7 lutego 1989
Wczoraj w Warszawie rozpoczął obrady Okrągły Stół. Słuchałem przemówień Kiszczaka, Wałęsy, Miodowicza. Mówili o pluralizmie, ale zapewne każdy ten pluralizm widzi inaczej. Niektórzy przypinali mu przymiotnik „socjalistyczny”, czyli taki jaki się stworzy, ponieważ nikt nie wie jak wygląda pluralizm socjalistyczny.
Kilka dni temu profesor Markiewicz (to ten który w Warszawie wręczał mi nagrodę zdobyta w Konkursie Jeden miesiąc mojego życia) skrytykował, kiedy mówiono „demokracja socjalistyczna”. Stwierdził, że demokracja jest demokracją i ten przymiotnik jest tutaj zbyteczny.
Były u nas wybory do Rady pracowniczej. Odmówiłem kiedy wybrano mnie jako delegata, odmówiłem kiedy miałem stanąć w szranki wyborcze do Rady. To dobre dla ludzi którzy czują się niedocenieni. Przeżywam piekne dni. Po prostu sprzedaję mój tomik.
24 lutego 1989
Niepokoje dotarły i do naszego zakładu. W nocy ktoś na maszynach, samochodach, wrotach napisał różne hasła. Wszystkie sprowadzały się do podwyżki płac. Jakby włożył ktoś kij w mrowisko. Rano kierownicy biegali po podwórzu aż zagrzały im sie buty.
Wczoraj wieczorem poszedłem do warsztatu, bo wydawało mi sie, że nie spuszczono wody z ciągnika który stał na dworze.
Wszedłem do portierni, a zdenerwowany stróż mówi:
– Niech pan się schowa. Szybko. Tutaj do biura!
– A co się stało?
– Dyrektor jest w podwórzu! – Ale po co mam się chować? Ja niczego nie chce ukraść. Przyszedłem spuścić wodę.
Przyszedł dyrektor.
– O co chodzi?-pyta.
– Przyszedłem spuścić wodę z ciągnika.
I poszedłem. On stanął przy bramie.
– Panie Józefie! Czy panu coś wiadomo o wyjeździe na Wschód?
– Mówił mi sekretarz.
– Aha!
Mój wyjazd na Ukrainę przybiera realne kształty, a tę rozmowę ze stróżem zapisałem dlatego, aby pokazać pozycję dyrektora w pegeerach i mentalność ludzi których młode charaktery kształtował hrabia Bniński.
26 marca 1989
Mamy już paszporty. Teraz tylko brakuje nam promessy. Gdy ona nadejdzie wystąpimy o wizy i odjazd do RFN. Kosztowna to sprawa, ale stać nas ponieważ Janusz przysłał 200 marek.
3 kwietnia 1989
W czwartek 30 marca wyruszyłem w podróż do Lublina ną Ogólnopolskie Spotkanie Poetyckie. Dzień był piękny, słoneczny. Podróż miałem przyjemną. Ze współpasażerami gawędziliśmy na chwilę tylko przymykając oko.
W sali na Grodzkiej 14 wypadło mi miejsce obok Feliksa Raka, liczącego sobie bodajże 66 lat. Podpiera sie laską, ręce mu drżą. Zajął głos. Mówił aby chłopów nie rozmieniać na drobne jak to niektórzy uczeni i możni preferują zrobić.
Z kolei zabrał głos jeden z górali. Mówił z wielkim przejęciem o góralskim folklorze i o niedocenianiu tegoż folkloru w kulturze narodowej. Na koniec powiedział, że ma trzy matki: Matkę Niebieską, Matkę Polskę i matkę która go urodziła i wszystkie matki kochać nauczyła.
Tymczasem Feliks Rak opowiadał mi o swym życiu, o działalności, o swych problemach. Wreszcie pyta mnie z których okolic pochodzę. Powiedziałem że od Poznania.
– Ale z którego powiatu? – pyta dalej.
– Z powiatu Środa.
– Pisał ktoś do mnie z tego powiatu.
Zaskoczył mnie. Pisałem do niego może 12 lat temu. Ma świetną pamięć. Nie wiedziałem co powiedzieć. Ale tylko przez chwilę. – To ja do pana pisałem, ale pan nie odpowiedział na mój list.
Chwycił moją rękę i uścisnął bez słowa.
Władysław Kuchta spał w tym samym pokoju co ja. Wieczorem długo się rozbierał. Ja leżałem już. On szykował łóżko, poprawiał poduszkę a potem ukląkł i modlił sie .
Rano usiadł na moim łóżku trzymając w ręku wielki zeszyt formatu A4 owinięty w celofan. Otworzył go i przerzucając kartki pokazywał mi kto wpisał się do tego zeszytu. Prowadzi go od 1950 roku a wpisali sie w nim znani ludzie, między innymi Wojciech Siemion i Jan Pocek.
Pierwszego kwietnia wpisałem się ja, o co mnie prosił. Kuchta liczy sobie 78 lat. Mówił mi że codziennie modli się za zmarłych twórców ludowych.
Do domu wróciłem w niedzielę rano.
5 kwietnia 1989
Wczoraj (zwykle tak zaczynam) byłem w Pałacu Kultury w Poznaniu. Pojechałem tam na zaproszenie Klubu Literackiego. Omawiano tomiki debiutantów. Jeden z omawianych tomików kupiłem uprzednio w Kostrzynie i zdążyłem go przeczytać. Miałem jako czytelnik określone zdanie o tych wierszach. W sali nr.104 zebrało się nas może trzydziestu. Była pani której tomik kupiłem. Poprosiłem o dedykację. Co też się stało. Potem redaktorka „Nurtu” omawiała dwa tomiki. Sprawiała wrażenie nie przygotowanej do wystąpienia. Szukała wierszy złych, potem dobrych. Myliła je. O złych mówiła że dobre, potem prostowała wypowiedź i na odwrót. Byłem przygnębiony jej wystąpieniem. Kolejne dwa tomiki omawiał redaktor ze stołecznej „Kultury”. Czynił to lepiej ale też mnie rozczarował. Potem zabrał głos mój znajomy z którym wystąpiłem w Biesiadzie Literackiej w Gułtowach. Mówił o sprawach ogólnych, np. o cenzurze.
Potem ja zabrałem głos. Odniosłem się do książki którą czytałem, zatytułowanej: Wierszem o ścianę. Powiedziałem, że tak sie złożyło, iż tomik ten nabyłem wcześniej i mogłem z nim się zapoznać. Czego nie znalazłem w tych tekstach jako czytelnik? Nie znalazłem ciepła. Wiersze nazbyt ostrożne, nazbyt wyważone. Nie zaskakują czytelnika. Nie ma w nich zderzeń, kontrastów, zadziorności. Przydałoby sie też więcej czułości, czegoś w rodzaju: wierszem o serce. Sprawiają one wrażenie muzyki wykonanej poprawnie ale na jednej strunie.
Autorka nie odpowiedziała mi. Zebranie prędko zakończył Grupiński, ponieważ redaktor z „Kultury” miał jeszcze spotkanie z młodzieżą. W szatni podszedł do mnie uczestnik tego spotkania i zapytał:
– Co pan powie o krytykach którzy dzisiaj wystąpili?
– Gorzej niż źle!
– Jestem tego samego zdania.
14 kwietnia 1989
Mam mało czasu. Właściwie dla siebie, dla swych zainteresowań nie mam czasu wcale. Pracuję od rana do późnego wieczora. Z Józefem M. naprawiamy kombajn zbożowy u pewnego gospodarza. Czas nas goni. Dziesiątego maja jedziemy z żoną do RFN. Wracamy dwudziestego czwartego, a już trzydziestego jadę do ZSRR. Tak więc chcielibyśmy prace skończyć do dziesiątego maja.
30 kwietnia 1989
Przyleciały słowiki i kukułki. Nie do wiary. Właśnie przed godziną będąc na długiej wycieczce i wędrując przez las usłyszałem je po raz pierwszy tej wiosny.
Jutro pierwszy maja. Nie będzie w tym roku pochodów, będą natomiast wiece. Ja nie pojadę na wiec. Pojadę naprawiać kombajn. Już tylko dziewięć dni dzieli nas od wyjazdu do Niemiec.
7 maja 1989
Niedziela. Za dwa dni wyruszamy do Janusza. Nie wiem czy od granicy nie powrócimy. Czy załatwiliśmy wszystkie formalności. Niekiedy brak pieczątki czy znaczka przekreśla wszystko. Mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Zabieramy ze sobą cały majdan. W sumie cztery wielkie walizy i kilka niewiele mniejszych toreb. Zona jest nieobliczalna. Może już pisałem, że mam bilet lotniczy do Charkowa. Z Warszawy startujemy trzydziestego maja o godzinie szesnastej dwadzieścia pięć. Z Moskwy do Charkowa trzydziestego pierwszego maja o czternastej dwadzieścia pięć.
Droga powrotna wygląda tak: Z Charkowa wyruszamy szóstego czerwca o godzinie dwudziestej dziesięć, a z Moskwy do Warszawy siódmego czerwca o dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt. Między startami jest dużo czasu. Może zwiedzimy Moskwę?
28 maja 1989
Jakie to piękne być w Polsce, iść polną drożyną, zagubić się wśród pól, wśród kwitnący żyt. Nasycić się zapachem niepowtarzalnym. Kto zrozumie co we mnie się dzieje.
Niepostrzeżenie polna drożyna zaprowadziła mnie do lasu. Wokoło pogwizdują ptaki. Wsłuchuję się w ptasie świergoty. Gąszcz wypełniło listowie. Tak zapewne wyglądał biblijny Raj. Zewsząd napływa ostry zapach dzikiego bzu. Jaki on jest swojski. A teraz parę słów o podróży do syna, do RFN.
Z Poznania wyjechaliśmy Beroliną o dziewiątej trzydzieści. Podróż przebiegała pomyślnie. Służba graniczna NRD zaskakiwała nas gorliwością, szukając nie wiadomo czego pod ławkami, świecąc lampami. To było dla nas nowe i śmieszne. Pod ławką akurat mieliśmy w dzbanuszku bukiecik konwalii dla Ewy. Chcąc nie chcąc oglądali i to.
Teraz wiem, że wszelkie zapiski z podróży należy robić na gorąco, w przeciwnym wypadku traci to na wartości, ponieważ zapomina sie szczegóły i zapis pozbawiony emocji chwili przeżywania staje się martwy. Teraz wiem, a przedtem nie wiedziałem. Dlatego też zapis mój z podróży bedzie niewielki, bo niewiele zapisałem w Hannowerze.
Drugi dzień Zielonych Swiąt. Idziemy na spacer do parku imieniem jakiegoś zasłużonego doktora. Duży staw, dzikie kaczki wychodzą z wody, podchodzą do nas. Idziemy alejką wokół stawu, gdy nagle z szumem i pluskiem odezwała się milcząca dotąd fontanna. Wszystko zadbane. Pomimo święta podlewano ozdobne krzewy, a nawet drzewa.
Ale zanim zwiedziliśmy park, szliśmy szerokim chodnikiem ułożonym z czerwonej cegły. Na skrzyżowaniu stało dwoje młodzieńców. Umilkliśmy aby mową nie zdradzić swej narodowości (dlaczego, później napiszę). Nagle jeden z nich odzywa się:
– Kurwa, miał być o drugiej.
Jakże to swojsko zabrzmiało. Spojrzałem na zegarek, była godzina druga dwadzieścia.
A co powiedzieć o telewizji? Miałem inne wyobrażenie. Programy tutaj są lekkie, rozrywkowe. Mało polityki. Filmy nijakie, czyli takie które wnet sie zapomina. No i dobrze. Po co mają zostawiać ślad w psychice. Niedaleko dużego jeziora, a własciwie tuż obok jeziora jest muzeum krajowe (Landu). Nie sposób ominąć. Wstęp bezpłatny. Obejrzeliśmy setki eksponatów, poczynając od flory i fauny wodnej, a kończąc na minerałach. Nie chcę tutaj opisywać eksponatów powiem tylko, że czegoś podobnego w życiu nie widziałem i nie sądzę że kiedykolwiek zobaczę.
Szczególnie utkwiła mi w pamięci flora wodna. Obejrzałem dokładnie węgorza elektrycznego, rudy różnych metali występujących na ziemi. W naturalnej wielkości obejrzałem zwierzęta sprzed milionów lat wiernie odtworzone oraz ich naturalne kości. Nie zapomniano tez o ochronie środowiska.
…Dzisiaj sobota dwudziestego maja. Siedzę w fotelu i piszę. Przyszła koleżanka synowej też Ewa. Bardzo miła dziewczyna, panna. Wybierają się na pływalnię, wołają mnie. Nie pójdę. Chcę mieć trochę czasu dla siebie. Chcę napisać to i owo. Utrwalić tę rzeczywistość obcą, wrogą. Piszę – wrogą – ponieważ nie mam słowa bardziej dosadnego.
W piątek kupiłem koszulę. Kosztowała dwadzieścia marek. Dziesiątki takich koszul wisiały na stojaku przed wielkim magazynem wprost na chodniku. W pobliżu tegoż magazynu koncert dawał zespół ludowy z Peru. Górale ubrani w czarno-czerwone stroje grając na dziwnych instrumentach z trzciny, ale też na gitarach zaprezentowali się wspaniale.
W innym miejscu pewien młody człowiek grał na klarnecie. Kilka metrów od niego sprytny iluzjonista wylewał wodę ze złożonej gazety. O piętnastej złożyliśmy wizytę znajomym Ewy i Janusza. On jest chirurgiem, ona pielęgniarką. Mają dwoje dzieci. Oboje mili i kulturalni. Spotkaliśmy się tam z okazji prezentowania nowych garnków kuchennych. Ponoć rewelacyjne. Do ich kupna zachącał nas pewien pan domokrążca, Polak, od kilku lat zamieszkały w RFN. Zajęcie to daje mu siedem tysięsy marek dochodu miesięcznie. To jest dużo. Okazuje się, że znajduje chętnych.
Ewa ma nadzwyczajną chęć kupna. Komplet garnków kosztuje dwa tysiące czterysta marek. Do domu wróciliśmy o dwudziestej.
21 maja 1989
Jest godzina jedenasta trzydzieści. Przyszedł ten facet od garnków. Gaworzą w pokoju obok. Słucham i piszę jednocześnie. Janusz niechętnie go witał. Uważa, że nie stać ich na tak drogie garnki. Chyba pójdę do nich.
Posiedzieliśmy, wypiliśmy kawę. O dwunastej dwadzieścia odszedł, a my poszliśmy na spacer. Ewa została w domu. Gotuje obiad. Wyszliśmy poza miasto. W oddali rysuje się łańcuch zielonych wzniesień, bliżej samotny pagórek na którym pewnie przed laty stał wiatrak. Być może stąd nazwa tej dzielnicy- Muehlenberg. Tłumacząc to na polski byłoby – młyńska góra.
Jest godzina siódma dwadzieścia. Kończy się niedziela, ale jeszcze przed snem parę słów.
Na dworcu w Hannowerze wysiedliśmy o dziewiętnastej dwadzieścia. Janusz i Ewa czekali na nas z dziećmi. W U-banie żona wzięła Natalię na kolana rozmawiając z nią. Naprzeciw siedział stary Niemiec w okularach. Prawdopodobnie rozmowa babci z wnuczką nie spodobała mu się, a może coś przypomniała. Patrząc groźnie na żonę zaczął szwargotać. Ona słuchała milcząca, a potem z rozbrajającą szczerością powiedziała, że jest z Polski i nic nie rozumie. On jeszcze kilkakrotnie powtórzył:
– Warum? Warum?
Później wydusił z siebie:
– Paciemu? – Tu cię boli – pomyślałem sobie. Pewnie Rosjanie tak go pytali kiedy był na ich ziemi. Janusz potem mówił, że on pytał po co tu przyjechała. W tym pytaniu zawarta była agresja.
Od tej chwili porozumiewaliśmy się pomrukami. Stworzyli sobie Niemcy dobrobyt i są o niego zazdrośni. Być może generalizuję, może są Niemcy nam przyjaźni. Nie spotkałem takich.
Odwiedziliśmy pobliski sklep spożywczy i chemiczny. Niewielki to magazyn, może 500 metrów kwadratowych. Półki pełne, do wyboru do koloru, a przy tym na kieszeń przeciętnego Niemca. Stanęliśmy między wysokimi regałami zawalonymi wszelakim dobrem. Janusz popatrzył na mnie i powiedział:
-Broń tata zdobyczy socjalizmu w Polsce, bo kapitaliści mogą wam tę zdobycz zabrać.
Uśmialiśmy sie serdecznie.
Ale trzeba mieć marki i trzeba zapomnieć że jest się albo że było się Polakiem, jak to zrobił pewien aptekarz który niedaleko stąd ma interes.
Poszliśmy do niego kupić bandarz elastyczny. Pięknie z nami mówił po polsku tak długo, aż nie weszła Niemka. Wtedy zamilkł, obsłużył ją i dopiero gdy wyszła podjął przerwaną rozmowę z nami.
23 maja 1989
Ani sie obejrzałem jak dwa tygodnie minęły. Jak z bata strzelił. Odjedziemy z ciężkim sercem. Jakoś żal zostawiać syna na obczyźnie, wśród wrogich ludzi. Ale co zrobić? Sam wybrał. Utrudnił sobie. Może to się opłaci. Może żyją z nadzieją, a w Polsce im to zabrano?
Jutro o dziesiątej trzydzieści ruszamy do Polski. Nie wierzę że kiedykolwiek tutaj wrócę. Może oni przyjadą do nas. Może właśnie tak będzie. Marzą o samochodzie. Ale żeby kupić samochód trzeba mieć odpowiednie dochody, czyli stałą prace. Jutro odjeżdżamy. Janusz pomoże mi się załadować. Zona nosi rękę na temblaku.
Wróciliśmy szczęśliwie do domu. Naszym najbliższym sprawiliśmy niebywałą radość upominkami. Po prześwietleniu okazało się, że żona rękę złamała i teraz nosi w gipsie. To tyle w skrócie o wyprawie do Niemiec.
11 czerwca 1989. Zapiski z Ukrainy
A teraz kilka słów o innej podróży.
Trzydziestego maja jako delegacja zakładu pracy pojechaliśmy w daleką podróż. Razem ze mną jechali: Janusz J., Ryszard R., Czesław O., i Janek N. Oczywiście różne pełnimy funkcje w zakładzie, różnimy się też wykształceniem. Ale to nieistotne.
Do Warszawy jechaliśmy pociągiem pośpiesznym. Z Dworca Centralnego na Okęcie autobusem. Autobus był przepełniony, a poza tym mieliśmy pecha: wpadliśmy w ręce kontrolerom. Było ich chyba pięciu. Na Okęciu wysiedli z nami. Za brak biletów na bagaż żądali po pięć tysięcy od łebka. Czesław mówi:
– Panowie, nie dość źe mnie okradziono w autobusie, to wy jeszcze żądacie tyle pieniędzy!
Czesławowi skradziono 10 tysięcy złotych i 200 rubli. To pech. Kontrolerzy nie ustępują. Janusz targuje się. Stanęło na pięciu tysiącach bez pokwitowania.
Ci kontrolerzy to podejrzane typy. Nie zdziwiłbym się gdyby się okazało, że to oni okradają podróżnych korzystając ze ścisku.
Do Moskwy lecieliśmy samolotem Tu 154 M. Jest to maszyna zabierająca bodajże 150 pasażerów. W rzędzie siedzi po sześciu.
W Moskwie do drzwi wyjściowych samolotu przystawiono tunel i weszliśmy do portu lotniczego. Pięknie tutaj. Stajemy do kontroli celnej i paszportowej. Przed nami celnik zagląda do waliz jakiegoś pasażera. Robi te ordynarnie. Otwiera butelki z lekarstwami, otwiera słoiki z których wysypuje proszek. Wącha. Słoik wypada mu z rąk. Proszek rozsypuje się. Pasażer przygląda się temu ze spokojem. Patrzymy na to i decydujemy się iść do innego celnika. Poszliśmy. Ale ten nie lepszy. Coś tam zobaczył na ekranie podczas prześwietlania bagażu Janka i dalejże szukać w walizie. Czesław pokazuje zaproszenie tłumacząc, że podróżujemy służbowo. Poskutkowało. Przeszliśmy bez większych kłopotów. Najgorsze mieliśmy za sobą.
Teraz trzeba przenocować gdzieś. Na razie znaleźliśmy wolne miejsce na ławie. Bagaże położyliśmy przed sobą. Samolot do Charkowa mieliśmy o 14 z minutami jutro. Była przed nami noc i kawał dnia. Oglądaliśmy ciekawie poczekalnię portu lotniczego Szeremietiew II.
A było co oglądać. To ogromny gmach. Siedzieliśmy na parterze, ale ruchome schody w każdej chwili mogły nas zawieźć na piętro. Co mnie szczególnie uderzyło? Sufit. Zbudowany był z miedzianych obrączek. Ładnie to wyglądało. Obrączki dwudzudziestopięcio centymetrowej średnicy przytwierdzono do sufitu. Jeśli nie pomyliłem się w obliczeniach w suficie parteru jest ich 25 tysięcy sztuk. Piszę, że ozdoby te są miedziane, ale może to imitacja? W poczekalni jest apteka, sklep z pamiątkami, bufet. Korzystaliśmy z niego. Trapił nas z góry przewidziany kłopot. Otóż trzeba nam było przemieścić się z lotniska Szeremietiewo II na lotnisko Wnukowo.
Na taksówkę nas za dużo. Kierowca mikrobusa żądał pięćdziesiąt rubli. To przekraczało nasze możliwości. Na siedząco przetrwaliśmy do rana. Rano jaśniej się myśli. Postanowiliśmy odległość między lotniskami pokonać komunikacją miejską. Najpierw autobusem pojechaliśmy do Szeremietiewa I za dwadzieścia kopiejek. Z Szeremietiewa I do dworca autobusowego też za dwadzieścia kopiejek i ileś tam za bagaż. Z dworca do Wnukowa również przejechaliśmy w miarę tanio i wygodnie. Kosztowało mnie to dwa ruble. Trzydziestego pierwszego maja o dziewiątej byliśmy na miejscu. A teraz moje zapiski z Wnukowa.
– Siedzę oto w poczekalni i piszę. Zgiełk, hałas. Telewizor głośno gra. Pokazują balet. Spikerka coś zapowiada jeszcze głośniej. Dużo ludzi, szuranie, rozmowy. Niektórzy położyli się na ławkach i chrapią. W tej chwili przepędzają mnie. Sprzątają, myją posadzkę którą tworzą idealnie dopasowane bazaltowe płyty.
Jest godziny dziewiąta piętnaście
Przed chwilą byłem w toalecie. Po raz pierwszy spotkałem się z tym, że trzeba płacić, to znaczy trzeba wrzucić do automatu piętnaście kopiejek. Pełno w niej ludzi. Myją się, golą, parskają, rozmawiają. Ja ogoliłem się na lotnisku Szeremietiewo II. Była tam ciepła woda i niewielu ludzi.
Jest godzina dziewiąta czterdzieści.
Jeszcze sporo czekania. Startujemy o czternastej dwadzieścia pięć.
Nie wiem co robić z wolnym czasem. W telewizji nadają film rysunkowy dla dzieci. Gapią się maluchy, pootwierały buzie. Po mojej lewej ręce sadza mamusia swoją pociechę z papierowym kubkiem z którego maluch drewnianą dyżką coś wybiera. Może to było kiedyś lodem. Teraz jest białą płynną masą. A w ogóle to widzę wielu ludzi w mundurach. Jest ich naprawdę dużo.
Nie bez obaw zjadłem dwa kotlety które zabrałem z domu. Liczą sobie już…zaraz policzę…trzydzieści sześć godzin.
Dobrze że po rosyjsku umiem czytać. Teraz mi się to przydaje. Wszędzie napisy wchód, wychód, na posadku i tak dalej.
Słyszę że mają kontrolować bagaże. Chodzi o broń czy materiały wybuchowe. Już kilka razy nasze torby były puszczane przez kabinę. Czy zdrowa jest żywność po prześwietieniu? A może jest trwalsza? Może tak właśnie jest. Nie pisałem, że telewizor w poczekalni jest kolorowy i ładnie odbiera. Kupiliśmy z Jankiem lody. Czerwone, kwaśne, podłe. Szkoda pół rubla.
Z ciekawości zaszliśny do restauracj i oglądamy się za wolnym miejscem, a tu ktoś od drzwi woła:
– A wy co tak sobie wchodzicie?
Pani mówiącą po rosyjsku siedziała przy wejściu. Nie dostrzegliśmy jej. Skąd mogłem wiedzieć, że wchodząc do restauracji trzeba u niej się meldować? Wyszliśmy bez słowa.
Opowiadał mi kolega że szalet mają przepiękny. Ja tam byłem z „wodą” on natomiast poszedł się załatwić i czynił te niemal na stojąco, ponieważ nie ma tutaj sedesu. Przy tym drzwi nie mają zamka jak w salonie i w każdej chwili można spodziewać się wizyty kogoś, kogo ta potrzeba przypili.
Nareszcie osiągnęliśmy cel naszej podróży,sowchoz Martowo.
Czwartek, 1 czerwca 1989
Zakwaterowano nas w ośrodku wypoczynkowym jakiegoś instytutu z Charkowa. Z Ryszardem zajęliśmy dwuosobowy domek. Jest godzina szósta pięćdziesiąt. Wąską, nierówną, asfaltową ścieżyną wyszedłem poza domki campingowe aż do płota okalającego ośrodek. Zaszeleściło siane pod nogami, zapachniało. Stoję przy płocie z siatki drucianej i spoglądam na jezioro. Dal ginie we mgle. Ktoś we wsi uperczywie klepie kosę. Znam ten odgłos. Przypomina mi dzieciństwo. Powietrze stoi nieruchomo. Gładką powierzchnię jeziora, to bliżej to dalej rozbijają ryby. Przydałaby się tutaj dobra wędka. Daleko, daleko brzeg tworzą piękne, zielone wzgórza. Ale wszystko te teraz zamglone, nieczyste jak obrazy Jacka Malczewskiego. Nieopodal w przybrzeżnych wodoroślach trzciniaki witają dzień. Spoglądam wokoło. Ośrodek wypoczynkowy usytuowany jest na półwyspie. O, Boże! Jakby się chciało, żeby to co oglądam teraz było tam w Polsce. Ten krajobraz nie skalany ściekami, z kukułkami, trzciniakami, z tym odgłosem klepania kosy. Jakby się chciało. Jest godzina siódma dziesięć.
1 czerwca 1989 roku.
Moi koledzy śpią. Są młodzi, potrzebują więcej snu. Tutaj nie narzeka się na brak opadów. Wilgoci mają dość. W tej chwili raz po raz krople moczą mi zeszyt.
Rozumiem, że piszę chaotycznie, ale jak tu się skupić stojąc przy płocie.
A teraz parę słów o wczorajszym locie z Wnukowa do Charkowa. Lecieliśmy samolotem TU 134 A 3. Jest to maszyna mniejsza od tej którą lecieliśmy do Moskwy. Ktoś mówił że zabiera 80 podróżnych.
A wczoraj czekając na lot niepotrzebnie siedzieliśmy w zatłoczonej poczekalni. Odkryliśmy później, że dla takich trynzytowców jak my, jest inna poczekalnia z fotelami, bufetem i trunkami, że można świetnie odpocząć. Że nawet do samolotu wiozą innym autobusem i pierwsi zajmujemy miejsce.
Z Moskwy wystartowaliśmy o planowanej godzinie. Samolot piął się w górę, pokonał warstwę chmur i niebawem znaleźliśmy się nad pięknymi, przeraźliwie białymi obłokami. Będąc tam wysoko ma się wrażenie że samolot stoi, że lada chwila runie i utopi się w białym puchu obłoków.
Z tyłu pasażerowie siedzą parę metrów niżej. Siedzą nienaturalnie nogami wysoko. Jest to wrażenie głupie. Ta nienaturalna pozycja rodzi podenerwowanie, boli głowa, pocą się dłonie. Zawsze kiedy lecę samolotem boli mnie głowa. Nic innego tylko ciśnienie. Po wylądowaniu wszystko powraca do normy.
Spoglądam na zegarek. Jest godzina siódma trzydzieści a ja już ze dwie godziny chodzę, rozmyślam, piszę. Właściwie, to pisałbym wszystko na bieżąco, ale wstydzę się. Co pomyślą koledzy?
Piątek 2 czerwca
Przyznam się szczerze, że piszę piątek 2 czerwca, ale tak naprawdę nie wiem który to dzień. Zatraciłem rachubę czasu. Nie mam kalendarza. Ale po kolei.
Wczoraj rano zawieziono nas do przedszkola. Kwiatami powitały nas dzieci a potem urządziły wspaniały koncert. Śpiewały, recytowały, tańczyły. Przedszkole bogato wyposażone w różne przyrządy de ćwiczeń. Wypiliśmy kawę z przedszkolankami, obdarowaliśmy dzieci cukierkami i pojechaliśmy do szkoły. Tutaj również powitały nas dzieci kwiatami. Potem była kawa i wódka. Podarowano mi książkę Tarasa Szewczenki z czego bardzo się cieszę. Była bardzo miła atmosfera.
Z kolei odwiedziliśmy ośrodek zdrowia. Oprowadzano nas po gabinetach, częstowano koniakiem, szampanem, kawą i herbatą. Wszędzie witano nas bardzo serdecznie. W szkole dużą wagę przykłada się do przysposobienia obronnego. Szkoła ma strzelnicę.
Po obiedzie obejrzeliśmy muzeum w Czugujewie (cerkwię) i urząd stanu cywilnego. We wsi liczącej 3 tysiące mieszkańców nie ma kościoła. Jest natomiast pomnik Lenina, Pomnik Wolności, oraz jakiegoś chłopca który w czasie wojny powiadomił radzieckich żołnierzy, że we wsi są hitlerowcy, za co został rozstrzelany. Kwiaty które dały nam dzieci złożyliśmy pod pomnikami. Po wczorajszych toastach czuję się nieszczególnie. Koledzy pojechali do sauny, a ja korzystam z wolnej chwili i piszę. Byliśmy dzisiaj w Charkowie wymienić bony na pieniądze. Jeździliśmy po mieście ponieważ w banku nie wymieniono nam. Przy okazji przejechaliśmy się metrem. Pod ziemię zjechaliśmy długimi, ruchomymi schodami. Wchodząc do automatu wrzuca się pięć kopiejek, a potem to można bez końca jeździć. Byliśmy w paru sklepach handlujących złotem. Niestety, obrączki sprzedają tylko na zaświadczenia z urzędu stanu cywilnego. Bez zaświadczenia można kupić obrączki gorszej próby.
Być może taką obrączkę jutro kupię, gdyż jedziemy na zakupy.
Dzisiaj zwiedzaliśmy uprawne pola. Mają tutaj urodzajną ziemię, tak zwany czarnoziem. Plony zapowiadają się duże. Podoba mi się pszenica, groch. Uprawiają też cebulę, marchew, szczaw.
Jest piękna pogoda, ciepła, słoneczna. Za chwilę przyjadą koledzy i pójdziemy na kolację. Kupili nam dzisiaj podarki. Jakieś piecyki elektryczne z dmuchawą. W Charkowie widziałem piece kuchenne z regulacją poboru prądu. Kupię jeśli starczy mi pieniędzy.
Powrócę jeszcze do pól. Oglądałem niespotykany dotąd areał upraw ogrodniczych. Upraw pracochłonnych, a ludzi brakuje. Podpisują umowy z zakładami pracy w Charkowie i robotnicy obrabiają poszczególne uprawy. Stosują też herbicydy.
Gdzieś bokiem idzie burza.
Sobota 3 czerwca 1989
Wstałem wcześnie.Jest godzina piąta trzydzieści. Wszyscy śpią, tylko żaby rechoczą w trzcinie. Jak już pisałem, wczoraj bokiem przeszła burza. Trochę i tutaj pokropiło. Przezorny kosiarz, wycinający chwasty i trawę wewnątrz ośrodka wypoczynkowego, siano ułożył w stóg i przykrył folią. Stoję obok tego stoga. Przepięknie pachnie.
Jezioro poróżowiało. Słońce wschodzi. Kukułki zawzięcie wołają. I ten zapach siana… Muszę odejść bo upija mnie.
Myśli biegną do Polski. Co ja mówię? One lecą śladem tej chmurki, jednej jedynej na ogromnym niebie. Chodzę tamtymi ścieżkami, siadam obok leśniczówki, zrywam konwalię. Tak, jestem z wami, moi drodzy. Wczoraj wypłacono nam po 50 rubli. Konto moje wzrosło do 240. Więcej przywiozę niż z domu zabrałem, jeśli nie zarekwirują mi celnicy. Wczoraj kiedy chodziliśmy po polach, plantację cebuli stroił żółty pas ognichy. Zapytaliśmy agronoma Ałły, dlaczego tę ognichę zostawiono. Wytłumaczyła nam że ktoś z Charkowa miał wyznaczone do obróbki i pomimo telegramów dotąd nie obrobił. Domyśliłem się, że obrabianie wyznaczonych poletek jest obowiązkowe. Jeśli chodzi o jedzenie to muszę przyznać, że kucharka dobrze gotuje. Stara się i potrafi podać. Ale to wszystko takie książkowe, nienormalne. Już tęsknię za śledziem i ziemniakami, grochówką, fasolą. Już tęsknię do tych zup, które lubię, a które są lekko strawne.
Wczoraj w telewizji było sprawozdanie ze Zjazdu Delegatów Ludowych. Boże, co u nich się dzieje! Tutaj się kotłuje. Czy Gorbaczow wyciszy ten chaos do którego sam doprowadził? Ale to było konieczne jeśli chce się mówić o demokracji. Kiedy zabrał głos Sacharow sala szumiała. Ten szum był wrogi. Zwykle przyjazne są oklaski, a tych nie było.
Zjazd trwa już osiem dni i nieprędko się skończy.
Niedziela 4 czerwca 1989
I znów spoglądam na jezioro które powstało około trzydzieści lat temu. Przedtem środkiem doliny płynęła mała rzeczułka. Po zbudowaniu tamy powstało jezioro długości dwadzieścia pięć kilometrów.
Jest godzina szósta pięćdziesiąt pięć. Koledzy śpią. Po wczorajszych tańcach mają błogie sny. Ja zatańczyłem tylko raz, gdy mnie Ałła poprosiła. Całkiem dobrze tańczy. Po polsku.
Wczorajszy dzień to dzień Merkurego. Kupiłem piecyk za dziesięć rubli, wiertarkę, kombinerki, golarki elektryczne, lampę błyskową za czternaście rubli. Za obrączkę dałem sto sześćdziesiąt rubli. Ignac, nasz opiekun kupił nam wszystkim łyżki.
Będąc w Charkowie złożyliśmy kwiaty pod pomnikiem Matki-Ojczyzny. Ogromna, kamienna postać kobiety przytłacza. Żałobna muzyka dodaje powagi. Pomnik usytuowano tuż przy szosie prowadzącej do tego wielkiego miasta. Od szosy do pomnika prowadzi szeroka aleja wyłożona gładkimi, kamiennymi płytami. Obok, dziesięć metrów od pomnika milicjanci. Z lewej mur z płaskorzeźbą, a na tym murze litery tworzące napis. Zapamiętałem tylko tyle: Bohaterowie nigdy nie umierają. Muzyka wypływa z podziemi. Dosłownie. Przyjeżdżają tutaj nowożeńcy, składają kwiaty. Podobno dzisiaj urządzają nam przejażdżkę po jeziorze które na co dzień sprawia wrażenie wymarłego. Stąd Charków czerpie wodę na swe potrzeby. Nie ma łodzi, nie ma żaglówek, są wędkarze.
Spoglądam na zachód w kierunku Polski. Dalekie wzniesienia zasnuła mgła.
O dziewiątej śniadanie. Ryby, kiełbasa, mięso, ryż. Do tego nieodłączna „pszenicznaja”. Nie ruszyłem jej. Mam jej serdecznie dość. Śniadanie jadł z nami jakiś facet który tutaj zajmuje się handlem.
O jedenastej wyruszyliśmy niebieskim mikrobusem na przystań. Jedziemy może dziesięć kilometrów. Po drodze zabieramy komendanta milicji oraz jego żonę. Młoda, ładna kobieta. Ubrana w bladoniebieską sukienkę z białym kołnierzykiem i takim samym obszyciem krótkich rękawków.
Jesteśmy na przystani. Słońce przypieka. Duża łódź, albo mały statek na wolnych obrotach zbliża się do mola. O jedenastej trzydzieści popłynęliśmy na Martowskie Morze, na zachód, w kierunku Polski. Oddaliła się przystań. Z lewej strony wznoszą się zielone wzgórza pokryte borem i lasem, z prawej brzeg jest niższy. Czułem się jak Kolumb odkrywający Amerykę. Płynęliśmy z szybkością około trzydziestu kilometrów na godzinę. Mijaliśmy wyspy, wysepki na wpół zalane wodą. Wreszcie kapitan skierował stateczek ku brzegowi. A tam stał autobus z Martowa. Obok dymiło ognisko. Sympatyczna kucharka Katia coś podgrzewała. Mąż dokładał drew. Zdjąłem koszulę, stanąłem obok Nikołaja. Ma o wiele większy brzuch. Mógłbym w nim zatańczyć. A w ogóle jest to miły człowiek. Miła jest też Katia. Jakoś tak się dobrali. Ona również otyła przypomina mi moją bratową, także kucharkę.
Nadciągnęła chmura, lunął deszcz. Schowaliśmy się do autobusa. Nikołaj w kąpielówkach pilnował ognia.
– Nikołaj! – woła Katia.
Ale daremnie. Czerwony jak burak stał przy ognisku, a zimny deszcz spływał po nim strugami. Miał ładnie wypite. Czekaliśmy za sekretarzem partii i dyrektorem sowchozu. Chyba ze względu na pogodę spóźniali się. Wreszcie wyjrzało słońce, ziemia parowała. Pokazała się na polnej drodze „Wołga”. Gospodarze przyjechali z żonami. Rozłożono na trawie wielkie płótno, na nim położono obrus i podano jajecznicę z mięsem z drobiu. Danie to miało ukraińską nazwę, ale kto zapamięta. Powiem tylko że mi smakowało. Potem podano szaszłyki. Też dobre. Rozebraliśmy się do spodenek. Było ciepło. Katia spocona uwijała się jak podlotek. Kielichy krążyły. Wreszcie zarządzono przejażdżkę statkiem wokół wysp. Ale czas naglił. Miejscowy klub sportowy rozgrywał ważny mecz i zdecydowano że koniecznie musimy go obejrzeć. Szkoda. Nie lubię piłki. O szesnastej pojechaliśmy w kierunku wioski.
Statek dobił do brzegu. Stąd udaliśmy się na stadion. Długo siedzieliśmy na ławie. Drużyna przeciwna nie przyjechała. Południową stronę nieba okryła czarna chmura. Grzmiało. Poszliśmy do domu. Po drodze obejrzałem zapasy otwartych sklepów. Odzieży było sporo, obuwia też, ale tandetne. Nikołaj, mąż kucharki wrócił kierując autobusem. Nad jeziorem popijał, teraz ona wynosi toboły, a on śpi za kierownicą.
O szóstej poszliśmy umyć ręce. W zbiorniku zabrakło wody.
– Iwan …- woła jedna z kucharek – Wody nie ma.
– Przecież to Mikołaj – mówię.
– Nikołaj jak cię zwać?
– Nikołaj Iwanowicz. I już wszystko jasne. Ktoś mówił do niego – Iwanowicz i to mnie zmyliło.
Poniedziałek 5 czerwca 1989
Jest godzina siódma. Chłopaki śpią. Ja również nieźle spałem. Dzisiaj będziemy zwiedzali warsztaty. Tyle powiedziano nam wczoraj.
W południe zwiedzaliśmy warsztaty. Nic szczególnego. Mamy lepsze. Byliśmy przy deszczowni w polu. Wspaniała rzecz, ale trzeba mieć ujęcie wody. Obserwowaliśmy sposób zbierania siana niemiecką prasą. Snopy odwoziły dwa samochody. Plony zapowiadają się dobre. Taki czarnoziem jaki tutaj jest widzę pierwszy raz w życiu. Dlatego tyle ciągników na gąsienicach u nich. Nawet przy małym deszczu ciągnik kołowy jest bezradny w polu. Opiszę teraz nasz ośrodek wypoczynkowy. Składa się on z trzynastu domków campingowych, drewnianych, dwuosobowych, z dyżurki i kuchni ze stołówką. Drzwi do domków są tak niskie,że wchodząc muszę się pochylić, a przecież zaliczam się do ludzi o przeciętnym wzroście. Okna dwuskrzydłowe, małe. Wyposażenie domku to dwa żelazne łóżka, nocny stolik, fotel i krzesło. Firanki białe, grube, sztywne. Jest jeszcze półka z czterema haczykami.
Oprócz mnie i Ryszarda mieszka tu mysz. Sprytna bestia wchodzi do naszych toreb, wyjada co jest do zjedzenia, niszczy. W torbie Ryszarda zbudowała zręby gniazda. Ustępy oddalone są o sto metrów. Idzie się chodnikiem nierównym, zalanym asfaltem, a potem jeszcze kawałek chodnikiem ułożonym z płyt cementowych. Idzie się pod baldachimem młodych jeszcze drzew. Ośrodek niewiele lat sobie liczy, bo i jezioro jest młode.
Przed chwilą spotkałem Nikołaja. Skarży się na ból pleców. Wczoraj dzielnie pilnował ogniska. Stał tylko w majtkach które nie chciały się trzymać na wielkim brzuchu i co chwilę je podciągał. I chociaż niewiele było słońca doznał porażenia. Kapitan Sasza obiecał przynieść zdjęcia które na pikniku robił.
Dzisiaj pożegnalna kolacja. Ma być kilku miejscowych prominentów, między innymi komendant Sasza.
Jest godzina trzynasta trzydzieści. Odpoczywamy. Trochę poleżałem na trawie. Teraz siedzę w fotelu i piszę.
W domku obok słuchają muzyki, ale mi jest tutaj dobrze. Wczoraj w telewizji pokazywali katastrofę kolejową. Od iskry wybuchł gaz który ulatniał się z niedalekiego gazociągu. Spaliło się wszystko w promieniu dwunastu kilometrów. Są ofiary śmiertelne.Zona dyrektora ocierała łzy. Dowiedziałem się też, że zmarł Chomeini. Telewizor kolorowy mamy w stołówce.
Dzisiaj w Związku Radzieckim jest żałoba. Flagi opuszczone do połowy masztu.
Obiad zjedliśmy o czternastej, po czym mówiliśmy o literaturze rosyjskiej i radzieckiej. Ignac, nasz opiekun zna literaturę dobrze. Ciągle powiększa swą bibliotekę. Pochodzi z Równego czyli z dawnej Polski.
Jest godzina szesnasta. Wróciliśmy z objazdu Martowa. Oglądaliśmy hotele gdzie mieszkają robotnicy którzy przyjechali z różnych stron ZSRR do pracy w sowchozie.
Pisałem już że nie ma tu wodociągu. Mają za to piękne studnie. Zadaszone, zwieńczone rzeźbą.Jedną zdobiło gniazdo i dwa bociany, inną kogut.
Zapytałem Ignaca co znaczą napisy na niektórych bramach. Jadąc ulicą zdołałem tylko odczytać wielki napis – dwór -. Dalszych, mniejszych liter nie mogłem przeczytać. Powiedział mi że takim napisem wyróżnia się obejście czysto utrzymane. Na innych budynkach napisy mówiły, że mieszka w nim uczestnik drugiej wojny światowej.
Znów grzmi, ale jak wczoraj znowu przejdzie bokiem. Jutro wyjeżdżamy. Już jutro! Jakoś to przeżyłem. Jeszcze dzisiaj kolację przetrzymać i nie dać się upić. Pszenicznaja wychodzi mi bokiem.
Wtorek 6 czerwca 1989
Po raz ostatni wyszedłem w ustronie gdzie mogę w miarę spokojnie zanotować. Dzisiaj o szesnastej jedziemy do Charkowa, a potem już do Moskwy o dwudziestej dziesięć.
Wczoraj, to znaczy w poniedziałek zamknięte były wszystkie sklepy, a dzisiaj trzeba mi stracić ostatnie pieniędze. Może kupię coś z trykotów. Tanie są rękawiczki skórzane, ale nie wiem czy w Martowie albo w Czugujewie dostanę.
Przeziębiłem się. Wczoraj miałem dreszcze, dzisiaj nie mogę przełknąć śliny. Może Janusz który był u lekarza da mi parę pastylek na tę dolegliwość.
Byliśmy wczoraj na formie krów i jałowic. Mają bydło rasy czerwonej gdzie niegdzie tylko trafi się czarno-biała. Kierownik tej fermy sprawiał wrażenie człowieka niezbyt przyjaźnie do nas ustosunkowanego. Chodziło o wydajność mleka, o zbiór z hektara. Nasz zootechnik podawał liczby, tłumaczył, on słuchał a potem wypalił:
-Co wy myślicie,że my to duraki? Nie wierzył nam. Zbyliśmy te słowa milczeniem.
Kolację zjedliśmy o dwudziestej. Swą obecnością zaszczycił nas sekretarz Iwan z żoną nauczycielką. Iwan pięknie śpiewa. Również nasze piosenki.
Sasza przyszedł w pełnej gali. Robił wrażenie. Przniósł zdjęcia z niedzielnego pikniku, przyniósł przeźrocza które zaraz wyświetlił. Jeszcze nie wiadomo ile osób zginęło koło Czelabińska ponieważ dzieci do piątego roku jechały bez biletu. Oglądałem w telewizji rannych których przywiózł do Moskwy samolot. Okropność. W kolorze widać to dokładnie.
Jest w tej chwili godzina szósta czterdzieści. Wracam do łóżka. Zimno mi.
Wczoraj podczas kolacji mówię do Ignaca żeby kucharkę szczególnie wyróżnił za dobre gotowanie.
-Katia! – woła Ignac – Idi suda!
Katia przyszła. Mówi jej że powiedziałem żeby ją nagrodzić za dobre gotowanie. Pocałowała Ignaca w policzek, a potem mnie. Katia to typowa kucharka. Porusza się z godnością. Jest cicha, spokojna, zapracowana. Podczas posiłków słychać tylko wołanie Ignaca:
-Katia, czaj! Katia, zachar!
A ona cierpliwie chodzi, obdziela nas dobrocią która promieniuje z jej twarzy.
Taka jest Katia.
O jej mężu już pisałem. Często tutaj przychodzi. Siedzi w kuchni do końca jej dyżuru, a potem razem idą do domu. Podejrzewam, że czas spędza tu nie z powodu uczucia. Katia w lodówce ma wielki zapas alkoholu. On zapewne z tego korzysta, bo gdy odchodzi wyraźnie jest na bani. Szczęść mu Boże!
Jest godzina siódma pięć. Właściwie nie mam o czym pisać. Ryszard obok chrapie. Ten może spać! A ja? Noce spędzam w półśnie. Jak długo tak można? Dobrze, że dzisiaj jedziemy.
6 czerwca 1989 W samolocie
Godzina dwudziesta osiem. Siedzę w TU 134 A. Nadają muzykę. Za chwilę ruszamy. Wentylatory nie nawiewają powietrza, wyłączyli. Nasz kierowca Zenia długo stał za płotem lotniska. Kiwał ręką na pożegnanie. Dochodzi dziesięć minut po ósmej, czyli po dwudziestej. Silniki grają wysoko. Coraz wyżej. Włączyli nawiew. Piszę to w samolocie czekając na start. Ryszard śmieje się ze mnie, że na gorąco notuję. Już powinniśmy wystartować. Rusza. Sąsiad z prawej żegna się. Przy nim czuję się bezpieczny. Toczymy się na pas startowy. Zawracamy w lewo, w prawo, znów w lewo. Jesteśmy na skraju pasa. Silniki gwiżdżą. Ruszyliśmy. Zakołysał się samolot. Jesteśmy w powietrzu. Spoglądam przez okrągłe okienko. Wspinamy się ku niebu. W dole miasto. Lecimy w kierunku słońca. Nie wiem dlaczego spociły mi się dłonie. Jeszcze się wznosimy. Przez rzadkie chmury widzę rozległy krajobraz. Jest godzina dwudziesta dwadzieścia. Już kilka kilometrów dzieli nas od ziemi. Silniki równo grają. To działa uspokajające. Spoglądam do tyłu. Współpasażerowie siedzą niżej ode mnie. Może jeszcze się wznosimy, a może samolot tak ukośnie leci. Stewardessa mówi, że możemy wyregulować powietrze i włączyć lampę.
Już lecimy czterdzieści minut. Wypiłem trochę soku owocowego. Tylko to dają na liniach wewnętrznych. Chyba się zniżamy, bo samolot kilka metrów uciekł w dół. Zaraz wyrównał. Ale oto znów opadł. Jest godzina dwudziesta pierwsza. Opadanie powtarza się. Chyba schodzimy do lądowania. Silniki wyciszone, ledwie je słychać. Już niedaleko do ziemi. Widzę jakąś rzekę czy jezioro. Jesteśmy coraz niżej i coraz szybciej przesuwa się krajobraz. Słychać przytłumione zgrzyty. Domyślam się, że pilot wysuwa podwozie. I oto samolot zadrżał, zakołysał się. Jesteśmy na pasie lotniska Wnukówo. Wylądowaliśmy po godzinie i dwudziestu minutach lotu.
Lotnisko Wnukowe
Siedzimy w poczekalni tranzytowej. Jest godzina dwudziesta druga piętnaście. Są fotele, stoły. Mamy po pół kury twardej jak zaraza, trochę szynki, jajka, ogórki, pomidory. Zjadłem kawałek kury i w gardle mi stoi. Po prostu połknąłem to co zdołałem uciąć nożem. A zęby to mam takie jak ta kura do której się dobieram. Z nożem który zapakowano nam w Martowie (chyba wiedzieli że dają kurę nie do ugryzienia) miałem maleńki kłopot na lotnisku w Charkowie. Bardzo ładnie zaprezentował się na ekranie kiedy prześwietlali mi bagaż.
– U was jest nóż – powiedziała pani kontrolerka.
– Jest – mówię.
– Pokażcie!
Pokazałem, po czym pozwolono mi go zapakować.
Na dworze jest ciemno. Za mną telewizor. Transmitują mecz piłki nożnej. Nie wiem kto z kim gra. Zresztą po co mi wiedzieć.
Czas leci. Już jest druga czterdzieści pięć, 7 czerwca. Kilkadziesiąt minut temu oparłem się wygodnie i zachrapałem. Obudzono mnie. Różnokolorowe towarzystwo bawiło się moim kosztem. Teraz Janusz chrapie, czym sam się budzi. Przede mną jakiś Arab robi to samo. A ja tym razem grzecznie siedzę i opisuję te co oglądam i co było wczoraj.
Wczoraj o dziewiątej przyjął nas dyrektor w swoim gabinecie. Był tam też sekretarz Iwan, Ignac, agronom i zastępca. Ciekawi byli zmian w Polsce. Szczególnie sekretarz pytał o Solidarność. Powiedzieliśmy mu że jest to taki związek zawodowy który nie uznaje nadrzędnej roli partii. Iwan wyraźnie był skwaszony. Spotkanie trwało półtorej godziny. Wróciliśmy na kwaterę i tutaj ponownie spotkaliśmy się na pożegnalnym obiedzie. Obiad trwał do szesnastej, po czym pojechaliśmy do Charkowa. Towarzyszył nam Iwan, Ignac i kierowca Żenia.
Arab chrapie jak miś. Leży rozciągnięty na ławie. Głową do niego leży starsza panna. Sądzę że panna. Panny mają coś w sobie, że widać iż są pannami. Ich włosy połączyły się. Świetna okazja do wymiany insektów.
Jest godzina czwarta dwadzieścia. Za oknem robi się jasno. Trzeba nam szukać sposobu przemieszczenia się na lotnisko Szeremietiewo.
I już piszę w Szeremietiewie. Przejechaliśmy taksówką. We trójkę zapłaciliśmy piętnaście rubli. Drogo, ale też daleko.
Jest godzina dziewiąta. Siedzę, pilnuję bagażu. Janek śpi obok. Inni poszli. Tak patrzę na ten sufit. Komu się chciało to robić i po co? Dwadzieścia pięć tysięcy obrączek na parterze, tyle samo na piętrach. Ten port robi wrażenie. Granitowa posadzka. Frontowa ściana szklana, może sto pięćdziesiąt metrów długa. Samochodem podjeżdża się nawet na pierwsze piętro. Piętra łączą ruchome schody. Patrzę przez szybę. Co chwila podjeżdżają samochody, autobusy pełne ludzi. Ruch niesamowity. Niestety, w pobliżu nie ma sklepów. Mam parę rubli, chętnie bym je stracił.
Janek, Czesław i ja autobusem, metrem i pieszo oblecieliśmy Moskwę. Dokuczał upał. Chcieliśmy wejść na Plac Czerwony. Milicja nie pozwoliła. Do Mauzoleum była kolejka, zrezygnowaliśmy z braku czasu. Nic nie kupiłem. W sklepach pełno ludzi. Trudno dopchać się do lady. Odwiedzamy wielki magazyn przy Placu Czerwonym. I tutaj wielki tłok. Aby popatrzeć na sobór Wasyla Błażennego nadłożyliśmy kawał drogi zachodząc go od tyłu. To piękna budowla. Podobno na rozkaz cara budowniczemu wyłupiono oczy, aby nigdy i nigdzie czegoś podobnego nie zbudował.
Za pięć godzin ruszamy do Warszawy. Jestem strasznie zmęczony. Spałem w autobusie i w metrze. Siedząc teraz w poczekalni dworca lotniczego Szeremietiewo II, przypomniałem sobie pewną rozmowę, której nie zapisałem w Martowie. Ignacy, nasz opiekun i przewodnik, był człowiekiem wykształconym i niezwykle oczytanym. Często rozmawiał z nami o literaturze, a gdy się dowiedział, że i ja niekiedy coś napiszę, po obiedzie kiedyśmy popijali wodę mineralną i nie tylko wodę, najzwyczajniej wziął mnie na spytki.
– Józef, powiedz mi czy znasz ukraińskich pisarzy?
– Znam wielu rosyjskich i radzieckich, ale czy są wśród nich ukraińscy nie wiem. Mogę ci wymienić tylko dwóch. Jeden to wasz narodowy wieszcz Taras Szewczenko, a drugi to Iwan Franko.
– Iwana Franko co czytałeś?
– Zachar Berkut. Ładna rzecz, mam ją w domu.
– A współczesnych znasz?
– Niestety,ani jednego.
– Radzieckich też nie znasz?
– Współczesnych raczej mało.
Zauważyłem na jego twarzy i w oczach jakieś błogie zadowolenie.
– A ja waszych pisarzy znam – pochwalił się wymieniając kilka nazwisk. Istotnie znał. Poczekaj, mam na ciebie haczyk – myślę sobie.
– Powiedz mi Ignac, znasz ty Sołżenicyna?
– Nie. A co to za jeden?
– Radziecki pisarz.
– A co on napisał?
– Archipelag Gułag.
– Nie czytałem.
– Ja też całej książki nie czytałem, ale pewna nasza gazeta kilka odcinków opublikowała, a potem nagle z nieznanych mi przyczyn druk przerwała.
– I co on w tej książce pisze?
– Ano pisze on, że kiedy za caratu Lenina zesłano na Sybir dano mu służącą by o niego dbała, a on aby miał czas pisać swoje książki.
A po rewolucji kiedy do gułagów posyłano przeciwników politycznych nie dano im dostatecznie jeść i zesłańcy umierali z głodu i przepracowania.
Ignac przygasł. Długo patrzył na mnie a potem wstał, pochylił się nad stołem i uścisnął moją rękę. Odtąd temat literatury stał się tematem tabu. Nie prowokowałem Ignaca. Zdawaliśmy sobie sprawę, że chociaż w Moskwie widać pęknięcia w monolicie komunizmu, to tutaj na prowincji tacy ludzie jak Ignac, Sasza, Iwan, dyrektor nic nie utracili ze swego znaczenia i nie wolno nam tematów drażliwych poruszać.
Dworzec Centralny – Warszawa
Z Moskwy odlecieliśmy o dwudziestej drugiej trzydzieści. Samolot z Warszawy miał opóźnienie. Jeśli dwie godziny się odejmie, to około dwudziestej trzeciej z minutami byliśmy na Okęciu. Z wysokości jedenastu kilometrów zachód wygląda cudownie, a słońce świeci znacznie dłużej. Chmury są ciemnogranatowe, przerażające. Bez większych wstrząsów wylądowaliśmy. Rozległy się oklaski. Zawsze się je słyszy po wylądowaniu w polskich samolotach. Piękny zwyczaj. Autobusem przyjechaliśmy na dworzec. O tej godzinie nieomal wszystkie ławki zajęli włóczędzy i bezdomni. Unosił się gęsty zapach niemytych ciał. Młodziutki chłopak, może czternastoletni daremnie szuka miejsca do spania. Na głowie krótko ostrzyżonej ma dziesiątki blizn. W holu doszło do bójki. Jakiś dryblas z ogoloną głową bije innego faceta który nie broni się i po silniejszym ciosie pada na posadzkę. Kiedy bity się podniósł, podszedł inny i jednym uderzeniem sprowadził go do parteru. Takich zakazanych typów kręci się tutaj ze dwie dziesiątki, drugie tyle śpi. Siwa baba bez przerwy wyzywa każdego kto zabroni jej używania wulgarnych słów. Gęba jej się nie zamyka.
Najbardziej rzuca się w oczy pewien młody, może trzydziestoletni mężczyzna w ciemnych okularach. Chodzi ciągle po poczekalni, lustruje i wychodzi. Wrócił właśnie, stanął obok mnie, ukucnął i coś zagadał do kobiety siedzącej po mojej lewej ręce.
-Idź cholero! Co chcesz mnie okraść? – zaśpiewała wschodnim akcentem dziarska kobieta. – Należało mu się to – pomyślałem,
Facet wstał, powiedział coś o jej wschodnim pochodzeniu, ale wnet odszedł bo kobieta wchodziła na obroty.
Widzę go przez szklaną ścianę opartego o balustradę. Podchodzi do nie go poprzednio bity. Rękami gestykuluje, krzyczy. Połapali się. Okularnik wcale nie był orłem w bójce. Szamotali się przez chwilę. Gdy się puścili podszedł okularnik do dwóch stojących nieopodal i coś do nich powiedział. Jak na komendę chwycili awanturującego się gościa i ściągnęli go po schodach na dół. Musiał zdrowo oberwać, bo jego krzyk nagle się urwał. Do rana już się nie zjawił. Natomiast tych dwoje rano spotkałem. Jeden z nich zapalniczką podpalał brodę leżącemu pod ścianą starcowi.
Jakoś przeżyliśmy tę noc. O szóstej pociąg zawiózł nas do Poznania, a tam czekał samochód z naszego kombinatu.
Dworzec Centralny – Warszawa
Z Moskwy odlecieliśmy o dwudziestej drugiej trzydzieści. Samolot z Warszawy miał opóźnienie. Jeśli dwie godziny się odejmie, to około dwudziestej trzeciej z minutami byliśmy na Okęciu. Z wysokości jedenastu kilometrów zachód wygląda cudownie, a słońce świeci znacznie dłużej. Chmury są ciemnogranatowe, przerażające. Bez większych wstrząsów wylądowaliśmy. Rozległy się oklaski. Zawsze się je słyszy po wylądowaniu w polskich samolotach. Piękny zwyczaj. Autobusem przyjechaliśmy na dworzec. O tej godzinie nieomal wszystkie ławki zajęli włóczędzy i bezdomni. Unosił się gęsty zapach niemytych ciał. Młodziutki chłopak, może czternastoletni daremnie szuka miejsca do spania. Na głowie krótko ostrzyżonej ma dziesiątki blizn. W holu doszło do bójki. Jakiś dryblas z ogoloną głową bije innego faceta który nie broni się i po silniejszym ciosie pada na posadzkę. Kiedy bity się podniósł, podszedł inny i jednym uderzeniem sprowadził go do parteru. Takich zakazanych typów kręci się tutaj ze dwie dziesiątki, drugie tyle śpi. Siwa baba bez przerwy wyzywa każdego kto zabroni jej używania wulgarnych słów. Gęba jej się nie zamyka.
Najbardziej rzuca się w oczy pewien młody, może trzydziestoletni mężczyzna w ciemnych okularach. Chodzi ciągle po poczekalni, lustruje i wychodzi. Wrócił właśnie, stanął obok mnie, ukucnął i coś zagadał do kobiety siedzącej po mojej lewej ręce.
-Idź cholero! Co chcesz mnie okraść? – zaśpiewała wschodnim akcentem dziarska kobieta. – Należało mu się to – pomyślałem,
Facet wstał, powiedział coś o jej wschodnim pochodzeniu, ale wnet odszedł bo kobieta wchodziła na obroty.
Widzę go przez szklaną ścianę opartego o balustradę. Podchodzi do nie go poprzednio bity. Rękami gestykuluje, krzyczy. Połapali się. Okularnik wcale nie był orłem w bójce. Szamotali się przez chwilę. Gdy się puścili podszedł okularnik do dwóch stojących nieopodal i coś do nich powiedział. Jak na komendę chwycili awanturującego się gościa i ściągnęli go po schodach na dół. Musiał zdrowo oberwać, bo jego krzyk nagle się urwał. Do rana już się nie zjawił. Natomiast tych dwoje rano spotkałem. Jeden z nich zapalniczką podpalał brodę leżącemu pod ścianą starcowi.
Jakoś przeżyliśmy tę noc. O szóstej pociąg zawiózł nas do Poznania, a tam czekał samochód z naszego kombinatu.
18 czerwca 1989
Osypują się płatki dzikiego bzu. Pobieliły leśny dukt. Przemija najdroższa sercu pora reku. Dzisiaj 18 czerwca. Wczoraj spadł obfity deszcz. Wyłożyły się ciężkie żyta. Idę duktem. Mokra trawa, mokre buty. Ciepło. Słońce ledwo, ledwo przedziera się przez chmury. Ptaki ucichły. Gdzie niegdzie tylko odzywają się ich dzwonki. Przeminęła pora godów. Czy można, stojąc na leśnej drodze, napisać coś ciekawego? Odpowiem że można. Można ciekawie napisać nawet o tej kałuży w której przegląda się las. Tak rzadko tej wiosny widział swe oblicze.
27 czerwca 1989
Dzisiaj ruszyły kombajny. Młócą jęczmień ozimy. Już drugi dzień kosi się rzepaki na pokosy. Jest bardzo gorąco. Nie patrzyłem na termometr, ale to możo być rekord ciepła tego roku.
W ubiegłą sobotę otrzymałem list od Stefana Cebulskiego. Zjazd naszego Oddziału doszedł do skutku. Byłem w tym czasie w RFN. Wybrano mnie do zarządu. Dobrze się stało. Naprawdę zależy mi na tym, żeby nasz Oddział Wielkopolski był prężny. Zeby o twórcach mówiono z szacunkiem. Ale na te trzeba zapracować.
5 lipca 1989
Wczoraj samolot radziecki odbywający ćwiczebny lot nad Polską uległ awarii. Pilot katapultował się, a Mig 23 kontynuował lot. Na ziemię runął w Belgi rozbijając dom. Zginął dziewiętnastoletni chłopak. Sejm i Senat kontynuują posiedzenie.
A co u mnie w zakładzie pracy? Ano, rozpoczęły się żniwa. Kilka kombajnów młóci jęczmień, kilka młóci rzepak. Pogodę mamy śliczną, ziarno jest suche.
Dzisiaj kierownik proponował nam pracę po godzinach. Od jutra zaczynamy. Nie wiem do której godziny, ale wzorem lat ubiegłych napewno do dziewiętnastej, czyli dwanaście godzin.
17 lipca 1989
Nie jestem historykiem, ale wydaje mi się że żywoty dyktatur są krótkie. Sypie się też dyktatura proletariatu.
W ZSRR strajkuje sto dziesięć tysięcy górników. Zmiany w Rosji przychodzą za późno. Poprzedni przywódcy wyrządzili temu krajowi wielką krzywdę. Trzymanie ludzi za mordę musi mieć tragiczny koniec.
22 lipca 1989
Już mamy prezydenta. Bronił się przed tą funkcją ale uległ. Lepiej że tak się stało. Jeśli jest człowiekiem otwartym na zmiany, szczęść mu Boże. Coś z tego wyjdzie. Jeśli nie, będzie musiał odejść. A przecież te zmiany które już u nas nastąpiły, to również jego robota.
No więc poczekajmy.
Grochu jeszcze nie wymłócono a już kiełkuje. Będzie nadawał się na paszę. Dobre i to. Można kupić mniej soi.
Kierownik z Czerlejna mówił, że grochu nie pewinno się sprzedawać, a przeznaczać na paszę. Można by zrezygnować z zakupu koncentratów.
A teraz trochę spraw osobistych.
W konkursie im. Jana Pocka wiersze moje zdobyły II nagrodę. Po kilku latach niedosytu zaskoczyła mnie ta nagroda. Lubię być zaskakiwany. Właśnie w ten sposób. Kto by nie lubił? –
Syn Zbyszek ma klucze do mieszkania. Jadę dzisiaj do Wrześni, zawiozę mu cement. Urządza sobie łazienkę. Ma przyjechać Mirek. Jeśli przyjedzię będę miał robotę z jego Syrenką. A jest tej roboty sporo. Muszę zamontować rurę wydechową. Jest pęknięty resor. Trzeba też wyprostować przedni zderzak.
23 lipca 1989
I znów jestem na polnej drożynie o której już pisałem, na mojej ścieżce zdrowia. Stoję w cieniu wierzby. Przygrzewa poranne słońce. Teraz pola mają wygląd dostojny. Pochyliły się kłosy, czekają na kosę. Już niedługo ich dostojeństwa. Mieszanki też ładnie dojrzały. Tylko owies trochę oporny i dawną szatę zachowuje. Jest godzina siódma trzydzieści. Obficie leje się słońce na nietknięte jeszcze kosą chłopskie łany. Daleko we wsi biją dzwony.
Idąc tutaj w czerwcu nie zauważyłem, że na suchej topoli jest gniazdo bocianie. Ze swego wysokiego tronu dumnie lustrują pola.
Wielkie muchy tną strasznie. Nawet przez marynarkę. Każdego roku dobierają nam się do skóry. Gorąco dzisiaj. Ziemia szerokim obliczem spija złoty nektar słońca.
30 lipca 1989
No i ma PZPR nowego sekretarza. Śmiać się czy płakać? Ciągle ci sami ludzie dzielą między siebie stanowiska w państwie. Nie sprawdził się jako premier, będzie sekretarzem, nie sprawdzi się jako sekretarz zostanie ambasadorem albo kimś tam.
Są to ludzie chorzy na przerost ambicji, ale bez honoru. Bo jeśli ktoś przegrał w wyborach do Sejmu, powinien zrozumieć, że naród go odrzuca. A jeśli tej prostej prawdy nie rozumie, to co o nim myśleć?
Dzisiaj niedziela. Jadę w pole z pogotowiem technicznym do kombajnów. Mirek, kolega z pracy, ma jakąś uroczystość rodzinną i prosił mnie żebym go zastąpił.
W polityce światowej dzieją się rzeczy wielkie. Mam na myśli uchwałę Rady Najwyższej ZSRR o niezależności gospodarczej Litwy, Łotwy i Estonii.
Moim zdaniem jest to rzecz wielka. Pozwala mieć nadzieję, że te podbite narody uzyskają również niezależność polityczną. A może się łudzę. Życzę tym narodom niepodległości.
Jest wczesny poranek. Na termometrze tylko trzynaście stopni. Dzień będzie pogodny i upalny.
2 sierpnia 1989
Niedziela była naprawdę upalna. Sprzyjała żniwom. Kosiliśmy zboże w Węgierskiem za lasem. Wzdłuż pola stało może trzydzieści uli z pszczołami. Zboże rosło tuż przy nich. Pierwszy ruszył Bogdan, za nim Lechu. Kombajny mają kabiny, ale Lechu otworzył okna i drzwi. Pszczoły rzuciły się na niego. Pozostała mu ucieczka. Ja przezornie stałem w cieniu w lesie. On uciekał w pole, a za nim rój pszczół. Dokładnie widziałem je na tle nieba. Wołam:
– Lechu, uciekaj do lasu! Do lasu w cień!
On machał rękami, naciągał koszulę na głowę odsłaniając plecy. Wreszcie dobił do lasu. Pszczoły ustąpiły. Wybierał je z gęstej czupryny, z brody, zza koszuli.
– Ale kombajn przy ulach zostawiłem na pełnych obrotach z włączoną młocarnią – mówi.
Podszedłem do pogotowia.
– Wojtek, jedziemy do kombajna.
Zamknąłem drzwi. Podjechaliśmy pod wejście. Nałożyłem marynarkę na głowę i wskoczyłem do kabiny. Było w niej dużo pszczół, ale nie miały wobec mnie agresywnych zamiarów. Szukały raczej wyjścia przez szybę. Włączyłem bieg i odjechałem. Tymczasem nasz kombajnista poczuł się źle i trzeba było zawieźć go na pogotowie. W niedzielę do pracy nie wrócił. A ja jak rano ruszyłem tak do godziny piętnastej nie stanąłem. Dopiero o tej godzinie przysłano zmiennika.
Dzisiaj drugi dzień posiedzenia Sejmu. Wydaje mi się że wybiorą premiera. Kiszczaka proponuje Klub Poselski PZPR. Mówi się, że ZSL wspólnie z posłami Solidarności wystawią własną kandydaturę. Byłby to rozłam w koalicji.
3 sierpnia 1989
– No i mamy nowego premiera! – chciałoby się zawołać radośnie.
Ale czy jest on tak bardzo nowy? Przecież Kiszczak był wicepremierem ustępującego rządu, który ma być rozliczany ze swej działalności przez sejmową komisję. Zapewne aby nie rozliczyć się przed Sejmem, już teraz ustępujący premier poddał się leczeniu szpitalnemu. Doradca Gorbaczowa zapytany czy Polska i Węgry mogą ogłosić neutralność oświadczył, że narody te mają prawo do wyboru ustroju takiego jaki im odpowiada. To jest coś nowego. Jest to odejście od doktryny Breżniewa. Już tyle lat po wojnie, że czas coś uczynić, to znaczy dać narodom wolność.
No właśnie, tyle lat po wojnie, a jeszcze ściga się zbodniarzy wojennych. I zawsze ściga się w Niemczech czy w Ameryce Południowej.
Teraz głośno się mówi o zbrodniarzach żyjących wolno w Związku Radzieckim. Rosyjscy zbrodniarze byli dotąd nietykalni, a przecież wymordowali tysiące Polaków. Tyle lat milczenia i nagle mówi się o tym głośno.
6 sierpnia 1989
Zdaje się że dzisiaj skończymy żniwa. Jest niedziela, mam wolny dzień. Pracują kombajny i pogotowia. Byłem dzisiaj ukopać trochę ziemniaków. Niezłe, szczególnie Mile. Przeszedłem się po polach. Chłodny wiatr targał kwitnącą kukurydzą. Wschodzą poplony. Zapewne zostaną przeorane pod rzepak. Przybierają na wadze ulęgałki, dojrzewa dziki bez. Odchodzi lato. Pola przywdziewają jesienną szatę. Zal odchodzących dni. Szuka jesień ścieżek do serca. I znajduje. Bociany zabiegają o pożywienie przed daleką drogą. Zmawiają się, sejmikują.
8 sierpnia 1989
Dzisiaj dzień wypłaty. Jak na pegeerowskie warunki przyniosłem tych papierków dużo – sto pięćdziesiąt osiem tysięcy. Miałem nadgodziny. Zamiast przepracować sto siedemdziesiąt godzin, przepracowałem trzysta siedem. Stąd taka duża wypłata. A w sklepie zdrożał chleb. Od jutra kosztuje dwieście dwadzieścia złotych.
Opozycja na czele z Wałęsą kontruje poczynania nowego premiera.
Może źle napisałem. Oni nie kontrują jego poczynań, ale jego osobę na tym stanowisku. Nie godzą się na premiera z PZPR, chcą własnego. Uważają, że nasza gospodarka potrzebuje zmian głębokich i radykalnych a premier PZPR gospodarkę pogrąży. Mają rację opozycjoniści. Gospodarka upada z dnia na dzień.
Jak przypuszczałem, żniwa ukończyliśmy w niedzielę. Pojechaliśmy dzisiaj na groby matki, ojca, brata. Rozpleniły się chwasty i trzeba było uporządkować. Iluż to znajomych mam na cmentarzu. Przypominają mi młodość, dzieciństwo. Cmentarze przywołują do opamiętania.
9 sierpnia 1989
Fala strajków rozszerza się. Lecznictwo, kolej, poczta. Wywalczyli podwyżki, w granicach siedemdziesięciu tysięcy. To więcej niż wynosi moja pensja.
Jutro w zakładzie rolnym Gułtowy organizują zebranie. Dzisiaj na dwie godziny przerwali pracę. Może pójdę, posłucham.
Zdrożało mięso. Podobno kilogram schabu kosztuje jedenaście tysięcy. W naszej masarni płaci się cztery tysiące, natomiast w Kostrzynie sześć tysięcy. Przyjeżdżają do nas ludzie z miasta, wykupują i może handlują?
Mało piszę o polityce, chociaż nie jest mi obojętna. Wałęsa publicznie sprzeciwił się wyborowi Kiszczaka na premiera. Toczą się rozmowy między Klubem Obywatelskim, SD i ZSL. Te trzy zespoły poselskie dogadują się i może stworzą koalicję bez PZPR, Jeśli do tego dojdzie czy nie przeżyjemy nowego stanu wojennego?
Tak sobie nieraz u roboty dyskutujemy o naszej rzeczywistości i wszyscy mamy jedno zdanie: gospodarkę pogrążyła administracja i biurokracja. Dlaczego?
Przed laty majątki były samodzielne. Miały konta w banku, rządziły się we swoim. Był kierownik, brygadzista, księgowa, magazynier. Potem utworzono kombinaty. Nie wiem komu one są potrzebne. Utrzymanie etatów pochłania ogromne sumy. Każdy specjalista musi mieć samochód, niektórzy z kierowcą. Weźmy mój zakład. Przed laty całością zajmował się jeden kierownik. Dzisiaj jest kierownik, zastępca do spraw warsztatowych, zastępca do spraw transportu z sekretarką i zastępca do spraw zaopatrzenia. Jak ma nie być kryzysu skoro tak jest w całej Polsce?
Rację ma Wałęsa i opozycja, że trzeba cięć radykalnych. Gdyby mój zakład miał ktoś prywatnie napewno ci ludzie zajęli by się pożyteczną pracą. Już od dawna się dziwimy że ta gospodarka jeszcze się trzyma. Byliśmy pewni że w końcu to się urwie. I rwie się. Opadamy coraz niżej. Darmozjadów przybywa, złotówki lecą przez rury wydechowe. Niech lecą, prawda? Oni są mądrzejsi. Stworzyli ustrój dla siebie. Wysokie płace, państwowe samochody, robotnik na to patrzy i opadają mu ręce.
12 sierpnia 1989
Emocje, emocje, emocje. Podniecają się ludzie, strajkują, żądają. Wczoraj w gospodarstwie na krótko przerwali pracę. Nasze związki zawodowe uzgodniły stanowisko w sprawie podwyżek. Domagają się by każdemu pracownikowi podnieść zarobek o sześdziesiąt tysięcy. Nie wszystkim się to podoba. Administracja żąda podwyżek procentowych. Wiadomo dlaczego, maja wysokie zarobki, wysokie też byłyby podwyżki. Józef M. członek rady zakładowej staje okoniem. Twardo żąda podwyżek kwotowych. W poniedziałek będą obradowali z dyrektorem.
U nas w zakładzie raczej spokojnie.
17 sierpnia 1989
To stało się nagle. Nagle postanowiliśmy odwiedzić brata Bolesława który leży w szpitalu w Zarach. Z opowiadań rodziny i z listów wiedziałem, że jest z nim bardzo źle. Zyje na kroplówce. Ucieszył się gdy nas zobaczył. Rozmawialiśmy o tym i owym bo też wszystko go interesowało. Nie zdaje sobie sprawy ze stanu swego zdrowia. Nie traci humoru chociaż z łóżka nie może wstać o własnych siłach. Jest wycińczony do ostateczności.
Opozycja wysunęła swego kandydata na premiera. Nazwiska nie podano. Kluby poselskie ZSL, SD i OKP utworzyły koalicję. Rakowski mówi, że to co się stało, co się wymusza, miało się stać za cztery lata. Rzecznik prasowy MSZ ZSRR oświadczył, że „Polska ma prawo mieć rząd jaki wybierze Sejm, ale teki ministra obrony i spraw wewnętrznych powinny należeć do PZPR”. Czyli znów ingerencja w nasze sprawy.
17 sierpnia 1989
Kiszczak zgłosił prezydentowi gotowość rezygnacji z funkcji premiera. Piękny gest.
18 sierpnia 1989
Jakimi słowami opisać ten sierpniowy wieczór? Zachować jego niepowtarzalny urok. Słowa nie są bezradne, bezradny jestem ja. Osiemnasty sierpnia. Ledwie co zapadł mrok. Ziemia rozgrzana. Idę polną drogą naprzeciw wielkiej, idealnie okrągłej tarczy księżyca. Wisi nieruchomo nisko nad polem. Wiatr nie poruszy listkiem. Milczą topole. Gdzieś daleko w sąsiedniej wsi mrugają światła. Zaszczeka pies. To znów jakiś rozbawiony dzieciak zawoła. Ciche rozmowy, odgłosy zostały za mną. Tutaj słychać tylko głośne zawołania. Obok w kępie trawy rzępoli świerszcz. Nad polem urodzaj ciszy i ten księżyc niemy, który jakby uniósł się klika centymetrów nad topolę. Jeszcze noc nie dmuchnęła chłodem, jeszcze jest temperatura patowa. Bezszelestnie posuwam się do przodu. Przybywa gwiazd na niebie. Patrzę w międzygwiezdną ciemną przestrzeń i myślę sobie jakim kontrastem jest człowiek; maleńki wobec ogromu świata, wielki rozumem pośród wszystkich stworzeń ziemi. Dlaczego przyroda była taka szczodra, że tyloma zmysłami mogę ten świat pojmować? Dlaczego? Dlaczego? Dlaczego?
Oto Syzyf toczy ogromny kamień księżyca po zboczu nocy.
21 sierpnia 1989
Wypadło mi żyć w ciekawych czasach. Jeszcze premier nie sformował rządu, a już złożył rezygnację. Niewątpliwie premierem zostanie kandydat Solidarności – Tadeusz Mazowiecki.
Poza ciekawą polityką, mamy upały i suszę. Wszyscy czekają na deszcz. Przecież zbliża się czas siania rzepaku, ale w takim popiele nie wzejdzie.
U nas dzisiaj podwyżki. Dają nam więcej bez strajku.
25 sierpnia 1989
Wybrano nowego premiera sporą większością głosów. Tylko kilku było przeciwnych, czterdziestu paru wstrzymało się od głosu, a trzystu pięćdziesięciu kilku głosowało za Mazowieckim.
Andrzej R. razu pewnego popił tęgo. Rano jego czteroletnia córeczka mówi:
– Tatuś, jutro byłeś pijany.
– Ale, co ty mówisz. Ja nie byłem pijany.
– Byłeś, byłeś i w łazience spałeś.
Dzisiaj jadę do Manieczek na Dożynki 4o-lecia PGR. Nie wiem dlaczego zaproszono mnie na te dożynki. Swego czasu mówiono o odznaczeniu. Spisywano moje dane.
26 sierpnia 1989
Kilkanaście dni temu pewien pan z kombinatu poprosił mnie o jakieś zapiski, wspomnienia. Dałem co miałem, czyli materiały z konkursu Jeden miesiąc mojego życia. Ma ta praca już dwanaście lat, a więc jest swego rodzaju wspomnieniem, historią. Wczoraj w Manieczkach powitali nas jacyś panowie. Jeden z nich mówi:
-A, Gułtowy. Witam! Pokażcie mi swego wieszcza.
Zrozumiałem że do mnie pije, a w ogóle to nie znam tego pana. Przedstawił nas sobie nasz dyrektor. Pan ten reprezentował urząd wojewódzki.
-Jak to się stało, że mnie pan zna? – pytam. – Czytałem pańskie wspomnienia. Piękna rzecz. Napisana z zębem. Nie myślałem że jest pan robotnikiem. Zorientowałem się dopiero kiedy wspomniał pan iż pracuje dwanaście godzin.
– To nasz wzorowy pracownik – pochwalił mnie dyrektor.
W sali domu kultury wręczano Krzyże Kawalerskie, Złote Krzyże, Srebrne, Brązowe. Rozdano co było do rozdania, powiedziano co do powiedzenia było. Ja dostałem medal pamiątkowy. Miało być inne odznaczenie, ale syn nie wrócił z Niemiec, nie chciałem wstąpić do partii … czyli powodów było aż nadto.
Poszliśmy potem do sali gdzie czekały na nas bogato zastawione stoły, golonkami, kiełbasą, bigosem, piwem i tak dalej. Wódki nie było.
Na scenie grała orkiestra, a obok jakiś pan stał z mikrofonem. Kiedy orkiestra umilkła, ów pan mówi że przeczyta wspomnienia pracowników poznańskich PGR. Rozpoczął od dyrektorów, kierowników a na końcu mówi
– Mam jeszcze wspomnienia robotnika z kombinatu PGR Gułtowy. Jest to prawdziwa literatura.
Wstałem i jak moi poprzednicy ukłoniłem się. Przeczytał ów pan zapis z pierwszego lutego 1977 roku i dwa wiersze które w tych wspomnieniach były. Czytał bardzo mizernie, ale otrzymałem wiele braw.
27 sierpnia 1989
Czy zdolny jest człowiek określić swój intelekt? Czy inteligencję można podporządkować pewnym wymiarom? Myślę że na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi. Moim zdaniem człowiek im jest mądrzejszy tym bardziej zdaje sobie sprawę ze swej niedoskonałości i znikomości wiedzy jaką posiadł. Świadomość tego, albo też stopień świadomości jest świadectwem jego intelektu.(…)
30 sierpnia 1989
Dzisiaj posiedzenie Senatu. Słucham przemówień senatorów. Odważnych, mądrych. Mówią o przeszłości, o napaści Związku Radzieckiego na Polskę. Jeden wniósł projekt uchwały oddającej hołd wszystkim prawym Polakom którzy zginęli za ojczyznę, oraz tym którzy po 45 roku byli szykanowali albo pozbawieni mienia. Inni domagają się odszkodowania od Związku Radzieckiego za straty wojenne jakie Polska poniosła w wyniku napaści zbrojnej 17 września 1939 roku, oraz za pracę osób wywiezionych w głąb ZSRR. Odważni są ci panowie senatorzy.
10 września 1989
Wczoraj byłem na pogrzebie brata w Zarach. Po pobycie u niego w sierpniu byłem pewien, że nie będzie długo żył. I stało się. Już dwoje rodzeństwa zeszło ze świata żywych.
13 września 1989
W niedzielę odwiedziłem wioskę w której się urodziłem, a nawet dom w którym przyszedłem na świat. Gospodarze już nie ci sami co niegdyś zaprosili mnie do wnętrza. Obejrzałem ładnie umeblowane pokoje. Zapewne nie sami tu mieszkaliśmy. Jak się dowiedziałem później o czym już chyba wspomniałem, obok nas mieszkała ojca siostra z rodziną.
Wczoraj wybrano nowy rząd. Zasłabł nam premier podczas wygłaszania expose. Po godzinie odpoczynku dokończył swój występ. Czekamy na wielkie zmiany.
27 września 1989
Ile we mnie nieporadności, jaki marny architekt zdań. Nie wstydzę się tego wyznania. Piszę jak umiem. A pisać to znaczy myśleć, a myśleć to żyć pełniej. Starać się zrozumieć co niezrozumiałe, czy też godzić się na niezrozumienie? Kto mi odpowie co lepsze?
29 września 1989
Usprawiedliwione jest moje zdziwienie i zaskoczenie. Oto w drzwiach warsztatu spotkałem dzisiaj Ignaca z Martowa. Był nie mniej ucieszony ze spotkania niż ja. Jest ich u nas kilku. Zwiedzają gospodarstwa. Byli też w warsztacie stąd nasze spotkanie.
29 września 1989
Od rana siąpi drobny deszcz. Chłodno, prawdziwie jesiennie. Chciałem pojechać rowerem na „bory i lasy” ale w taką pogodę lepiej posiedzieć w domu.
Syn Zbyszek już mieszka we Wrześni. Nie pomogłem mu w przeprowadzce. Było tylu młodych, że ja tylko bym im przeszkadzał.
W ubiegłą niedzielę w Kiermaszu pod Kogutkiem był mój wiersz zatytułowany „Znów ktoś uderzył”. Ku mojemu zdziwieniu autorką tego wiersza jest ponoć Elżbieta Baniszewska. Szczęść jej Boże. Zawsze uważałem, że to ja ten wiersz napisałem, ale jak widać myliłem się.
Rząd ogłosił program ratowania polskiej gospodarki. Słucham wystąpienia Balcerowicza. Nic nowego. Już przedtem to mówiono. Do końca roku inflacja wyniesie 900 %. Tylko to było nowe.
12 października 1989
Byłem wczoraj w Pałacu Kultury w Poznaniu na spotkaniu autorskim z Wincentym Różańskim. Spotkałem się z poetą który przyjaźnił się ze Stedem. Pisze o tym w niektórych wierszach. Jak mówił, Sted był dziwnym człowiekiem. Skłócony z życiem, konfliktowy. Spotkanie trwało krótko. Różański był chory. Zapytałem, czy i on uważa, że każdy kolejny wiersz pisze się trudniej. Przyznał mi rację. Wpisał mi się do dwóch swoich książek, to jest do tomu „Nam ciszy i nam wiatru potrzeba” oraz do wyboru wierszy „Bądź pozdrowiona chwilo”. Ładny tytuł.
Podobno być poetą, to wygłup niedojrzałego umysłu. To nie moje słowa. Może w tym coś jest?
22 października 1989
Pan Donat Niewiadomski ocenił moje wiersze i prozę. O liryce napisał kilka zdań pozytywnych, natomiast na prozie nie zostawił suchej nitki. Z jego wypowiedzi wynika, że opowiadanie „Cezarek” jest fikcją. Tymczasem nie jest to fikcja. Dlatego jest jakie jest. Po prostu bez klasycznej dramaturgii. To zdarza się w życiu, że bohater ma jednocześnie cechy pozytywne i negatywne. Wychowaliśmy się na innych wzorcach stąd trudno zaakceptować to co wyżej napisałem.
5 listopada 1989
Wczoraj byłem w Poznaniu na posiedzeniu zarządu Oddziału STL. Grozi mojemu Stowarzyszeniu plajta. Państwo wstrzymało dotacje. To dobrze że mój tomik wyszedł. Napisałem dzisiaj do Zarządu Głównego o przysłanie czterdziestu tomików. Są po dwieście pięćdziesiąt złotych, a więc bardzo tanie. Ceny książek ogromnie wzrosły. Pisząc o dotacjach wypada dodać, że wstrzymano je również dla partii. Czyli oszczędność. Najzabawniejsze jest to, że partie na kampanię wyborczą zaciągnęły pożyczki.
11 listopada 1989
W ubiegłą sobotę kiedy wracałem z Poznania do domu pomyślałem sobie że na tych posiedzeniach to młócimy słomę. Omawiamy wiele problemów, wiele planujemy, potem znowu omawiamy, znowu planujemy i tak na okrągło. Nie widać nas w poznańskim środowisku. W ubiegłym roku wypłynąłem ze swą poezją, ale przez Klub Literacki przy Pałacu Kultury, chociaż pod szyldem STL. I to było to ziarno działalności. A co inni: Hagel wystawił w Pałacu Kultury kilka rzeźb. Z Cebulskim mieliśmy spotkanie z członkami Klubu Literackiego. To było wszystko. A jest nas czterdziestu paru. Teraz kiedy cofnięto dotację będzie jeszcze gorzej. Dojazdy do Poznania, do Lublina to mniej czy więcej kosztowne sprawy. Kto pojedzie za swoje? Dzisiaj imieniny Marcina, a także święto państwowe. W nocy padał śnieg. Marcin przyjechał na siwym koniu.
23 listopada 1989
Zima rozgościła się na całego. Od paru dni leży sporo śniegu i mróz dwa – trzy stopnie nie ustępuje. Przy tym mamy jasne, piękne dni.
W Warszawie usunięto pomnik F. Dzierżyńskiego. Oglądałem to wydarzenie w telewizorze. Przewiązano nieboraka liną, kiedy dźwig uniósł go rozpadł się na trzy części. Natomiast w Nowej Hucie ktoś podpalił pomnik Lenina. Ma ten Lenin za swoje. Parę lat temu podłożono pod niego ładunek wybuchowy w wyniku czego oberwało mu nogę.
Dzisiaj Sejm anulował ustawę z 1946 roku o powołaniu ORMO. Nie mamy już społecznych obrońców władzy ludowej. Kto chce może nadal być konfidentem. Nic temu nie stoi na przeszkodzie. Ale po co zaraz fundować im buty, mundury i specjalne uprawnienia.
3 grudnia 1989
Ufff! Przeżyłem wczorajsze nawiedzenie moich wnucząt. Pewnie że fajne dzieci, ale broń mnie Panie Boże przed ich wybrykami, krzykiem, szamotaniem się, a wreszcie płaczem. W domu nie miałem nic do gadania. Nawet mnie nie słuchali. Nie wytrzymała też szyba w biblioteczce. A było tak dlatego, że przyjechał ze swymi pociechami syn Janusz z Niemiec. Kupił sobie ładne auto i ruszył do Polski. Jako bezrobotny ma dużo czasu. I jako taki kupił Forda. Jutro odjeżdżają.
Wczoraj urządziliśmy rodzinne spotkanie. Przy okazji Zbyszek powtórzył rozmowę ze swoim synem Filipem.
– Byłeś w kościele? – pyta go.
– Byłem.
– I co tam widziałeś?
– Nic.
– Nic nie widziałeś?
– Nic.
– A ksiądz był?
– Był.
– I co mówił?
– Nic.
– A film wczoraj obejrzałeś?
– No! – ożywił się.
– Podobał ci się?
– Fajny! Wiesz tata jak się strzelali? O kurcze, tata!
I ciągnęła się opowieść.
10 grudnia 1989
Ale zanim goście odjechali do Hannoweru byli w Poznaniu i piękny samochód zeszpecili w wypadku. Maluch dziobnął go w drzwi, ale tak szczęśliwie że drzwi można zamykać i nie rozbiła się szyba.
Córka Janusza Natalia chodzi do niemieckiego przedszkola i całkiem płynnie mówi po niemiecku, oczywiście w zakresie swych dziecięcych potrzeb. Syn Zbyszek, kiedyśmy u niego byli we Wrześni mówi: – Zaśpiewaj nam Natalia po niemiecku. Uczysz się chyba piosenek w przedszkolu?
Natalia jest nieśmiała. Cos powiedziała do Janusza, Janusz jej odpowiedział i oto Natalia wchodzi pod stół i śpiewa. Taka jest Natalia.
W czwartek 7 grudnia otrzymałem list z Zamościa. W konkursie poetyckim im. Standsława Buczyńskiego wiersze moje zdobyły II nagrodę. Zapraszają do Hrubieszowa do tamtejszego domu kultury na podsumowanie. Kosztów podróży nie zwracają. Nie pojadę.
17 grudnia 1989
Tak sobie nieraz myślę, kiedy kończy się patriotyzm, a zaczyna nacjonalizm. To że życzę dobrze mojej ojczyźnie to oczywiście wypływa z patriotyzmu, ale żeby nie być nacjonalistą musiałbym życzyć równie dobrze wszystkim narodom świata. Ale ja moją ojczyznę stawiam jednak przed innymi krajami. A więc czy jestem nacjonalistą? Jeśli tak, to dobrze i już się nie zmienię jakkolwiek by mnie nazywano.
Kilka lat wstecz uczono nas internacjonalizmu który ograniczał się do krajów socjalistycznych. Kraje kapitalistyczne to zło. A więc jakie oblicze ma prawdziwy nacjonalizm? Doprawdy nie wiem. A jakie ma patriotyzm? Też do końca nie wiem.
20 grudnia 1989
W Rumunii niepokoje. Rumunia to jeden z ostatnich bastionów totalitaryzmu. Podobno do demonstrantów strzelano z helikopterów. Również czołgi masakrowały ludzi. Jak szacują korespondenci, zginęło dwa tysiące uczestników manifestacji.
W przeszłości Ceausescu miał powiedzieć, że prędzej urosną gruszki na wierzbie, niż w ich kraju cokolwiek się zmieni. Studenci zawiesili gruszki na wierzbie rosnącej przed uczelnią. Wierzbę ścięto.
23 grudnia 1989
Mija pierwszy dzień mojego pięćdziesiątego czwartego roku życia. Pogoda wietrzna i deszczowa.
W Rumunii przewrót. „Słońce Karpat” z żoną zostali aresztowani. Przed chwilą jednak podano, że Ceausescu z ukrycia kieruje służbą bezpieczeństwa, która stoi po stronie dyktatora. Te sprzeczne wiadomości świadczą o narastających niepokojach.
24 grudnia 1989
Wigilia, ani odrobiny śniegu. Na termometrze trzy stopnie ciepła. Przed chwilą wróciłem z lasu. Przyniosłem kilka gałązek świerku. Przystrojone stoją teraz na telewizorze. Tam właśnie dla nich znalazła żona miejsce. Jest oto w moim pokoju symbol Gwiazdki. W lesie wśród świerków niemałe spustoszenie. Ludzie są bez miłosierdzia. Ucinają wierzchołki dużych świerków. Leżą też choinki które komuś nie spodobały się po ścięciu. Szkoda,że nasza tradycja nie zabrania ucinania drzew, a raczej skłania do tego czynu.
To prawda, że bez śniegu, ale pięknie dzisiaj. Dymy unoszą się ukośnie z kominów ku zachmurzonemu niebu. Jest w tym dniu dostojeństwo, które kojąco działa na człowieka. Rozbudza nadzieję. Stwarza uroczysty nastrój duszy. Bez mrozu, bez śniegu, a działa narkotycznie.
Dwudziestego ósmego grudnia zapraszają mnie do Gminnego Ośrodka Kultury w Kostrzynie. Urządzają jakiś wieczorek. Chcą abym przeczytał kilka wierszy. Pojadę.
27 grudnia 1989
Ceausescu nie żyje. Razem z żoną zostali rozstrzelani. Nie wytoczono im normalnego procesu. Cała rozprawa trwała dwie godziny. Przypuszczam że obawiano się odbicia go przez wierne mu oddziały, a zarazem zwolniono od przysięgi jego ochronę. Smierć odebrała im nadzieję na zwycięstwo.
Tak czy inaczej, to co zrobiono uważam za zwykłe morderstwo.
29 grudnia 1989
Byłem wczoraj w Kostrzynie. Uczestniczyłem we wspaniałej imprezie. Były kolędy, opłatek, wspomnienia. Była też moja poezja. Otrzymałem wiele braw. Chętnie pojadę na każde następne zaproszenie.
Przed wielu, wielu laty kiedy uczyłem się w szkole w Pławcach gdzie nauczycielem był Leonard Turkowski, ze szkolnej biblioteki wypożyczyłem książkę zatytułowaną bodajże: „Głód ziemi”. Rzecz była o Chinach, opium, kobietach. Jak na mój chłopięcy gust nawet sprośna. Przeczytałem ją z wielką uwagą, o czym świadczy moja pamięć o niej. Kiedy ją zwracałem Turkowski popatrzył na mnie, szczerze się roześmiał i spytał:
– Naprawdę ją przeczytałeś?
– Przeczytałem.
Smiał się jeszcze bardziej. Nie wiem co w ten sposób objawiał.
30 grudnia 1989
Dzisiaj senatorzy omawiają zmiany w Konstytucji. Na marginesie tych zmian pragnę dwa słowa napisać.
Jak to było, że ja przez tyle lat nie wyobrażałem sobie innego ustroju niż ten który nam narzucono po wojnie. Były pewne ramy które obejmowały moje życie, prowadziły jakąś wyimaginowaną przez kogoś drogą i właściwie to mi wystarczało. Nie mogłem wyobrazić sobie tej inności która teraz nieśmiało, albo też powoli zmienia człowieka. Czy tylko mnie? Myślę że ta nowa droga wróci ludziom człowieczeństwo, a nazwie Polska prawdziwą wartość.
Jutro ostatni dzień starego roku. Kolejny rok stanie się historią. Dla mnie wypełniony był podróżami jak żaden w życiu. Hannower, Moskwa, Charków. To dużo. Podróżowałem też po Polsce.
Druga nagroda w konkursie im.Jana Pocka, druga nagroda w konkursie im. Stanisława Buczyńskiego w Zamościu, druga nagroda w Turnieju Jednego Wiersza w Lublinie. Pałac Kultury w Poznaniu zamierza wydać almanach w którym znajdą się również moje wiersze. To dużo. Poza tym działo się wiele na świecie, szczególnie w Europie Wschodniej.
żegnaj Stary Roku!