Zastałem piękny świat. Dzienniki 1991 – 2000

Rok 1998

4 stycznia (niedziela).
Prawie całą noc padał deszcz. Teraz o ósmej jest dość pogodnie i ciepło (4 stopnie).

10 stycznia (sobota).
Byliśmy dzisiaj w Kostrzynie, założyliśmy książeczkę oszczędnościową. Kupiliśmy też trochę lekarstw i benzynę. W Poznaniu strajkują pracownicy MPK. Nie kursują tramwaje i autobusy. Chodzi o podwyżki płac. Od wtorku pracuję. Ciągnik, który naprawiam, jest tak wysoki, że nie można wjechać do warsztatu. Szczęście, że temperatura jest plusowa.

17 stycznia (sobota).
Dużo dzieje się na świecie, niemało też w naszym kraju. Byłoby o czym pisać, ale jakoś chęci nie staje. W grudniu ubiegłego roku miłosierni Polacy, szukając po świecie potrzebujących (w Polsce nie znaleźli), posłali pomoc do Czeczenii. Pomoc jechała pociągiem, a piątka Polaków mikrobusem. I tak się złożyło, że Polacy zostali uprowadzeni i ślad po nich zaginął. Podobno porywacze żądają trzy miliony dolarów za ich uwolnienie. Wszelkie starania polskiej strony pozostają bez echa. Jakie prawdziwe zadanie mieli do spełnienia Polacy – nie wiadomo [Polaków, traktowanych jako zakładników, przetrzymywano przez 53 dni przykutych do kaloryferów. Zostali uwolnieni na polecenie prezydenta Czeczenii Asłana Maschadowa przez oddział czeczeńskich sił specjalnych. Porwano ich prawdopodobnie z inspiracji rosyjskiej Federalnej Służby Bezpieczeństwa – D.N.]. Dzisiaj przypada rocznica wyzwolenia Warszawy w 1945 roku przez oddziały Armii Czerwonej oraz 1 Armii Wojska Polskiego. Najmniejszej wzmianki o tej rocznicy nie ma w radiu.

18 stycznia (niedziela).
Wczoraj w katowickim „Spodku” doszło do bójek między pseudokibicami. Interweniowała policja. Są duże straty materialne i wielu rannych. A nie minął tydzień od pogrzebu 13-letniego kibica w Słupsku, który zmarł wskutek interwencji policji. Po tym tragicznym zdarzeniu na ulicach Słupska doszło niemal do wojny domowej. Za czasów komuny takie rozróby nie miały miejsca. Obecne władze są bezradne.

24 stycznia (sobota).
W nocy przymroziło. Zachowałem kilka numerów „Poezji” z 1975 roku oraz z lat kolejnych. Dzisiaj chętnie po nie sięgam i na nowo odkrywam ich klasę. Leży przede mną numer 10. z października 1976 roku pt. Przyboś nieznany. Poznaję Przybosia nie tylko jako poetę, ale też jako człowieka. Szkoda, że to pismo teraz nie wychodzi. Pracuję, nie mam czasu na rozmyślania, na poezję. Nie mam czasu na wypoczynek, a organizm coraz bardziej tego się domaga. Znajomy z sąsiedniej parafii poszedł do księdza, by załatwić chrzest swego dziecka. Tamtejszy ksiądz nie zgodził się na ojca chrzestnego. Wobec tego udał się do innej parafii, gdzie proboszcz ochrzcił dziecko bez problemu. Znajomy naraził się tym własnemu proboszczowi, ale postawił na swoim. Piszę o tym, ponieważ jestem przeciwny ingerowaniu przez kogokolwiek w życie rodziny. Jestem też przeciwko naruszaniu wolności człowieka.

25 stycznia (niedziela).
Jan Paweł II odprawia mszę świętą w Hawanie na Kubie. Telewizja nasza transmituje tę uroczystość. Ojciec Święty sprawia wrażenie bardzo wyczerpanego. Nie dziwię się, wiek ma swoje prawa. Nie oszczędza nikogo.

1 lutego (niedziela).
Nareszcie przypomniała sobie o nas zima. Leży śnieg, temperatura spadła do -10 stopni. Postanowiliśmy z żoną, że czas już zrezygnować z roboty. To jest już ponad moje siły. Muszą sobie radzić beze mnie. Parę dni w miesiącu mógłbym ewentualnie przepracować. Teraz mózg mam wypłukany ze wszelkich głębszych myśli. Nie jestem w stanie napisać wartościowego wiersza, a potrzeba mi jeszcze ze dwadzieścia wierszy do nowego tomiku.

12 lutego (czwartek).
Co chwila obdarzają nas dzisiaj wiadomością o podwyżce emerytury od marca tego roku. Przeciętnie podwyżka wyniesie 37 złotych. Ale czy te parę złotych można nazwać podwyżką? Od pierwszego stycznia za centralne ogrzewanie, wodę i ścieki płacę do spółdzielni miesięcznie o 55 złotych więcej. Ponadto podrożała benzyna, prąd, alkohol, ubezpieczenie. Czyni to razem 80 złotych. Wychodzi mi zatem, że emeryturę obniżono mi o 25 złotych. Do tej obniżki trzeba jeszcze doliczyć kilkadziesiąt złotych inflacji. Dobierają nam się do skóry „solidaruchy”. I pomyśleć, że tylu ludzi na nich głosowało.

14 lutego (sobota).
Walentynki – święto zakochanych. Ale zanim tak ten dzień nazwano, zwyczajnie imieniny obchodził Walenty. Niegdyś imię to było dość popularne, lecz teraz jest całkiem zapomniane lub wręcz pogardzane. Podobnie jak równie zapomniany, a jakże piękny, Józef. Może kiedyś do tych imion ludzie powrócą, jak powrócili do Jakuba czy Macieja. W nocy obficie padał deszcz. Dzień wstaje mokry i pochmurny, a jeśli taki jest dzień Walentego, to jeszcze mróz nas uszczypnie. Zmarło dwóch moich sąsiadów -obaj na raka płuc. Jeden i drugi palił papierosy. Zaniedbuję poezję, dzienniki. Dzisiaj ważny jest zarobek, ale za kilkadziesiąt lat ważne mogą być moje dzienniki. Trudno mi się jednak rozdwoić. Pieniędzy ciągle potrzeba, zwłaszcza teraz, gdy przygotowujemy się do wyjazdu do Hanoweru. Nie chcemy jechać jak żebracy. Nie chcemy też być Januszowi ciężarem. Z wydarzeń wioskowych warto odnotować otwarcie nowego sklepu spożywczego przez Kowalskich. Jest to sklep z prawdziwego zdarzenia – samoobsługowy.

15 lutego (niedziela).
Znów całą noc padało. Deszczu mamy aż nadto. Za oknem 10 stopni ciepła. Jak na połowę lutego niezwyczajna to pogoda. Trwa olimpiada zimowa w Nagano (Japonia). Polscy zawodnicy potraktowali chyba wyjazd na olimpiadę jako wycieczkę, co piszę na podstawie ich wyników.

21 lutego (sobota).
Dzisiaj jedziemy na imieniny siostry Leosi do Swarzędza. Dużo się ostatnio mówi o lustracji sędziów. Chodzi głównie o tych, którzy w PRL-u sądzili panów znajdujących się dzisiaj u władzy. Ot, taka zemsta w imieniu prawa. Środowisko prawników broni się i to dość skutecznie. A w Iraku wojna ponownie wisi na włosku. Podobno rozpocznie się po olimpiadzie. Amerykanie zgromadzili dużo wojska i samolotów. Wizytę w Iraku złożył sekretarz ONZ. Może wynegocjuje ustępstwa ze strony Husajna. Wielcy się kłócą, a mali giną.

25 lutego (Środa Popielcowa).
Ciepło. Maciej (24 lutego) zimę stracił. Piszę to, ale nie wierzę. Zima na pewno jeszcze przemówi. Siedzę w domu, bo jestem chory. Przyplątała się gorączka. Wyraźnie coś złego dzieje się z moimi płucami. Za chwilę idę do lekarza.

8 marca (niedziela).
Podobno przyleciało wiele ptaków. Ja widziałem tylko żurawie. Wysyłam jutro cztery wiersze na konkurs ogłoszony przez Salon Artystyczny im. Jackowskich w Pobiedziskach. Na nagrodę nie liczę, ale na dość wysoką pozycję – tak. Nie pamiętam, który raz czytam Cichy Don Szołochowa. Uważam, że książka ta ma niezwykłą wartość historyczną i etnograficzną. Można ją porównać z Chłopami Reymonta. Zresztą, obaj pisarze za te powieści dostali Nagrodę Nobla. Zasłużyli na to.

15 marca (niedziela).
Chłodno dzisiaj, ale słonecznie. Gdzieniegdzie leży śnieg. Po południu pojechaliśmy z żoną na cmentarz do Czerlejna, a wracając wykręciłem do leśniczówki Drzązgowo. Już jej nie ma, ale zostało miejsce po niej – ułomki murów, kamienie i wiele sentymentalnych wspomnień. Poszliśmy też do niedalekich stawów na ługowińskim polu, z którymi wiąże się mnóstwo moich przeżyć z lat dzieciństwa i młodości. Widok ich zawsze bardzo mnie wzrusza. Tak było i dzisiaj. Stawy te były oazą ciszy, spokoju i nieskażonej przyrody. Takie były. Teraz już nie są. Do jednego wsypano śmieci, w drugim składa się padłe świnie. Smród niesamowity. Mój Boże, jak niszczy się naturę i moją przeszłość, moje „korzenie”. Gdzie spojrzę, wycina się śródpolne drzewa, zaoruje dróżki. Coraz mniej łączy mnie z tym światem.

21 marca (sobota).
Nie rozpieszcza nas pierwszy dzień wiosny. Rano leżało dużo śniegu, a termometr wskazał trzy stopnie mrozu. Teraz świeci słońce, śnieg znika. Jedziemy do Wrześni na imieniny do Zbyszka. Ja uroczystość imieninową miałem w czwartek – udaną.

28 marca (sobota).
Rolnicy wyprzedzając opóźniającą się wiosnę wychodzą w pole. Mimo nocnych przymrozków sieją zboże, a nawet sadzą wczesne ziemniaki.

3 kwietnia (piątek).
Nic tak nie rozkłada gospodarki jak niestabilne prawo. Piszę to, ponieważ doszły mnie wieści, jakoby mój dawny pracodawca, a obecnie dzierżawca, otrzymał pismo z Warszawy, że spadkobiercy wszczęli postępowanie o zwrot majątku. Obecny dzierżawca, człowiek gospodarny, czerpiący przez to określone zyski, część dochodów przeznaczył na naprawę budynków gospodarczych. Zamierzał też odnowić dach na pałacu. Aż tu nagle otrzymał wspomniane pismo i wszelkie remonty wstrzymał. Zanim spadkobiercy pałac otrzymają, dach może się zawalić. Szkoda.

7 kwietnia (wtorek).
Poweselał nam czas, rozsłonecznił się i z dnia na dzień zielenieje. Wczoraj byłem u pani doktor, która w naszym ośrodku zdrowia przyjmuje dojeżdżając z Poznania. Zapisała mi mnóstwo lekarstw i zaleciła dietę. Łatwo jej mówić.

8 kwietnia (środa).
Z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu nadeszły do nas listy, zawiadamiające o zdobyciu przeze mnie I nagrody za wiersze posłane na konkurs w Pobiedziskach. Żonę powiadomiono zaś o zdobyciu wyróżnienia za opisanie swego jednego dnia życia, gdy była przewodniczącą Koła Gospodyń Wiejskich. Zapraszają nas na podsumowanie konkursu. Listy przyszły z Poznania, ponieważ jednym z jurorów był Jerzy Grupiński – opiekun Klubu Literackiego na Zamku.

10 kwietnia (Wielki Piątek, Hanower).
I oto jesteśmy w Hanowerze. Podróż, jeśli nie brać pod uwagę błądzenia w mieście, przebiegła bez zarzutu. Autostrada omija miasta i wsie, zawsze ma pierwszeństwo przejazdu, co ułatwia podróż. Jest przy tym jednym, wielkim placem budowy, gdyż Niemcy nadrabiają zaniedbania socjalistycznej gospodarki NRD. Spoglądałem na przylegające do drogi pola i muszę wyrazić się pochlebnie o polskich rolnikach, których pola są ładniej uprawiane niż rolników niemieckich. Wiosna mówi tutaj o sobie głośniej aniżeli w Polsce. Rozkwitłe tarniny pięknie zdobią zielone pola. Jest po ósmej rano. Miasto sprawia wrażenie wymarłego. Nie słychać samochodów ani ludzi. W Niemczech Wielki Piątek jest dniem świątecznym ewangelików. Dniami wolnymi od pracy są też Wielka Sobota i Poniedziałek Wielkanocny.

11 kwietnia (Wielka Sobota).
Jest południe. Pochmurno dzisiaj i zimno. Rano padało. Siedzę w domu z wnukiem Dominikiem. Reszta rodziny pojechała do polskiego kościoła ze święconką. Wcześniej wróciliśmy z „pchlego” targu, gdzie chciałem kupić używane radio do samochodu. Nie kupiłem, bo nie można było sprawdzić, czy odbiorniki są sprawne. Handlarze to przeważnie Turcy. Wczoraj około południa pojechaliśmy w kierunku łańcucha wzniesień. Jechaliśmy pięknymi, asfaltowymi drogami. Mijaliśmy czyste, zadbane miasteczka. Pieszo zdobyliśmy szczyt, na którym ulokowano niewielki bar. Sporo było tam niemieckiej młodzieży. Rzucało się w oczy ich głośne zachowanie, picie piwa i „bekanie”. Wypiliśmy herbatę, zjedliśmy rogala, weszliśmy na liczącą ponad sto lat okrągłą wieżę, zbudowaną z piaskowych głazów i wróciliśmy. Warto napisać, że gdy jechaliśmy ku wzniesieniom, to nie spotkałem ani jednego przydrożnego krzyża.

12 kwietnia (Wielka Niedziela).
Rano o siódmej byliśmy na rezurekcji. Odbywa się to inaczej niż u nas. Rezurekcja rozpoczęła się na dworze w ciemności, potem weszliśmy do kościoła. Długo staliśmy przy wejściu, bo prowadzącemu księdzu wiatr zdmuchnął świecę. Kościół był ciemny. Dominik postarał się o małe świeczki, które zapaliliśmy. Przy świecach odbyła się pierwsza część nabożeństwa, a rezurekcja trwała dwie godziny. A teraz jesteśmy już po śniadaniu i niebawem jedziemy w góry.

13 kwietnia (Poniedziałek Wielkanocny).
A więc pojechaliśmy w Góry Harzu. Samochody rozwijały astronomiczne prędkości. Janusz swoim chryslerem sięgnął 165 km na godzinę i był raczej zawalidrogą. Na początku zdobyłem pewien nagi szczyt, co sobie chełpliwie zaliczam do wyczynu niezwykłego. Dalej krętą szosą, wijącą się pośród gęsto porośniętych borem wzgórz, dotarliśmy do parkingu, gdzie dołączyliśmy do udających się do jaskini osób. Pierwszy raz byłem w takiej jaskini i wyniosłem stamtąd niesamowite wrażenia. Jak nasi przodkowie mogli mieszkać w tak wilgotnych miejscach?

14 kwietnia (wtorek).
Minęły chłodne święta. Wczoraj byliśmy w kościele, a potem siedzieliśmy w mieszkaniu. Przyjechali Janusza teściowie i parę godzin przegadaliśmy, a właściwie przegadał teść. A ma o czym opowiadać. Brał udział w ostatniej wojnie po stronie niemieckiej. Służył we Francji, a potem w marynarce. Trałowcem wyławiał miny na Morzu Północnym. Na koniec dodam, że nikt nie oblewał się tu wodą jak to się dzieje w Polsce.

17 kwietnia (piątek).
Wróciliśmy szczęśliwie. Na granicy staliśmy w kolejce może dziesięć minut. Zawsze po powrocie z Niemiec zastanawiam się, co spowodowało różnice w zachowaniach oraz charakterze Polaków i Niemców. W dużej samodyscyplinie, stosunku do wiary i kościoła, poszanowaniu prawa i przestrzeganiu porządku jesteśmy daleko za nimi. Cechuje nas negacja wobec wszelkich zarządzeń. Wydaje się, że Niemcy wprost rodzą się z szacunkiem do władzy i to najbardziej nas różni.

26 kwietnia (niedziela).
W naszym domu gości grypa. W piątek powaliła mnie i żonę. Pod znakiem zapytania stał nasz wyjazd do Pobiedzisk na spotkanie z laureatami konkursu, ale pojechaliśmy z gorączką. Spotkałem Jerzego Grupińskiego. Poznał mnie. Kupiłem dwa jego tomiki. Ja rozdałem kilkanaście swoich. Na konkurs nadesłano ponad tysiąc wierszy i tylko pięć prac prozą. Żona uzyskała właśnie wyróżnienie za prozę. Każdy z laureatów czytał swoje utwory ze sceny. Ja przeczytałem wiersz Szczęść Boże. Żona natomiast podała swój tekst z pamięci. Obiecała też, że napisze kiedyś i nadeśle na konkurs opowieść o swoim dzieciństwie. Jako nagrodę dostałem grafikę artysty Andrzeja Kandziory, który osobiście wręczył mi swoje dzieło.

27 kwietnia (poniedziałek).
Licho wypędziło mnie z domu do lasu. Po trzech dniach przymusowego leżenia inaczej nie mogło się stać. Stęskniliśmy się za sobą. I tak, siedzę przy dukcie na fragmencie muru, który kiedyś podtrzymywał balustradę mostu. Czas doprowadził tę budowlę do ruiny. A dołem woda jak dawniej bulgocze, bulgocze, bulgocze… Jest ciepło, słonecznie i korony drzew niebawem się zagęszczą. W mrowiskach i wokół nich trwa mrówcza praca. Czuję zapach młodych liści brzóz, kwiatów leśnych czereśni, czeremchy i chyba grusz. Z USA przyjechał do Polski płk Kukliński – superszpieg, który wydał wiele tajemnic Układu Warszawskiego. Ale jeśli Kukliński ma być wzorem dla polskiego żołnierza, to Panie Boże ratuj nas przed takim wojskiem.

28 kwietnia (wtorek).
Ochłodziło się i spadł upragniony deszcz. Przed chwilą wróciłem z Kostrzyna. Przywiozłem partię leków. Wydaje mi się, że czuję poprawę. Wczoraj w Watykanie mianowano nowego przywódcę straży papieskiej i wczoraj wraz z żoną został zamordowany. Mówi się, że zrobił to jego podwładny, który zaraz popełnił samobójstwo.

22 maja (piątek).
Już od lat tak u nas jest, że gdy Nowak łąkę skosi, to jest pogoda. Tymczasem po skoszeniu łąki przez Nowaka pogoda ze słonecznej przemieniła się w chłodną i niezbyt suchą. A na jutro zapowiadają przymrozki. Ot, taki kaprys natury. Wykło-siło się żyto. Właśnie, kiedy młode kłosy wyjdą ze źdźbła, łan wygląda najpiękniej.

24 maja (niedziela).
Przymrozku nie było, ale nadal jest chłodno. Wczoraj nawiozłem pokrzyw z lasu na herbatę i na susz dla kur. Kury lubią ten susz i znoszą więcej jajek. Rząd przymierza się do reformy administracyjnej kraju. Proponuje 12 województw, a opozycja 17. Prawica na tej reformie straci zapewne wyborców, gdyż mieszkańcy miast wojewódzkich zdegradowanych do powiatowych buntują się, demonstrują przed sejmem i siedzibą rządu. SLD popiera ich i zyskuje sympatię. Zarząd Główny STL wytypował mnie do Nagrody im. Oskara Kolberga. Posłałem do Mazowieckiego Towarzystwa Kultury kopie wszystkich moich dyplomów i tomiki. Czekam na decyzję. Nie mam szczęścia do odznaczeń, a już najmniej do nagród. Od tygodnia pracuję. Brakuje mi czasu na poezję, której trzeba oddać się bez reszty, jeśli coś wartościowego pragnie się napisać. Uporządkowałem zapasy wierszy, poprawiłem niektóre, a niektóre wyrzuciłem do kosza. Mam 35 nowych wierszy. To za mało na tomik. Potrzeba mi około pięćdziesięciu. Pod koniec przyszłego roku zamierzam wydać jakiś poetycki drobiazg. Nie wiem, co dzieje się z moim dziennikiem wysłanym do Lublina. Kamień w wodę. Może sprawią mi niespodziankę i wydrukują w „Twórczości Ludowej”. Na konkurs Pocka, zachęcony przez żonę, posłałem wiersze: W majową noc, Zawał, Jeszcze, Gdybym, Wiosną. Zobaczymy, co będzie. Tym razem na nagrodę nie liczę. Wiersze te uważam za słabe. Zbytnio zajęty byłem pracą. Spoglądam przez okno. Kropi deszcz. Żona w kościele. Modli się za siebie i za mnie. We wtorek Dzień Matki. Przyjedzie Zbyszek z żoną i dziećmi. Mirek zapowiedział się na czwartek. Jest to również święto mojej matki. Trzeba mi pojechać z kwiatami na grób.

30 maja (sobota).
Od wielu dni mamy bardzo suchą, a ostatnio upalną pogodę. Kwitną żyta i pszenice. Jeśli nadal nie będzie deszczu, zboża nie wykształcą ziarna. Zakwita dziki bez czarny. Jego zapach tłumi aromat akacji, modraków i kwitnącego żyta. Wszystkie te zapachy zlewają się w jeden, który można nazwać zapachem bliskiego już czerwca.

18 czerwca (czwartek).
Wczoraj w Miejsko-Gminnym Ośrodku Kultury w Kostrzynie spotkaliśmy się z Barbarą Wachowicz -pisarką, historykiem literatury, autorką książek o Sienkiewiczu, albumów fotograficznych i wielu reportaży. Spotkanie poświęcone było Mickiewiczowi. Żałuję, że na zakończenie nie poproszono zebranych o pytania. Pani Wachowicz powiedziała bowiem, że nieprawdą jest, jakoby matka Mickiewicza miała pochodzenie żydowskie, a to przeczy wyraźnie temu, co przeczytałem niedawno w pewnym czasopiśmie. Poprosiłbym więc o dokładniejsze wyjaśnienie tej sprawy. Kupiliśmy jej książkę Ty jesteś jak zdrowie. Ładnie wydana. Leży przede mną. To książka o Mickiewiczu, Słowackim i Orzeszkowej, ze słowem wstępnym księdza Janusza Stanisława Pasierba. Sposób zachowania zdradza charakter człowieka i właśnie na tej podstawie sądzę, że pani Barbara niezwykle się ceni. Rzucając takie czy inne pytanie jest z góry przekonana, że sala nie odpowie. W ten sposób buduje swoje ,ja”. Lubi dominować i nie kryje się z tym. Opuszczałem salę z lekkim niedosytem. Z podobnymi zachowaniami spotkałem się wcześniej u śp. Leonarda Turkowskiego. Wczoraj otrzymałem miłą wiadomość z Lublina. Wiersze moje w konkursie Pocka otrzymały wyróżnienie. Tylko wyróżnienie, czy aż wyróżnienie. Chyba aż, bo nie liczyłem na sukces. Jedziemy dzisiaj z żoną do czerniejewskich lasów na jagody. Tego roku wcześnie dojrzały.

28 czerwca (niedziela).
Gdzieś głęboko w sobie mam zakodowane, że moje zapiski są czynnością intymną. Uważam zresztą, że każde „zwierzanie się” takie jest. Dlaczego zatem mój dziennik miałby się z tego wyłamywać. W związku z tym nieco humorystycznie dodam, że najlepiej mi się pisze, kiedy jestem sam w domu. Tak jest i teraz. Żona modli się w kościele, a ja chwytam za pióro. Nie pracuję ostatnio, ale w domu też nie siedzę. Codziennie gdzieś rowerem jadę. Już nazbierałem dziesięć litrów malin i jedenaście litrów jagód. Zbieram też grzyby. Ponadto czytam książkę Irvinga Stone’a Żeglarz na koniu o J. Londonie. Czytam tę książkę ponownie i odkrywam na nowo. Pierwszy raz czytałem gdzieś przed około czterdziestoma laty. Przy okazji dowiaduję się sporo o poglądach Fryderyka Nietzschego. Był synem pastora, a buntował się przeciwko religii. Nie wierzył, że światem rządzi Bóg. Uważał, że religia jest największym wrogiem ludzkości, bo zamraża mózg, narkotyzuje dogmatami, każe ślepo wierzyć. U Nietzschego znalazł London uzasadnienie dla własnych poglądów. Nie napiszę, czy się z nimi zgadzam. Mam własne i bardzo je sobie cenię. W Warszawie 25 czerwca zastrzelono byłego komendanta głównego policji – generała Marka Papałę. Młody, zdolny człowiek. Sprawcy nie schwytano [Mordercy ani zleceniodawców nie ustalono do chwili obecnej -D.N.].

4 lipca (sobota).
Przydałby się tydzień słońca, by zebrać rzepak. Kończę czytanie książki angielskiej pisarki Damę Iris Murdoch Czarny Książę (Czytelnik 1977). Nie wiem, dlaczego tę książkę u nas wydano i chyba nigdy się nie dowiem. Jest to rzecz o małej wartości, niegodna wydania i przeczytania. Ot, takie poronione studium miłości starego faceta do młodej dziewczyny. Nie dałbym za tę powieść złamanego grosza, a znalazła się u mnie, ponieważ żona bierze z biblioteki na chybił trafił.

12 lipca (niedziela).
Wczoraj po południu pojechaliśmy rowerami do dąbrowy na grzyby – ja, żona i wnuczka Anita. Gdy tylko weszliśmy do lasu, lunął tak rzęsisty deszcz, że przestrzeń pomiędzy dębami posiwiała. Na szczęście, żona zabrała dwa parasole, a dla Anity wzięła kurtkę z kapturem. Największą nawałę przeczekaliśmy na myśliwskiej ambonie, lecz gdy wracaliśmy i tak przemokliśmy do suchej nitki.

13 lipca (poniedziałek).
W zwykłym składzie, to znaczy żona, Anita i ja, pojechaliśmy do Kórnika. Na tamtejszym jeziorze pływa statek turystyczny, którego nazwa Biała Dama nawiązuje do portretu mieszczącego się w zbiorach pobliskiego zamku. Opłynęliśmy nim jezioro. Zwiedziliśmy też przyzamkowe arboretum. Tego lata wyrosła pięknie kukurydza. Połowa lipca dopiero, a gdym wszedł w łan, ręką nie sięgnąłem jej wierzchołka. Kwitną letnie zioła, zwłaszcza dziurawiec i krwawnik. Kraśnieją owoce jarzębiny. Lato zaznacza swoją obecność. Złocą się zboża, ale ziemniaki jak co roku dotknęła zaraza.

17 lipca (piątek).
Wczoraj wieczorem ukończyli w D. omłot rzepaku. Jak mówią wtajemniczeni, dobrze sypał. W mdławym zapachu kwitnącej kukurydzy drugi pokos siana zbierają rolnicy. Z trawy robią sianokiszonkę. Nie żywi się teraz bydła liśćmi buraków cukrowych. Stąd to gromadzenie kiszonek z innych roślin, na przykład trawy i lucerny, których za mojej młodości nie kiszono.

27 lipca (poniedziałek).
W nocy z 21 na 22 lipca nie spałem, ponieważ transmitowano z USA walkę bokserską Gołoty z Sandersem. Polak miał trudnego przeciwnika, ustępował mu fizycznie, ale lepsze wyszkolenie wzięło górę i w sumie zwyciężył na punkty. Wczoraj z żoną, a dzisiaj sam pojechałem rowerem na bory, pola i lasy. Oglądałem mrówczą pracę rolników. Zobaczyłem także kombajn sprzed paru dziesiątków lat – Vistulę. Jakże blisko z tym kombajnem związał się kawałek mego życia. Ile wspomnień mnie dopadło, gdy usiadłem na miedzy, a Vistula jak dawniej przede mną przedefiladowała. Utopił się mój znajomy. Mówią, że chodziło o zakład, kto przepłynie jezioro. Znajomy zakład przegrał. Sił nie starczyło.

28 lipca (wtorek).
Przeczytałem ciekawą książkę angielskiego pisarza Jamesa Barlowa Patrioci. Autor, wielki gaduła, niekiedy nudzi, ale gdy narracja przyspiesza, rzecz staje się interesująca. Zrozumiałem, że państwo do obrony swego terytorium i niepodległości szkoli żołnierzy, uczy ich zabijania, a potem walczy z nimi, gdy nabyte umiejętności wykorzystują dla własnych interesów.

9 sierpnia (niedziela).
Dzień za dniem mija i oto już kawał sierpnia za nami. Żniwa zbliżają się ku końcowi. W D. może skończą dzisiaj. Dopisały tylko zboża ozime. Jarym nie sprzyjał chłodny kwiecień i upalny, suchy maj. I tyle z prozy życia. W przyszłą niedzielę mamy w parafii odpust, również w przyszłą niedzielę przyj e-dzie Ewa z dziećmi. W tej chwili jest w Czerwonaku u znajomej. Rozgorzała walka o krzyż na żwirowisku w Oświęcimiu. Żydzi domagają się usunięcia stojącego tam od dawna papieskiego krzyża. W odwecie, albo na przekór, wierni zaczęli stawiać kolejne krzyże, których w tej chwili jest kilkadziesiąt. Episkopat w osobie prymasa Glempa zaapelował do rządu, aby z tym coś zrobił, ponieważ Izrael oficjalnie zaprotestował. Rząd odbił piłeczkę i orzekł, że to sprawa Kościoła.

29 sierpnia (sobota).
Na oświęcimskim żwirowisku ustawiono już ponad dwieście krzyży. Obrońcy krzyża nic nie robią sobie z apeli biskupów i prymasa o zaprzestanie akcji. Żydzi powołują się na jakieś przepisy i umowy. Krzyż, przy którym papież odprawiał mszę, ma zostać. Ale jeśli może zostać jeden krzyż, to dlaczego nie może być ich dwieście. Przecież wymowa jest taka sama, to samo drażnienie Żydów i to samo łamanie jakiegoś porozumienia. Krach na moskiewskiej giełdzie nie omija Polski. Dolar i marka podrożały. Rząd ogranicza podwyżki prac w budżetówce. Ucierpią też emeryci i renciści. A wydawało się, że oderwaliśmy się od Rosji na dobre. Przeziębiłem się, gdy naprawiałem ciągnik w stodole. Ale co zrobić? Aura nie sprzyja, jest zimno i deszczowo. A wiatr taki, że łamie konary. Jakoś wcześnie przyszła jesień.

13 września (niedziela).
Wczoraj pomimo deszczu pojechałem rowerem, gdzie zauważono konopie indyjskie. Rzeczywiście, rosną trzy rośliny w miejscu dobrze nasłonecznionym na skraju łąki. Ziemię uprzednio ktoś uprawił. Uciąłem trzy gałązki. Leżą w garażu. Żonie nic nie mówię. Oj, byłaby awantura. Myślę, co powinienem zrobić jako obywatel. Ano, powinienem powiadomić policję. Musiałbym złożyć zeznania i chyba napisaliby o mnie w gazecie gminnej, a właściciele roślinek w nagrodę za moją gorliwość mogliby wyrządzić mi krzywdę.

19 września (sobota).
Trochę słońca, trochę chmur, 20 stopni ciepła. Czytam w „Polityce” o Konstantym Ildefonsie Gałczyńskim. Zmarł nagle w 1953 roku. Podano, że powodem było serce. Wezwano do zwłok artystę, specjalizującego się w wykonywaniu masek pośmiertnych. Był to Alfons Karny. Zanim przystąpił do dzieła, obejrzał dokładnie głowę i zauważył na szyi ślad od sznura.

23 września (środa).
Pogoda łaskawie darzy nas ciepłem. Złocące się w słonecznych promieniach liście radują oczy soczystą barwą. Pojechałem rano na grzyby. Poszczęściło mi się, znalazłem sporo prawdziwków, kilka kozaków i kurek. Piękna pogoda i las wyciszyły mnie wewnętrznie.

27 września (niedziela).
Wróciliśmy wczoraj późnym wieczorem ze zorganizowanej przez gminę wycieczki do Świnoujścia. Wycieczka była udana. Mieliśmy prześliczną pogodę. Słońce wręcz przypiekało. Za to nocą i rankiem zalegały mgły. Zamieszkaliśmy w domu wczasowym w Międzyzdrojach. Miasto żyje z wczasowiczów. Ma wspaniałą plażę i czyste morze. Na plaży słuchaliśmy z żoną monotonnego plusku fal. Wieczorem przenieśliśmy się promem z wyspy Wolin na wyspę Uznam do Świnoujścia. Wiem z historii, że na tej wyspie Niemcy montowali i robili próby z rakietami V-1 oraz V-2. Teren jest gęsto zalesiony. Pomiędzy wyspami kursuje kilka promów. Są to kolosy jota w jotę do siebie podobne. Przewożą autobusy, samochody osobowe, ciężarówki i ludzi. Podziwialiśmy też statki zawijające do Świnoujścia.

4 października (niedziela).
Sypnęło wczoraj śniegiem, że ho, ho, ale nie leżał długo. Mija ważność rejestracji mojego „malucha”. W tym roku opłatę za przegląd podniesiono do 70 złotych. To robota Balcerowicza. Doi, gdzie tylko może.

11 października (niedziela).
Jan Paweł II kanonizuje Edytę Stein, zamordowaną w 1942 roku przez hitlerowców w komorze gazowej w Auschwitz [Ur. w 1891 roku we Wrocławiu niemiecka filozof i teolog pochodzenia żydowskiego, pierwotnie ateistka, następnie karmelitanka; imię zakonne Teresa Benedykta od Krzyża -D.N.]. Pojechał nasz premier, co można odebrać jako gest polityczny. Dzisiaj w Polsce są bowiem wybory do ciał samorządowych, a premier Buzek reprezentuje prawicowe ugrupowania.

15 października (czwartek).
Piękna jesień za oknem, chociaż nieco pochmurna i deszczowa. Siedzę w domu, nie ma roboty dla mnie. A gdy mam trochę wolnego czasu, chwytam częściej za pióro, biorę gazetę czy książkę. W „Polityce” jest artykuł o Czesławie Miłoszu, który za książkę Piesek przydrożny otrzymał Nagrodę Literacką „Nike”. Pisarz wyznaje, że żył w czasach, kiedy doszło do olbrzymiej przemiany w ludzkiej wyobraźni. Uważa, że z jego życia znikło Piekło i Niebo, osłabła wiara w życie po śmierci, wskutek teorii ewolucji zatarła się granica między człowiekiem a zwierzęciem. W dodatku, pojęcie absolutnej prawdy przestało obowiązywać. Miłosz może sobie na wiele pozwolić, ale sądzę, że w swojej wypowiedzi nie był do końca szczery. W niedzielę (11 października) odbyły się wybory do rad i sejmików wojewódzkich. Do wyborów poszło ok. 45% wyborców. W dziewięciu województwach zwyciężyło SLD, w sześciu AWS. Unia Wolności wypadła słabo, do czego przyczynił się głównie jej lider Balcerowicz. Przed wyborami zaproponował, żeby przedsiębiorstwom obniżyć podatek o osiem procent, a biednym emerytom podwyższyć o trzy. Głosowałem na blok Przymierze Społeczne, złożony z PSL-u, Unii Pracy, Krajowej Partii Emerytów i Rencistów oraz Samoobrony. Blok ten miał sporo głosów i liczy się przy tworzeniu rad.

17 października (sobota).
Tegorocznym noblistą w dziedzinie literatury został Portugalczyk Jose Saramago. Jest pisarzem sławnym w świecie, ale ja o takim nie słyszałem. Uchodzi za antyklerykała. Jest członkiem Komunistycznej Partii Portugalii. Pierwszą powieść wydał w 1947 roku, ale nie została ona zauważona przez krytykę. Za książkę Baltazar i Blimunda dostał nagrodę portugalskiego Pen Clubu. Opinię bluźniercy zyskał za powieść Ewangelia według Jezusa Chrystusa. Twierdzi, że Jezus był tylko człowiekiem. Przepowiada nadejście komunizmu w nowym wydaniu. Pisze dzienniki, w których przedstawia swoje codzienne życie. Papież z okazji dwudziestej rocznicy swojego pontyfikatu gościł naszego prezydenta Kwaśniewskiego z małżonką Jolantą. Okazywał im dużą przychylność.

18 października (niedziela).
Chciałbym do mojej poezji wnieść tematykę, która w moim przekonaniu jest z gruntu mało poetycka. Uczyniłem to w wierszach Gdzieś daleko i Dzieciństwo moje. Czy mi się to udało? Nie do końca satysfakcjonują mnie te utwory, ale są nieco inne od dotychczasowych. I to – jak sądzę – jest ich wartością. Problem w tym, czy tę wartość dostrzegą jurorzy w konkursach.

25 października (niedziela).
Wczoraj skończyła się piękna pogoda. Od zachodu nadciągnęły deszczowe chmury i pada do dziś. Jest wietrznie. Na klonie przed domem zostało kilkanaście liści, a na jesionie i lipie nie ma już ich wcale. A mieliśmy jechać na cmentarz do Czerlejna. Nic z tego. Czytam opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza Stara cegielnia i Róża. Ze skruchą muszę przyznać, że niewiele dzieł tego autora czytałem. Może jest to spowodowane jego sposobem narracji, który mi nie odpowiada. Nie widzę u tego pisarza zwięzłości wypowiedzi, ale to rzecz gustu. Dotąd nie przeczytałem głównego dzieła Iwaszkiewicza pt. Sława i chwała. Obiecuję sobie, że na pewno się to uda. Pisarz do śmierci nosił w sobie żal, że nie otrzymał Nagrody Nobla. Mówił mi o tym Leonard Turkowski, który go osobiście znał. Władze naszej sąsiedniej gminy – Dominowa zabiegają o utworzenie (prawdopodobnie w Gieczu) gimnazjum. To piękna sprawa, bo i dzieci z naszej wioski mogłyby tam uczęszczać.

8 listopada (niedziela).
Zaniemógł nasz proboszcz i mszę odprawił inny ksiądz. Czy wróci do zdrowia? Nie wiadomo. Kiedy był młodszy, radził sobie z dolegliwościami. Reforma polskiego szkolnictwa zakłada ponoć, że w każdej gminie będzie gimnazjum. Podobno w Kostrzynie już kończą budowę takiej szkoły.

10 listopada (wtorek).
Mam przerwę w pracy, siedzę w domu. Przeczytałem dwa opowiadania Ernesta Hemingwaya – Śniegi Kilimandżaro i Zapaśnika. Oba przedstawiają według mnie krańcowe ludzkie zachowania i sytuacje. W pierwszym zrezygnowany człowiek poddaje się nadchodzącej śmierci. W drugim psychicznie chory gotuje się do napaści na kloszarda, ale zostaje brutalnie obezwładniony przez kolegę. Uważam, że są to skrajności wyimaginowane. Czy autorowi chodziło o podniesienie atrakcyjności utworów, czy też wypływało to z wewnętrznej potrzeby skupienia się na czymś niesamowitym. Teraz nie odpowiem. Muszę przeczytać więcej utworów Hemingwaya. Przede mną Rzeka dwóch serc.

12 listopada (czwartek).
Gdyby mi ktoś powiedział, że Rzeki dwóch serc nie napisał Hemingway, tylko ktoś inny, to nie uwierzyłbym. Spotkałem w tym utworze zadziwiająco łagodny klimat – sielski, czyli taki jaki powinien towarzyszyć opowiadaniu umiejscowionemu na łonie natury. Zadziwia też autentyczność, widoczna m.in. w dbałości o szczegóły, co tworzy niepowtarzalną atmosferę przekazu. Obecnie czytam opowiadanie Tomasza Manna Mario i czarodziej. Jeszcze nie skończyłem, ale mogę już napisać, że artyzm tego utworu jest wysokiego lotu. Pozytywnie uderza również niezwyczajna szczerość, a ona – jak myślę – jest cechą wielkich pisarzy. Minął świąteczny dzień 11 listopada. Odbyło się wiele imprez, w tym przepychanki chorych z nienawiści młodzieńców z lewicą. Rozbił się samolot, który sprawdzał warunki pogodowe przed defiladą w Warszawie. Zginęło dwóch pilotów.

16 listopada (poniedziałek).
Wczoraj ukończyłem formowanie wiersza Odlatującym ptakom. Wydaje mi się niezły. Jeszcze około 10 wierszy napiszę i zwrócę się do doktora Donata Niewiadomskiego o korektę, a potem pojadę do drukarni w Swarzędzu, by omówić koszt wydania tomiku. Dzisiaj telewizja nadała film o bombardowaniu Poznania przez samoloty alianckie w 1944 roku. Przecież ja to pamiętam! Stałem z innymi przy szosie pod topolą i patrzyliśmy na rozsłonecznione niebo, gdzie uwijały się srebrzyste samoloty. Na pewno chodzi o nalot w maju, bo dzień był ciepły. Stanął też w pobliżu wielmożny Bienek. Oczywiście, niczego w Ługowinach nie bombardowano, a – jak dowiedziałem się z filmu – bomby skierowano na fabrykę samolotów w Krzesinach koło Poznania.

22 listopada (niedziela).
Za wcześnie mróz skuł ziemię. Wczoraj i dziś rano na moim termometrze było -9 stopni. Mamy też śnieg. A tu jeszcze sporo pola do orki. Nasz proboszcz wrócił na plebanię i może w przyszłą niedzielę podejmie swoje czynności. Przeczytałem dzisiaj w „Polityce” przedruk porady, jaką podobno daje swoim czytelnikom „Nasz Dziennik” – pismo dyrektora Radia Maryja [Ojciec Tadeusz Rydzyk był inicjatorem powołania tej, istniejącej od 29 stycznia 1998 roku, gazety o profilu katolicko-narodowym. Wydawcą jest spółka Spes, red. naczelnym od 1999 r. Ewa Nowina-Konopka – D.N.]. Według tekstu zamieszczonego w „Polityce” człowiek sporządzający testament powinien zobowiązać swoich spadkobierców do przekazania kwoty 5000 złotych na rzecz Fundacji Rozwoju Mediów Katolickich z siedzibą w Lublinie [Może w rzeczywistości chodziło o powstający tam Instytut Edukacji Narodowej – D.N.].

29 listopada (niedziela).
Zima ani myśli ustąpić. Leży śnieg, szosy są oblodzone. Szykuje mi się dłuższy odpoczynek. Pilniejsze prace ukończyłem, mniej pilne odłożyliśmy na przyszły rok. Kupuję kilka gazet, które łączą mnie z krajem i światem. Dowiaduję się z „Polityki”, że siostra Adama Strzembosza – byłego I prezesa Sądu Najwyższego jest kandydatką na ołtarze [Teresa Strzembosz 1930-1970, założycielka przykościelnego poradnictwa rodzinnego i domów samotnej matki – D.N.]. Guy de Maupassant opowiadanie Spadek niesamowicie przegadał, ale w sumie pokazał kawałek życia XIX-wiecznej Francji. Trzeba przy tym powiedzieć, że ówczesne stosunki międzyludzkie dorównywały współczesnym, czyli dla pieniędzy człowiek może popełnić każdą podłość.

3 grudnia (czwartek).
Siedzę w domu. Mrozy nie puszczają. Za moim oknem -7 stopni, w Poznaniu -13, na wschodzie kraju ponad -20. W „Polityce” przeczytałem taką wypowiedź o Żydach. Mojżesz dał prawo, Chrystus miłosierdzie, Marks świadomość, Freud podświadomość, a Einstein powiedział, że to wszystko względne. I dodają jeszcze, że Oppenheimer podarował nam bombę atomową, by strzegła pokoju na świecie. Zastanawia, że naród żydowski wydał tak wielu znaczących w dziejach świata ludzi.

4 grudnia (piątek).
Zelżał mróz. Najlepiej, żeby sobie poszedł za krąg polarny do swego igloo. Wczoraj w Warszawie przed Urzędem Rady Ministrów demonstrowali chłopi. Ministra rolnictwa wygwizdali i obrzucili jajkami, a kukłę ministra Balcerowicza wychło-stali rózgami. Jakie to piękne, symboliczne i dające wiele satysfakcji. A co nowego w mojej wsi? Ostatnio mieliśmy kilka pogrzebów mężczyzn, którzy zmarli na raka płuc.

8 grudnia (wtorek).
Z powodu mrozów zamarzły w Polsce 92 osoby. Jest to rekord przekraczający statystyki europejskie. W dawnej Polsce takich rekordów nie notowano. Wczoraj byłem w Poznaniu na posiedzeniu zarządu naszego Oddziału Wielkopolskiego STL. Mówiliśmy o dalszej działalności. Z Rady Programowej przybyli – pani Aleksandra Wojciechowska i pan Zbigniew Toroński, z twórców prezes Mendlewski i wiceprezes Oleksy. Zebraliśmy się w mieszkaniu pani Wojciechowskiej, ponieważ nie mamy własnego kąta.

9 grudnia (środa).
Wczoraj wybrałem się na długi spacer po polach i lasach. Spotkałem kilka śladów zajęczych, znacznie więcej niż przed paroma laty. Mniej jest natomiast śladów dzików i saren. Spacer ten zmusił mnie do znacznego wysiłku, gdyż chwilami szedłem po kolana w śniegu i po kilku kilometrach takiego marszu nogi odmawiały mi już posłuszeństwa. A dzisiaj mamy -10 stopni. Ale w domu tego nie czuć, grzeją dobrze. Dwudziestu polskich posłów wystąpiło do rządu brytyjskiego z petycją, w której domagają się uwolnienia Augusto Pinocheta – chilijskiego dyktatora na emeryturze, który odpowiada za śmierć tysięcy ludzi [Pinochet przybył do Anglii na badania lekarskie, mimo immunitetu dyplomatycznego został aresztowany przez władze brytyjskie na polecenie prokuratora hiszpańskiego, domagającego się jego ekstradycji do Hiszpanii za zbrodnie na obywatelach tego kraju. Pinocheta osadzono w areszcie domowym, po czym m.in. wskutek protestu władz Chile został zwolniony i powrócił do kraju – D.N.] Oto nasza rzeczywistość. Posłowie Pinocheta bronią, bo walczył z chilijską komuną. Oto polscy katolicy. Mordowanie dla idei to nie grzech. Mój Boże, kiedy rozsądek weźmie górę, kiedy zapanuje zwykła, ludzka etyka, że nie wspomnę o religii. Moim zdaniem tacy ludzie powinni być wykluczeni z katolickiej społeczności, ponieważ pochwalają metody, jakie po wojnie wobec swych przeciwników stosowali komuniści [W Polsce protestowali m.in. Marek Jurek, Michał Kamiński, Tomasz Wołek-D.N.].

13 grudnia (niedziela).
Wczoraj rano było -16 stopni, a wieczorem zero. Dzisiaj świeci słońce, a termometr stoi na siedmiu stopniach ciepła. Śnieg topnieje. Sięgam po wydawany przed laty miesięcznik „Poezja”. To ciekawe i wartościowe pismo teraz nie wychodzi. Szkoda! W numerze ósmym z 1981 roku pt. „Sted” czytam zapiski Stachury z podróży. Dziwne to zapiski, bo też ten pisarz był dziwnym człowiekiem. Na przykład, w maju 1974 roku zanotował, że pił przez dwa dni, po czym przepraszał powietrze i mówił do niego podczas spaceru, że teraz będzie upijał się tylko nim.

19 grudnia (sobota).
Niebawem miną mi 63 lata. Nie jest to mało. Zawsze marzyłem o osiągnięciu choćby pięćdziesiątki. Zmarł mój były sąsiad. Oj, panoszy się rak, panoszy. Stany Zjednoczone i Wielka Brytania wypróbowują swoje rakiety i samoloty w Iraku. Husajn przeszkadzał kontrolerom ONZ, no i mamy to, co mamy -nową wojnę w Iraku.

25 grudnia (piątek).
Wiele działo się na świecie przez te kilka dni, ale ja nie miałem chęci do pisania. Dzisiaj siedzę przy stole i chwytam za pióro. Za oknem pochmurno i szaro. Stary adapter z kłopotami uruchomiony po rocznej przerwie gra kolędy w wykonaniu „Mazowsza”. W domu świąteczny nastrój, a Amerykanie i Anglicy zakończyli bombardowanie irackich fabryk i magazynów. Nie znaczy to jednak, że Irak znów może robić, co tylko chce. Kontrolerzy ONZ nadal pełnią swoją misję. Prymas Glemp poruszył z kolei bardzo ciekawy i bolesny problem. Jeśli dobrze prymasa zrozumiałem, potępił formę rozliczania komunistycznych działaczy. A zatem nie poparł ekipy rządzącej, która manipuluje teczkami byłej Służby Bezpieczeństwa. Mówił coś o zemście, która powinna być obca chrześcijaninowi. Całkowicie prymasa popieram. Obrzydliwość człowieka ogarnia, kiedy słucha się wystąpień posłów z ZChN-u. Oni powinni być wykluczeni z Kościoła, a nie reprezentować chrześcijańskiej partii w sejmie.

30 grudnia (środa).
Pewien znajomy (Lech J.) opowiadał mi o cudzie, którego był świadkiem. Miało to miejsce przed kilkunastoma laty. Pamiętam to wydarzenie. Głośno o nim było w okolicy. Wielu tam pojechało. Pojechał też i on. Otóż, w okolicach Konina na kościele ukazywała się Matka Boska. Ktoś ze zgromadzonych zawołał, że widzi jej wizerunek na wieży, ale Lech niczego tam nie ujrzał. Niebawem ktoś inny krzyknął, że znajduje się teraz na drzwiach. I rzeczywiście, znajomy zaczął się tam pilnie wpatrywać i zauważył zarys postaci Maryi. Po powrocie do domu spojrzał na obraz Matki Boskiej w swoim pokoju i był on identyczny z tym na kościele. Wydaje mi się, że każdy widzi, co chce widzieć. Mówiono później, że to jacyś studenci zażartowali sobie z ludzi i rzucali z daleka obraz Maryi na kościół przy pomocy lasera.

31 grudnia (czwartek).
Dzisiaj po południu przyjeżdża Janusz z rodziną. Jutro wszyscy spotykamy się u nas. Żona przygotowuje dania, ja pomagam, ile mogę i ile potrafię. Nauczyłem się wspaniale kroić warzywa na sałatkę. Do innych prac żona mnie nie dopuszcza. Szkoda. Nie docenia mnie. Umiem znacznie więcej. Szczęśliwego Nowego Roku!