
Już tylko trzy dni dzielą od ultimatum Rady Bezpieczeństwa ONZ, nawołującego Irak do wycofania wojsk z Kuwejtu. Cały świat czeka na rozwój wydarzeń. Czy Amerykanie rozpoczną działania wojskowe? Na Litwie zaostrzyła się sytuacja, wojska radzieckie przejęły niektóre budynki państwowe. Są ranni. Wczoraj parlamentarzysta z Litwy przemawiał na posiedzeniu naszego senatu. Tak się wzruszył, że nie mógł mówić. Rząd polski nawołuje radziecki do rozmów. Dodaje, że narody mają prawo do samostanowienia. Trudno wymagać, żeby zrobił coś więcej z wojskami radzieckimi w kraju. Tłum Litwinów uzbrojony w butelki z benzyną i broń myśliwską strzeże w Wilnie budynku parlamentu, wojsko natomiast zablokowało ruch kolejowy. Rosjanie zatrudnieni na Litwie przeszkadzają władzom litewskim, są przeciwni oderwaniu się Litwy od ZSRR. Organizują strajki, manifestacje, dezorganizują życie kraju.
13 stycznia (niedziela).
W nocy wojska sowieckie przypuściły atak na litewską rozgłośnię radiową i telewizyjną. Zdobyły ją, zabijając kilkanaście osób. Parlament Litwy zlecił ministrowi spraw zagranicznych uformowanie rządu na emigracji, gdyby Rosjanie odsunęli od władzy legalny rząd. Radziecki komendant Wilna ogłosił godzinę policyjną. Przerzucono też spadochroniarzy do Estonii. I za co Gorbaczowowi dano Pokojową Nagrodę Nobla? Cieszy natomiast demonstracja w Moskwie, potępiająca interwencję zbrojną na Litwie. A u nas podobno podrożały o 40% alkohole. Niech tam. I tak nie kupuję.
14 stycznia (poniedziałek).
Zginęło 14 Litwinów. Moskiewskie media podają, że Gorbaczow nic nie wiedział o wprowadzeniu wojska do akcji. Marszałek ZSRR Jazów oświadczył, że zdobycie stacji telewizyjnej zapobiegło rozlewowi krwi. Pięknie tego się słucha. W Estonii zabarykadowano ciężarówkami ulice, aby uniemożliwić atak sowieckim czołgom.
17 stycznia (czwartek).
Zaczęła się wojna o Kuwejt. Samoloty alianckie atakują cele na terenie całego Iraku. Wojska lądowe nie walczą. I pomyśleć, że mamy XX wiek, a jeden człowiek swoim uporem uśmierci dziesiątki tysięcy ludzi. Mam na myśli Saddama Husajna. Dziwię się, że naród iracki nie wyzwoli się spod jego rządów. Pilnie słucham radia, bo naprawdę interesuje mnie sytuacja w tamtym rejonie świata i na Litwie. Nadal nie wiem, czy będę emerytem, czy też pójdę do pracy, ponieważ ZUS nie przysyła decyzji.
27 stycznia (niedziela).
Lecą irackie rakiety na Izrael i Arabię Saudyjską. Wojna trwa. Na Łotwie pochowano wczoraj ofiary ataku wojsk radzieckich na tamtejszy Dom Prasy, Radia i Telewizji. Gorbaczow – laureat Pokojowej Nagrody Nobla dni swego rządzenia znaczy trupami. Są głosy różnych organizacji, także polskich, aby pozbawić go tej nagrody. We wtorek (22 stycznia) byliśmy z żoną w Gminnym Ośrodku Kultury w Kostrzynie na wieczorze wspomnień. A wspominano styczeń 1945 roku. Przeczytałem moje opowiadanie Styczeń 1945. W sejmie toczyła się debata o aborcji. Przed sejmem pikiety przeciwników tej ustawy, a także popierających ustawę. Wśród przeciwników dominowały babcie, choć im nie grozi zajście w ciążę.
1 lutego (piątek).
Księżyc podarował nam zimę. W Związku Radzieckim wyszły na ulice patrole wojskowe, wspomagane wozami pancernymi. Już to znamy z wprowadzonego w 1981 roku naszego stanu wojennego. Znowu okradziono nasz sklep. Wojna o Kuwejt trwa.
10 lutego (niedziela).
Bodajże po raz drugi, albo trzeci, czytam Cichy Don Michaiła Szołochowa. To dobra książka. Pokazuje trudne, historyczne dni Rosji. Tylko, na miły Bóg, kiedy on to napisał jako czerwonoarmista i ciągle na koniu. Nawet w Moskwie nie uwierzono i powołano do ustalenia autorstwa komisję [Zdaniem Aleksandra Sołżenicyna rzeczywistym autorem jest zamordowany przez bolszewików kozacki pisarz Fiodor Kriukow, według innej wersji Szołochow zagarnął archiwum Kriukowa i wykorzystał jego pamiętniki; sporu o autorstwo ostatecznie jednak nie rozstrzygnięto -D.N.].
21 lutego (czwartek).
Dzisiaj odbyłem długi spacer. Najpierw drogą zawianą śniegiem, a potem przez pola do nowojewskiego lasu. Sino wokoło. W oddali majaczą tarniny, grusze, topole. Skiby wychylają czarne łby, na których cieszą oczy odrobiny zeszłorocznej zieleni. Słońce ledwo prześwieca przez chmury. Bezkarnie można patrzeć w jego oblicze. Po godzinie marszu, kiedy pot zrosił mi czoło, wychyliło się zza chmury i przygrzało. Świat poweselał, zajarzyły się śniegi, zginęły mgły, powiało wiosną. A Amerykanie nadal bombardują Irak.
22 lutego (piątek).
Nadmiar wolnego czasu powoduje, że zbytnio interesuję się tym, co się dzieje na świecie. Wczoraj na ulicach Poznania pegeery urządziły demonstrację. Wzięły w niej udział ciągniki i maszyny rolnicze. Były też dwa nasze kombajny zbożowe i ciągnik. Pracownikom pegeerów żyje się poniżej średniej krajowej. Brakuje pieniędzy na nawozy, części zamienne, inwestycje. Pegeery wegetują, ale też same nic nie robią, aby tę sytuację poprawić. Nadal dochód wycieka na zbędne etaty, służbowe samochody czy na utrzymanie kombinatów.
24 lutego (niedziela).
Święty Maciej zimę traci albo ją bogaci – mówi stare przysłowie. Przez okno widzę, że w tym roku Maciej zimę stracił. Rano była temperatura dodatnia + 3 stopnie. Rozpoczęła się wojna lądowa o Kuwejt. Nie powiodły się zabiegi mediacyjne Gorbaczowa. Chyba już tydzień nie jeżdżą autobusy. Kierowcy strajkują. Protestują też nauczyciele i był strajk w Ursusie. A górnicy nie tak dawno krzyczeli pod Belwederem: Lechu do nas! Lechu do nas! Lechu obiecałeś. Jeden z nich powiedział, że zarabia miesięcznie 2 900 000 złotych i zapytał, jak ma z tego żyć. Mój Boże, jesteś pełen miłosierdzia i dobroci, bo inaczej ukarałbyś tego bluźniercę. A jak ma żyć mój brat, który ma zaledwie pół miliona renty.
I chciało im się przyjechać ze Śląska pod Belweder, żeby obrażać prezydenta. Jaki prezydent jest, taki jest. Głosowałem na niego i życzę mu dobrze. Bolą mnie jego potknięcia językowe i różne gafy, ale nikt przecież prezydentem się nie rodzi.
28 lutego (czwartek).
Dzisiaj o szóstej naszego czasu całkowitym zwycięstwem aliantów zakończyła się wojna o Kuwejt. Słuchając radia i telewizji można dostać obłędu. Nic innego się nie słyszy, tylko wiadomości o kolejnych strajkach. Cieszę się, że żona nie oflagowała kuchni, ale wszystko przede mną. Tak wróble ćwierkają. Nareszcie jest decyzja o emeryturze. Mam z rodzinnym 1 432 000 złotych. Gdyby nie inflacja, to można za to żyć, ale z miesiąca na miesiąc z powodu inflacji emerytury ubywa.
17 marca (niedziela).
Wiosennieje świat. Wróble zadomowiły się w jaskółczym gnieździe nad moim oknem i całe dnie znoszą budulec. W kwietniu przylecą jaskółki i rozpocznie się walka o gniazdo. Zawsze wygrywają jaskółki. Dnia 14 marca byłem w Poznaniu w Pałacu Kultury. Nareszcie wyszedł album Klubu Literackiego. Skromna broszurka, dwa moje wiersze, zdjęcie. Ostatnio nic nic piszę. Opuściła mnie wena. W Pałacu Kultury kupiłem tomik Stanisława Neumerta Pora odlotów. Jakże bliska jest mi poezja tego autora. Podczas bezsennej nocy rozmyślałem o szczęściu. Dziwne, prawda? Niekiedy wydaje mi się, że jestem szczęśliwy. Powinienem wiedzieć zatem, co to jest szczęście? Bodajże w ubiegłym roku usiadłem na pniu obalonego drzewa w głębi lasu. Kwitła konwalia, czeremcha. Zapach kwiatów i młodej zieleni upajał. Radość rozsiewały śpiewające ptaki. Ziemia parowała po nocnym deszczu. Słońce ukośnie przedzierało się przez zielone korony drzew. I wtedy we mnie rozśpiewało się coś, czego nazwać nie potrafiłem. Zapragnąłem śpiewać z ptakami, zakwitnąć czeremchą, konwalią. Powiedziałem sobie: Jeśli to jest szczęście, to jestem szczęśliwy. Ale za chwilę jakieś wspomnienie zburzyło ten nastrój i szczęście prysło. Byłem też szczęśliwy, kiedy opublikowano mi pierwszy wiersz. Miałem wtedy ze szczęścia łzy w oczach. A zatem szczęście ma różne oblicza, jest ono jak te kwiaty na łące zwanej życiem – wielobarwne, upojne i ulotne.
23 marca (sobota).
Niezła dzisiaj pogoda. Słońce trochę poświeci, to się schowa za chmurę. Zrobiłem wiele kilometrów leśnymi duktami. W gęstwinie pięknie zielenią się krzaki agrestu. Jest to najodważniejszy zwiastun wiosny. Przyleciały też ptaki. W nasłonecznionych zaciszach wychyliła się młoda trawa, a tam gdzie mokro zakwitł podbiał. Podwyższono mi emeryturę o 400 tysięcy złotych. Wydaje się, że to dużo, ale inni dostali więcej. Wałęsa jest w Stanach Zjednoczonych, które podobnie jak kraje zachodnie zafundowały nam redukcję zadłużenia. Znów możemy pożyczać. Czytałem książkę Mieczysława Rakowskiego Jak to się stało. W latach „Solidarności” kręcił się na szczytach władzy, wie sporo i dużo sobie przypisuje. Wielkim sentymentem darzy Jaruzelskiego. Odsłania wiele spraw, m.in. ingerencję Moskwy w sprawy Polski. Tymiński oskarża polską telewizję o zniesławienie. Chodzi o film nakręcony w Kanadzie i wyświetlony podczas kampanii prezydenckiej. Pewnie, że było to świństwo, ale broniono się też przed człowiekiem przypadkowym. Był to krok desperacki ówczesnych władz.
28 marca (czwartek).
W święta jedziemy do rodziny żony aż pod Wołów Śląski. Oni odwiedzili nas w grudniu. Było to pierwsze spotkanie żony z bratem ojca, kuzynem i kuzynką. Rodzina pogubiła się w 1943 roku, uciekając z Kresów przed mordercami z UPA. Żona zgubiła też wtedy rodziców i rodzeństwo. Nie widzieli się prawie 9 lat. Mieszkała z pewną panią aż do dorosłości.
29 kwietnia (poniedziałek).
Przyleciały bociany, a dzisiaj wczesnym rankiem wesoło zaświergotały nad naszym oknem jaskółki. Od wielu dni jest chłodno i kapryśnie. Ciepła oczekuje przyroda i rolnicy. W południe wróciłem z mojej „ścieżki zdrowia”. Pogoda dopisała. Pozieleniały lasy, grusze i czeremchy. O, czeremcho, czeremcho! Skromnie kryjesz się w gęstwinie, a jak agresywnie rozpychasz się zapachem. Jak agresywnie! Jeśli bym powiedział, że słyszałem kukułkę, można mi nie uwierzyć. A słyszałem. Trzykrotnie zakukała i to niedaleko ode mnie. Sięgnąłem do kieszeni, lecz z braku pieniędzy zadzwoniłem kluczami. Zła perspektywa przede mną. Klucze kojarzą się ze Świętym Piotrem. I tylko trzy razy zakukała.
3 maja (piątek).
Wczoraj w Warszawie odprawiono mszę z okazji dwusetnej rocznicy uchwalenia Konstytucji 3 maja. Piękna rocznica. Kiedy maszerowali żołnierze, Wałęsa miał łzy w oczach. Wczoraj biskupi polscy ogłosili, że w sprawie aborcji nie może być referendum. Jakaś niemiecka gazeta napisała, że Polacy nie modlić się powinni, ale zabrać do roboty. Ależ to wielkie odkrycie!
15 maja (środa).
Odbyliśmy z żoną wycieczkę aż do Warszawy. Oczywiście za własne pieniądze. Pojechaliśmy autobusem. Wycieczkę zorganizowały kobiety i one głównie brały w niej udział. Zwiedziliśmy Zamek Królewski, oglądaliśmy sarkofag kardynała Stefana Wyszyńskiego w katedrze Świętego Jana, byliśmy przy grobie Jerzego Popiełuszki, w wielu kościołach na Starym Mieście oraz w Niepokalanowie.
1 czerwca (sobota).
Papież przyjechał do Polski. Na lotnisku wojskowym w Koszalinie powitał go ksiądz prymas Józef Glemp i prezydent Wałęsa. Papież trafił na złą aurę, chociaż to już czerwiec. Oglądam w telewizji celebrowaną w Koszalinie mszę świętą. Olbrzymi plac. Ludzi podobno 300 tysięcy [51. pielgrzymka Jana Pawła II, 1-9 czerwca, Polska: Koszalin, Rzeszów, Przemyśl, Lubaczów, Kielce, Radom, Łomża, Białystok, Olsztyn, Włocławek, Płock, Warszawa – D.N.]. Z wiarą w Boga rodzą się Polacy. Wiara jest czymś pięknym. Uwalnia człowieka od zagubienia, od ciężaru rozterek i pytań bez odpowiedzi. Zdaję też sobie sprawę, że lata zasiadania papieża Polaka na Stolicy Piotrowej i jego pielgrzymki po święcie przejdą do historii wszystkich narodów.
7 czerwca (piątek).
Papież dzisiaj odprawia mszę we Włocławku. Słuchając homilii myślę sobie, że ubogie byłoby życie bez religii, ale ubożeje religia, kiedy zbytnio rozmija się z życiem.
19 czerwca (środa).
Obleciałem dzisiaj kawał świata. Pojechałem rowerem na grzyby. Dużo mówi się o wprowadzeniu podatku od dochodów, co ma nastąpić od Nowego Roku. Pewnie, że podatki płaci się na całym świecie, ale aż 20%. To straszliwie dużo! Ludzie zarabiają grosze, ledwo wiążą koniec z końcem, a tu taki cios. Kto to wytrzyma?
21 czerwca (piątek).
Kończy się wiosna, zaczyna lato, ale tylko w kalendarzu, bo pogoda jest kiepska. Z przykrością też piszę o polityce finansowej państwa. Kiedy przed dwoma laty ktoś wpłacił na samochód, a potem samochody podrożały, to uchwałą sejmu ma dopłatę, ale jak ktoś wziął kredyt na mieszkanie, to nie dołożyli grosza, a odsetki podnieśli do 84%. I to dotknęło mojego syna Zbyszka. Jego miesięczne odsetki wynoszą 1 200 000, a zarabia 1 150 000. Zwrócił się do mnie o pomoc. Mamy pożyczyć milion.
27 czerwca (czwartek).
W niedzielę mieliśmy w domu uroczystość. Przyjechała rodzina na imieniny żony. W niedzielę bowiem je wyprawiała, chociaż Jana jest w poniedziałek. Przyjechali też Zbyszek i Mirek. Głównym tematem było zadłużenie Zbyszka. Żona wysupłała aż dwa miliony. Mirek też pożyczył dwa miliony. Spłacenie połowy to duża ulga. Rodzinna solidarność zwyciężyła. Jakże mnie to cieszy. Były też moje siostry – Zosia i Leosia. Mówiły o ojcu. Więcej pamiętają. Są ode mnie starsze. Dowiedziałem się, że gdy policja niemiecka nakryła ojca, kiedy zabił świniaka, to dziedzic nakłaniał go, aby podpisał volkslistę, a kara zostanie mu darowana [Deutsche Volksliste – niemiecka lista narodowościowa, na którą w latach 1939-1945 wpisywano obywateli państw okupowanych, zwłaszcza włączonych do III Rzeszy – D.N.]. Ojciec jednak stanowczo odmówił. Drugi raz nakłaniano matkę, aby wpłynęła na ojca, kiedy już siedział w więzieniu. I tym razem ojciec odmówił. A ja piszę o tym, bo chcę, żeby stało się to historią mojej rodziny.
2 lipca (wtorek).
Wałęsa podpisał ordynację wyborczą, ale zapowiedział też wniesienie do sejmu projektu własnego. Wojna w Jugosławii rozgorzała na nowo. Biorą w niej udział czołgi i samoloty. W tym roku będą opóźnione żniwa. Nie kwitnie jeszcze lipa i dziurawiec. Rzepaki czas kosić na pokosy, a one niedojrzałe. Przyjechali Rosjanie i handlują obok sąsiedniego bloku. Podobno można niedrogo kupić różne rzeczy: bieliznę, sprzęt kuchenny, rowery.
8 lipca (poniedziałek).
Nareszcie mamy upał. Należał nam się od dawna. Wałęsa wczoraj urządził wiec przed kościołem w Gdańsku. Była to riposta za to, że skrytykowano go w sejmie za wcześniejszy wiec. Riposta niegodna prezydenta, ale widocznie godna Wałęsy i jego doradców. W ubiegłym tygodniu pojechałem rowerem do lasu w okolice Węgierskiego, gdzie – jak mi ktoś przed laty mówił – zapadł się kościół. Trudno w to uwierzyć, ale w każdej opowieści coś jest. Niczego ciekawego jednak nie odkryłem. Kiedy byłem brzdącem, pewien stary człowiek opowiadał mi, że gdy kopał rowy w pobliżu lasu, wykopał dzbany z popiołem. Dzisiaj kojarzy mi się to z tym zapadniętym kościołem. Na pewno przed wiekami żyli tutaj ludzie, palono ciała. W pobliżu lasu są pozostałości jakiejś budowli. Dodam, że kiedy chodziłem do szkoły, chłopcy chwalili się, że znaleźli pod lasem części łuku. Sądzę, że wykopane popielnice świadczą, że jeszcze przed chrztem Polski istniała tam osada. Dyrektor GOK w Kostrzynie w broszurce Kostrzyn i okolice napisał, że źródła mówiące o istnieniu wsi pochodzą z 1371 roku.
26 lipca (piątek).
Przez trzy tygodnie były u nas wnuki z Wrześni oraz syn Janusz z rodziną z Hanoweru. W domu było wesoło. Pegeery rozpoczynają omłot jęczmienia ozimego i rzepaku. Pogoda płata figle. Po wczorajszym deszczu jesienne mgły wiszą nad polami. A w Rosji szuka się nowych dróg. Gorbaczow oświadczył, że czas stworzyć partię socjaldemokratyczną, uznającą prywatną własność. No, no, Gorbaczow! Czy ci się to uda?
29 lipca (poniedziałek).
Wczoraj wieczorem po obejrzeniu filmu poszedłem poza wioskę, polną drogą do Stroszek. Wieczór był cudowny, niezbyt chłodny. Szedłem cicho, zapadał zmrok. Po prawej ręce miałem wielki łan pszenicy, po lewej wysoką kukurydzę. Od północy powiewał niewielki wietrzyk. Był to jeden z tych wieczorów, które się pamięta, które opadają na ziemię, wioskę i człowieka ukojeniem. Daleko, daleko po prawej stronie drogi, na szarym niebie, ledwo zaznaczył swe oblicze księżyc. Z każdą minutą unosił się nad pola, nabierał rumieńców i krwawym blaskiem oblewał usypiającą ziemię. To było wczoraj, w niedzielę. A dzisiaj mamy przepiękny dzień. Łagodny wietrzyk wieje od pól. Lato siedzi na tronie, a ja siedzę na kamieniu pod akacją. W ubiegłym roku też na nim siedziałem. Sądziłem, że kiedy usiądzie się pośród pól, można pisać pięknie o tym, na co się spogląda. Ale tak nie jest. Wyobraźnia bywa bogatsza od rzeczywistości.
7 sierpnia (środa).
Pojechałem dzisiaj do Czerlejna na cmentarz, by zrobić porządek wokół grobów matki, ojca i brata. Mamy wielkie upały. Aż strach wychodzić z domu z gołą głową.
19 sierpnia (poniedziałek).
Tyle jest do omówienia, a ja milczę. Ganię sam siebie. Papież odwiedził Częstochowę, gdzie spotkał się z młodzieżą świata. Przybyło milion trzysta tysięcy wiernych. Wszystko pięknie, pogoda dopisała [52. pielgrzymka, 13-20 sierpnia, Polska i Węgry, w Częstochowie Światowe Dni Młodzieży -D.N.]. Radio podało, że z powodu choroby Gorbaczow ustąpił ze stanowiska prezydenta. Czyli po mojemu, to zamach stanu, ponieważ ogłoszono stan wyjątkowy. Zamachowcy organizują konferencję prasową. Gorbaczowa uwięziono. Jelcyn nie uznaje nowej władzy. Komentatorzy twierdzą, że Rosja cofnie się na komunistyczne pozycje.
22 sierpnia (czwartek).
Czytam książkę o twórczości Władysława Reymonta. Ciekawa. Jestem zauroczony pisarstwem Reymonta. Potrafi jak nikt oddać słowami głębię ludzkiej psychiki. Jakże mu zazdroszczę. W telewizji konferencja prasowa Gorbaczowa. Mówi o uwięzieniu jego i jego rodziny na Krymie. W sądach jest wstrzemięźliwy. Spotka się z przywódcami republik, które pragną wejść w skład nowego związku. A to znaczy, że republiki, które nie przystąpią do tego związku, uzyskają samodzielność.
1 września (niedziela).
Wielka polityka zdominowała radio i telewizję. Jest jej aż do przesytu. Mało mam czasu na zapiski, bo znów naprawiam ciągnik, już trzecią skrzynię biegów. Jutro kończę i obiecuję sobie, że wezmę się za pisanie. Muszę potrudzić się zwłaszcza nad poezją. Pisząc od czasu do czasu, niczego dobrego nie stworzę. O prozie nie myślę, bo nie „wychodzi”, a ja za stary jestem, by doskonalić swój warsztat.
7 września (sobota).
Ucichły bory, opustoszały gniazda. Ile pór roku już żegnałem. Każda zostawia we mnie odrobinę żalu, a najbardziej żal mi wiosny i lata. Wiatr przywiał mi dzisiaj zapach wywiezionego obornika. Jakże ten zapach przypomina mi dzieciństwo. Już wrzesień, lecz kiepski jest urodzaj grzybów. Mimo to kilka razy mieliśmy je na obiad. Dzisiaj też trochę przywiozłem, a przestrzegają uczeni, że są one najbardziej radioaktywne. To prezent od ZSRR po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. A kolos ten uznał właśnie samodzielność republik nadbałtyckich i wycofuje stamtąd swoje wojska. Gorbaczow przejdzie w ten sposób do historii. Premier Bielecki był w Waszyngtonie i, o dziwo, rozmawiał o bezpieczeństwie Polski. Dotąd mówiono, że Polska nie przystąpi do NATO. I oto nagły zwrot. Władze nasze czynią dobrze. Gdy popatrzymy na naszą historię, to mamy prawo bać się sąsiadów.
14 września (sobota).
Byłem dzisiaj na grzybach. Dzień był niezwykle piękny, słoneczny. Jak kiedyś o szczęściu, tak dzisiaj rozmyślałem, ile twarzy ma wiatr. Dzisiaj miał oblicze łagodne jak twarz matki. Ale ma też niekiedy oblicze gniewne, chmurne. Wtedy bywa, że ciśnie piaskiem w oczy, praśnie w okno kroplami deszczu, gradem, śniegiem. Albo targa za kapotę lub zerwie czapkę z głowy i pędzi z nią jakby była jego. Najmilszy jest, kiedy niesie ciepło, łagodnie szumi w konarach drzew i bawi się listkami. Jest też przyjacielem człowieka, kiedy w skwarne południe owiewa rozpalone ciało. Tylekroć go chwalę, ile ganię. Oj, wietrze, wietrze, jakiś ty kapryśny! Ile ty masz twarzy?
18 września (środa).
Jesteśmy w Chrzypsku Wielkim na plenerze, zorganizowanym przez Oddział Wielkopolski Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Piękna to miejscowość, przytulona do jeziora. Przyjechało tylko paru członków STL. Henryk Hagel z Szamotuł, który zajmuje się rzeźbą i malarstwem, uczy moją żonę malowania. Podarował jej przybornik z pędzlami, farbami i papierem. Żona ogromnie zapaliła się do malowania i oto kończy już drugi obrazek. Mieliśmy udane spotkania z mieszkańcami w Domu Kultury w Chrzypsku i we wsi Mylin.
14 października (poniedziałek).
Od dawna nic nie piszę. Bezpowrotnie utraciłem wiele zdarzeń. Na początku października przyjechał Janusz z rodziną z Hanoweru. Przywiózł kasetę z filmem, który nagrał podczas pobytu w lipcu. Wyświetlił go na moim telewizorze. Pokazał leśniczówkę, stary krzyż bez poprzeczki i figurę Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia bez głowy. Wnuk Dominik zapytał mnie, dlaczego figura jest bez głowy. Nie wiedziałem, co rzec, bo czyż mogłem powiedzieć, że to Niemcy w czasie okupacji odrąbali tę głowę. Niemcy, wśród których on żyje i sam Niemcem się staje. W poniedziałek poszedłem do lekarza. Nigdy podobnego nie spotkałem. Dowiedziałem się, że moje serce goni resztkami sił i mogę zrobić niespodziankę rodzinie. Rozwiał we mnie wszelką nadzieję na poprawę. Trzeba mi będzie iść do kardiologa.
16 listopada (sobota).
Sejm uchwalił nową ustawę emerytalną. ZUS oblicza po nowemu renty i emerytury. Ciekawy jestem, ile stracę. Poza tym nie wolno mi będzie dorobić. Jednym zabiorą, innym dadzą. Jak Janosik. Wałęsa jedzie do Watykanu i tak dziwnie się składa, że prezydent Litwy też jedzie. Stosunki polsko-litewskie są złe. Papież pewnie uważa, że mogą być lepsze. Wszystko w rękach prezydenta Litwy. Im przede wszystkim powinno zależeć na dobrych relacjach z Polską. W Warszawie trwają partyjne dyskusje, co do przyszłego premiera. Ale, co ciekawe, Unia Demokratyczna, która w wyborach zwyciężyła, nie bierze w rozmowach udziału. Sądzę, że nie mogą dogadać się z prezydentem. W ubiegłą sobotę byłem w Lublinie na spotkaniu piszących członków STL [Ogólnopolskie Spotkania Poetyckie, połączone z Turniejem Jednego Wiersza, 9-10 listopada, siedziba STL w Lublinie – D.N.]. Męcząca to podróż. Wagony przepełnione. Rosjanie zalewają nasz kraj i handlują czym się da. Z Poznania do Lublina jechaliśmy dosłownie na jednej nodze. I to na korytarzu – 9 godzin. To przekraczało naszą fizyczną wytrzymałość. W niedzielę pojechaliśmy z Lublina do Biecza, gdzie odwiedziliśmy brata żony. Teraz siedzę w domu i kuruję się. W Lublinie oglądałem książkę Wołanie z ziemi, której pierwszy egzemplarz podarowano papieżowi 4 czerwca w Łomży. Jest w niej mój wiersz Czarna Madonna. Egzemplarz, który oglądałem, przeznaczono dla biskupa. W sumie wydano 5 egzemplarzy. Następne mają być powielane za nasze pieniądze. Wpłaciłem 100 tysięcy na jeden egzemplarz dla siebie [Wołanie z ziemi. Antologia jednego wiersza ludowej poezji religijnej, zebrał, opracował i słowem wstępnym opatrzył D. Niewiadomski, przedmowa bp H. Andrzejewski, STL, Lublin 1991, ss. 143; dedykacja dla papieża Jana Pawła II, druk bibliofilski; STL nie otrzymał żadnej dotacji na tę edycję-D.N.].
21 listopada (czwartek).
Jeszcze omijają nas mrozy. Rano były 3 stopnie ciepła. A teraz trochę polityki. Po Jarosławie Kaczyńskim, który – jak mówią dziennikarze – pokłócił się z Wałęsą i odszedł, szefem kancelarii został kierowca Wałęsy – Mirosław Wachowski. I właśnie jemu powierzył prezydent reprezentowanie siebie w rozmowach z pięcioma partiami, które tworzą koalicję. Czytam książkę Arkadego Fiedlera Zwierzęta mego życia. Pisarz chętnie powraca do swego dzieciństwa sielskiego, przepojonego miłością do ojca. Ale dlaczego do ojca, przecież większość ludzi cieplej wspomina matkę. Byłem w Ługowinach. Chętnie błądzę w krajobrazach dzieciństwa, odkrywam zapomniane już wydarzenia. Ale te krajobrazy zmieniają się. Dwa śródpolne stawy straciły swoje drzewa. Nie ma też lasu. A tak pięknie pachniał żywicą w upalne dni. Na brzegach stawów rosły wielkie wierzby, z których wiosną ucinaliśmy grube gałęzie, zdzieraliśmy mokrą od miazgi korę, po czym robiliśmy ogromne trąby. Korę się zwijało i łączyło kolcami tarniny. Nie ma wierzb, żyją jedynie we wspomnieniach. Były to lata 1945-1949. Zwierzęciem mojego życia był pies Filut – jeden, a potem drugi. Robiłem z nimi wyprawy w pole. Przez kilka lat darzyłem miłością gołębie, a potem pszczoły. W wielkiej niełasce były natomiast wróble. Zniszczenie ich gniazda przez chłopaków było czymś powszednim. Nie wiem, skąd to się brało? Dlaczego te wiernie towarzyszące człowiekowi ptaki tak traktowano? Wynosimy z domu szacunek dla bocianów, jaskółek, gołębi, ale nie dla wróbli. A sowa pójdźka to była wprost znienawidzona, bo kiedy w nocy koło jakiegoś domu wołała: Pójdź, pójdź, to było wiadomo, że tam ktoś umrze. Mówiono: Pójdź, pójdź w dołek pod kościółek.
26 listopada (wtorek).
Wczoraj na posiedzeniu sejm wybrał marszałka – prof. Wiesława Chrzanowskiego. Byłem u kardiologa. Miła, młoda pani osłuchała mnie, podłączyła do EKG i powiedziała, że wszystko jest zgodne z wiekiem i mimo wysokiego ciśnienia lewa komora serca nie jest powiększona. Zapłaciłem pani doktor 100 tysięcy, a w aptece 200 tysięcy złotych. Z niektórych leków zrezygnowałem. Wykupię, jak rząd ureguluje sprawę odpłatności.
2 grudnia (poniedziałek).
Na Ukrainie odbyło się referendum. Ukraińcy opowiedzieli się za „samostijną” Ukrainą i wybrali prezydenta – Leonida Krawczuka. Gorbaczow przestrzega przed oderwaniem się od ZSRR. Podobnie wypowiada się Jelcyn. Według niego pomiędzy Rosją a Ukrainą może wyniknąć spór o ziemie zamieszkałe przez Rosjan, np. Krym. Dzisiaj wykupiłem trochę lekarstw. W pełni płatne. Rząd dotąd nic nie załatwił z aptekami.
7 grudnia (sobota).
Podobno uznając Ukrainę naraziliśmy się Moskwie. Ale „nic to”, jak mawiał Mały Rycerz. Sejm przegłosował kandydaturę Jana Olszewskiego na premiera. Tyle rozgrywek, tyle gadania i wreszcie jest premier, ale nie ma konstytucji. Na razie powołano zespół do jej opracowania. Nowy premier zapowiedział, że społeczeństwo czekają nowe wyrzeczenia. Ale społeczeństwo już nie ma się czego wyrzekać!
12 grudnia (czwartek).
Dzisiaj mija już 47 lat od śmierci ojca, a ja pamiętam ten wieczór jakby to było wczoraj. Ojciec bardzo spokojnie umierał, można powiedzieć – z godnością. Chyba nie płakałem. Długo chorował i na jego śmierć byliśmy przygotowani. Byłem u kardiologa. Znów połykam tabletki. Otrzymałem pismo z Zarządu Głównego STL, podpisane przez dyrektora biura Zdzisława Podkanskiego. Proszą o przysłanie 100 tysięcy złotych, bo nie mają środków na opłacenie czynszu za siedzibę. Nie poślę! To i tak nie uratuje stowarzyszenia, a ja stracę ostatnie pieniądze.
23 grudnia (poniedziałek).
Padało w nocy, a termometr wskazuje 10 stopni ciepła. Wiosna w grudniu. Rozsypał się Związek Radziecki.
27 grudnia (piątek).
Gorbaczow podał się do dymisji. Na pewno nie przewidywał takiego końca, kiedy rozpoczynał „pierestrojkę”. Wydarzenia wymknęły mu się z rąk. Minęły święta. Gładko jak inne dni. Wczoraj cały dzień padał śnieg, wiał wiatr, lecz po nocnym deszczu śniegu zostało niewiele. Był Zbyszek z rodziną. Mirek z żoną. Wnuczka Anitka choruje. Niedługo koniec roku. Nie wiem, czy będzie coś godnego do zanotowania. Nikt nie chce, by w kraju działo się źle. Ale dzieje się źle, bo emeryturę obniżyli mi o 134 tysiące bez słowa wyjaśnienia.
28 grudnia (sobota).
Odbyłem dzisiaj długi spacer, bo aż na moją „ścieżkę zdrowia” do leśniczówki koło Ługowin. Boże, jaki ten świat jest szary. Zapach opadłych liści, zwiędłych traw i szare niebo tworzą obraz późnej jesieni. W lesie na duktach leży trochę śniegu. Z rzadka spotyka się ślady dzika czy sarny, a ślad zająca spotkałem tylko jeden.
31 grudnia (wtorek).
Ostatni dzień roku jest od rana słoneczny i ciepły, mamy zero stopni. Wczoraj byłem na cmentarzu w Czerlejnie. Pojechałem rowerem. Osiem kilometrów to niewiele. Czułem potrzebę bycia przez chwilę w pobliżu ojca, matki, brata Mariana. Im jestem starszy, tym silniejsze we mnie więzy rodzinne. Byłem też w Ługowinach u brata. Definitywnie rozpadł się Związek Sowiecki. Republiki toczą walkę o schedę. Posłałem jednak pieniądze do Lublina. Zrobiłem to z litości. Niczego sobie po tym nie obiecuję. Mam na myśli ewentualną publikację. Tym zapisem kończę 1991 rok. Rok pełen światowych wydarzeń, które przejdą do historii. Rok, w którym moje zdrowie mocno spuściło z tonu.