Dzienniki z lat 1985 – 1990

7 stycznia 1987
Przeszły święta Bożego Narodzenia, minął Sylwester. Trzydziestego grudnia z Zarządu Głównego STL otrzymałem piękny list. Mają zamiar złożyć mój tomik w Wydawnictwie Lubelskim. Za wcześnie cieszyć sie. Jeszcze wróbel na dachu.

11 stycznia 1987
Niedziela. Na termometrze minus dwadzieścia cztery stopnie. Dawno nie było tak niskich temperatur.

14 stycznia 1987
Rano termometr opadł do dwudziestu pięciu stopni.

15 stycznia 1987
Sledzę pilnie poczynania zimy. Inne sprawy schodzą na dalszy plan. Rano było minus dwadzieścia, teraz o siedemnastej jest tylko pietnaście. Już zaczynają wypowiadać się uczeni. Twierdzą, że nad Europą powstała dziura przez którą wypromieniowało ciepło do kosmosu. Powodem tego jest brak ozonu.
Otrzymałem dzisiaj list od prezesa Tymczasowego Zarządu Klubu Literackiego przy oddziale ZLP w Poznaniu. Chcą żebym przysłał dziesięć wierszy, które komisja kwalifikacyjna oceni i wyda decyzję czy przyjąć mnie do Klubu czy też nie. Dziękuję im i nie poślę wierszy. Już oceniano mnie nie raz.

18 stycznia 1987
Skończyła się moja kadencja w Radzie Pracowniczej. Przestanę chodzić na posiedzenia, przestanę kogoś denerwować, że mówię nie po ich myśli, albo że myślę inaczej niż oni. Otóż, zdarza mi się mieć własny pogląd na omawiany problem.

10 czerwca 1987
I oto już jesteśmy w innym mieszkaniu. Ile to dni upłynęło od ostatnich zapisków? Bóg jeden wie. Ale siedzę oto w pokoju, wypoczywam i piszę. Piszę!
W kwietniu posłałem wiersze na konkurs do Wąglan i do Lublina na konkurs im. Jana Pocka. W Węglanach mam wyróżnienie. Podobnie jak w roku ubiegłym zapraszają na podsumowanie. Piękna to impreza, ale nie pojadę. Dwudziestego czerwca jadę do Mirka na przysięgę do Mrągowa.

7 lipca 1987
Dzisiaj dzień wypłaty. Od rana nic szczególnego się nie dzieje, dlatego opiszę piątek, 3 lipca. Opiszę dlatego,że zostałem zaproszony na podwieczorek z gośćmi z Ukrainy. Nas Polaków było piętnastu, Ukraińców dwoje. Był sekretarz komitetu zakładowego ich partii tamtejszego sowchozu oraz dyrektor szkoły. Goście zapoznali nas z wynikami produkcyjnymi swego sowchozu oraz z problemami nauczania, a także podzielili się wrażeniami. Zrobili na nas pozytywne wrażenie.
Wczoraj Józef M. powiedział do mnie:
– Czemu nie wstąpisz do związku zawodowego? Miałbyś szansę jechać na Ukrainę. Opłaciłoby ci się to.
Nie wiem co zrobić.

22 lipca 1987
Święto. Siedzę, odpoczywam, piszę. Rozstrzygnięto konkurs im. Jana Pocka. Niestety, nic.

8 sierpnia 1987
Już tydzień jest u nas wnuk Dominik. Trochę chorował. Co zjadł, to zwrócił. Chyba czymś się zatruł. Wczoraj żona chciała położyć go do łóżka, a on mówi:
– Jeszcze paciorek, babciu.
– Nie musisz mówić dzisiaj, jesteś chory.
– Musze mówić, bo mnie diabły porwą!
Przeraził mnie tym stwierdzeniem. Zapewniłem go, że diabły do nas nie przyjdą, bo dziadek jest większym grzesznikiem od nich, a poza tym boją się świętego obrazka co nad łóżkiem wisi. Modli się chłopaczek szczerze. Prosi Bozinkę o zdrowie, dla wszystkich nie wyłączając mnie. Na koniec powiedział jeszcze:
– I spraw Bozinko żeby zginęły mi krosty które mam na buzi.
Już od miesiąca boli mnie kolano. Dominik bardzo przeżywa. Wczoraj modląc się, powiedział:
– Spraw Bozinko żeby dziadziusia przestało boleć kolano.
A potem przyszedł zapytać mnie czy mi lepiej, bo Bozinkę o to prosił, zapewniłem go, że znacznie mi pomogło. Cieszył się.

21 września 1987
Beniu J. który za wiarę siedzieł w więzieniu (nie chciał iść do wojska) pojechał ze szwagrem na ryby. Szwagier dał mu wędkę, wytłumaczył jak ją rzucić, kiedy zatrzymać kółeczko z żyłką i tak dalej. Beniu kiwał głową. Wszystko niby proste jak sznurek w kieszeni. Rozstali się. Beniu machnął wędką solidnie i czeka kiedy ryba pociągnie. Czekał tak kilkadziesiąt minut i nic. Przyszedł szwagier:
– I co, biorą?
– Nie!
Popatrzył na Benia, na wędkę, pobiegł oczami za żyłką a ona wisiała na wierzbie. Takim rybakiem jest Beniu.

14 listopada 1987
W czwartek byłem na spotkaniu z gośćmi z Ukrainy. Fajni ludzie. Jest ich sześciu, w tym dwie kobiety, dojarka i traktorzystka Luba. Luba to wspaniała dziewczyna. Czarnowłosa, smukła. Az nie chce sie wierzyć, że pracuje na traktorze. Chłopaki w warsztacie mówią, że ma ogromne dłonie. Mozliwe. W czwartek przedstawiono ją nam zaznaczając, ze jest kandydatem do KPZU. Nawet na coś takiego można patrzeć pozytywnie. Jeśli się bardzo chce.

20 listopada 1987
Dzisiaj rano Janusz J. wszedł do warsztatu i od drzwi woła:
– Szybko kubek ! Szybko !
Wziął kubek stojący na ciągniku.
– Majster, chodź.!
Spojrzałem. Miał w ręku butelkę wina.
– Nie mogę, wypij sam.
Wypił. Potem jeszcze wypił, i jeszcze. Chodził wesoły. Przed trzecią mówi:
– Polałbyś, majster.
– Nie mam co.
– Bo ja wiem? Jak byś dobrze poszukał.
Poszedł do mojego kantorka który całe dnie jest otwarty i zza wiadra wyjął butelkę wina. Potem jeszcze jedną. Wypili we trójkę, Janka nie zawołali. Zerkał z boku. Rychu mając w czubie mówił:
– Jak Janek był mały, matka brała go na rękę, wychodziła na wieś i straszyła dzieci.
Janek tylko się uśmiechał.