Rok 1992
4 stycznia (sobota).
Nowy rok nie skąpi nam ciepłych dni. To dobrze. Dzisiaj sobota, bezśnieżna, ale wietrzna z czterema stopniami ciepła. Centralne ogrzewanie od pierwszego stycznia podrożało aż o 100%, prąd 20%, ciepła woda 80%. Nowy rząd tłumaczy, że to podwyżki starego. Związki zawodowe OPZZ ogłosiły pogotowie strajkowe.
6 stycznia (poniedziałek).
Dziś o 20% zdrożał alkohol i wyroby tytoniowe. W kraju nasila się fala strajków. W Nowej Hucie już 14. dzień trwa strajk głodowy. Dwoje wycieńczonych zawieziono do szpitala. Strajkują też w zakładach lotniczych w Rzeszowie.
16 stycznia (czwartek).
Wczoraj z poczty dostarczono nam telegram. Zmarł brat teścia – Janek. Liczył sobie 85 lat i był najmłodszy w rodzinie. Mój teść zmarł w wieku 82 lat. Długowieczna rodzina. Jutro jedziemy na pogrzeb w okolice Wołowa. Związki domagają się anulowania podwyżek. Dziwne stanowisko zajmuje Wałęsa. Staje po stronie strajkujących. Twierdzi, że strajki są wyrazem dezaprobaty robotników wobec polityki rządu. Sprytnie się usadowił.
21 stycznia (wtorek).
Powrócił mróz, rano było siedem stopni. Wczoraj dyrektor Gminnego Ośrodka Kultury w Kostrzynie zaprosił mnie i żonę na imprezę kulturalną. Kwartet muzyczny z Poznania grał wiedeńskie melodie, śpiewała młoda, ładna pani, a ja mówiłem wiersze. Po części artystycznej łamaliśmy się opłatkiem, wypiliśmy kawę i kieliszek wina, zjedliśmy smaczne pączki i obejrzeliśmy film o Kostrzynie i gminie. Wczoraj mieliśmy też w domu kolędę.
26 stycznia (niedziela).
Jutro jedziemy po paszporty. Powoli, krok po kroku, przygotowujemy się do wyjazdu do Niemiec na komunię wnuka Dominika. W ubiegłym roku kupiłem garnitur, a żona materiał na kostium.
1 lutego (sobota).
Dzisiaj sejm obraduje nad uchwałą, określającą stan wojenny z 1981 roku jako nielegalny. Jaruzelski chciał wystąpić w sejmie. Odmówiono mu i zaproponowano wystąpienie przed komisją sejmową. Po raz któryś czytam Potop i tym razem rozmyślam o pojęciu dobra i zła. Jak zmienna jest wartość tych pojęć. Mam też wobec Potopu kilka uwag krytycznych, ale nie napiszę o tym, ponieważ może to zostać przyjęte jako pokalanie narodowego skarbu. Nieśmiało wtrącę, że z niektórych epizodów Sienkiewicz powinien zrezygnować.
4 lutego (wtorek).
W ubiegłym roku w Lublinie powstał prywatny bank, którego właścicielem był rosyjski emigrant Dawid Bogatin. Bank funkcjonował dobrze. Cieszył się zaufaniem klientów i akcjonariuszy. Aż tu jedna z gazet podała wiadomość, że Bogatina ścigają Amerykanie za przestępstwa gospodarcze i podatkowe. Zrobił się rwetes. Sypnęli klienci po swoje wkłady. Wygląda na to, że w Polsce przestępcy z łatwością znajdują azyl. Na posiedzeniu sejmu Moczulski zdenerwował się na lewicę. Podniecony powiedział, że skrót PZPR znaczy: Płatni Zdrajcy Pachołki Rosji. Lewica opuściła salę obrad i zamierza wytoczyć mu proces za obrazę. Na to Moczulski stwierdził, że za obrazę PZPR już siedział w więzieniu i może siedzieć jeszcze raz.
12 lutego (środa).
W piątek przyjechał z Niemiec syn z rodziną. U nich bez zmian. W miarę zdrowi. Ze względów językowych wnuk Dominik ma kłopoty w szkole. We wtorek rozmyślałem o swoim dzieciństwie, w tym o zabawach dziecięcych. I tak, zabawę w chowanego zaczynało się od wyliczanki. Ustawialiśmy się kołem i ktoś z nas wyliczał: Ele mele, cukru wiele, // cztery funty, arkusz piąty, // wyrwij pióro, wyrwij choinę, // a ty chłopcze idź na wojnę. Na kogo padło słowo wojna, ten był wyliczony i musiał się chować. Ostatni szukał. Zabawy zajmowały nam dużo czasu w lecie. Nie było telewizji, nie było radia, w okresie okupacji nie chodziło się do szkoły. Kiedy zaniosłem w pole śniadanie czy podwieczorek, kiedy naciąłem trawy dla krowy i narąbałem drzewa, a robiłem to od najmłodszych lat, gdy tylko mogłem unieść toporek, cały wolny czas poświęcałem zabawie. Dodam, że prace te i zabawy niezwykle rozwijały sprawność fizyczną.
14 lutego (piątek).
Dzisiaj Walentego, patrona zakochanych. Pierwszy raz o tym słyszę w radiu. Nie wiem, skąd to do nas przyszło. Ale pięknie się stało, że zakochani mają opiekuna.
17 lutego (poniedziałek).
Wczoraj prymas Glemp modlił się z żołnierzami w Drawsku, a kapelanów wojskowych mianowano kapitanami. Dopiero teraz mówią, że 7 czerwca 1982 roku Jan Paweł II i prezydent Stanów Zjednoczonych Ronald Reagan zawarli święte przymierze, które miało rozłożyć komunę i wspomóc „Solidarność”. Udało im się.
21 lutego (piątek).
Papież zaprzeczył. Pewnie, takich przymierzy oficjalnie się nie zawiera. Rząd przyjął założenia uzdrowienia gospodarki. Jeśli sejm je zatwierdzi, to będzie krucho. Obniżą mi emeryturę. Nasi hokeiści zadziwili wszystkich na zimowej olimpiadzie we francuskiej miejscowości Albertville. Wygrali z Włochami swój ostatni mecz. Wszystkie inne przegrali. Zawodnikom urządzono wspaniałą wycieczkę. Czy to nie piękne?
23 lutego (niedziela).
Wczoraj podczas próby na scenie Teatru Nowego w Poznaniu zmarł znany aktor Tadeusz Łomnicki. Grał m.in. Wołodyjowskiego w Potopie oraz w Panu Wołodyjowskim. Liczył 65 lat. Przygotowywał się do tytułowej roli w sztuce Szekspira Król Lear. W piątek w naszej szkole odbyło się zebranie mieszkańców wioski. Wypowiadano się krytycznie o działalności naszego ośrodka zdrowia.
26 lutego (środa).
Boże, ile we mnie niepokoju! Jakże chciałbym napisać opowiadanie umiejscowione w krajobrazach dzieciństwa i młodości. I oddać tamtą atmosferę, jeszcze raz przeżyć tamten czas. Coś się we mnie spopiela i na powrót bucha płomieniem. I znów się spopiela i znów zapala. Niemoc to, czy brak konsekwencji. Dzisiaj imieniny Mirka, jedziemy więc do Swarzędza do naszego syna.
15 marca (niedziela).
Od rana zadymka przesłoniła świat. Padało do południa. Potem wyjechaliśmy do syna Zbyszka. Wracaliśmy o zmroku, który wnet przemienił się w nieprzeniknioną ciemność, rozdzieraną tylko błyskawicami. Padało tak obficie, że widziałem zaledwie parę metrów drogi. Znaleźliśmy się w centrum śniegowej burzy. Na szczęście, wszystko dobrze się skończyło.
23 marca (poniedziałek).
Miałem spotkanie z dziećmi w szkole w Węgierskiem, do której sam kiedyś chodziłem. Wyjątkowo denerwowałem się, ale kiedy znalazłem się przed moimi miłymi słuchaczami, to minęło. Cały czas miałem mikrofon przed sobą i kamerę z boku, co mi nie pomagało. Program przygotowałem dla klas starszych, ale sprawę uratowały wiersze dla dzieci. Dobrze, że je kiedyś tak dla relaksu napisałem. Po moim występie dzieci wystąpiły z inscenizacją wierszy Tuwima, Brzechwy i innych autorów. Bardzo się starały. Potem wzruszonymi głosami czytały mi swoje wiersze. Obecna na spotkaniu redaktorka z Radia Merkury chciałaby zrobić ze mną dłuższy wywiad. Podałem jej swój adres.
3 kwietnia (piątek).
Jeszcze nie zginęły rozlewiska na polach. Ostatnio były tak obfite opady, że woda nie nadążała wsiąkać w glebę. Otrzymałem pismo z Zarządu Głównego STL o konkursie literackim. Nie mam nic konkretnego. Poślę chyba wiersze dla dzieci. Liche to, ale wypada wziąć udział. Już dostrzega się wiosnę. W zacisznych miejscach kwitną żółte kwiaty. Może podbiał. Przyleciały pliszki i kurki wodne. Nie widać dzikich kaczek, czajek, bocianów. Ale skowronki już dawno wyniosły swoje pieśni pod niebiosa. Śpiewają Bogu i ludziom.
5 kwietnia (niedziela).
W tej chwili słucham w radiu kazania księdza. Twierdzi, że Jan Paweł II doznał szczególnej łaski od Boga, kiedy został ranny w zamachu przed jedenastoma laty. Dla mnie to za trudne do pojęcia.
8 kwietnia (środa).
Minister obrony narodowej Jan Parys oświadczył, że niektórzy politycy szukają w wojsku oparcia, by obalić w Polsce demokrację. Niczego więcej nie ujawnił. I rozpętał burzę. Wałęsa od dawna patrzy na tego ministra krzywo. Któraś z gazet napisała, że Wachowski i były wiceminister Bronisław Komorowski zwołali naradę oficerów bez porozumienia z Parysem. Pegeery nie mają pieniędzy na wypłatę.
11 kwietnia (sobota).
Byłem dzisiaj rowerem koło Ługowin przy stawach pod lasem. Spotkałem tam czajki. Pierwszy raz tej wiosny. Jakże swojsko zabrzmiał ich płaczliwy głos. Zaraz ta ziemia stała mi się droższa. Wczoraj w telewizji pokazano demonstrację w Warszawie przeciwko wprowadzeniu na świadectwa szkolne zapisu religia. Demonstrowała młodzież szkolna i dorośli. We Wrocławiu z kolei uczestnicy demonstracji solidaryzowali się z Parysem. A premier przebywa w Waszyngtonie. Zabiega o poparcie dla polskich reform i ekonomiczne wsparcie.
18 kwietnia (sobota).
W czwartek byliśmy w Środzie i zlikwidowaliśmy książeczki oszczędnościowe. Na rocznej mieliśmy 5 milionów, co dało nam 2 miliony 300 tysięcy odsetek. Druga półroczna książeczka dała milion sto tysięcy. Zyskaliśmy ponad 3 miliony, tj. w granicach 40% rocznie, a inflacja sięga 70%, czyli w sumie i tak straciliśmy. Ale gdyby te pieniądze leżały w domu, strata byłaby większa. Po świętach zamierzamy jechać do Poznania na giełdę samochodową. Jeśli spotkam taniego, a dobrego „malucha” [Fiata 126p – D.N.], to kupię. Muszę to zrobić, bo za rok za te pieniądze kupię kiepski motocykl albo rower. Wobec poczynań rządu planowanie jakichkolwiek zakupów i oszczędzanie pieniędzy jest bezcelowe. Inflację planuje się na 60%.
19 kwietnia (niedziela).
Byliśmy z żoną na rezurekcji, ale ta piękna, radosna uroczystość, wypadła jak zwykła msza. Od śmierci organisty milczą organy. Nie zadrżały więc kościelne dzwony od pieśni Wesoły nam dzień dziś nastał. Wypadła ona blado, chociaż nie żałowałem gardła. Nie poleciała na wioskę, na pola. Nie zaniosła radosnej nowiny oziminom, budzącym się gruszom, tarninom. W dodatku, zdjęta z kościoła wieża spowodowała, że nie odbyła się procesja. Nie było przejścia. A nasz kościół pw. Świętego Kazimierza jest wyjątkowy. Wieża w całości drewniana. Ściany kościoła od wewnątrz drewniane, zewnętrzne natomiast to tzw. pruski mur, czyli drewniane belki z przestrzenią między nimi wypełnioną cegłą. Z okazji Wielkanocy przypomniał mi się Franciszek Karpiński (1741-1825) – autor popularnych pieśni religijnych, które zna prawie każdy Polak. Z pieśni nabożnych napisał m.in. Kiedy ranne wstają zorze, Wszystkie nasze dzienne sprawy, Bóg się rodzi oraz piosenkę miłosną Już miesiąc zaszedł, którą ma w repertuarze zespół „Mazowsze”.
20 kwietnia (poniedziałek).
Przyleciały bociany. Spotkaliśmy jednego na gnieździe za wioską. Od trzech lat mieszkają na wierzbie wśród łąk. Mądre ptaki. Zamieszkały w pobliżu jedzenia. Podobno do Polski przylatuje co roku 80 tysięcy bocianów. Wczoraj jakaś dziewczyna w radiu recytowała mój wiersz Chłopi.
27 kwietnia (poniedziałek).
Kupiliśmy „malucha” z 1986 roku. Zrujnował nas doszczętnie. Kosztował 18 milionów i wymaga naprawy, czyli kolejnych milionów. Syrenę dałem Zbyszkowi, a jej stan techniczny jest lepszy niż tego „malucha”. Mamy cudowne dni. Zielenieje świat wokoło. Kwitną niektóre drzewa, agrest, porzeczki. Wschodzą warzywa. Aż chce się żyć. Ile nadziei, radości wlewa w serca budząca się przyroda.
30 kwietnia (czwartek).
I oto do swego gniazda nad moim oknem zgłosiły się właścicielki – jaskółki. Jakich map używają, że tak bezbłędnie każdego roku do swego domu trafiają. Bóg jeden wie. Nie mam czasu na pisanie. Przeglądam, naprawiam „malucha”. Pieniądze wyparowują z naszej sakiewki. Od wzbogacenia zapłaciłem 360 tysięcy. Urząd skarbowy sam policzył opłatę od 18 milionów, jakby wiedzieli, że tyle zapłaciłem.
2 maja (sobota).
Popadało w nocy. Wałęsa sprawia wiele niepokoju, już zapowiedział, że ma dwu kandydatów na premiera -Olechowskiego i Mazowieckiego. Olechowski odpowiada mi fizjologicznie – powiedział, czym wzbudził wesołość na sali.
3 maja (niedziela).
Świeć majowa jutrzenko polskiej krainie i oświeć tych, co wiodą ją do zguby. Wczoraj, kiedy Wałęsa modlił się na Jasnej Górze, minister Parys odznaczał generałów.
7 maja (czwartek).
Biało i zielono wokoło. Kwitną wiśnie, klony, ale chłodno, niekiedy pokropi deszczyk. Wczoraj sejm uchwalił, że pracownicy budżetowi otrzymają zawieszoną w ubiegłym roku podwyżkę płac. Zaprotestował minister finansów Olechowski i podał się do dymisji. Zamiast brać się do roboty – rejteruje. W Warszawie trwają przepychanki. Najczęściej to prezydent Wałęsa jest zarzewiem konfliktów. Któraś gazeta napisała, że powinno się tak stać, jak podczas okupacji. Niemcy walczyli z partyzantami w pobliżu pewnej leśniczówki. Raz górą byli jedni, raz drudzy. Robili wiele hałasu, aż zdenerwowało to gajowego. Jednych i drugich wypędził z lasu, i był spokój.
9 maja (sobota).
Od rana ani słowa w radiu, że dzisiaj tak uroczyście obchodzony w poprzedniej epoce Dzień Zwycięstwa. Mam już bilety do Hanoweru. Jeszcze przed dwoma tygodniami bilet kosztował 620 tysięcy, a dzisiaj kosztuje 675 tysięcy. Wartość złotówki spada. Dolar jest już po 14 tysięcy. Szkoda, że swoje dolary dałem na „malucha”. Rozkwita czeremcha. Wieje od niej miły zapach. Przydroża i łąki obsypane są żółtym kwieciem dmuchawców. Żółcą się też, aczkolwiek nieśmiało, rzepaki. Pory roku powtarzają się, wiosna podobna do wiosny, ale każdą witamy jako coś niepowtarzalnego. O ile życie byłoby uboższe bez obserwowania przemian przyrody. Człowiek też ma swoje niepowtarzalne pory życia. Oby jesienie były równie pogodne jak pozostałe pory. Ale tak nie jest. Jesień brzemienna wiekiem i przemyśleniami stwarza przygnębiającą atmosferę. Ciężar jesieni narasta, olbrzymieje, przesłania blaski. Jesienie ludzkiego życia są okrutne. Szczęśliwi, którzy się nie poddają ciężarowi jesieni.
16 maja (sobota).
Pojechałem dzisiaj rowerem do lasu pod Ługowiny w pobliże leśniczówki. Nadal jest pusta. Okna zabite deskami. Dzień był prześliczny, słoneczny, ciepły. W pełni rozkwitły rzepaki. Zapachem wdzierają się w głąb ludzkich doznań, choć ja nad ich zapach przedkładam zapach łubinu, bzu, czeremchy, a nawet powoju. Ale kto zwraca uwagę na niepozorny powój? Przywiozłem pęk rozkwitłej konwalii. Najpiękniejszy dar wiosny dla domu. Jutro jedziemy do Swarzędza na komunię do Leszka – mojego chrześniaka, syna siostry Leosi. Do komunii idzie jego córka. Leszek zaprasza wszystkie ciocie i wujków. Ma gest!
24 maja (niedziela).
W tej chwili słucham audycji „Kiermasz pod kogutkiem”, poświęconej Stanisławowi Buczyńskiemu, ludowemu poecie z Kotorowa. Tak się złożyło, że parę razy spotkałem się z Buczyńskim, rozmawiałem, a także wypiłem niejeden kielich. Pierwszy raz spotkaliśmy się bodajże w 1979 roku w Markuszowie z okazji podsumowania konkursu im. Jana Pocka. Wiersze moje zdobyły II nagrodę i dlatego zostałem tam zaproszony. Czas zwykle idealizuje. Tak też jest z Buczyńskim w mojej pamięci. Cechowała go szczerość za wszelką cenę. Nie krył swych sympatii ani antypatii. O moich wierszach mówił: Bez rymu? Co to za wiersze. Miał prawo tak mówić. Natomiast ja jego wiersze wysoko oceniam, głównie ze względu na tematykę i ładunek emocjonalny. Rymy są mi obojętne. Tyle o Stanisławie Buczyńskim. Niech mu ziemia lekką będzie. Mamy ciepłe i suche dni. Tak suche, że coraz częściej spoglądamy w niebo. Może jakaś zabłąkana chmura zajaśnieje błyskawicą i zrosi pola. Ale niczego nie widać. Przekwita spóźniona tego roku konwalia, rozkwita głóg. Jutro nazrywam tych kwiatów tyle, żeby starczyło na cały rok. Wzmacniają serce, obniżają ciśnienie. Od wielu lat interesuję się ziołami. Mija tysiąc lat od śmierci Mieszka I. Dlatego kardynał Glemp celebruje mszę świętą na Ostrowie Lednickim.
29 maja (piątek).
Przed laty obiecałem sobie, że zapiszę opowieści starszych ludzi z wioski. W związku z tym dzisiaj rano rozmawiałem z Kowalickim. Niechętnie mówił o sobie. Był żołnierzem generała Andersa. Opowiedział mi o głodzie, jaki mieli w Związku Radzieckim. Także o tym, jak ich w jakimś porcie załadowali na rudowęglowiec „Żdanow” i przewieźli przez Morze Kaspijskie do Iranu siedem tysięcy ludzi. Tam czekały na nich namioty. Ich ubrania żołnierze spryskali benzyną i spalili razem z wszami. Ze Związku Radzieckiego wywieźli tylko kilka karabinów dla wartowników. W Iranie odpoczęli dwa tygodnie, a dalej droga zawiodła ich do Palestyny. Byli tam chyba rok, po czym trafili do Egiptu, bodaj do Port Saidu. Wszędzie za nimi zostawały cmentarze. Na początku 1944 roku przeniesiono ich do Włoch. I tu brał udział w walkach o Monte Cassino. Służył w artylerii i bezpośrednio w zdobywaniu klasztoru nie uczestniczył. Trafił jeszcze do Wielkiej Brytanii i dopiero stamtąd wrócił do Polski. Tu nie miał większych przykrości z powodu służby u Andersa. Teraz jest na emeryturze. Ma 77 lat. Chodzi podpierając się laską. Dzisiaj byliśmy też z żoną w Puszczykowie – w domu Arkadego Fiedlera. W swoim długim życiu zgromadził wiele pamiątek z licznych podróży po świecie. Jest co oglądać i podziwiać w tym prywatnym muzeum.
31 maja (niedziela).
Dzisiaj mija 16. rocznica śmierci mojej matki. A zdaje się, że to tak niedawno było. Jutro pojadę posadzić kwiaty na grobie.
5 czerwca (piątek).
Nie wyspałem się tej nocy. Wczoraj prezydent Wałęsa przesłał pismo do sejmu, domagając się natychmiastowego odwołania premiera Olszewskiego. Pismo zbiegło się z wnioskiem małej koalicji o odwołanie rządu. Posiedzenie sejmu zakończyło się o pierwszej w nocy i miało niezwykle emocjonalny przebieg. Rząd odwołano [Był to efekt wykonania przez ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza uchwały sejmu, dotyczącej osób zajmujących eksponowane stanowiska publiczne, odnotowanych jako współpracownicy służb specjalnych PRL; na tzw. „liście Macierewicza” znaleźli się m.in. prezydent L. Wałęsa, marszałek sejmu W. Chrzanowski, minister spraw zagranicznych K. Skubiszewski, przewodniczący KPN L. Moczulski – D.N.]. Jest wczesny ranek. Wioska jeszcze śpi. Dzisiaj jedziemy do Hanoweru na komunijną uroczystość. Już czwarty raz jadę za granicę, a pierwszy mój wyjazd był do Moskwy i Leningradu.
14 czerwca (niedziela).
W piątek wróciliśmy z Niemiec. Jesteśmy zadowoleni z pobytu u najbliższych. Janusz jeszcze nie pracuje, chociaż zdał ostatni egzamin. W Polsce ukończył administrację, ale po ukończeniu niemieckiej szkoły będzie chyba programatorem. Całkiem dobrze opanował język niemiecki. Dzieci kłopoty językowe też mają poza sobą i nieźle sobie radzą w niemieckiej szkole. Granicę bez wiz przekracza się całkiem prosto. Celnicy są przyjaźni i niezbyt ciekawi, co się z sobą wiezie. U nas wszystko można nabyć taniej, co nie znaczy, że stać nas na więcej niż Niemców. W grę wchodzi wysokość zarobków. Moja emerytura to po przeliczeniu 250 marek, a emerytura teścia Janusza wynosi 2 100 marek. Wróciliśmy do Polski – do wrzącego kotła, pod którym pali prezydent. Wczoraj „Solidarność” potępiła Wałęsę. Nowy premier Pawlak prowadzi rozmowy. Jego przeciwnicy krzyczą, że wraca komuna. Może nie wróci! We Wrocławiu demonstrowano przeciwko Wałęsie, który swoim przeciwnikom powiedział: O, kolesie! Tu się miarka przebrała. Prezydenta nie da się szantażować. Panie dawny ministrze, ja mam jeszcze kilka asów w rękawie. Jak te asy wyciągnę, to pan jest w szpitalu.
15 czerwca (poniedziałek).
Imieniny Wita. Przeminęła najcudowniejsza pora roku. Od miesiąca nie było opadów. Na pagórkach bieleje żyto. Zboża jare są małe, trawy wypalone. Katastrofa. Ktoś z Karolewa dał na mszę z prośbą o deszcz.
29 czerwca (poniedziałek).
Przy pomocy ogromnego dźwigu włożono kopułę kościelnej wieży na dawne miejsce. To historyczne dla wioski wydarzenie uwiecznili operatorzy z telewizji. Wieżę pokryto blachą miedzianą. Szybko dojrzewają zboża. Już na pokosy kosi się rzepak. Lada dzień ruszą kombajny w rzepak ozimy. Zakwitły lipy. Nazrywałem pięknie pachnących kwiatów. Suszą się w pokoju. Suszy się też dziurawiec.
5 lipca (niedziela).
Niespodziewanie przyjechał Janusz z rodziną. Jeśli doda się Anię i Filipa, którzy u nas spędzają wakacje, to mieszkanie mamy pełne. W Laskach spłonął dom przeznaczony dla nosicieli AIDS [Zespół nabytego upośledzenia odporności, wywoływany wirusem HIV, przenoszony m.in. przez kontakty seksualne, przetoczenie zakażonej krwi czy zakażone strzykawki – D.N.]. Dom, na który nie zgadzali się tamtejsi mieszkańcy, bo nie życzyli sobie takiego towarzystwa. Mieszkańcy twierdzą, że dom zapalił się od pioruna. Był to dziwny piorun, bez burzy. Dopatrują się więc w tym „Bożego palca”.
19 lipca (niedziela).
Nareszcie mogę spokojnie spisać, co działo się w minione dni. Wnuki rozjechały się do swoich domów. A więc po kolei. Zachorował papież. Jest już po operacji. Lekarze informują, że czuje się dobrze i wkrótce wyjedzie do swej rezydencji. Wydarzeniem godnym odnotowania jest wybór Hanny Suchockiej z Pleszewa, zamieszkałej ostatnio w Poznaniu, na premiera. Razem z nią powróci Kuroń. Może jak poprzednio zaopiekuje się emerytami. W dniu 15 lipca nasz kombinat przeszedł do Agencji Rolnej Skarbu Państwa. W związku z tym zabrano nam darmowe mleko. Czekamy na dalsze kroki agencji. Pewne jest, że sytuacja ludzi w pegeerach pogorszy się, najbardziej emerytów. Nie dadzą nam też ziemi pod ziemniaki. A co będzie z mieszkaniami? Teraz mamy za darmo, ale jak słychać, to się zmieni i trzeba będzie płacić czynsz. Czy to naprawdę jest to ten ustrój, o który ludzie walczyli? Wnuk Dominik zapytał, czy umiem grać scyzorykiem. Odpowiedziałem, że nie, bo gdy byłem młody, matka nie miała pieniędzy, żeby mi scyzoryk kupić. Scyzoryk był moim największym niespełnionym marzeniem w dzieciństwie.
21 lipca (wtorek).
Tegoroczne lato przejdzie do historii jako niezwykle suche i gorące. Wczoraj w cieniu było 31 stopni. Na słabszych glebach jare zboża nawet się nie wykłosiły. Stan ziemniaków zależy od ich odmiany i terminu sadzenia. Odmiany wczesne, na dobrych glebach, są niezłe. Urodzaj buraków cukrowych może być średni. Przez kraj przelewa się fala strajków.
22 lipca (środa).
Dawne Święto Odrodzenia niewielu już pamięta. Czytam zapiski Jerzego Andrzejewskiego pt. Gra z cieniem (1987). Obejmują lata 1979-1981, w Polsce niezwykle burzliwe, a czytając książkę odnosi się wrażenie, że w kraju nic się nie dzieje. Na ten temat jest tylko kilka oględnych zdań, że tylko wtajemniczony zrozumie ich sens. To niezwykłe rozminięcie się z rzeczywistością. A może to sprawa ówczesnej cenzury?
25 lipca (sobota).
Pracuję w warsztacie. Jak dawniej naprawiam ciągniki. W okresie żniw sięga się po stare kadry. Olimpiada w Barcelonie. Dziś uroczystość otwarcia. Oglądamy w telewizji z wnuczką Anitką piękne widowisko. Obraz mamy ładny, kolorowy. Ciekaw jestem, czy po latach wnuczka przypomni sobie, jak z babcią i dziadkiem oglądała tę uroczystość.
31 lipca (piątek).
W kraju wrze. Strajk w Lubinie, Tychach, Kraśniku, pogotowie strajkowe w Ursusie. W Lubinie głodują. Zbliża się gorący sierpień. Pracuję, mam mało czasu.
2 sierpnia (niedziela).
I oto już sierpień. Kwitną słoneczniki, dojrzewają pomidory, ogórki już uschły. Coraz mniej plonów w ogródkach. Żniwa też mają się ku końcowi. Dzisiaj wolna od pracy niedziela. Nie do pomyślenia było coś takiego przed paroma laty.Olimpiada w Barcelonie trwa. Polacy zdobyli kilka medali, także złotych. Wczoraj w naszej byłej stołówce urządzono dancing. Ktoś z Dominowa wydzierżawił ten lokal od PGR-u. Podobno pięknie urządził wnętrze, a na inaugurację postawił beczkę piwa. W nocy słyszałem głośne rodaków okrzyki. Nie mogę zrozumieć stosunku Andrzejewskiego do przemian zachodzących w kraju. Dziękując Wałęsie za zaproszenie na zjazd „Solidarności” przekazuje związkowi przyjazne życzenia. A po kilku dniach pisze, że na zjeździe dolewano do ognia oliwy. Niebawem też zauważa, że imperializm tuczy się różnorakimi pokarmami, krzepi się pychą, kłamstwem, oszczerstwem. A socjalizm, przy którym on „stoi”, nie potrzebuje takich „pokrzepień”. I chyba tu Andrzejewski odkrywa się.
7 sierpnia (piątek).
To przyjemne usłyszeć, że ktoś często sięga po mój tomik i na nowo odkrywa zawarte w nim treści, przeżywa je głęboko, do łez. Powiedziała mi to wczoraj Mirka K. z Sokolnik. Porozmawialiśmy o poezji, o krętych drogach mojego poezjowania. Poprosiła mnie o nowe wiersze. Kardynał Glemp złożył wizytę władzom Kościoła rosyjskiego. Z Moskwy udał się do Kazachstanu, do Polaków wywiezionych tam przez reżim Stalina. To piękne, że podjął tak długą i uciążliwą podróż. Sądzę, że wielu z tych Polaków zapragnie powrócić z wygnania do kraju. Na północy i zachodzie mamy tysiące hektarów do zagospodarowania.
8 sierpnia (sobota).
Przywódcy strajku w Zagłębiu Miedziowym pragną, by w ramach solidarności przyłączyły się do nich inne zakłady. Dzisiaj w kopalni Rudna organizują spotkanie przedstawicieli stu fabryk. Gdy im się to powiedzie i gospodarka się zawali, nie pozostanie nic innego, jak obejrzeć się za torbą i kijem. Oglądam mecz piłkarski Polska – Hiszpania na olimpiadzie o złoty medal. Długo prowadziliśmy, potem był remis 2:2, a w ostatnich sekundach Hiszpanie strzelili nam gola i zdobyli złoto.
9 sierpnia (niedziela).
Wczoraj odbyłem długą rowerową wycieczkę. Pojechałem z samego rana, kiedy jeszcze słońce było łagodne. Daleko od wioski usiadłem w cieniu kasztanów u rozstaju polnych dróg, których pobocza gęsto porosły tarniny, grusze i jesiony. Nagle z daleka przyleciał jakiś szarozielony ptak wielkości wróbla. Usiadł w pobliżu na gałązce, poprawiał piórka i zerkał wokoło. Wcale mu nie przeszkadzałem. Co go tutaj przywiodło? Czułem się tam, jakbym żył w średniowieczu. Wolny od trosk, przeniesiony w czasie. Polne drogi, głuche pola i ani trochę współczesności. Czas stoi. Tylko wiatr jest ze mną, szum drzew i krzewów, bezkresne pola i słońce oblewające swym blaskiem ziemię. Bałem się zburzyć uczucie beztroski, które mnie nawiedziło. Chciałem tak trwać i trwać. Ogarnął mnie niezwykły stan ukojenia. A we wsi noce mamy niespokojne. Zaczynają nam ciążyć dyskoteki. Całą noc chodzą młodzi ludzie, rozmawiają, budzą śpiącą wioskę. Ostatnio zmarło kilkoro znanych aktorów – Mariusz Dmochowski, Kalina Jędrusik, Roman Wilhelmi. W ubiegłą niedzielę Jan Paweł II po raz pierwszy po operacji przemówił do wiernych. Wygląda na zmęczonego.
16 sierpnia (niedziela).
W piątkowej „Gazecie Poznańskiej” jest długi wywiad z księdzem kustoszem Sanktuarium Matki Bożej Bolesnej Królowej Polski w Licheniu. W wywiadzie tym ani słowa nic ma o ukazaniu się Matki Boskiej pasterzowi Mikołajowi Sikotce. Podobno na kamieniu do dziś są ślady jej stóp. Z artykułu dowiedziałem się, że z głazów kopalnianych, górskich i kamieni z Ziemi Świętej zbudowano tam Golgotę, a przy drodze wiodącej na jej szczyt znajduje się m.in. Grota Pokuty, do której wchodzi się na kolanach. Można w niej obejrzeć zdjęcia największych grzeszników, t j. Stalina, Hitlera oraz byłego rzecznika rządu z czasów PRL, obecnie redaktora naczelnego tygodnika „Nie” – Jerzego Urbana.
21 sierpnia (piątek).
Mija 24. rocznica inwazji wojsk Układu Warszawskiego na Czechosłowację. Pamiętam tamte dni. Staliśmy przed warsztatem spoglądając na pochmurne niebo, gdzie rozlegał się warkot ciężkich samolotów. Wczesnym rankiem zaczęło padać. Oby tak parę dni padało. Ziemia przemieniła się bowiem w skałę, a tu czas siać rzepak. Deszcz był jednak krótki. Niebawem po ciężkich chmurach zostały baranki na niebie. Wszystko zgodnie z przysłowiem: Deszcz poranny, // gniew panny, // taniec starej baby, // to wspólnego mają, // że krótko trwają.
28 sierpnia (piątek).
Upalny dzień, w południe 31 stopni. W fabryce samochodów w Tychach policja odblokowała budynek dyrekcji. Mają wręczać strajkującym zwolnienia. W Warszawie strajkują pracownicy Ursusa. Były demonstracje przed budynkiem rządu i Belwederem. Wałęsa pojechał do Stoczni Gdańskiej rozładować napięcie. Był tak zdenerwowany, że nie mógł mówić. Żal mi go. Widzę jego bezsilność i nieporadność.
29 sierpnia (sobota).
Muszę przyznać, że coraz częściej przyglądam się sobie. Dawniej byłem bardziej odporny na życiowe przeciwności. Obojętne były mi sympatie i antypatie ludzi. Życie było łatwe, proste, radosne. Teraz łatwo się załamuję, prześladuje mnie poczucie winy. Nie wiem, czy jest to spowodowane głębszym pojmowaniem świata? W przeszłości potrafiłem stworzyć sobie klimat sprzyjający twórczości. Udawało mi się odizolować na chwilę od życia. Potrafiłem się skupić. Było to ozdrowieńcze, oczyszczające. Teraz uciekam w siebie, rozmyślam, powracam do przeszłości i po tysiąckroć przeżywam swoje niepowodzenia.
30 sierpnia (niedziela).
Zamordowano małżeństwo Jaroszewiczów. On był premierem. Sprawców nie wykryto. Nikt nie zna motywów zbrodni. Nie było włamania. Chyba Jaroszewiczowie wpuścili morderców. Mógł to być ktoś im znany, komu ufali albo ktoś w mundurze [Zbrodni dotąd nie wyjaśniono – D.N.]. W ubiegłym tygodniu przeczytałem książkę Karola Bunscha o Bolesławie Śmiałym pt. Imiennik. W tym tygodniu czytam książkę o tym samym królu Józefa Kraszewskiego – Boleszczyce. Książki mówią o tych samych wydarzeniach i tych samych bohaterach, ale mówią inaczej. U Bunscha sylwetka króla jest pełniejsza, bogatsza, chociaż nie wiem, czy jest to poparte przekazami. To samo można powiedzieć o biskupie Stanisławie, który też jest impulsywny. Kraszewski jest ostrożniejszy w ocenach. Jeśli wierzyć Bunschowi, króla cechowały dewiacje seksualne. Nie pisze o tym natomiast Kraszewski.
6 września (niedziela).
Niektórzy już kopią ziemniaki. Pewnie i ja niebawem do moich się zabiorę, ale najpierw muszę skończyć garaż u syna.
11 września (piątek).
We wtorek byliśmy w Tczewie na pogrzebie mojego szwagra Stefana Cyganowskiego. Kopiemy ręcznie ziemniaki. Plony są poniżej średniej, ale na zimę nam wystarczy. Może i synom trochę damy? W przyszłym roku ziemi nam nie dadzą. Zrezygnujemy z hodowli, a do jedzenia wystarczą nam trzy worki. Kupimy u rolników. Nie spałem dobrze tej nocy. Długo stałem w oknie i patrzyłem na drzemiącą wioskę, skąpaną w księżycowej poświacie. Było w tym coś nierealnego. Nieczęsto zdarzają się takie noce. Noce, które stwarzają fantastyczne impresje, które tworzą niepowtarzalny świat baśni.
13 września (niedziela).
Czytając książkę Kraszewskiego Boleszczyce zauważyłem, że drugi tom dedykuje on ze czcią serdeczną „ukraińskiemu słowikowi” Józefowi Bohdanowi Zaleskiemu. Pisarz ten jest obecnie mało znany w naszej literaturze. Mam jego książkę Wieszcze oratorium. Książka została wydana w Poznaniu w 1866 roku nakładem księgarni Jana Konstantego Żupańskiego. Wieszcze oratorium Zaleski podpisał drugim imieniem Bohdan. Nie wiedziałem, że jego pierwsze imię to Józef. Piękne imię, prawda? Strajk w Tychach trwa już siedem tygodni i będzie trwał dłużej, bo żadna strona nie chce ustąpić. Różnie komentowana jest dymisja komendanta policji w Katowicach. Mówi się, że odmówił wprowadzenia policji do fabryki samochodów, aby rugować robotników. Jeśli tak, to chwała mu. Po co nam nowe pomniki?
17 września (czwartek).
Stanęły mury garażu u Mirka. Murarz, ze mną jako pomocnikiem, postawił je w dwa dni. Zakończył się strajk w tyskiej fabryce. Mediacji podjął się tamtejszy arcybiskup i doprowadził do ugody. Strajkujący dostali podwyżki. Był to najdłuższy strajk w powojennej Polsce.
29 września (wtorek).
Znów powróciły piękne, słoneczne, prawdziwie jesienne dni. Ruszam więc na bory i lasy. Ruszam na grzyby, chociaż żona niechętnie cokolwiek z nich przyrządza, bo podobno promieniują po awarii elektrowni atomowej w Czarnobylu. Po ostatnich deszczach wschodzą oziminy. Pięknie zazieleniły się pola – tą pierwszą nieśmiałą zielenią i tak jak wiosną kolor ten budzi nadzieję. Czy to źle, że zachwycam się porami roku, polami, kwiatami. W tym krajobrazie się urodziłem, wzrastałem i zmierzam ku starości. Gdybym w nim nie widział piękna, to cóż warte byłoby moje życie?
2 października (piątek).
Odjechała rodzina do Niemiec. Nieprędko chyba przyjadą, bo dzisiaj Janusz idzie do firmy, która przyjęła jego ofertę pracy. W Niemczech zanim kogoś zatrudnią, przeprowadzają rozmowy sondażowe. Od rozmowy z socjologiem zależą losy bezrobotnego. W Nowej Hucie pobito kierowców niemieckich. Jeden zmarł. Dokonała tej zbrodni grupa wyrostków. Sprawców aresztowano. W Warszawie przebywa premier Rosji. Omawiane są wzajemne zadłużenia. W naszej wsi znów były kradzieże. Najpierw okradziono kiosk, a po paru dniach szkołę.
3 października (sobota).
Na Świętego Franciszka odlatuje pliszka. Ptaki te długo u nas goszczą. Inne już dawno odleciały, a maleńkie, siwe pliszki widziałem dzisiaj, jak uwijały się po świeżo zaoranej roli. Aby uczynić zadość przysłowiu, jutro powinny odlecieć. Bez śpiewu ptaków głuche lasy. Majestatycznie opadają liście. Leśne dukty usłane listowiem. Niekiedy nie wiem, ptak to przeleciał czy liść. Ile szelestów pod stopami, ile nostalgii w leśnych ostępach. Październik pięknie pomalował lasy. Przy leśniczówce, którą tak chętnie odwiedzam, na pagórku stał krzyż. Mówiono, że wokół krzyża znajduje się stary cmentarz, na którym grzebano zmarłych na cholerę. Do krzyża przymocowana była metalowa tabliczka z napisem i datą. Był to rok bodajże 1863 albo 1866. Literki ktoś wytłoczył w cynkowej blasze. Dzisiaj tabliczki nie ma, a z krzyża ostał się tylko słup. Na krzyżu zawieszony był Chrystus, lecz kiedy czas na tym symbolu wiary położył swe piętno, spadł. Gajowy przymocował go wtedy na jesionie u rozstaju dróg. Właśnie tutaj często dumam patrząc na Mękę Pańską. Dopiero we wtorek 29 września otrzymałem list z STL, zawiadamiający mnie, że moje wiersze w konkursie Pocka uzyskały wyróżnienie. Były to wiersze dla dzieci.
9 października (piątek).
Po wczorajszej porannej ciszy obudził się wiatr i jak szalony dął od zachodu niosąc stada liści. Jednym tchem przeczytałem książkę Dzieje Środy Wielkopolskiej i jej regionu. Czuję jednak niedosyt, bowiem autorzy zbyt mało uwagi poświęcili pradziejom Środy i okolicy. A jak przedstawia się mieszkańców Gułtów? Otóż, w Powstaniu Listopadowym wzięli udział: Aleksander Bniński, porucznik Adolf Bniński i Seweryn Ostrowski. Bnińscy to zapewne tutejsi hrabiowie. Podczas Wiosny Ludów wielką ofiarnością wykazał się Bniński, który zaopatrywał powstańców w żywność. Nie wiem, kim był Ostrowski. W Kostrzynie dyrektor tamtejszego MGOK-u pokazał mi pamiętnik Ostrowskiej z Gułtów. Z zapisków zorientowałem się, że mieszkała w pałacu, ale kim była. W 1905 roku w powiecie średzkim znajdowało się 87 majątków ziemskich. Gułtowy hrabiego Bnińskiego liczyły 1276 hektarów. Miasto Środa rozwijało się bardzo powoli. W XVI wieku liczyło 1700 mieszkańców, a w 1770 roku tysiąc. Następnie, w 1816 roku – 1295, w 1871 – 3506 oraz w 1910 – 7271. Dużo można o naszej pięknej Środzie pisać, ale najlepiej przeczytać wspomnianą książkę.
13 października (wtorek).
Jest chłodno. Biały poranek się rodzi. Człowiek współczesny jest wprost przytłaczany wiadomościami ze świata, co wpływa na jego zdrowie psychiczne, obciąża układ nerwowy. Po co mi wiedzieć, że w Egipcie było trzęsienie ziemi albo że zmarł były kanclerz Niemiec Brandt. Jeszcze nie tak dawno, bo zaledwie pół wieku temu, żyłem w otoczeniu natury i czułem się jej cząstką. Nie znałem radia, nie było w domu gazety, że nie wspomnę o telewizji. Moje zainteresowania ograniczały się do spraw dziejących się w rodzinie i wiosce. W tamtych latach było tyle beztroski, że tęsknię za nimi. To tyle na marginesie wiadomości telewizyjnych, które potępiam, ale chętnie oglądam.
15 października (czwartek).
W Rosji toczy się walka pomiędzy obecnym prezydentem Jelcynem a byłym Gorbaczowem. Wczoraj specjalny wysłannik Jelcyna przywiózł do Warszawy dokument, podpisany przez Stalina, Mołotowa, Kalinina, Woroszyłowa, Mikojana i innych członków sowieckiego KC, nakazujący rozstrzelanie polskich oficerów w Katyniu, Miednoje, Ostaszkowie i nie wiadomo gdzie jeszcze. Prezydent Wałęsa odbierając to pismo miał łzy w oczach. Wysłannik powiedział, że o tym dokumencie wiedzieli wszyscy sekretarze ich partii, również Gorbaczow.
1 listopada (niedziela).
Dzisiaj jadę na cmentarz do Czerlejna. Jadę wcześnie. Dobrze, że nie pada. Były takie lata, że padał deszcz, a nierzadko śnieg. Na grób swego ojca, a mego teścia, przyjechał szwagier Piotr. To piękne, że pamięta o ojcu, ale również, że zdecydował się na tak daleką podróż.
3 listopada (wtorek).
Były premier Bielecki uczestniczył w spotkaniu państw Grupy Wyszehradzkiej z EWG w Londynie. Tam skradziono mu płaszcz. Do Warszawy wrócił w marynarce. Dziennikarzom powiedział, że już zaczynamy pomagać Zachodowi i że „Próchnik” zdobywa rynek brytyjski.
7 listopada (sobota).
Czytam książkę Anny Klubówny Kazimierz Wielki. Dobrze się czyta. A co w niej znajduję? Otóż, okazuje się, że Przecław Grzymalita z Gułtów był w XIV wieku wojewodą kaliskim, spiskował z Brandenburgią i popadł w niełaskę u króla Kazimierza. Potem jednak wrócił do łask i został starostą wielkopolskim. Z tej książeczki dowiaduję się też, że chłopi z Czerlejna dziesięcinę wozili do Gniezna – ponad 30 kilometrów. I że Gułtowy wydały dwu wojewodów: Adolfa Bnińskiego i właśnie Przecława Grzymalitę.
12 listopada (czwartek).
Janusz miał wypadek samochodowy i uszkodził swego forda. Naprawa w Niemczech jest droga, dlatego zamierza forda sprzedać i kupić nowe auto. Właściwie zawsze mówił, że samochód podaruje Zbyszkowi, ale rząd Bieleckiego nałożył tak wysokie cła, że nie opłaca się samochodów z zagranicy sprowadzać. Mam w biblioteczce książki leżące od wielu lat i ich nie czytam. Pierwsze stronice zniechęciły mnie tak, że je odkładam. Myślę o Intruzie Faulknera i Nie-Boskiej komedii Zygmunta Krasińskiego, choć wbrew osądowi Juliana Przybosia uważam ją za dzieło znaczące w naszej literaturze. Kończę natomiast czytanie książki Jana Widackiego Kniaź Jarema. To ciekawa książka. Jako ciekawostkę podam, że ojciec Jaremy został otruty przez mnicha, który podał mu truciznę w Komunii Świętej. Nie można wykluczyć, że także Jarema został otruty, na co wskazują objawy albo padł ofiarą cholery. Na naradzie dowódców: zdrów i wesoły był, napijając się z Imciami według potrzeby. Nazajutrz […] z pragnienia zjadł ogórków, potym miodu się napił, z czego żołądek zepsował i w gorączkę wpadł. Tydzień chorował i zmarł. Zrobiono sekcję. Śladów trucizny nie znaleziono.
22 listopada (niedziela).
Wczoraj były imieniny Janusza. Niemcy nie obchodzą imienin, tylko urodziny. Nasza niemiecka rodzina już na tyle niemiecką się stała, że w tym roku z okazji moich imienin nie przysłała mi życzeń, ale też nie przysłała nic z okazji urodzin. Są więc jeszcze na rozdrożu. Oby wybrali właściwą drogę. Dzisiaj nasza wnuczka Ania kończy 15 lat. Jedziemy do Wrześni z prezentami i życzeniami. To piękne, że doczekała tak „sędziwego” wieku. Przez wschodnią granicę Polski przedostają się do nas obywatele Pakistanu i Indii.
28 listopada (sobota).
Listopad nie szczędzi nam deszczu. Wobec niedostatków opadów w lecie, każda kropla jest mile widziana. W czwartek wiał silny wiatr, wyrządzając wiele szkód na północy kraju. Wczoraj na konferencji prasowej biskupi oświadczyli, że na temat aborcji nie może być referendum, gdyż nie można dyskutować – zabijać czy nie zabijać. Zbigniew Bujak stanął na czele komitetu organizującego referendum. Komitet zbiera podpisy, których musi być 500 tysięcy. Bujak w telewizji oświadczył, że referendum ma odpowiedzieć na pytanie, czy karać kobiety za aborcję dwuletnim więzieniem, a nie – zabijać czy nie zabijać.
10 grudnia (czwartek).
Śniegu ani mrozu nie ma. Zawrzało w naszym parlamencie, ponieważ Anastazja Potocka [właściwie Marzena Domaros – D.N.] opublikowała zgrabnie napisaną przez dziennikarza Jerzego Skoczylasa książkę Pamiętnik Anastazji P. Erotyczne immunitety. W książce tej, którą przeczytałem z niemiłym obrzydzeniem, odsłania prawdziwe oblicze niektórych posłów. Czy prawdziwe? Posłowie wstrzymują się z wniesieniem sprawy do sądu o zniesławienie, bo spowodowałoby to nadanie książce rozgłosu. A w telewizji zapowiedziano ukazanie się kolejnej „brudnej” książki, tym razem o Wachowskim – prawej ręce Wałęsy. Podobno ma być jeszcze bardziej pikantna. Wojna na książki trwa.
12 grudnia (sobota).
Przeczytałem w gazecie, że może dojść do katastrofy kosmicznej. W dniu 14 sierpnia 2126 roku Ziemia może przeciąć się z orbitą komety Swifta-Tuttle’a o dziesięciokilometrowej średnicy. Zderzenie tak wielkiej komety z Ziemią mogłoby spowodować nieobliczalne skutki. Fale morskie sięgałyby trzystu metrów wysokości i zalałyby lądy, a obłoki kurzu przesłoniłyby słońce. Od siebie dodam, że tak wielka kometa mogłaby przebić skorupę ziemską [Odkryta w 1862 roku kometa obiega orbitę Słońca ruchem wstecznym w okresie ok. 130 lat – D.N.].
13 grudnia (niedziela).
Przed jedenastoma laty też bodajże była niedziela, gdy wprowadzono stan wojenny w Polsce. To rocznica, o której się pamięta. Nawet ksiądz o tym w kazaniu mówił. Ale problemem numer jeden jest aborcja. W telewizji poznańskiej odbyła się dyskusja z udziałem światłych ludzi i pewnego fanatyka. Z uwagą wysłuchałem wypowiedzi prawnika, socjologa i pastora, który powiedział, że aborcja jest grzechem, ale Bóg dał człowiekowi rozum i wolną wolę, dlatego uczyni tak jak postanowi. Dodam, że nie byłoby kłopotu z aborcją, gdyby państwo większą opieką otoczyło wielodzietne rodziny i samotne matki.
15 grudnia (wtorek).
Niedługo święta. Jeszcze nie tak dawno było sporo zabiegów przed świętami o kawałek kiełbasy, mięsa, pomarańcze, cytryny, karpie czy o butelkę wina. Teraz idzie się do sklepu i po prostu kupuje. Jest wszystko w sklepach, lecz brakuje pieniędzy. Coś się zmieniło! Czy na lepsze? Chyba tak. W poniedziałek przyjeżdżają nasze dzieci z Niemiec.
30 grudnia (środa).
Na Śląsku wciąż strajkują górnicy. Wydobywa się węgiel tylko dla koksowni i szpitali. Rano odjechali nasi goście do Niemiec. Uroczyście spędziliśmy Wigilię, a w pierwszy dzień świąt spotkaliśmy się przy wspólnej kolacji. Byliśmy wszyscy – my, trzej synowie z żonami, dwu wnuków i trzy wnuczki. Święta były mroźne, temperatura spadła do minus 13 stopni. Barbary było po wodzie, a więc zadość stało się ludowej przepowiedni. Wczoraj wieczorem byliśmy w GOK-u w Kostrzynie na koncercie z okazji 25-lecia tej placówki. Zostałem oczarowany zespołem ludowym z Siekierek. To zespół taneczny i chóralny, który nie stroni też od inscenizowania humoresek. A teraz parę słów o mijającym roku. Latem solidnie nas przygrzało. Plony były niskie. Pogłębił się deflcyt budżetowy. Od Nowego Roku zapowiadają podwyżki opłat za radio i telewizję, zdrożeje prąd, centralne ogrzewanie, paliwo. I zdrowie coraz więcej kosztuje. Do zobaczenia w nowym roku!