Dzienniki z lat 1985 – 1990

23 marca 1986
Dzisiaj Niedziela Palmowa. Zona z palmą poszła do kościoła. Tradycji stało się zadość. Aby zdobyć te gałązki zrobiłem wczoraj kilka kilometrów.
Od samego rana mozolę sie nad wierszem który jest jeszcze bez tytułu. Chcę napisać o spacerze w kwietniowy wieczór. Prawie nie mam wierszy o wiośnie.

30 marca 1986
Niedziela wielkanocna. Rano byliśmy w kościele. Lubię ten religijny nastrój który towarzyszy wielkim świętom kościelnym. Kiedy organista zaśpiewał – Wesoły nam dzień dziś nastał – radość mnie ogarnęła, uczucie które tak rzadko gości we mnie. Warto iść do kościoła również tylko dlatego.
Zaraz widzę wiosnę, falujące oziminy, widzę siebie wychodzącego z kościoła w Czerlejnie. Z podniosłym uczuciem rozbudzonym pieśniami i wiosną, zamiast iść drogą do domu, szedłem kilka kilometrów przez pola. Cieszyłem sie tym co mnie otaczało, rodzącym się życiem. O Boże! Jak dawno to było. Czterdzieści lat, a obraz tych wiosennych pól noszę do dziś. A dziś jest równie pięknie, słonecznie. Fiołki przy kościele i w parku już się obudziły i listeczki wychyliły spod zeschłych liści. Jeszcze kilka ciepłych dni i zakwitną.

12 kwietnia 1986
Pierwszego kwietnia dzwonił dyrektor GOK z Kostrzyna informując mnie, że 24 kwietnia odbędzie sie impreza pisarzy środowiska poznańskiego. W związku z tym GOK organizuje występy zespołów śpiewaczych i tanecznych z Iwna i Siekierek. Chce abym ja wystąpił w tej imprezie recytując swoje wiersze.
Byłem w piątek na próbie. Reżyser wybrał dwa utwory które potem mówiłem ze sceny. Dwudziestego trzeciego odbędzie się jeszcze jedna próba.

25 kwietnia 1986
Nareszcie wiosna. Na termometrze dwadzieścia pięć stopni w cieniu. Wczoraj byłem w Gminnym Ośrodku Kultury w Kostrzynie. Przybyło ponad trzydziestu pisarzy. Teraz już wiem jak wyglądają ci, co wzbogacili moje życie. No, może nie oni, ale ich koledzy i poprzednicy. Poznałem H.Gordziej, Łucję Danielewską, N.Chadzinikolau, Orłonia, Górnickiego, Fornalczyka i innych. Grupińskiego poznałem w ubiegłym roku i zamieniłem z nim parę słów. Przed takim audytorium wypadło mi wystąpić ze swymi wierszami. W całej okazałości dostrzegłem wtedy ich niedoskonałość i swoją nieporadność poetycką.

29 kwietnia 1986
Wczoraj później niż zwykle wybierałem się spać. Było już ciemno, ale że dzień był nad wyraz piękny i takiż był wieczór, jakoś niechętnie zdejmowałem odzienie.
– Przeszedł bym się teraz po parku – mówię.
– Przecież możemy iść – zgodziła się żona.
Ucieszyłem się. Wieczór był cichy, pełen wiosennego chłodu, łagodnego chłodu. Szliśmy alejką. Lampy nie świeciły, ale wyraźnie rysowały sie w ubogim mroku kształty domu socjalnego, później pałacu. Pałac minęliśmy prawą stroną idąc w kierunku stawów i kortu. Rozmawialiśmy o tym i owym. Rozmowa lekka i zgodna. Spacery sprzyjają takiej rozmowie. Po pewnym czasie umilkliśmy oboje wsłuchując się w kwilenie jakiegoś ptaka.
Cofnąłem się pamięcią do lat wczesnej młodości. Wyobraziłem sobie tamten wczesny wieczór. Podwórze w Ługowinach. Pod oborą na słomie drzemał stróż. Nietoperze uwijały się w powietrzu. Niekiedy westchnęła krowa, parsknął koń. Z szosy dobiegał śmiech dzieci uwijających sie za chrabąszczami, a ze stawów za kuźnią rozlegał się śpiew żab. Nie rechot, nie kumkanie, piękny śpiew. Nie wiem jak wyglądaja śpiewające żaby? Za dnia nie było ich widać ani słychać, za to wieczorem… Może to straszne ropuchy, brzydkie monstra. Ale śpiewają i to każda głosem o innym zabarwieniu. I nagle…jawa czy sen? Słyszę ten sam śpiew żab. Poderwałem sie. Poczułem szarpniecie za rękę i głos:
– Dokąd chcesz biec?
– Słyszysz? Zaby śpiewają!
– E, taki śpiew!

1 maja 1986
Ważniejszym wydarzeniem niż Święto Pracy jest awaria w elektrowni atomowej w ZSRR. Setki kilometrów od nas, a „dzięki pomyślnym wiatrom” radioaktywność dotarła do nas. Służba zdrowia ma urwanie głowy. Dzieciom do lat 16 podaje sie doustnie preparat jodowy, bowiem do atmosfery przedostał sie radioaktywny jod.

4 maja 1986
Powrócę jeszcze do awarii elektrowni w Czernobylu. Telewizja zapewnia nas, że promieniowania prawie nie ma. Skoro jest tak dobrze, to dlaczego mleka od naszych krów nie wolno spożywać i dzisiaj dowieziono nam mleko z innego gospodarstwa, gdzie krowy karmią paszą z ubiegłego roku, to jest kiszonką.

20 maja 1986
Już pozwalają pić mleko od krów karmionych zielonką. Zakaz odwołano piętnastego maja.

31 maja 1986
Przed chwilą wróciłem z Poznania. Byłem na Zjezdzie Założycielskim Oddziału Wielkopolskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Mało nas uczestniczyło. Na ogólną liczbę bodajże pięćdziesięciu, udział wzięło piętnastu. Ale zarząd wybraliśmy. Prezesem został Stefan Cebulski z Rożnowa koło Obornik, kolega po piórze. Ja zostałem sekretarzem.

11 sierpnia 1986
Dzisiaj zmarł Czesław W. Wielki romantyk, człowiek o złotym sercu. Kiedyś był kierownikiem w Ługowinach, a ja jego pracownikiem. Siedział przed domem na ławeczce, rozmawiał z sąsiadem i nagle paraliż objął ciało. Zaniesiono go do domu gdzie po godzinie skonał.

18 października 1986
To było wczoraj. Wczoraj byłem w siedzibie Oddziału Poznańskiego Związku Literatów Polskich. Takich kibiców jak ja było dwudziestu, a powinno być trzydziestu ośmiu. Tylu Związek wytypował i tylu zaprosił na zebranie założycielskie Klubu Literackiego. Byłem najstarszym uczestnikiem i czułem się obco. Poznałem Ryszarda Daneckiego, wiceprezesa ZLP i zamieniłem kilka słów. Spotkałem tez Helenę Gordziej i Marka Oborskiego.
Już teraz wiem że nie pojadę na kolejne spotkanie. Nie jest to towarzystwo dla mnie. Jak się określili, są młodzi i gniewni. Ja mogę być tylko gniewny.
A teraz o czym innym. Kolega Stefan Cebulski z Rożnowa w wieku 74 lat doczekał się własnej książki. Jej tytuł: Kamienie i kwiaty. Przysłał mi niedawno egzemplarz. Kiedy ja będę miał swój tomik?

13 grudnia 1986
Dwudziestego drugiego listopada w sobotę w naszym pałacu w Sali Balowej wystąpili skrzypkowie biorący udział w konkursie im.H.Wieniawskiego. Wystąpił Polak i Kubańczyk, nazwisk nie zapamiętałem. Koncert rozpoczął się o godzinie osiemnastej. Listopadowy wieczór ciemny jak grób. Może była godzina osiemnasta trzydzieści, grał Polak, wszyscy zasłuchani. Nagle zgasło światło. Skrzypek przerwał, ale za chwile grał dalej rozpoczęty utwór. To było piękne. Z ciemności płynęła muzyka barwniejsza i łatwiej do nas trafiała. Później zapalono mnóstwo świec. To również było nastrojowe. Czarny Kubańczyk stał się jeszcze czarniejszy. Słaniały sie płomyki, a cień skrzypka poruszał sie na ścianie jak wielki nietoperz.
W moich zapiskach pominąłem ważny szczegół. Oto w konkursie Szukamy Talentów Wsi ogłoszonym przez Waldemara Jóźwika z Wąglan i niektóre redakcje, wiersze moje zdobyły wyróżnienie. Z tej okazji pojechaliśmy z żoną do Opoczna, do Wąglan. Mówiłem ze sceny swoje wiersze, poznałem wspaniałych ludzi.