7 stycznia 1990
Uciekają dni nowego roku. Jutro poniedziałek. Zaproszono mnie do naszej restauracji gdzie na obiad przyjadą dyrektorzy Ośrodków Kultury naszego województwa. Chodzi o to abym zabawił ich moją poezją. Nie wiem czy do obiadu poezja jest odpowiednim dodatkiem?
9 stycznia 1990
Miałem piękne spotkanie w „Kasztelanii”. Mówiłem o sobie, czytałem wiersze, odpowiadałem na pytania dyrektorów. Byli też dyrektor Wydziału Kultury Urzędu Wojewódzkiego oraz dyrektor Pałacu Kultury. W wystąpieniu swym dyrektor Pałacu Kultury pochwalił mnie za aktywność w Oddziale STL oraz za działalność kulturalną. Miło było słuchać. Apelował też do dyrektorów aby zajęli się twórcami na terenie ich działania. Dobrze, że mnie zaproszono. Swoją obecnością przypomniałem im, że tacy jak ja ludzie są, działają i nieraz potrzebują pomocy.
20 stycznia 1990
W pegeerach przymierzają się do zwolnień z pracy. W pierwszym rzędzie grozi to emerytom i rencistom.
24 stycznia 1990
Niedawno chodził ksiądz po kolędzie. W środę był u Jasia S. Jasiu ma syna może trzynasteletniego. Ksiądz mówi do niego:
– Nie widziałem cię u spowiedzi adwentowej.
– Byłem u spowiedzi.
– A u którego księdza byłeś? – pyta.
-Ja…byłem u księdza proboszcza.
– No wiedzisz jak kłamiesz. Ja nie słuchałem spowiedzi bo byli inni księża.
Dał się chłopak przyłapać. Bywa tak kiedy się kłamie.
Wczoraj zdemontowano popiersie Lenina w Stoczni Gdańskiej. Odtąd stocznia tak właśnie będzie się nazywała.
9 lutego 1990
Handel nasz przeżywa kryzys. Wynika to z wysokiego oprocentowania kredytów. Geesy po towar jeżdżą z gotówką, dlatego kupują towary tylko pierwszej potrzeby. Przez dłuższy czas brakowało papierosów, od dawna też nie ma wódki. Sklepy ajencyjne zaopatrują się same i tam wódka jest. W sprzedaży pojawia się alkohol sprowadzany z zagranicy. Magazyny Polmosu są pełne, my nie mamy zbytu na alkoholową surówkę i mówi się o zatrzymaniu gorzelń. Nie będzie wywaru dla bydła, a to też nie jest bez znaczenia. Nic z tego nie rozumiem. Coś tu nie gra. Dzisiaj wieczorem obserwuję ciekawe zjawisko astronomiczne – zaćmienie księżyca. W tej chwili o dziewiętnastej już połowy tarczy nie widać, a jest pełnia.
17 lutego 1990
Już od dawna nie sięgam do wspomnień. Oczywiście, że mam o czym pisać. Zauważyłem, że im te wspomnienia są młodsze tym bardziej zacierają się we mgle zapomnienia. Życie moje tak szybko biegło, że niewiele pamiętam.
Zaraz po wojnie od nauczyciela Michała Dolnego dostałem psa którego nazwałem Filut. Nie był to wielki pies. Nie pamiętam kto obciął mu ogonek. Miał krótką białą sierść a połowę głowy i przednią łapę, brązowo – czarną. Towarzyszył mi podczas każdej wyprawy w pole czy do lasu. Był wiernym moim przyjacielem przez kilka lat. Aż pewnego dnia zmierzył się z innym psem który zębami złapał go za brzuch i prawdopodobnie coś wewnątrz mu uszkodził bo Filut po paru dniach zdechł. Bardzo mi go brakowało.
Po wielu latach nabyłem innego psa, czarnego z białą łapą i również nazwałem go Filut. Niekiedy wspominają go moi synowie, bo jak ja kiedyś z tamtym Filutem, tak oni z tym chodzili po polach i lasach.
Tego Filuta już tu w Gułtowach w parku zastrzelili pijani myśliwi. Teraz psa nie mam, ale naprawdę brakuje mi go.
Teraz może parę słów o dożynkach w ługowinach które pospolicie zwano wincem, a może wieńcem? Ile było radości w tej imprezie nie da się opisać. Ile przygotowań, zabiegów o ubiory i inne rzeczy. Dziewczyny ubierały się w stroje krakowskie. Wyglądały pięknie. Dokładnie pamiętam jak w parku za pałacem stały przed miejscową władzą na którą składali się kierownik, księgowy, włodarz, niekiedy magazynier i śpiewały:
Otwierajcie nam szeroko wrota.
Bo ukończona w polu robota.
Prędkośmy się uwijali
podwieczorku nie jadali
aż nie skończyli, aż nie skończyli.
Pamiętam jedną jedyną przyśpiewkę na włodarza:
Przez podwórze lecą sarny,
nasz włodarz jest gospodarny.
Gospodarny, dobrze rządzi i kierownik z nim nie zbłądzi.
Oj nie zbłądzi, bo dobrze rządzi. Po odśpiewaniu tych i innych zwrotek ośmieszających niekiedy adresatów, ułożonych na tę okazję lub przypomnianych przez mamy i babcie następował moment wręczania wieńców, za które zwykle dziękował kierownik. Każda z dziewczyn otrzymała nagrodę piniężną. Po części oficjalnej rozpoczynała się zabawa trwająca do świtu.
Tak było po wojnie, czy teraz jest podobnie? W ubiegłym roku w Ługowinach urządzili dożynki, ale ludzie złożyli się na orkiestrę. Były też bez części artystycznej, czyli bez wieńców i przyśpiewek. Od kiedy gospodarstwa rolne utraciły samodzielność, dzieje się w nich źle. Zabito w ludziach lokalny patriotyzm.
21 lutego 1990
Mamy prawdziwą wiosnę. Słoneczną, ciepłą jak to prawdziwe wiosny bywają.
W poniedziałek mieliśmy zebranie, na którym dyrektor przedstawił aktualną sytuację finansową kombinatu. Przygotował nas do przeniesień czy też przesunień do pracy w gospodarstwie. Przygotował nas też do tego, że wypłaty możemy otrzymać w ratach. Nie przewiduje zwolnień. Gdyby przeszła ustawa emerytalna w brzmieniu jaki proponuje związek, na emeryturę odejdzie wielu pracowników. To byłoby piękne. Na zabraniu wybrano nowy zarząd związku zawodowego.
Odmówiłem kandydowania. Niech działają młodzi. Coraz częściej myślę o emeryturze. Mój Boże! Jak szybko biegnie czas. Jeszcze tak niedawno beztroski chodziłem po polach. Zaglądałem do ptasich gniazd, wybierałem młode, hodowałem gołębie, króliki. Tak niedawno to było. Okazuje się że już dziewiętnaście lat mieszkam w Gułtowach. W Ługowinach mieszkałem trzydzieści dwa lata, najpiękniejsze. Tam poznałem urodę życia. Przeżyłem pierwszą miłość, urodziły się nasze dzieci. Tamta wioska, pola, las były dla mnie wszystkim co zawiera słowo – świat. Oglądając tamten krajobraz mogłem z przekonaniem mówić, że świat jest piękny. Ze jest cudowny. Syciłem się nim do granic ludzkich możliwości.
W tamtejszym lesie znałem wszystkie dukty, ściężki, ścieżyny.
W każdym ostępie czułem się jak w domu – bezpieczny. Wiedziałem gdzie rosną prawdziwki, kozaki, kurki. Kochałem ten las. I dzisiaj powracam tam rowerem, a jeszcze częściej myślami.
Teraz już przymierzam się do emerytury. Nie do wiary!
27 lutego 1990
Wczoraj nawiedziła nas zimowo – wiosenna burza. Wiosenna bo grzmiało, błyskało się i dął okropny wicher, zimowa – bo padał również grad. Jest godzina szesnasta. Spoglądam przez okno.Pada śnieg, ale zaraz ginie. Na termometrze pięć stopni ciepła.
Mija luty. W sobotę jadę do Poznania na posiedzenie zarządu Oddziału STL. Piszą, że zwracają koszta podróży. Czyżby dostali dotację?
3 marca 1990
Wieje wiatr jakby się ktoś powiesił – mówiła żona. No i masz. Dzisiaj rano powiesił się Czesław B. Jak mówią, Czesław rano nie stawił się do obrządku krów. Heniu przyszedł po niego o czwartej, sądząc że zaspał. Tymczasem gdy żona zajrzała do łazienki, zobaczyła męża wiszącego. Heniu odciął martwego.
Dzisiaj byłem w Poznaniu na posiedzeniu zarządu Oddziału STL. Omawialiśmy wieie spraw, ale głównie chodziło o udział członków w wystawie w Muzeum Etnograficznym w Poznaniu. Namawiam żonę by wystawiła swe obrazki haftowane, obrusy, bieżnik, serwetki. Może wystawi. Po za tym zamierzamy w maju urządzić plener koło Sierakowa. Chętnie bym pojechał.
O przyjęcie do STL ubiega się pewna pani wyrabiająca pająki. Posłała zdjęcie do Lublina, ale oni chcę gotowy wyrób do oceny. Tymczasem wysłanie pająka może źle wpłynąć na jego całość. Pani tej bardzo zależy na członkostwie, ze względów emerytalnych. Postanowiliśmy, że pająki zawiezie kierownik naszego biura, który funkcję swą pełni społecznie.
6 marca 1990
Dzisiaj mieliśmy szkolenie BHP. Teraz wiem już wiele. Na przykład to że mogę dźwigać pięćdziesiąt kilogramów, że mogę taczką przewozić siedemdziesiąt kilogramów po powierzchni twardej, a po miękkiej pięćdziesiąt kilogramów. Wiem też, że łańcuch trzeba ciągnąć za sobą, a nie broń Boże pchać. To piękne, że mamy te szkolenia. Bez nich byłbym ciemny jak tabaka w rogu.
9 marca 1990
Widziałem dzisiaj czajki nad polem. Przyleciały jak przed laty na Kazimierza.
Pogoda niezbyt przychylna pracom polowym. Pada i wieje silny wiatr.
A przez kilka dni było pięknie. W tym roku nie mamy samolotu i nawozy wysiewa się siewnikiem. Za godzinę pracy samolotu żądano półtora miliona.
Wojska rosyjskie opuszczają Czechosłowację. A było tam siedemdziesiąt tysięcy żołnierzy. Kiedy opuszczali jakieś miasteczko mówili, że powrócą tu i nie zostawią kamienia na kamieniu.
Widać dobrze im było u naszych sąsiadów i niechętnie jadą do swego kraju. Tę wiadomość powtarzam za „Głosem Wielkopolskim”.
10 marca 1990
Gdy w ubiegłą sobotę byłem w Poznaniu ujrzałem coś co mnie zaskoczyło. Otóż Jaruzelski ma wielu wrogów. Wprawdzie nigdy nie wątpiłem że ich ma bo i ja mam. Zresztą, każdy przyzwoity człowiek powinien wrogów mieć. W Poznaniu ujrzałem że wrogowie generała występują publicznie i ostro. Spotkałem plakaty z jego podobizną i napisem: „Chcemy prezydenta nie agenta”. Poza tym na jego ciemnych okularach ktoś namalował pięcioramienną gwiazdę.
Wiele znaków zapytania mógłbym stawiać spoglądając na swoje dzieciństwo. Staję się teraz sędzią swej młodości. Staję się kapłanem rozgrzeszającym z popełnionych grzechów, albo na szalę sumienia kładę ich ciężar. Dlatego coraz trudniej o uśmiech.
Teraz parę słów o moim pierwszym nauczycielu Michale Dolnym. Pracę w szkole rozpoczął natychmiast po powrocie z niemieckiej niewoli. Było to zimą 1945 roku. Muszę tutaj złożyć hołd jego oddaniu sprawom nauczania, jego heroizmowi. Dzisiaj czegoś takiego nie spotykam. A jak wyglądała jego praca? Michał Dolny uczył sam cztery klasy. W szkolnej izbie ławy z prawej strony były dla klasy drugiej, z lewej dla pierwszej. Uczył dwie klasy równocześnie. Jednej zadawał coś do pisania, do drugiej mówił. I tak dzień po dniu. Młodsze klasy szły do domu, przychodziły starsze. Jak on to wytrzymywał?! Był niezwykle wybuchowy, wręcz choleryk. Kiedy zdenerwował się purpurowiał a oczy wychodziły z orbit. Bił wtedy kijem na łapę. Kije znosili chłopaki i miał ich niezliczony zapas. W ten sposób zabiegali o względy.
Byłem uczniem pokornym i w miarę zdolnym. Tak mi się wydaje. Rzadko odbierałem cięgi. Ale byli chłopaki którym trafiało się to często. Po kilku latach nauki w Węgierskiem Dolnego przeniesiono do innej szkoły. Co było powodem? Napiszę co mówiono.
W czasie remontu klasy portret Stalina wyniesiono na strych. Chłopaki żartując sobie wyłupili Stalinowi oczy. Ktoś z remontujących klasę zauważył to i nie omieszkał donieść do UB. No i stało się. Za karę przeniesiono go. Zmarł w Srodzie w późnym wieku.
11 marca 1990
Wyrządzam krzywdę Michałowi Dolnemu rysując jego sylwetkę kilkoma zdaniami. Napewno zasługuje na szerszą charakterystykę swej osobowości, bo też była to postać nieprzeciętnie pracowita i uczciwa. Ale żeby napisać szerzej trzeba sprawniejszego pióra.
Dzisiaj parlament litewski ogłosił niepodległość swego kraju. Swiat niecierpliwie czeka na posunięcia Moskwy. Niepodległości domaga się Gruzja, demonstracje niepodległościowe były na Ukrainie.
Rozkręciło się koło historii. Zyję w niezwykle ciekawych czasach. Całkowicie zdaje sobie sprawę z wielkości wydarzeń.
14 marca 1990
W związku z ogłoszeniem niepodległości Litwy, rząd polski wydał oświadczenie w którym stwierdza, że każdy naród ma prawo do niepodległości. Śmiałe to. Natomiast Moskwa nie uznaje uchwały litewskiego parlamentu. Gorbaczow rozmawiał z przywódcą Litwy i być może sprawa rozstrzygnie się w gabinetach, a nie na ulicy przy pomocy czołgów „wielkiego przyjaciela narodów”.
Cały dzisiajszy dzień spędziłem w polu uczciwie pracując. Zbieraliśmy kamienie w oziminie. Rano były przymarznięte, ale słońce wyjrzało, zginęła rosa i było nieźle. Od ciągłego pochylania boli mnie teraz głowa i wszystkie kości. Wiatr osmagał mi twarz i jestem czerwony jak Winetou.
Chodząc dzisiaj po polu myślałem o czasach okupacji, o moich kolegach: Antku, Zenonie, Janku W., Janku K., a także o Stanisławie G. który już nie żyje. Pierwszy z nas umarł. Był w moim wieku. Jak dzisiaj przezywają się dzieci tak i my przezywaliśmy się. A mieliśmy wtedy wiele czasu dla siebie, szczególnie wczesną wiosną i późną jesienią. Czasu nie zabierał nam telewizor jak to jest dzisiaj.
19 marca 1990
Imieniny. Uroczystość miałem wczoraj. Wczoraj też z rana odbyłem długą wycieczkę rowerową. Czynię to celowo. Zrzucam kilogramy, ale też te leśne i polne wojaże sprawiają mi przyjemność. Przywiozłem do domu fiołki. Stoją w wodzie w kieliszku, pięknie pachną. Wiosna ma zapach fiołków, konwalii i bzu.
21 marca 1990
Już mamy wiosnę. Coraz śmielej poczyna sobie ta najpiękniejsza pora roku. Jeszcze niedaleko odeszła zima, jeszcze chłodem dmuchnie, jeszcze pobieli szronem, a już niecierpliwe morele okryły się kwieciem. Już tu i ówdzie żółci się kwiat dmuchawca i trawy pozieleniały.
Na Litwie wojsko wzięło pod opiekę elektrownię i fabryki zaopatrujące w materiały zakłady w ZSRR. Jeszcze nie padają strzały. Sytuacja rozwija się niepomyślnie. Wielu Polaków było ostatnio u swoich bliskich w tej republice. Jeden z nich mówił w radiu, że na przejściach granicznych dzieją się rzeczy przekraczające ludzką wyobraźnię. Służba graniczna zabiera Polakom wszystko. Za połowę ceny trzeba oddawać towar do tamtejszego sklepu, a wreszcie powiedziano im, źe zabrakło pieniędzy i za oddane przedmioty i materiały nie zapłacą.
24 marca 1990
Jeszcze Litwa jest Litwą, a nie radziecką republiką. Ale jak długo? Sejm Rzeczypospolitej wydał oświadczenie w czwartek, że naród litewski ma prawo do samostanowienia. To samo powtórzył Mazowiecki który przebywa w USA.
Dzisiaj wolna sobota. Za chwilę ruszam na „pola, bory i lasy”. Zobaczę jak wygląda wiosna tam, gdziem ją dzieckiem będąc witał. Może skruszy się we mnie kamień tęsknoty do tamtych lat bezpowrotnie utraconych, jakże pięknych. O Boże! Jakże pięknych!
Juź wróciłem. Nieźle zmarzłem. Bo chociaż świeci słońce, to zachodni wiatr jest zimny. Nie wiem jak nazywają się ptaki w śpiewie których słyszę wołanie:
– Wiosna! Wiosna!
A jak cicho i przekonująco mówi pozieleniałe drzewo w gęstwinie, albo przydrożne fiołki.
-Wiosna! Wiosna! – wołają ptaki.- Jeszcze nie – mówię zapinając guziki marynarki. Jestem pośród lasu jedynym oponentem. Niektóre krzaki tarniny obsypane są białym kwieciem. Polne grusze mocno obnażyły pąki. Kwitną mirabelki, a przecież jeszcze marzec króluje i ciągle wysyła na pola nowe zastępy zimnego wiatru.
25 marca 1990
Dzisiaj o wiele zimniej niż wczoraj. Ani śladu słońca. Przed chwilą żona wróciła z kościoła z wiadomością, że ksiądz wprowadza kartki na wielkanocną spowiedź. Będziemy mieli sakramenty na kartki. Mój Boże, Ty widzisz i nie grzmisz?
28 marca 1990
Dopiero co wróciłem z Kostrzyna. Kupiłem kilka książek. Są to: Zmowa – IV rozbiór Polski, Wróg towarzysza Stalina, Foksal 81, Gomulickiego – Autobiogram, Zagadki wszechświata oraz kilka tomików wierszy.
A teraz sprawy ogólniejsze.
Wróciła z Litwy delegacja polskiego parlamentu. Trzeba nie lada odwagi aby w tym niespokojnym czasie decydować się na wyjazd. Decydować się w chwili kiedy ważą się losy tego kraju. Parlamentarzyści polscy apelowali do obydwu stron o rozwagę. Mówili, że dążeń do wolności nie tłumi się siłą. Historia tego dowodzi – mówił Geremek.
Krążą w Wilnie pogłoski, że gdy Litwa będzie wolna, Polska zechce uregulować swe granice co do których jakoby wnosiła zastrzeżenia. Oczywiście jest to propaganda. Chodzi o zastraszenie Litwinów, że z jednej niewoli popadną w drugą. Parlamentarzyści zapewnili Litwinów, że obecne granice są ostateczne, a Polska nie ma roszczeń terytorialnych.
Czasy przedwojenne są daleko za nami, a jeden z mieszkańców wioski mile je wspomina. Mówi tak:
– Przed wojną to było życie. Pocałowałeś hrabinę w rękę i dała ci złotówkę, a teraz kto ci da?
Nie mówi tylko, że hrabia nie wypłacał pensji.
31 marca 1990
Rząd Polski zgłosił chęć mediacji pomiędzy rządami Litwy i ZSRR. Polska pomimo nacisków różnych partii i organizacji oficjalnie nie uznała Litwy. Prezydent Busch powiedział, że Litwa ma prawo do niezależności.
Pomimo poparcia w świecie spadochroniarze rosyjscy zajmują coraz to nowe budynki wileńskie. Jeszcza nie giną ludzie. Moskwa krok po kroku niewoli litewskie władze i naród.
Chyba w kwietniu mija pięćdziesiąta rocznica zamordowania polskich oficerów w Katyniu i w innych nieznanych miejscach w ZSRR. Z tej okazji odbywa się w Polsce wiele imprez wspomnieniowych, a nawet demonstracje przed ambasadą rosyjską w Warszawie. Pamięć o zamordowanych Polakach jest w narodzie ciągle żywa i na wieki cieniem legnie między Polską a Związkiem Radzieckim.
Mój ulubiony Tygodnik Kulturalny przemienił się w „Wokandę”. Nie całkiem utracił dawną atmosferę, ponieważ pozostali starzy publicyści. Zapewne, jak wiele pism, Tygodnik upadł z powodów finansowych. Czytam właśnie artykuł o naszej telewizji, że pełno w niej Kisiela. Nieomal w każdym programie. Autor obawia się,że kiedyś otworzy konserwę z sardynkami i…znajdzie Kisiela.
Dzisiaj pojechałem Syreną do lasu. Pięknie kwitną fiołki. Przywiozłem. Leżą w Syrenie w garażu. Zapomniałem przynieść do domu. Żona zbeształa mnie za to. Twierdzi, że niszczę przyrodę. Ale przecież ja chciałem podarować jej te kwiatuszki.
Zielone liście zagęściły korony brzóz i w powietrzu unosi się zapach wiosny. Jakaś ty bogata w zapachy, wiosno!
7 kwietnia 1990
Spieszyło się wiośnie, prędko przyszła a teraz odwraca się od nas i kuma z zimą. Dzisiaj rano było dwa stopnie mrozu. I co na to powiedzą rozkwitnięte drzewa owocowe? Niemałe spustoszenie uczyni ten mróz w ogrodach i sadach.
W ubiegłą niedzielę przy słonecznej pogodzie odbyłem długi rowerowy spacer. Między innymi byłem w Drzązgowie gdzie jest obelisk ufundowany z okazji którejś rocznicy urodzin Ewarysta Estkowskiego. A oto co na tym obelisku przeczytałem:
Ewarystowi Estkowskiemu urodzonemu 26.10.1820 w Drzązgowie
Zasłużonemu krzewicielowi polskiej myśli pedagogicznej
Wytrwałemu bojownikowi w walce o oświatę ludu polskiego
Nauczyciele Okręgu Szkolnego Poznańskiego
Na Litwie nadal przeciąganie liny, jak ktoś to trafnie określił, czyli sytuacja patowa. Natomiast Busch i sekretarz stanu USA rozmawiali na litewskie tematy z Szewardnadze, który powiedział, że Związek Radziecki nie użyje siły. Niby tak jest ale wojska nawalił tam bez liku. Posunięcia niepodległościowe obserwuje się na Łotwie i w Estonii. To byłoby korzystne dla Litwy.
Kończy mi się tydzień urlopu podczas którego napracowałem się solidnie, a i tak kombajna nie skończyłem. Jeszcze kilka razy pojadę po pracy na kilka godzin.
Wczoraj w programie lokalnym telewizji wyświetlono film o Kasprzaku, rewolucjoniście, komuniście. I tegoż Marcina pomnik wczoraj w Poznaniu w parku jego imienia przewrócono i wywieziono w nieznane miejsce.
W piątek Sejm uchwalił, że odtąd narodowym świętem będzie 3 maja. Nie będzie świętem 22 lipca. Sejm uchwalił pomimo apelu prezydenta aby tego nie czynił.
14 kwietnia 1990
Wielka Sobota, jutro Wielkanoc. Piękne, radosne święto, przybrane w zieleń i kwiaty. Przeminęły nocne przymrozki. Wyrządziły niemałe szkody w sadach.
Wczoraj posadziłem ziemniaki. Tylko dwanaście i pół ara. Tyle miałem sadzeniaków. Wystarczy jak obrodzą. Również dla Mirka i Zbyszka. Zapowiada się słoneczny dzień. A skoro słoneczny to będzie ciepły chociaż rano było tylko trzy stopnie.
Prezydent Jaruzelski wizytę w ZSRR kończy dzisiaj w Katyniu. Związek Radziecki oficjalnie przyznał się do wymordowania polskich oficerów w 1940 roku. Gdyby przed laty ktoś to powiedział, byłby szykanowany przez nasze (?) władze. I po co to robiono skoro i tak naród znał prawdę?
Na Litwie bez zmian, czyli nadal Litwa nie wycofuje swej deklaracji niepodległościowej czego domaga się Gorbaczow. Dotychczasowe środki nacisku na ten mały kraj ze strony Moskwy były cierpliwie znoszone. Teraz ogłoszono kolejny cios – blokadę gospodarczą. Może i to zniosą Litwini?
Nie wiem czy już pisałem że wypłacono nam zaliczkę funduszu premiowego. Wyrównanie mieliśmy otrzymać w sierpniu po omłocie i sprzedaży rzepaku. Nasze związki zawodowe nie wyraziły zgody i jak powiedział główny księgowy, wyrównanie otrzymamy do 15 maja.
Wczoraj po raz pierwszy tej wiosny zobaczyłem bociana.
15 kwietnia 1990
Moje wczorajsze zapiski powstały rano. O godzinie dziesiątej ruszyłem rowerem na „bory i lasy”. Było ciepło, słonecznie. Suchy, południowy wiatr wysuszył mnie jak wiór. Zrobiłem może trzydzieści kilometrów. Mamy teraz najpiękniejszą porę roku. Kwitną grusze, tarniny, czeremchy. Gdybyż można było zatrzymać w słowach ich odurzający zapach. Gdybyż można!
Kiedy szedłem przez las, kilkadziesiąt metrów przede mną przebiegły dukt jelenie. Trzy samice z samcem, może czterolatkiem, na co wskazywało poroże. Gdyby mnie zaatakował nie miałbym szans. Ale one chyba nie atakują ludzi.
21 kwietnia 1990
Posiadują nasze zakładowe gremia związkowe i kierownicze. Dzielą premię motywacyjną, fundusz premiowy i premię eksportową (za byki). Wszystko pięknie podzielili, ale nie ma w banku pieniędzy. Jest wiele nerwów w tym wszystkim. No bo tak: premią kierownikowi zakładu ustali dyrektor. Tym razem wynosi ona sto pięćdziesiąt tysięcy. Na posiedzeniu w zakładzie kierownik dla swego zastępcy podał wysokość sto czterdzieści tysięcy. I tu spotkał go zawód. Józef M. nie poparł tej sumy. Inni uczestnicy posiedzenia poparli go i zastępca otrzymał tylko sto tysięcy. Dla porównania podam, że robotnicy otrzymali po trzydzieści cztery tysiące. Litwa przeżywa trudne dni. Związek Radziecki wstrzymał dostawę ropy do rafinerii i osiedziesiąt procent gazu. Podobno wstrzymał też dostawę towarów rynkowych. Parlament litewski gotów jest zawiesić na pewien czas proklamację niepodległości – oświadczył przewodniczący parlamentu.
Wczoraj padało. Więcej gradu niż deszczu, ale zawsze to przecież woda. Ożyły oziminy, warzywa. Dzisiaj wieje silny, wschodni wiatr. Osusza pola i już gdzie niegdzie nad nimi unoszą się tumany piasku. Ale przecież sporo wody wsiąkło w ziemię i rośliny z niej korzystają. Od dawna nie padało.
Wiosnę mamy chłodną i suchą. Mróz zwarzył wiele kwiatów. Plony owoców zapowiadają się o pięćdziesiąt procent niższe. Dopiero teraz kwitną jabłonie. Może one zawiążą owoce bo przymrozków nie ma. Książkę z wywiadami Edwarda Gierka „Niedokończona dekada” sąd zabronił rozpowszechniać z powodu zaskarżenia jej przez Zukrowskiego. Gierek napisał we wspomnianej książce, że „Barwy walki” Moczara napisał Zukrowski. Z tego wynikła sprawa sądowa. Osobiście nie wierzę, że Moczar napisał tę książkę. Chciałbym przeczytać zwierzenia Gierka, ale gdzie je dostać?
29 kwietnia 1990 niedziela
Dzisiaj niebo trochę się przejaśniło, wyjrzało słońce i ucichł dokuczliwy wiatr. Jest chłodny poranek, jakich ostatnio było wiele. Wiele też było opadów co rolników cieszyło.
Wczoraj zakończyło się trzydniowe posiedzenie Sejmu. Niestety, nie śledziłem obrad ponieważ Syrenka zabiera mi cały wolny czas. Nie wiem czy przegłosowano wniosek o wcześniejszym przechodzeniu na emeryturę. Ważna to dla mnie sprawa, nie wiem jaki jest jej koniec. Jutro może przeczytam w gazecie albo powiedzą koledzy.
W dalszym ciągu nie wypłacają nam premii kwartalnej. Dyrektor miał obliczyć wpływy i wydatki i postanowić o dalszym losie premii. Należy się nam też indeksacja za I kwartał. W każdym razie ekonomika naszego kombinatu ma się źle. Wyraźnie choruje i wszystko to odbija się na naszych zarobkach.
Litwa nadal nie ustępuje. Z braku dostaw artykułów i materiałów zamyka się zakłady pracy. Jest już kilkadziesiąt tysięcy bezrobotnych, reglamentuje się żywność i paliwa. Brakuje węgla, papieru, lekarstw. Związek Radziecki zastosował ścisłą blokadę gospodarczą. Obydwie strony nie ustępują.
Zbliża się pierwszy maja. Ani w radiu, ani w telewizji nie ma słowa o tym święcie. Senat i prezydent zatwierdzili ustawę sejmową o reaktywowaniu święta 3 maja i likwidacji świata 22 lipca. Polska powraca do czasów przedwojennych, do kapitalizmu. I ja powracam do ustroju w którym się urodziłem.
Będzie następowała prywatyzacja. Jak mówią, będzie to trwało kilkadziesiąt lat. A więc nie dane mi będzie oglądanie kapitalizmu w polskim wydaniu.
Zakwitły rzepaki i żółcą się wielkie połacie pegeerowskich pól, a nad nimi unosi się gorzko-miodowy zapach. Zakwitły też jabłonie.
Jak mi przed chwilą mówił Zbyszek Sejm uchwalił, że po czterdziestu latach pracy można przejść na emeryturę, a mi właśnie w tym roku czterdzieści lat pracy mija.
2 maja 1990
Pierwszy dzień maja obdarzył nas ładną pogodą. Jeszcze takiej nie było tego roku. Wolny od pracy dzień spędziłem przy mojej Syrence a właściwie pod Syrenką. Wyglądałem jak nieboskie stworzenie, ale popchnąłem naprawę.
Wczoraj tradycyjnie już odbyły się pochody. Można powiedzieć, że każda organizacja tworzyła własny pochód, albo też po swojemu obchodziła to święto. Dochodziło do bójek. Poszły w ruch petardy i butelki. Na Placu Czerwonym w Moskwie manifestowali mieszkańcy. Domagano się likwidacji KPZR oraz wolności dla Litwy. Wygwizdani przywódcy na czele z Gorbaczowem ostentacyjnie opuścili trybunę. Rzecz nie do pomyślenia przed niewielu laty.
Sejm uchwalił że po czterdziestu latach pracy można przejść na emeryturę, ale rząd czyni opory i wydaje mi się, że do tego nie dojdzie. Senat może odrzucić tę ustawę. Według oświadczenia rządu, w tym roku poszłoby na emeryturę trzysta tysięcy ludzi, co by kosztowało trzy biliony złotych. Uważa również że nie uwolnią się miejsca pracy.
Na jakiej podstawie tak sądzi, nie wiem.
3 maja 1990
Polska od morza do morza, co drugi dzień święto – mówią chłopaki. To prawda. Dużo wolnych dni. Cieńka też będzie wypłata. Ale dyrektor zadbał o to abyśmy przez te święta nie nabrali wstrętu do pracy i zarządził zbieranie kamieni na polach w wolną sobotę, czyli pojutrze. Jeśli pogoda się nie zepsuje będzie to przyjemne odstępstwo od codziennej pracy.
Kiedyś czytałem wiersz Steda i ani rusz nie mogę go zrozumieć. Przypomniało mi się teraz pierwsze słowa tego wiersza: – Wybuchają na mostach twoje oczy
i opadają łzy i poręcze
deszczem koliście do rzeki
O brzegi
dopełnienie poziome
i wy dzbany na połów
(…)
Cytuję z pamięci, może więc któreś słowo przekręciłem. Pragnę wejść jak się wchodzi do domu w jego wyobraźnię i zrozumieć co chciał przez te słowa powiedzieć. Nie mogę. Rozumiem, że brzegi są dopełnieniem poziomym. Zgoda. Ale jak to się ma do całości? Nie wiem dlaczego na moście wybuchają oczy? Albo te dzbany na połów. Wody? Ale znów jak to ma się do całości? Nie wiem.
Może jeszcze zacytuję:
-A kiedy wieczór się zbliża
pora na hymny i sprawiedliwe łupy
Zdumienie głupców
nie ma chrzestnych rodziców
Wtedy odpadają dna u dzbanów
na drugi połów.
W dalszym ciągu nie pojmuję całości. Można zrozumieć poszczególne frazy wiersza, ale nie rozumiem całości. To tyle o wierszu Steda. Przed południem pojechałem na „bory i lasy”. Bo najpiękniej to jest zaszyć się w leśnym ostępie i nie zakłócając ciszy, wsłuchiwać się w życie lasu. Tak właśnie dzisiaj uczyniłem. Usiadłem na pniu, milczę i piszę. Z lewej strony gruchają gołębie, z prawej brzdąkają ptaki. Pomiędzy skąpymi liśćmi prześwieca majowe słońce. Wilgotna ziemia paruje. Czegóż więcej potrzeba by można powiedzieć:
– Jestem szczęśliwy!
Czyż nie wystarczy ten zielony baldachim, te odgłosy przyrody, ta woda w leśnej kałuży zmącona nocną kąpielą dzikich zwierząt. Czyż nie wystarczy? A czym są te moje wyjazdy rowerem ku leśnym ostępom? Powiedzmy że są ucieczką przed monotonią życia. Przed życiem spłyconym przez ludzi niezdolnych do określenia własnej pozycji w ludzkiej społeczności.
Rozdzwoniły się leśne ptaki. Wypełniły mnie swoją radością do końca Wypełniły mnie też swoim zapachem leżące obok zbutwiałe pnie brzóz. Drzewa umierają jak ludzie.
Kłoszą się już żyta. Przywiozłem bukiet konwalii.
6 maja 1990
Sprzyja nam pogoda. Wczoraj zbierając kamienie opaliłem sobie plecy tak, że dzisiaj mi dokuczają. Wczoraj też kiedy wróciłem z pola do domu po krótkim odpoczynku dosiadłem rowera i ruszyłem starym dobrym szlakiem. Nie była to wycieczka jak inne. Nie wiem dlaczego, idąc przez leśne gąszcze czułem jakieś zagrożenie. Nie zdarza mi się to, ale wczoraj naprawdę coś mi mówiło, że spotka mnie nieszczęście. Kiedy kątem oka uchwyciłem poruszający się za mną cień, puściłem rower i stanąłem do obrony. Głupie to uczucie towarzyszyło mi przez cały pobyt w lesie. Na skraju boru mocno zmęczony wszedłem na myśliwską ambonę.
Oto miałem skraj lasu i pole przed sobą. Bruzdą, w moim kierunku kicał zając. Co chwila przystawał, żuł źdźbła, lizał łapy i całkiem po kociemu mył gębę. Trwało to kilkanaście minut. Nie płoszyłem go. Bezszelestnie zanurzył się w gęstwinie.
Z lewej strony drożki, ponad kłoszące się żyto co chwila głowę wystawiała sarna. Obracała nią i chowała. Za chwilę to samo. Z ambony można naprawdę wiele zobaczyć, ale i wiele zwierząt zamordować. Jeśli są.
A jest ich coraz mniej. Ma się to mniej więcej tak. Jeśli jest mięso w sklepach, zwierząt jest więcej, jeśli brakuje – mniej. Po prostu myśliwi uzupełniają braki we własnej kuchni. Obserwuję to od wielu lat. Wczoraj do Polski przyjechał Czesław Miłosz. W wywiadzie dla naszej telewizji powiedział, że jest obywatelem księstwa litewskiego. Co miał na myśli mówiąc to? Czy nową unię polsko-litewską? Jeszcze za wcześnie. Jeszcze nocami przez Wilno maszerują rosyjscy żołnierze. Jadą rakiety. Na kogo te rakiety? Na bezbronnych Litwinów?
Parlament łotewski ogłosił niepodlegość swego kraju. Ma Litwa sprzymierzeńca, a Moskwa nowy kłopot.
8 maja 1990
Dzisiaj dzień wypłaty. Przyniosłem do domu pięćset sześć tysięcy, z rodzinnym i za mleko którego w całości nie biorę.
Mamy upalne dni. Już mogłoby popadać, a nie zanosi się na to. W tej chwili (godzina szesnasta) w słońcu termometr wskazuje czterdzieści stopni. W sobotę było czterdzieści dwa.
W dalszym ciągu nie wypłacają nam premii motywacyjnej ani wyrównania funduszu premiowego. Brak pieniędzy. Należy nam się też indeksacja za I kwartał, czyli podwyżka w granicach dwudziestu paru procent. Nic z tego.
Przyleciały jaskółki i słowiki. Nie widzę wilg, nie słyszę kukułek. Jeszcze są w podróży, ale już niedługo wypełnią radością nasze lasy. Ostatnio straciliśmy sporo pieniędzy na Syrenkę. Opłaciliśmy ubezpieczenie za II kwartał, zakupiliśmy czopy, dwadzieścia pięć litrów benzyny. Niewiele korzysta się z samochodu, a tyle kosztuje utrzymanie.
W poniedziałek wybieramy się na plener do Chrzypska koło Sierakowa. Organizuje go Pałac Kultury wspólnie ze Stowarzyszeniem Twórców Ludowych. Żona wiezie swoje hafty. Myślę, że uda mi się zwerbować ją do Stowarzyszenia. Robi piękne rzeczy.
12 maja 1990
Nici z pleneru. Ktoś zachorował i przełożono na czerwiec. Szkoda, bośmy się przygotowali, a w czerwcu może nam caś przeszkodzić i nie pojedziemy.
Wypłacono nam wyrównanie funduszu premiowego. Otrzymałem osiemset pięćdziesiąt tysięcy, których już w domu nie ma, dlatego że milion sześćset daliśmy synowej żeby kupiła nam zamrażarkę. I jesteśmy spłukani. Tymczasem żona popadła w ciężką chorobę: uparła się kupić piec do kuchni. Pewnie że wspaniała rzecz, elektryczno – gazowy. Sam bym chciał taki piec w kuchni oglądać, ale skąd wziąć na to pieniądze? Wczoraj zrobiłem kilka kilometrów rowerem. Senne głogi w białych sukmanach, skąpane w słońcu pilnują pól. Niektóre sypią białymi płatkami na młody maj jak dziewczynki podczas procesji!
Dzisiaj mieliśmy zbierać kamienie na polach. Zawieziono nas autokarem do zakładu Chłapowo, ale nic z tego nie wyszło, bo się rozpadało. Wróciłem, siedzę w domu, spoglądam przez okno na marszczoną kroplami kałużę.
– Złoto leci z nieba – mówią rolnicy. A już było źle, nie padało dwa tygodnie.
Od paru dni słychać kukułki. Jest w nich wiele radości z powodu powrotu w rodzinne strony, bo robią hałasu co nie miara. Tak mi się wydaje, ale ptak nie myśli kategoriami człowieka. Może więc inny jest powód ich radości?
Zawsze sądziłem że słowik to ptak parkowy, że gnieździ się w pobliżu ludzkich osiedli. Tak rozumując, przyroda świadomie uprzyjemnia człowiekowi życie. Ale tak nie jest, bo spotykam te ptaki również w lesie. I to obala moje rozumowanie.
Prześladuje mnie Sted, albo inaczej, prześladuje mnie niezrozumiałość jego wiersza.
– Wybuchają na mostach twoje oczy –
Może mosty to wspomnienia, a wybuchające oczy to oczy piękne, niepokojące, zalegające we wspomnieniach? Może to miał na myśli pisząc te słowa.
13 maja 1990
Niedziela, wczesny poranek. Czytam tom opowiadań Żukrowskiego. Książka wydana po raz pierwszy w 1946 roku, traktująca o wojnie, obozie koncentracyjnym. Dotychczas przeczytałem opowiadanie Lotna, Przed furtą, Pozdrowienie anielskie, Kantata. Tą krótką formą literacką zadziwił mnie Żukrowski. Był wówczas młodym pisarzem, a jak bogatym językiem przemawiał. Jakże szerokim gościńcem toczy sie fabuła. Te szerokość zyskuje poprzez odstępstwa od głównego nurtu i konsekwentne wracanie. W ten sposób narracja staje się gęsta. Nie wiem czy jest to działanie zamierzone czy też wypływa mimo woli z jego predyspozycji pisarskich. Jeśli właśnie tak zamierzał, to jest mistrzem, a jeśli wypływa to z jego natury to jest fenomenem.
To co napisałem o Żukrowskia, napisałbym właśnie wtedy kiedy opowiadania powstały. Dzisiaj znam jego inne książki i muszę powiedzieć, że nie jestem nimi oczarowany. Wtedy był o niebo lepszy.
Dzisiaj w naszej parafii przystępują dzieci do Pierwszej Komunii.
W przyszłą niedzielę jadę do Swarzędza do siostrzeńca, którego syn również przystępuje do Pierwszej Komunii.
Dzisiaj 13 maja czyli drugiego ogrodnika – Serwacego. Nie przyniósł chłodu. Wręcz przeciwnie. Po wczorajszym deszczu rano było trochę mgły, a teraz świeci słońce i jest szesnaście stopni ciepła.
15 maja 1990
– Święta Zofija, kłosy rozwija – mówiono niegdyś. Teraz te przysłowia ulegają zapomnieniu. A co do kłosów, to już od dwóch bodajże tygodni oglądają świat.
Jest taki piękny ptak który oficjalnie nazywa się wilga, ale w mojej młodości nikt inaczej nie mówił na niego jak zofija. Mówiło się: Zofija gwiżdże, będzie padało. Być może ten ptak na swój sposób wyraża zmiany ciśnienia, czy też pogody. Ostatnio gdy byłem w lesie słyszałem wilgę, a potem padało. Czyli wszystko się zgadza. Jak dawniej. Zmarł nasz organista. Niestary jeszcze człowiek, młodszy ode mnie. Od kilku miesięcy chorował. Od początku sprawa była przesądzona. Rak płuc zbiera żniwo. Jutro pogrzeb.
19 maja 1990
Starym zwyczajem dosiadłem roweru i ruszyłem dzisiaj po południu moją ścieżką zdrowia. Po niewielkim deszczu który padał dwie godziny temu, ziemia obficie parowała w słońcu, a bór wypełnił ptasi chór. Idąc drogą od klonu do leśniczówki, wszedłem na ambonę o której już pisałem. Usiadłem wygodnie i czekałem na zwierzynę. Nagle zza zakrętu drogi wyłonił się rowerzysta. Był to młody, może siedemnastoletni chłopak. Jechał wprost na ambonę. Stanął pode mną i pyta czy jest w krzakach jego rower. Zanim odpowiedziałem, wytaszczył z gęstwiny wehikuł ze zgiętym przednim kołem.
– Kurwa, jest. Jakby zginął babcia by mnie zajebała.
Wyraźnie był pijany. Zszedłem z ambony, wyprostowałem pogięte koło, a potem kluczem który mi dał starałem się naciągnąć szprychy. Na tyle mi się to udało, że koło mieściło się w widełkach. Mówię do niego:
– Cofnij się do szosy. Polną drogą dwoma rowerami nie dasz rady jechać.
Nie posłuchał. Poszedłem pieszo za nim i patrzyłem jak co chwila się przewraca. Wreszcie zginął mi z oczu.
Szedłem powolutku w kierunku leśniczówki. I oto co widzę, obok drogi leży rower który naprawiałem. Młodzieńca nie było. Prawdopodobnie aż tak bardzo nie bał się babci, że rower porzucił.
25 maja 1990
Ktoś powiedział: Ojciec niczego sobie, matka też, a syn kolejarz.
Ano, kolejarz i pewno ten głodujący w Słupsku. W Słupsku ukonstytuował się Komitet Strajkowy. Rząd nie zamierza ustąpić, strajkujący nie podejmują pracy, czekają za podwyżkami. Stoją pociągi w Gdańsku, Bydgoszczy, Toruniu, Szczecinie i innych miastach Pomorza. A co mówi się o tych strajkach? Mówi się, że jest to cios pogrobowców PZPR wymierzony młodej, demokratycznej władzy w przeddzień wyborów. Wielce zaangażował się w ten strajk Miodowicz. Wałęsa nie pojechał do Słupska pomimo zaproszenia. Miodowicz przemawiał dzisiaj w radiu. Opluł Wałęsę.
W przyszłym tygodniu wypłacą nam zaległą premię. Sprzedali konstrukcję warsztatu zakupioną w ubiegłym roku. Mielibyśmy piękny warsztat a tak to go nie będzie.
We wtorek otrzymałem list od Waldemara Jóźwika z Wąglan. Jóźwik sprawił uczestnikom konkursów Szukamy talentów wsi, ładną niespodziankę. Zebrał wszystkie nagrodzone wiersze i wydał w jednym opasłym tomie. Teraz pisze do mnie że mogę ten tom kupić. Jest w nim siedem moich wierszy. Wczoraj pojechały pieniądze. Wydanie książki kosztowało go szesnaście milionów. Zaprasza też do wzięcia udziału w kolejnym konkursie poetyckim którego podsumowanie nastąpi jesienią.
Nie pisałem jeszcze że od kilku dni policja i wojsko poszukują dezertera ze szkoły podchorążych w Zgierzu. Zastrzelił tam cztereh swoich kolegów i zbiegł.
26 maja 1990
Zawiesili swą głodówką słupscy kolejarze. Po całonocnych rozmowach z senatorem Stokłosą, czterech przedstawicieli kolejarzy udało się z nim do Warszawy. Wczoraj Mazowiecki powiedział na spotkaniu we Wrocławiu, że na temat płac nie będzie rozmawiał ze strajkującymi. Otrzymał za to brawa. Ma premier poparcie w narodzie.
Wałęsa dzisiaj rano publicznie oskarżył Miodowicza o tanie politykierstwo. Z jego słów wynikało, że strajki to Miodowicza rewanż za polityczną porażkę przed czerwcem 1989 roku, to zakłócenie jutrzejszych wyborów do samorządów.
Po południu pojechałem do lasu po liście jeżyny. Niezła z nich herbata, a przy tym pomocna podczas biegunki.
Od łąk niesie się zapach siana. Pomimo wolnej soboty zwożą tak pegeerowcy jak i chłopi. Przekwita kalina, za to dziki bez rozwinął kremowe baldachy i wynosi swój zapach ponad inne.
Trudno zrozumieć dlaczego tutejsi rolnicy niszczą przydrożne drzewa. Robią to w ten sposób, że ucięte gałęzie spalają pod pniami które się niekiedy zapalają, a już napewno chorują. Spotkałem dzisiaj dziesięć takich wierzb. Za coś takiego powinno się karać. Może czynią to dlatego, że w zasięgu korzeni są niższe plony. Bezmyślnie niszczą nasz wielkopolski krajobraz.
31 maja 1990
– Myślałem o Tobie, Mamo, dzisiejszej nocy. Wszak to właśnie dzisiaj mija czternasta rocznica Twej śmierci. Jak ten czas leci! Już czternaście lat minęło, a dokładnie pamiętam tamten dzień. Twoja śmierć była wielkim zaskoczeniem dla nas. Przecież do końca sprawiałaś w wrażenie zdrowej. Serce nie wytrzymało właśnie we śnie. Wydaje mi się, że miałaś lekką śmierć. Bez świadomości umierania. Nie czekałaś na nią cierpiąc. Daj Boże i mnie taką.
Wczoraj przewodniczącym Rady Najwyższej Republiki Rosyjskiej wybrany został Jelcyn, konkurent i opozycjonista Gorbaczowa. Zamierza on podobnie jak Litwini, Estończycy i Łotysze republikę usamodzielnić. Popiera również dążenia wszystkich republik ZSRR do samostanowienia. Kim wtedy byłby Gorbaczow?
W dalszym ciągu nie pada, a przez kraj przewalają się przymrozki. Mam oto przed sobą książkę którą wydał Waldemar Jóźwik. Tytuł jej to Wąglany po żniwach w poezji. Długi tytuł i niezbyt udany. Informuje mnie Jóźwik, że zostałem honorowym członkiem Towarzystwa Przyjaciół Wąglan. Dzięki mu za to wyróżnienie.
7 czerwca 1990
Dzisiaj znów odwiedziłem moją ścieżką zdrowia. Zeby ten wyjazd materialnie uzasadnić, zabrałem koszyczek do rumianku który akurat kwitnie. Ale guzik tam. Niewiele go spotkałem na mojej ścieżce. Może dwie garście. Idąc łąką obok młodziutkiego boru chciwie wdychałem pachnące żywicą powietrze. A było parno. Koszula przykleiła się do ciała. Nagle sprzed nóg wyfrunął motyl jakiego rzadko się spotyka. Kołował przez chwilę przede mną, a potem poszybował nad młode sosenki. Nie wiem dlaczego ten niewielki, błękitny motyl przypomniał mi dzieciństwo. To było jak uderzenie i trwało parę sekund. Gdzieś takiego motyla oglądałem i on przywrócił mi na chwile tamtą, dziecięcą beztroskę. Kilka razy mi się to zdarzyło. Przypomniany obraz przywraca stan psychiki sprzed lat.
W sobotę już nie wiem który raz wszedłem na ambonę. Jesion o którego jest oparta pozieleniał, zagęścił się. Rower schowałem obok w krzaki i zrelaksowany spoglądam na pole. Nic nie zakłócało ciszy. Podobnie jak kiedyś rowerzysta, zza zakrętu drogi wyszło dwoje ludzi. Szybko się zbliżali. Jeden z nich w ręku miał teczkę. Młodszy, blondynek nie niósł nic. Wesoło ze sobą rozmawiali, ale że byłem na ambonie nie widzieli mnie. Może dziesięć metrów przede mną skręcili w prawo zagłębiając się w łan żyta. Czego oni tam szukają – myślę sobie. Sprawa wydała mi się podejrzana. Zszedłem z ambony i pojechałem w kierunku leśniczówki.
Dzisiaj ciekawość tam skierowała moje kroki. Okazało się, że nieznajomi w życie wypili dwie butelki wina. Butelki na to wskazują. Ale dlaczego schowali się w źyto? Dzisiaj otrzymałem list z Pałacu Kultury z Poznania, w którym pani W. informuje, że planowany w maju plener rozpocznie się w czerwca. Będzie trwał dziesięć dni.
Pisane w Chrzypską Małym. 16 czerwca 1990
Mieliśmy mieć plener w Chrzypską Wielkim, ale coś nie wyszło i oto siedzę w prywatnym domu nad jeziorem państwa W. Siedzę w domu, a nie w daczy jak miało być. Jest tutaj wiele spokoju, wiele świeżego powietrza, śpiewających ptaków, a nad wszystko wiele serdeczności ze strony gospodarzy. Do domu ukrytego wśród lasu jedzie się krętymi, piaszczystymi dróżkami i trudno byłoby bezbłędnie trafić, nawet gdyby ktoś dokładnie wskazał drogę.
Dowiadują się od prezesa Hagla, że w marcu zmarł nasz kolega Stefan Cebulski. Jeszcze w pierwszych dniach marca rozmawiałem z nim na spotkaniu członków zarządu w Pałacu Kultury. Szkoda że mnie nie powiadomiono o pogrzebie. Byłbym pojechał. Teraz jestem jedynym piszącym który angażuje sie w życie Stowarzyszenia. Wczoraj siedzieliśmy długo przy kominku. Strzelały smolne szczapy iskrami na pokój. Zona mówiła o swoim dzieciństwie, o sobie mówił rzeźbiarz Oleksy z Zielonej Góry, ja czytałem swoje wiersze. Mamy mieć spotkanie w Domu Kultury w Chrzypsku Wielkim.
Pogoda jest podła. Zachmurzyło się i dmucha chłodem. Ale nie pada. Oleksy rzeźbi. Stuka drewnianą pałą w dłuto. Ja łowiłem ryby. Skoro nic nie złowiłem, to czy słowo – łowiłem – mam prawo użyć? Zadna nie garnęła się do haka na który kolega wędkarz zaczepił małą rybkę i własnoręcznie wyrzucił daleko, daleko! Wędkę miałem od gospodarza. Zmarzłem na pomoście. Zyłka wydała mi się zbyt luźna i zacząłem kręcić kołowrotkiem. Poczułem wyraźny opór. Chłopiec który podszedł powiedział, że tam daleko jest płytko i napewno haczyk zaczepił o wodorośle. Tak czy inaczej, ciągnąłem i o dziwo krok po kroku przybywało mi żyłki. Z wody zaczęła wynurzać się grubsza żyłka czy sznur a na nim haczyków bez liku. Teraz zrozumiałem, wędka zahaczyła o linkę z haczykami na węgorze. Wyciągnąłem kilkanaście metrów sznura z uczepionym na końcu węgorzem pół metrowym. Strasznie był śliski. Praktycznie nie do utrzymania.
17 czerwca 1990
Wstaje pochmurny dzień. Gdybym miał pod ręką wędkę poszedłbym nad jezioro może coś by się uczepiło. Złowionego węgorza solidarnie zjedliśmy. Pycha. Pierwszy raz w życiu węgorza jadłem, bo pierwszy raz takie dziwo wyciągnąłem z wody. Przeciskając tę śliską bestię do odzienia pobrudziłem się od góry do dołu pachnącym śluzem którego nijak nie można było wytrzeć.
Ludwik Oleksy zaznaczył na klocu zręby baby z tobołkiem czy dzieckiem na plecach, Hagel był w piątek i w piątek wieczorem odjechał. Chyba skrócimy ten plener. Nie sprzyja pogoda.
Na dzisiaj zapowiedział swój przyjazd Mirek z rodziną, ale czy zdecydują się na wycieczkę przy takiej pogodzie? Na wszelki wypadek wyjedziemy na spotkanie im do Chrzypska.
18 czerwca 1990
Dobrze że wyjechaliśmy na spotkanie. Bez naszej pomocy tutaj by nie trafili. Pogoda w dalszym ciągu nia taka jakiej byśmy pragnęli. Znów od rana wiszą chmury.
20 czerwca 1990
Wczoraj była niezła pogoda. Pani W. zawiozła mnie i Oleksego na przystań Posnanii skąd przypłynęliśmy łodzią. Ludwik przezornie ubrał kamizelkę ratunkowa. Podobno pływa jak siekiera. Wiosłując nabawiłem się pęcherzy. Wypadło mi przecież wiosłować ponad dwa kilometry, jak tu oceniają a wiatr zepchnął łódź daleko od przystani stąd kilkaset metrów było więcej. Zona, chociaż woli mieć twardy grunt pod nogami, wsiadła do łodzi przywdziewając kamizelkę. Popływaliśmy trochę niezbyt oddalając się od brzegu. Wieczorem zarzuciliśmy długi sznur z haczykami (zdobyczny) z przynętą na węgorza. Dzisiaj rano wstaliśmy o trzeciej z minutami, ale nic się nie zahaczyło.
21 czerwca 1990
Pogoda dopisuje. Wczoraj późnym wieczorem wykąpałem się w jeziorze. A dzień mieliśmy pracowity. O dwunastej spotkaliśmy się z młodzieżą szkolną, a także osobami starszymi. Spotkanie przebiegało pięknie. Prace żony wzbudziły żywe zainteresowanie. Pragną nas zaprosić we wrześniu na spotkania w kilku miejscowościach tej gminy. Dzisiaj wyjeżdżamy. O godzinie dziewiątej rano od zachodu nadciągnęła ciemna chmura i rozszalała się burza. Podczas śniadania po silnej błyskawicy wyłączono prąd. Odjechaliśmy o dziesiątej trzydzieści. Zabrał się z nami do Poznania Ludwik Oleksy. Szczęśliwie wróciliśmy do domu.
24 czerwca 1990
Coraz niżej pochylają się żytnie kłosy i żniwny zapach unosi się nad łanami. Gdzieniegdzie na pagórkach bieleją źdźbła. Jest sporo zbóż wyłożonych. Szczególnie tam gdzie nie żałowano nawozów. Kwitną późne ziemniaki. Wczesne już kopią. W piątek kupiłem kilka kilogramów po tysiąc pięćset złotych. W sklepie były po dwa tysiące. I oto mamy konkurencję.
Dzisiaj Jana. Przed wielu laty kiedy jeszcze biegałem za kółkiem po wsi, nie było mowy aby któryś z chłopaków przed 24 czerwca się kąpał. Najpierw święty Jan musiał poświęcić wodę, a potem to już można w niej było igrać do woli.
Nie mieliśmy większej wody w okolicy Ługowin. Ot dwa stawki we wsi i jeden na łące. Staw na łące był czysty i dość głęboki, a kiedy padały deszcze woda rozlewała się szeroko. Wtedy można było się nawet utopić w głębinie. Podczas okupacji z tego stawu podczas wielkich mrozów zabierano gruby lód, zwożono do parku i przykrywano plewami. Latem bryły tego lodu wkładano do basenu z wodą i chłodzono w ten sposób mleko zapobiegając skwaszeniu. Dobry to sposób a przy tym tani. Nie było chłodziarek bo nie było prądu. Czyniono to również przez pewien czas po wojnie.
30 czerwca 1990
Stoimy przed kolejną podwyżką cen. Jak wczoraj doniosła prasa, energia elektryczna zdrożeje osiemdziesiąt procent, gaz sto procent, usługi pocztowe pięćdziesiąt procent, centralne ogrzewanie sto procent, węgiel nie wiadomo ile. Po prostu będzie cena rynkowa.
Obiecał rząd że po trzech miesiącach odczujemy poprawę. Minęło pół roku reformy i mamy kolejne podwyżki. Czyli coś nie wychodzi. Ubezpieczalnia zapowiada podwyżkę opłat ubezpieczeniowych samochodów. I to napewno się stanie ponieważ samochody zdrożały.
We wczorajszej prognozie zapowiadano pogodny, upalny dzień, a tu od rana niebo opanowały chmury. Grzmi i pada. W tej chwili, o dziesiątej dziesięć jest wręcz ulewa. Wystarczyłoby deszczu. Ziemniaki pięknie się rozrosły. Teraz nadmiar wilgoci to zaraza, a jak zaraza to niskie plony. Współczesne ziemniaki mało odporne są na grzyba. Przed laty przez wiele lat sadziło się te same i liście zachowały zielone do końca września. Pewnie, że obecnie sadzone dają wyższe plony, ale też potrzebują lepszej pielęgnacji. Potrzebują środków grzybobójczych, bez których plony byłyby niższe jak przed laty. Poza tym obecnie uprawiane ziemniaki posiadają za słabo zakodowane cechy genetyczne i prędko wyrodnieją. Tak ja ignorant, te sprawy ściśle botaniczne widzę.
1 lipca 1990
Kiedy tak spoglądam na moje przeszłe lata, wydaje mi się, że niczym życie mnie nie zaskoczy. Że przeżyłem tak wiele zdarzeń, tak wiele doznałem upokorzeń, upadków z których z uporem Syzyfa dźwigałem się by życie brać za rogi. Mój Boże, czy jeszcze trzymasz coś w zanadrza i rzucisz we mnie tak od niechcenia jak sąsiad złym słowem?
Ty dzielisz dobro i zło. Odrzuć to drugie na niebieski śmietnik.
Obok szosy wiodącej do Srody w młodej lucernie którą przerósł owies całe dnie woła przepiórka. Nieczęsto słyszy się jej głos, bo nie jest to ptak pospolity, a już rzadko się słyszy leżąc jak ja w łóżku. Należy to do uroków życia na wsi, ale trzeba to widzieć, słyszeć i cenić. Tymi słowami nie przeceniam siebie. Zapewne wielu to słyszy i równie dużo jak mi, albo jeszcze więcej ukojenia ten głos przynosi.
4 lipca 1990
Wczoraj zabrali się do omłotu rzepaku z pokosów. Posłano jeden kombajn. Ziarno okazało się bardzo mokre i zaniechano omłotu. Jeśli nadal będzie pogoda słoneczna, jutro ruszymy bezwarunkowo. Ja w pogotowiu technicznym. I znów jak co roku dzień pracy bedzie bardzo długi.
6 lipca 1990
Podobno w sobotę zostanie u nas odsłonięta tablica poświęcona pamięci hrabiego Bnińskiego, byłego właściciela Gułtów, zamordowanego przez Niemców. Bniński był wojewody poznańskim, a w czasie okupacji albo inaczej, na początku okupacji delegatem na kraj rządu polskiego w Londynie. Być może zasłużył się jako działacz państwowy. Niestety, nic dobrego nie można o nim powiedzieć jako o gospodarzu swych włości. Robotnicy nie mieli za co kupić soli, bo nie wypłacał zarobków. Chyba już o tym gdzieś pisałem i nie chciałbym się powtarzać. Doprawdy, tablica ta utwierdzi ludzi w przekonaniu że niesprawiedliwość rządzi światem.
8 lipca 1990
Wybuchają na mostach twoje oczy – prześladuje mnie ten wiersz. Ten niezrozumiały głos Stachury zza grobu. Stachura postawił sobie pomnik za życia i z życiem się rozstał skłócony z nim.
Piszę te słowa stojąc pośród leśnej gęstwiny. Z rzadka odezwie się jakiś ptak. Nie to co w maju. Już nie ma tej orkiestry. Połamała skrzypce, piszczałki, mandoliny, klarnety. Już orkiestra stoi w kolejce po paszporty, już załatwia wizy, niedługo odleci na południe. Szczęśliwej drogi! My pozostaniemy pełni wiary w jej powrót. Jesiennieje w moich oczach świat. Przekwitają zioła, pobielały żyta. Dojrzała wczesna kapusta. Czas jej kiszenia tak bardzo przypomina jesień.
14 lipca 1990
Mamy dzisiaj wolną sobotę. To taka cisza przed żniwną burzą. Rzepaki z pokosów omłóciliśmy we wtorek to jest 10 lipca. Muszę tutaj napisać, że na ogół były słabe. Plonowały w granicach dwadzieścia jeden kwintali. Teraz w kolejce do omłotu stoi groch. No może nie stoi a leży. Jest go siedemdziesiąt hektarów. Planowano w poniedziałek rozpocząć, ale nie planowano deszczu, a ten zmoczył pola.
Zza horyzontu wynurzają się ciężkie deszczowe chmury. Taką mamy sobotę.
20 lipca 1990
Ostatnio mamy dużo chłodu i deszczu. Tylko dzisiaj, w piątek, nie pada i zza chmur spoziera słońce. Jeśli tylko pogoda się ustabilizuje wyjedziemy w pole.
W Paryżu obradowali ministrowie spraw zagranicznych wielkiej czwórki, dwóch państw niemieckich, a także Polski. Wydarzenie to przejdzie zapewne do historii. Do historii przejdzie też ustawa o prywatyzacji którą uchwalił Sejm. Prawdę mówiąc, ani ja ani nikt ze znajomych nie wie jak prywatyzacja będzie przebiegała czy wyglądała.
Wczoraj też Sejm podjął uchwałę o sprzedaży alkoholu przez całą dobę. Nareszcie powróciliśmy do europejskich zwyczajów. Ale czy to aż Sejm musiał uchwałą to sprostować?
21 lipca 1990
Od samego rana pojechałem na pole ukopać ziemniaków. Jeszcze nie urosły dostatecznie, jest dużo małych. Plony zapowiadają się niezłe. Jesiennieje krajobraz. Wiosna mrozem warzyła kwiaty a na gruszach ulęgałek dużo. Kwitnie kukurydza, rozpuściła włosy. Niestety, nie ma grzybów, chociaż dużo pada.
Wczoraj ukończyłem czytanie książki Lesława Bartelskiego pod tytułem „Ludzie zza rzeki”. Mam tę książkę już trzydzieści dziewięć lat, to znaczy od chwili jej wydania. Mam ją tyle lat, a nie mogłem jej przeczytać. Zwyczajnie nudziła mnie. Nie do ugryzienia. Teraz w okresie przemian, powieść ta nabiera innej wartości. Jest to kawałek historii. Może trochę krzywej, ale takie nasze życie było. Krzywa była też ówczesna literatura. I tak dzisiaj trzeba ją widzieć. Stwarzano problemy tam gdzie nie powinno ich być. Jeśli walki klas nie ma, to trzeba ja stworzyć. I ktoś na grzbietach skłóconych ludzi piął się do góry. Takie to było idiotyczne. Ile łez, nieszczęść jeden półgłówek uzbrojony w ideologię marksizmu-leninizmu wytoczył z ludzi. Boże, jak sobie przypomnę tak zwanych działaczy, za których sąsiad albo syn pisał życiorys to głowa puchnie.
Rozsypuje się Związek Radziecki. Rosja ogłosiła swą niezależność. Ukraina też. Z drugiej strony Niemcy rosną w siłę. Niedługo staną się największym mocarstwem Europy. A jak wtedy potoczą się losy Polski? Na razie jest wszystko piękne bo jeszcze rosyjskie wojska stoją w NRD. Jeszcze nie ma formalnego zjednoczenia. Jeszcze władze zachodnioniemieckie sypią markami Związkowi Radzieckiemu. Pomoc gospodarczą obiecują Polsce. Czas zjednoczenia to czas bardzo delikatny. Kohl to rozumie i wszystko jest cacy, ale po zjednoczeniu Niemcy mogą Europie dyktować warunki współistnienia. Może to być okres niekorzystny dla Polski, ponieważ nie wygasają w Niemczech roszczenia terytorialne.
7 sierpnia 1990
Tyle dni nie pisałem, że usechł mi tusz w długopisie i nie mogłem go uruchomić. Ale oto pisze. Praca w polu zajmuje mi piętnaście, szesnaście godzin i trudno mówić, aby z doby trochę minut urwać i coś napisać. To jest ponad moje siły.
Późny, niedzielny wieczór przyniósł trochę opadów, padało też wczoraj w poniedziałek i oto dzisiaj po pracy w warsztacie, siedzę w domu i notuję to i owo.
A dzisiaj jest wtorek. Ciepły i po południu słoneczny. Niechybnie jutro znajdziemy się w polu.
W piątek po południu usiadłem w cieniu akacji za parkiem w Klonach i przymknąłem oczy. Nagle ktoś zawołał:
– Kombajn się pali!
Skoczyłem na nogi jakbym miał osiemnaście lat. W odległości około dwustu metrów tył kombajna był w płomieniach. Nie namyślając się pobiegłem by ratować. Nie wsiadłem do stojącego obok pogotowia, sądziłem że pieszo będę predzej. Wypadło mi pokonać szeroki pas nieskoszonego żyta. Zapłątałem się w zbożu, upadłem. Potem drugi raz to samo. Mój kierowca był prędzej niż ja pieszo. Kombajnista oddalił się z miejsca pożaru bo paliła się słoma wokół kombajna. Niestety, tam gdzie stanął również zaczęło się palić. Zrozumiałem: słomę zapala kombajn. Wokół ognia uczynił się ruch. Przybiegli chłopaki zbierający nieopodal słomę, przyjechał Waldek Starem którym odwoził zboże. Odważnie wjeżdżał w parometrowej wysokości płomienie.Tłumił kołami. Czym kto mógł tym gasił. Ja robiłem to nogami i spaliłem skarpetki. Ogień zlokalizowaliśmy. Spaliło się może dwieście metrów kwadratowych zboża.
A łan liczył trzydzieści hektarów. Niezwykle suche źdźbła paliły się jak zapałka. Myślę, że główną zasługę w ugaszeniu pożaru miał Waldek. Zawracając Starem rył głębokie bruzdy w piaszczystej ziemi i ogień nie poszerzał się.
Kombajn nie ucierpiał wiele. Zaraz też na poboczu drogi zrobiłem mu przegląd. Pożar powstał, ponieważ stanęła wialnia zapchana ziarnem. Ślizgające się pasy zagrzały się do tego stopnia, że zapaliły się, a opadające kawałki płonącej gumy wzniecały pożar. Po godzinie kombajn był gotowy do pracy, natomiast kombajnista przeżył szok i odpoczywał. Nawet tego dnia wogóle nie chciał ruszyć.
W sobotę też mieliśmy pożar. Od prasy rolującej zapaliła się słoma. Również wypadło mi gasić.
Wczoraj nie pracowały kombajny. Stały od rana. Chciałem to i owo naprawić, ale przemokłem i kierownik kilka godzin prędzej puścił nas do domu.
12 sierpnia 1990
Niedziela. Nie wiem czy dzisiaj nie poderwą nas do żniw. Wczoraj nie padało, zboże obeschło, a synoptycy zapowiadają nową falę opadów. Jest słoneczny, chociaż niezbyt ciepły poranek (czternaście stopni).
Zawsze sobie mówię, że to czy owo trzeba zanotować, bo na zanotowanie zasługuje gdyż jest zwierciadłem nie tylko mojego życia, ale i czasów w których żyję, a potem kiedy zasiadam do pisania, ulatuje mi z głowy. Nie zapomniałem tylko tego co mówią wszystkie rozgłośnie radiowe świata, że Irak anektował Kuwejt i nie chce go opuścić, że Amerykanie lądują w Arabi Saudyjskiej, że Irak gromadzi wojska przy granicy tego kraju, że instaluje rakiety przeciw okrętom na brzegu Zatoki Perskiej. Wiele krajów świata kieruje tam swoje okręty w celu zablokowania irackich portów. Przed chwilą był kierownik. O dwunastej trzydzieści mam zgłosić się do pracy. Jak mówią, Irak ma czwartą armię świata, milion żołnierzy, ponad pięć tysięcy czołgów, samoloty, rakiety. Zbroił go Związek Radziecki, Chiny, Francja, chyba również Polska posyła tam swoje czołgi. Irak ma u nas dług, a innym krajom jest dłużny sześćdziesiąt miliardów dolarów. Samemu Kuwejtowi musi oddać piętnaście miliardów dolarów. Podbijając go anulował dług. Dobry sposób, godny naśladowania.
Z dalekiego Iraku powracam do Gułtów. W piątek ukopałem worek ziemniaków. Wiele krzaków jest chorych, muszę wymienić sadzeniaki. Te co sadzę nazywają się Mile. Dość plenne.
14 sierpnia 1990
Jutro jedziemy z żoną do mego brata na przyjęcie z okazji 25 lecia ślubu. Pamiętam dobrze ich wesele. Byłem świadkiem na ślubie. Jaki ja wtedy byłem młody!
Nie wydaje mi się, abyśmy dzisiaj zakończyli żniwa, chociaż dyrektor pragnie aby tak było. My też byśmy chcieli. Wczoraj przeszkodziła nam burza i zjechaliśmy z pola o dziewiętnastej. Dzisiaj podobno też ma być burza, a do skoszenia zostało sto hektarów mocno polegniętego żyta. Pewnie ze względów oszczędnościowych nie zrobiono oprysków hamujących wzrost.
15 sierpnia 1990
Od północy do samego rana błyskało się i grzmiało. Ale daleko od nas. Dopiero o czwartej trzydzieści burza rozszalała się nad nami. No i mamy święto. A dzisiaj skończylibyśmy żniwa, nawet nie byłoby do wieczora. Dobrze że popadało. I tak musiałbym zwolnić się ze względu na wyjazd do brata. Przez te żniwa jestem kompletnie rozbity fiizycznie i psychicznie. Nie stać mnie na głębszą myśl, refleksję, skojarzenie. Nie stać mnie i długo jeszcze nie powrócę do normalnego życia. Jestem po prostu wybity z rytmu. Z rytmu który sam sobie narzuciłem, który najbardziej mi odpowiada, łączy przyjemne z pożytecznym. Ma w sobie trochę lenistwa, odpoczynku, pracy, filozofii, poezji i wiele innych jeszcze rzeczy. Myślę, że na swój sposób stwarzam sobie życie bogate.
19 sierpnia 1990
Już jesteśmy po żniwach. Przeciętny zbiór z hektara wyniósł pięćdziesiąt trzy kwintale. To nie jest mało.
Niedziela dzisiaj. Przed chwilą Janusz z rodziną odjechał do Niemiec. Szczęśliwej drogi. Od wczesnego rana pada co wielce przeszkadza kupczącym koło kościoła. Bo dzisiaj odpust, a jak odpust to parafialne święto. Tak jest od lat. Piękna tradycja.
Mirkowi wysiada silnik u Syreny. Niekiedy się zacina i nie można obrócić wałem korbowym. Ostrzegałem go, że takim silnikiem nie powinien wyjeżdżać z garażu, że trzeba znaleźć powód i usunąć go. Jak przestanie padać pojadę do Swarzędza i spróbuję coś zaradzić.
22 sierpnia 1990
Pogoda poprawiła się i pojechaliśmy do Swarzędza. Naprawa silnika zajęła mi sześć godzin. Wymieniłem wał korbowy. Założyłem mój zapasowy, bo Mirek wału nie miał.
W poniedziałek otrzymałem przekaz pieniężny na sumę czterdzieści pięć tysięcy złotych. Tyle bowiem wynosi III nagroda w konkursie imieniem Jana Pocka. Sądziłem, że wiersze moje nie zdobyły żadnej nagrody, ponieważ rozstrzygnięcie konkursu było zawsze w pierwszych dniach lipca.
Już pogodziłem się z porażką, a tu masz! Trzecią nagrodę mam drugi raz. Nie przysłano żadnego zawiadomienia ani dyplomu.
Wczoraj telewizja podała, że prezydent Jaruzelski anulował decyzję o udekorowaniu Leonida Breżniewa orderem Virtuti Militari. I słusznie. Przecież on dla Polski niczego nie wywalczył. Wręcz przeciwnie, trzymał nas za mordę. Był naszym wrogiem numer jeden.
25 sierpnia 1990
Przed chwilą wróciłem z rowerowej wycieczki. Przywiozłem kilka grzybów. W poniedziałek będą na obiad. Dzisiaj u nas dożynki, albo jak się mówi – festyn. Złożą się na niego mecz piłkarski, jakiś pan przez pół godziny bawił będzie ludzi wesołymi opowieściami, a wieczorem o dziewiętnastej rozpocznie się zabawa. Koszta tego festynu pokrywa PGR. Tyle spraw bieżących. Dużo mówi się ostatnio o prywatyzacji PGR. Jak mi mówił Bogdan, przewodniczący Rady Pracowniczej, wielkie rzeczy mają się dziać w marcu przyszłego roku. Ale co będzie się działo konkretnie, nie wie nikt. Podobno mają być zwolnienia grupowe głównie pracowników umysłowych. Poza tym mają sprzedawać akcje, czyli prywatyzacja. Nawet gdyby nic więcej się nie działo i tak wielu poczuje się skrzywdzonych. Jednak zanim do prywatyzacji dojdzie musi kombinat splajtować, a ostatnie podwyżki płac właśnie do tego prowadzą. Czyżby było to celowe dążenie do niewypłacalności? Od 1 sierpnia moja stawka na godzinę wynosi trzy tysiące sześćset złotych.
W świecie napięcie. Irak ani myśli wycofać się z Kuwejtu. Amerykanie gromadzą wojsko i broń w Arabii Saudyjskiej. Wielu Polaków powróciło z Iraku i Kuwejtu do Polski, ale sporo jeszcze tam pozostało.
Nie wszystkich zresztą Irakijczycy chcą puścić.
28 sierpnia l990
I po dożynkach. Przeszłyby jak inne, bez wspomnień, gdyby nie pewien dziadek. Otóż nie wiem co go skłoniło do pójścia na zabawę i picia piwa. O jedenastej wieczorem szedł szosą w kierunku stacji do domu. Jakiś młodzieniec jechał komarem i rąbnął w niego tak nieszczęśliwie że dziadek pożegnał ten świat. Różnie mówi się o tym wypadku. Jurek S. rozmawiał z tym cyklistą, ale twierdzi że go nie znał. Facet ściągnął zabitego dziadka z szosy na pobocze i pojechał. Dotychczas policja nie znalazła sprawcy. Wielu podejrzewa, że Jurek zna sprawcę ale nie chce mówić.
Wypożyczyłem z biblioteki książki Nienackiego: Ja, Dago. To dobry pisarz. Lubuje się w sprośnościach jak nikt inny, ale i tacy pisarze są potrzebni.
Wczoraj dzwonił do mnie dyrektor GOK. W niedzielę organizują gminne dożynki. Dyrektor proponował mi wystąpienie ze swojeą poezją. Odmówiłem. To nie jest miejsce dla poezji. Wolę jakieś spotkanie gdzie przyjdą ludzie właśnie dla poezji, a nie popić czy zabawić się.
Ile to pięknych słów powiedziano o ochronie środowiska, a bezmyślnie niszczono je głupimi decyzjami. Myślę o chorobliwej gigantomanii.
Był taki czas, kiedy wszystko musiało tyć wielkie, na miarę epoki, jak mówiono. Mamy więc wszelkiego rodzaju kombinaty, ogromne fermy, bo do ferm były dotacje. A co zrobiono ze środowiskiem? Grupując tysiące świń mieszkańcy wioski mają wrażenie że mieszkają w szambie. Gnojowica zatruwa pola, a w jednym z gospodarstw znalazła drogę do studni głębinowej. Trzeba być pozbawionym wyobraźni by tworzyć wielkie fermy, a nie przewidzieć skutków.
29 sierpnia 1990
Zbigniew Nienacki (Nowicki) swą historyczną powieścią Ja, Dago prowokuje mnie do uogólniającej wypowiedzi. Oczywiście nie kusi ona mnie do głębszej analizy czemu na pewno bym nie podołał, ale swoje przysłowiowe trzy grosze rzucę. Otóż bohaterowie tej powieści sprawiają wrażenie ludzi współczesnych. Ich przebiegłość, horyzonty myślowe, analiza sytuacji, dialogi, przypominają kogoś, komu nie obca jest filozofia. Trudno uwierzyć by osiłek którego wychowała puszcza prowadził takie rozmowy. Autor nie stanął na wysokości zadania które sobie wyznaczył. Jeszcze przede mną jeden tom, jeszcze parę słów napiszę na temat tej książki.
2 września 1990
Dzisiaj obchodzą imieniny Stefany. Także mój brat. Po południu jedziemy z żoną do Ługowin.
A dzisiaj niedziela. W nocy odrobinę padało i teraz rano rzadkie mgły przesłaniają dal. Teraz u progu jesieni takie poranki będą czymś normalnym. Lubię tę jesienną porę. Długie wieczory, poranna mgły, zimne rosy, zapach ziemniaków, kopru i jeszcze czegoś. Może to jest właśnie suma zapachów. Lubię tę leśną i polną ciszę. Czerwono wschodzące żyta, niskie chmury.
Jakże przytulne jest wtedy ciepłe mieszkanie. Z jaką rozkoszą siadam nad książką czy też nad kartką papieru która aż prosi by coś pięknego napisać. A z napisaniem czegoś jest coraz trudniej. Po żniwach które zajmowały mi całe dnie jestem do cna rozładowany. Teraz muszę sięgać po książki, stwarzać w sobie nastrój. To potrwa wiele dni, a może parę tygodni. Od dawna noszę w sobie zamysł napisania kawałka prozy, ale nie mogę sobie poradzić. Nie potrafię stworzyć dramaturgii utworu. Pewnie, że i to można opanować, ale zbyt wiele życia zmarnowałem i niewiele już zostało czasu na doskonalenie swych umiejętności. Pisząc o zmarnowanym życiu mam na myśli bezczynność literacką. Pomimo słów zniechęcających których nie szczędził mi Turkowski, a ostatnio również Donat Niewiadomski, myśl o krótkiej formie literackiej prześladuje mnie. Najbardziej zniechęcił mnie Turkowski. Po jego ocenie jednego z opowiadań ręce opadły mi poza kolana na wiele lat. Było to dla mnie wielką stratą. Tak dzisiaj to widzę. Po tych druzgocących ocenach, powinienem całkowicie zarzucić myśl o prozie.
Ale nie odstępuje mnie ona. Jest silniejsza ode mnie. Nic na to nie poradzę, ponieważ czuję w sobie taką potrzebę. Cześciowo rekompensuje to sobie pisząc pamiętnik, ale to nie jest to o co mi chodzi. Być może taki pamiętnik to coś więcej niż ubarwiona proza, być może tak właśnie jest, ale to zarzewie niepokoju nie daje mi odetchnąć. Zniewala mnie, kusi jak alpinistę wysoka góra.
18 września 1990
Przez dwa tygodnie nie wziąłem pióra do ręki. Może to dobrze. Nagromadziło się kilka spraw i można w nich przebieraó jak Zyd w czapkach. Ale do rzeczy. Dzisiaj otrzymałem piekne zaproszenie od dyrektora GOK w Kostrzynie na uroczystość z okazji którejś rocznicy zrzutu broni dla tutejszych Akowców. Uroczystość ta odbędzie się w niedzielę, czyli akurat wtedy kiedy będę kopał ziemniaki. Kopania odłożyć nie mogę. Mam zamówionych ludzi do pomocy. Dyrektor GOK sprawił mi wielką niespodziankę. Otóż jeszcze w styczniu kiedy miałem spotkanie w naszej restauracji prosił mnie o napisanie wiersza poświęconego pamięci tutejszych Akowców. Nie potrafię pisać na zamówienie, ale zabrałem się do tego i coś tam powstało. Oddałem mu w pierwszych dniach września. I oto dzisiaj na jednej ze stron zaproszenia ten wiersz został wydrukowany. To miłe z jego strony. Przy najbliższym spotkaniu muszę mu podziękować.
Wczoraj wieczorem tutejszy związek zawodowy Solidarność zorganizował zebranie. Omawiano na nim propozycje zmian w świadczeniach na rzecz robotników ze względów oszczędnościowych. Bo najłatwiej ująć ludziom. A przy tym nie trzeba mieć tęgiej głowy. Tęga głowa potrzebna jest do szukania pieniędzy poza kieszenią robotnika. Ale oni wolą grzebać w naszej kieszeni. Postanowiono przedyskutować sprawę premii motywacyjnej, odpłatności za mieszkania, zwrotu kosztów dowozu gazu, dotacji do stołówek, nagrody jubileuszowej , stażowego i wielu jeszcze innych świadczeń. Kiedy tak słuchałem ugodowego wystąpienia przewodniczącego Solidarności, szlag mnie trafił i zabrałem głos. Teraz żałuję że tam poszedłem. A kiedy wychodziłem z domu, żona mówiła:
– Nie odzywaj się, tylko słuchaj.
Łatwo jej tak mówić. Milczenie jest ponad moje siły. Więcej nie pójdę na żadne zebranie. Pegeery potrzebują zmian głębokich, a nie półśrodków.
28 września 1990
Znów nie mogę uruchomić długopisu. Taki to ze mnie pisarczyk. Rozpoczęło się u nas wielkie oszczędzanie pieniędzy. Od września zawiesza się wypłacanie premii eksportowej, wprowadza się pełną odpłatność za obiady, zawiesza się dodatki funkcyjne oraz świadczenia należne kobietom na urlopach wychowawczych. Ogranicza się dodatek za staż pracy i chyba jeszcze coś, ale nie wszystko zapamiętałem.
W ubiegłą niedzielę była piękna pogoda. Z dwunastu arów ukopałem około pięć ton ziemniaków.
Nie byłem na mszy polowej koło kapliczki-świątka. A powinienem być, bo jak mi mówiono ktoś recytował mój wiersz specjalnie na tę uroczystość napisany.
Jeśli chodzi o sprawy wydawnicze, to ukazała się książka wydana przez PGR, a w niej urywek mego pamiętnika z konkursu Jeden Miesiąc mojego życia.
Skończyłem już budowę wózka dwukołowego do Syreny. Zabrał go Mirek w niedzielę ładując pięć worków ziemniaków. Muszę postarać się o hak do mojej Syreny. Może się przyda.
Wzrasta napięcie po aneksji Kuwejtu przez Irak. Rosną ceny ropy. Jeszcze trochę napięcia a zabraknie jej u nas.
6 października 1990
Przyszła choroba i jestem na zwolnieniu. Odczuwałem ją dawno. Wczoraj byłem w Środzie. Pobrano mi krew, zawiozłem mocz, byłem też w szpitalu gdzie zrobiono mi USG. Doktor znalazł w woreczku żółciowym kamień. Czekam na pozostałe wyniki badań, a potem pójdę do naszego lekarza który zadecyduje co dalej robić. Wątroba nadal mi dokucza.
Wczoraj odbyło się posiedzenie Rady Pracowniczej. Podobno od nowego roku kto ma przepracowane czterdzieści lat może iść na emeryturę. Skorzystam z tej możliwości. I to byłoby tyle jeśli chodzi o mnie. Wałęsa zgłosił swoją kandydaturę na urząd prezydenta. Kilka dni temu zrobił to Mazowiecki. Czekamy na następnych kandydatów.
Byłem dzisiaj w lesie na grzybach. Przywiozłem trochę podgrzybków. Jutra zawiozę tam żonę, Anię i Filipa. Niech sobie pospacerują po pięknym, jesiennym lesie. Żeby tylko nie padało.
21 października 1990
W szaleńczym tempie upływają dni. Dzieje się tak wiele, a ja nie wszystko zapisuję. Otóż z okazji czterdziestolecia otrzymałem nagrodę jubileuszową. Dołożyłem trochę i kupiłem kolorowy telewizor. Teraz ledwie wiążę koniec z końcem.
Jutro, czyli w poniedziałek jadę do GOK na wieczór poświęcony generałowi Prądzyńskiemu urodzonemu w naszej gminie w Sannikach. Ciekawi mnie ta osoba więc jadę. Na środę mam zaproszenie do Poznania do Pałacu Kultury na spotkanie z jakąś poetką. Też jadę.
23 października 1990
Dzisiaj rano temperatura spadła do minus pięciu stopni. Za to jest ładna pogoda. Mamy cudowne wschody i jeszcze piękniejszą zachody słońca. Zachodzi krwawo i długo.
Byłem wczoraj na imprezie poświeconej Prądzyńskiemu. Przyjechała jego krewna oraz dyrektor Kanału Augustowskiego który planowany i częściowo budowany był pod zarządem generała. Gigantyczna ta budowla spełnia swoją rolę do dziś.
Rozrabiają kierownicy dwóch naszych zakładów. Chcą sie oderwać od kombinatu.
Ciągle myślę o emeryturze. Już nawet nie wychodzi mi robota.
17 listopada 1990
Popędzają mnie wydarzenia, chwytam więc za pióro. Wczoraj dowiedziałem się, że moja emerytura ma wynosić milion i trzynaście tysięcy złotych plus rodzinne, to byłoby milion sto tysięcy. To co piszę nie jest pewne, gdyż pochodzi z obliczeń naszego biura, a nie ubezpieczalni.
Wczoraj po wielu, wielu kłopotach ukończyliśmy z Zenkiem naprawę ciągnika u pewnego gospodarza. Robota ta była powodem mego długiego milczenia.
Dzisiaj wolna sobota. Całą noc padało. Dochodzi ósma a deszcz nie ustaje.
W poniedziałek rolnicy zablokowali cukrownię w Środzie. Płaci ona najmniej za buraki. Blokowali dwa dni i dwie noce. Uzyskali za każdą sprzedaną tonę buraków po dwa kilogramy cukru. My pegeerowcy i tak nic z tego nie będziemy mieli, chociaż traktory naszego kombinatu też brały udział w blokadzie.
Jeszcze nie wiem któremu kandydatowi na prezydenta dam kreskę. Wiem, że nie będę głosował na Tymińskiego, Moczulskiego, Bartoszcze, Cimoszewicza. Pozostają Wałęsa i Mazowiecki. Wałęsa to choleryk. Może zrobić wiele złego. Mazowiecki to marazm. Żona od samego początku wie, że będzie głosowała na Wałęsę. Do niedzieli się zdecyduję.
22 listopada 1990
Trwają przedwyborcze spotkania kandydatów na prezydenta. Stają się nawet coraz bardziej interesujące. Trwa potyczka pomiędzy Tymińskim a Mazowieckim. Tymiński oskarżył publicznie Mazowieckiego o zdradę interesów narodowych wyprzedając za bezcen zakłady pracy. Zdenerwował się Mazowiecki i zamierza wytoczyć Tymińskiemu proces. W sobotę jadę do Poznania na posiedzenie zarządu STL. Nasz oddział jest martwy. Skupia mało aktywnych członków. Na tę chorobę nie mamy lekarstwa.
25 listopada 1990
Przed chwilą wróciłem z lokalu wyborczego. Dałem kreskę Wałęsie. Niech rządzi, niech pokaże inteligencji że nie zawsze liczą się szkoły, że bez szkół też ludzie są mądrzy jeśli mądrości w życiu szukali. A szukać mądrości może każdy, i każdy ją znajdzie.
Na posiedzeniu zarządu Odziału STL proponowałem aby w Rożnowie gdzie mieszkał i na tamtejszym cmentarzu leży Stefan Cebulski, urządzić wieczór pamięci. W tej chwili wszystko rozbija się o brak pieniędzy. Na poznańskich murach jest dużo plakatów nawołujących do głosowania na Mazowieckiego i dużo z nich jest zniszczonych. Plakaty Wałęsy których jest zdecydowanie mniej są w lepszym stanie. Spotkałem też napis:
– Wałęsa zdaj maturę !
Dziwnie wielką wagę przykłada się w Polsce do wykształcenia. Śmieszy to cudzoziemców. Dał temu wyraz pewien redaktor ze Szwajcarii w naszej tełewizji. Nie tylko Szwajcarów to śmieszy.
27 listopada 1990
I po wyborach. Mazowiecki uzyskał szesnaście procent głosów, Wałesa czterdzieści a Tymiński dwadzieścia trzy procent. Do drugiej rundy przechodzą Wyłęsa i Tymiński. Tymiński o którym mówiono że na skutek choroby umysłowej nie został powołany do wojska mieszka w Kanadzie. Mazowiecki wkurzył się i wczoraj zgłosił dymisje gabinetu. Jeszcze nie wybrano prezydenta, a on już wyprzedza zdarzenia. Sądziłem, że premier dorównuje czasom w których wypadło mu być premierem, ale myliłem się.
28 listopada 1990
Pozostało mi jeszcze jedenaście dni pracy. Potem urlop a po urlopie emerytura. Chyba nic nie zmieni się w tej materii do nowego roku? Oby.
Komitet wyborczy Mazowieckiego opowiada się za Wałęsą i będzie pracował na jego korzyść. To wnosi trochę spokoju do naszego życia politycznego. Wałęsa rozmawiał z Mazowieckim i to byłby drugi pozytywny krok naszych polityków.
Czytałem ostatnio książkę Alfabet Jerzego Urbana. Autor wywleka sprawy które lepiej żeby tylko jemu były wiadome. Plotkuje jak wiejska baba.
29 listopada 1990
Trwa kampania wyborcza. Trochę słuchałem dzisiaj Tymińskiego. Dziwię się że w pierwszej turze zdystansował Mazowieckiego. Przecież to człowiek małej miary. Trafia do naiwnych najprostszą drogą. Oto jego zdanie które powiedział na konferencji prasowej:
– Nie można dopuścić do tego aby ludzie w Polsce żyli w nędzy.
W ten sposób kaptuje sobie ludzi. Słuchając tych wypowiedzi dostrzega się jego nieporadność i tuzinkowy umysł. Dosłownie nie odpowiedział na żadne pytanie dziennikarzy. Gdzie ludzie mają rozum i oczy?! Wczoraj na Śląsku noszono go na ramionach.
3 grudnia 1990
Kiedy tylko w warsztacie wspomnę o Tymińskim, zaraz każdy pragnie powiedzieć o nim coś pochlebnego, a gdy zaneguję skaczą mi do oczu. Prawie wszyscy widzą w nim męża opatrznościowego. Słuchając tych wypowiedzi mam spore wątpliwości w zwycięstwo Wałęsy. Przy Tymińskim kręcą sie czołowi działacze PZPR, a w jego sztabie wyborczym zasiaduje trzech pułkowników zwolnionych ze Służby Bezpieczeństwa.
Wczoraj jakaś nauczycielka przyszła do niego płacząc, że jej dzieci nie mają obuwia. Kilka dni temu emerytka skarżyła się na niską emeryturę. -Jeszcze kilka dni proszę poczekać – powiedział.
Myślę że dzisiaj płakał będzie przed nim jakiś górnik, potem rolnik. W ten sposób tanio i prosto robi sobie wspaniałą reklamę. Wszystko to leci w telewizji. Tylko jeśli on nie dotrzyma obietnic, ludzie wyjdą na ulice i wtedy będzie koniec demokracji i zaprzepaszczenie dotychczasowych osiągnięć gospodarczych.
4 grudnia 1990
Wczoraj w Hali Gwardii w Warszawie kiedy Tymiński miał spotkanie z wyborcami jakiś górnik ględził jaki to z Tymińskiego będzie wspaniały prezydent, a potem wziął swego dzieciaka (a może nie swego) i podał mu mówiąc:
– Oddaję los, przyszłość mego dziecka w pańskie ręce!
Tymiński odebrał dzieciaka, potrzymał chwilę i oddał ojcu. Przewidziałem że coś takiego się stanie. Teraz jeszcze podstawiony rolnik odegra komedię i to byłoby wszystko. W Warszawie tak głośno gwizdali jego przeciwnicy że nie mógł ich przekrzyczeć.
11 grudnia 1990
Jeszcze trzy dni pracy mam przed sobą, a potem urlop.
Już mamy nowego prezydenta. Na razie elekta. Został nim Wałęsa. Otrzymał siedemdziesiąt procent oddanych głosów. Tymiński dwadzieścia pięć. Ten ostatni już wykupił bilet lotniczy do Kanady. Dwunastego grudnia miał odjechać z żoną, ale pewnie tak się nie stanie bo Mazowiecki skierował sprawę za obrazę do prokuratora. Tymiński jest przesłuchiwany. Tymczasem Wałęsa pojechał na Jasną Górę podziękować Maryji Pannie za szczęśliwe wybory.
Przed chwilą wysłuchałem przysięgi jaką złożył przed świętym Obrazem. Przysięgał służyć narodowi, wszystkich równo traktować, strzec suwerenności Polski.
– Tak mi dopomóż Bóg! – zakończył.
To co uczynił i powiedział jest piękne. Działa na ludzi jak narkotyk.
19 grudnia 1990
Zbliża się koniec roku, a po drodze Wigilia i Boże Narodzenie. Spędzimy je w domu z synami, synowymi, wnukami. To też ma swój urok. Odkąd Zbyszek powędrował do Wrześni czuję się w Gułtowach samotny, zagubiony w swej samotności. Nieraz chciałbym pójść do Zbyszka jak dawniej, ale nie mogę bo do Wrześni daleko.
Od paru dni siedzę w domu. Wykorzystuję przedemerytalny urlop. Trzeba mi przystosować się do nowej sytuacji, bez reszty oddać się swoim zainteresowaniom.
Pochmurno dzisiaj. Dwa stopnie mrozu. Trochę poprószyło śniegiem przez który widać ziemię. Koło Gospodyń urządza pokaz wigilijnych dań. Przy okazji kobiety urządzają sobie wigilijny wieczór. Myślę,że jest to ostatnia impreza którą organizuje żona. Po prostu rezygnuje z funkcji przewodniczącej Koła.
22 grudnia 1990
Dzisiaj rano minęło mi 55 lat, a jeszcze wcześniej bo o godzinie czwartej siedem rozpoczęła się zima.
Dzień dzisiejszy był bogaty w wydarzenia. Zaprzysiężony został Lech Wałęsa. Była msza święta celebrowana przez prymasa w intencji prezydenta. W imprezie nie brał udziału ustępujący prezydent. Insygnia prezydenckie otrzymał Wałęsa od prezydenta na emigracji Kaczorowskiego.
Do końca roku miał ukazać się tom poezji wydany przez Klub Literacki przy Pałacu Kultury w Poznaniu. Miał się ukazać ale go nie widać. Nie wiem które moje wiersze w nim opublikowali.
26 grudnia 1990
Drugi dzień Gwiazdki przebiega spokojnie . Czujemy się raczej zdrowi. Wczoraj był Mirek z rodziną, był Zbyszek również z rodziną. Zjedliśmy wspólnie obiad który ja nazwałem wigilijną wieczerzą, a to dlatego, żeśmy wieczerzy razem nie spożywali a powinniśmy. Mirek przyjechał Syreną z którą od dawna ma kłopoty. Po prostu nie może jej rano uruchomić. Uznaliśmy że przyczyna tkwi w uszczelce pod głowicą, a więc wymieniłem ją. Wieczorem gdy odjeżdżał silnik zapalił dobrze. Może diagnoza była (słuszna) prawidłowa. Przymierza sie do kupna Malucha.
Janusz kupił kamere video. Przysłał nam film. Jakże mu to niesprawnie wyszło. Kiepski z niego operator, a jeszcze gorszy reżyser.
Nie pisał ile kamera kosztowała, ale pewnie majątek. Bardzo kocha sie w nowościach technicznych, a jak już coś postanowi, to po trupach, ale musi mieć. Taki był od dziecka.
Pewnie dzisiaj zaświeci słonce. Jest wczesny poranek. Niebo bez chmur, trzy stopnie mrozu. We wsi nic nowego się nie dzieje.
Zdaję sobie sprawę, że gdy będę na emeryturze moje zapiski zubożeją. W październiku napisałem opowiadanie p.t. Mleczarek. Zamierzam je posłać na konkurs.
28 grudnia 1990
Niedługo trzeba mi będzie przemyśleć jeszcze raz to wszystko co napisałem od początku roku, poprawić, przepisać na maszynie. To będzie dla mnie najtrudniejsze. Kiepski ze mnie maszynista. Słowo – maszynista – ma tak wszechstronne znaczenie, że nie wiem czy mogę je użyć w tym znaczeniu.
Wczoraj w telewizji wystąpił Jerzy Waldorff. A oto jego wypowiedź:
– Gdzie kultura francuska, tam Francuzi, gdzie kultura niemiecka, tam Niemcy, gdzie kultura rosyjska tam Polacy.
Sądziliśmy że się przejęzyczył, ale to pewnie tak miało być. Mówił, że ma wyznaczone miejsce na Alei Zasłużonych na Powązkach.
– Ale tam mi się nie spieszy – spointował.
Przy okazji dowiedziałem się, że urodził się w Poznaniu, że ojciec jego był dyrektorem gimnazjum i nazywał się inaczej. Waldorff to nazwisko wzięte z herbu rodowego z XIII wieku. Nazwiska ojca nie uźywa.
W świąta okradziono nasz sklep. Robi to ktoś kto na to ma ochotę. Milicja nikogo nie schwytała, policja też nie lepsza.
Wałęsa prowadzi rozmowy ze swymi politycznymi przeciwnikami. Jeszcze nie wiadomo kto będzie stał na czele przyszłego rządu. Może sam prezydent jeszcze nie wie. Długi nam rosną. Nikt nie chce umorzyć. Hussajn nie ustępuje. Kto wie czy nie dojdzie do wojny w tym rejonie. Ryżkowa dotknął atak serca. Leży w szpitalu. Jelcyn nie chce finansować rządu centralnego. Kiedy dojdzie w ZSRR do stanu wojennego? Coś takiego wisi nad Rosją. Tak kończy się 1990 rok. Zdaje 1991 wiele nie rozstrzygniętych spraw.
Siedzę w domu drugi tydzień i nie wiem co ze sobą zrobić. Bezczynność wykończy mnie. Dużo czytam, piszę, pomagam żonie. Poza tym nudzę się. Latem będzie więcej rozrywki.
I tym kończę 1990 rok. Do zobaczenia w nowym!