30 kwietnia 1985
(…)
Operator dźwigu opowiadał dzisiaj, że będą musieli rozebrać częściowo ścianę budynku mieszalni pasz którą niedawno montowali, ponieważ sprowadzone maszyny nie można wstawić drzwiami do środka. Przypomina mi to historię jaka wydarzyła mieszkańcowi wioski w której poprzednio mieszkałem:
Była niedziela. Ksiądz chodził po kolędzie. Za oknem mróz. Potrzebował ów mieszkaniec klatkę dla królików. Zbijał ją w kuchni. Wszystko pięknie się składało, klatka się udała. Delektując się jej widokiem spojrzał w okno. Ksiądz z ministrantami szedł do niego. Szczeście, że mieszkał kawałek ode wsi.
– Matka, pomóż wynieść klatkę! – woła do żony.
Chwycili we dwójkę ale klatka okazała się szersza od drzwi. Próbują z tej i z tamtej strony. Nic. Rad nie rad chwycił siekierę, klatkę rozwalił i księdza przyjął, jak trzeba.
A teraz co innego. Zaopatrzeniowiec przyszedł dzisiaj do magazynu gdzie akurat byłem. Magazynier pokazuje mu kwit na ramę i pyta gdzie jest rama, skoro jest kwit?
– Nic nie wiesz? – pyta zaopatrzeniowiec.
– Nie wiem.
– Posłuchoj no. Miały być klepiska do kombajna? Miały być. Więc są.
A ramę trzeba rozchoduwać. Nie kazałbym wpisać ramy nie byłoby klepiska. Musiałem tak zrobić.
Czy dobrze zrobił? Nie moja sprawa. Pokazuje tylko kawałek życia.
Skoro jestem przy zaopatrzeniowcu jeszcze parę słów. Pochodzi z Kieleckiego. Jest człowiekiem strasznie zabieganym. Oto co opowiadał o nim kierowca który z nim jeździ:
– W pewnym miasteczku każe mi się zatrzymać. Wysiadł z samochodu, sięgnął po kurtkę i w żaden sposób nie może jej na siebie włożyć.
– Słuchoj no, Waldek, nie jest to twoja kurtka?
– Moja wisi.
– To musiałem gdzieś zamienić. Moja nie była podarta.
Rzucił kurtkę do samochodu i poszedł. Wziąłem ją do ręki, oglądam.
Ależ tak. To jego kurtka, tylko odwrócona na lewą stronę.
Innym razem pojechaliśmy po części do Poznania. Stanąłem samochodem, zaopatrzeniowiec poszedł do biur. Je zawróciłem i stanąłem w innym miejscu. Po pewnym czasie widzę go jak idzie. Smieje się do mnie.
– Cześć! mówi.
– Cześć! – odpowiadam.
Minął mnie i idzie dalej. Po chwili wraca. -Słuchoj, Waldek, czemu stanąłeś w innym miejscu? Jo cie szukom, czas tracę niepotrzebnie.
Pojechaliśmy kiedyś po części do suszarni. Stanąłem pod biurem gdzie zaopatrzeniowiec załatwiał sprawy. Trzeba coś spsocić – myślę. Wyszedłem z samochodu i stanąłem przy drzwiach biura. Po chwili wychodzi.
– Dzień dobry panu – mówię.
– Dzień dobry – odpowiada. -A skąd mnie pan zna?
Podał mi ręke, spojrzał i zawołał:
– Waldek ! Tak nie powinieneś robić, choruba. Zartujesz sobie ze mnie! Popłakałem się ze śmiechu.
1 maja 1985
Swięto dzisiaj, a my siedzimy w domu. Od rana pada śnieg. Niewielu ludzi będzie na pierwszomajowym pochodzie w Kostrzynie.
Chmury wiszą nisko. Przy takiej pogodzie nie może być radości w pochodzie. Nie może być radości z wielu innych powodów. Patrzę przez okno. Sypie że świata nie widać.
Witaj maj … U Polaków błogi raj.
Skąd ja to znam?
9 maja 1985
Przyleciały kukułki. Nareszcie przyszła prawdziwa wiosna. Długo było zimno. Buraki cukrowe zasiane wcześnie, zmarzły.
Wczoraj była wypłata. Popili niektórzy. Janusz J. przyszedł do pracy w mizernym stanie. Opowiadał, że zgubił rower pożyczony od sąsiada, prosił kierownika o dzień urlopu. Do południa szukał roweru, ale nie znalazł. Usiadł w warsztacie, podparł ręką głowę i ciężko się zamyślił. Współczułem mu widząc jak duma. Lecz on po chwili mówi:
-A tak myślę, jak tu skombinować coś do wypicia. Od tego myślenia dostanę chyba żylaków na mózgu.
Niepotrzebnie mu współczułem.
12 czerwca 1985
Jak ten czas leci.Niedługo imieniny Wita. Ludzie mówią,że kiedy Jezus chodził po ziemi, zawołał kiedyś:
– Wicie ! Wicie ! Ile jest ziaren w życie?
– Nie słyszę bo ptaki śpiewają!
– Ptaki cyt, bo nie słyszy Wit! – powiedział Jezus.
Czy tak było? Nie wiem. Wiem tylko że wiosnę, najpiękniejszą porę roku mamy za sobą.
30 czerwca 1985
Wczoraj miałem dziwny sen. Śniła mi się matka. Przyszła do mnie trzymając w ręku gałązki ziela, wśród którego był jeden błękitny kwiat lilii. Przyłożyła mi to zielę do czoła, a potem przesunęła ręką ku dołowi i od ramienia do ramienia kreśląc znak krzyża. Później powiedziała mi abym wybrał sobie jedno ziele z którego mi wróży. Wybrałem zapytując co oznacza otwór w liściu. Powiedziała mi, że otwór ten oznacza, abym nigdy nie mówił źle o Bogu. Dziwny sen, prawda?
Zona wzięła udział w konkursie – Dni wczorajsze, dni dzisiejsze.
Ku naszemu zdziwieniu zdjęcie żony i moje ujrzeliśmy w”Gospodyni”. Ciekaw jestem które miejsce jej praca zajmie w konkursie.
27 lipca 1985
Mirek dzisiaj sie żeni. Gdy czas pozwoli napiszę o tym wydarzeniu szerzej.
8 września 1985
Zona w dalszym ciągu nie wie czy zdobyła jakąś nagrodę. Sprawa się odwleka. Tak czy inaczej spodziewa się wyróżnienia. Nagrody raczej nie, bo są chyba wspomnienia tak zwanych działaczy. A to się liczy. Godne odnotowania są opady deszczu niespotykane od lat. Zaczęło padać we wtorek (6.8.85) a przestało w sobotę rano. Ani chwili przerwy. Pojechałem rowerem na pole. Ziemniaki zalane. W gumowych butach nie można wejść. Myszy ratując się weszły na łęty. W tej chwili 7o% ziemniaków mam zgnitych.
Opiszę pewne wydarzenie które miało miejsce w ubiegłym roku. Pola nasze graniczą z polami rolników indywidualnych. Działo się to w Sokolnikach. Nasi ludzie zbierali słomę po kombajnach. W pewnej chwili wybuchł pożar. Zapaliło się zboże rolnika. Ale spójrzmy oczami jednej gospodyni. Przez okno zobaczyła dym. Wyszła na podwórko i mówi;
– Franek , zobacz, pegeerusy sie palą.
Franek przesłonił ręką oczy.
– Pojdę tam, może pomogę gasić.
– Czyś ty ogłupiał! Niech się palą.
Stali tak przez chwilę wpatrując się pilnie. Wreszcie gospodyni zawołała:
– Przecież to nasze żyto się pali! Leć Franek! Pędź!
Tymczasem pegeerusy ogień zlokalizowali przeorując pole.
22 grudnia 1985
Dzisiaj o godzinie szóstej trzydzieści minęło mi pół wieku. Nigdy w przeszłości nie sadziłem, że dożyję tych lat. Piękny dzisiaj dzień. Lekki przymrozek ściął błota i kałuże. I słońce jakoś wesoło świeci. Mogłoby spaść trochę śniegu. Swięta byłyby bardziej nastrojowe.
Synowie Mirek i Janusz przyjechali około południa. Poszedłem z nimi do lasu po choinki. Przynieśli. Wieczorem pojechali. Jak wszyscy sposobią się do świąt.
24 grudnia 1985
Jakoś smutno mi. Czegoś czy kogoś mi brakuje w ten wigilijny wieczór. Świecą lampki na choince, stary adapter co chwila przerywa kolędy i muszę potrząsać nim. Brakuje mi oczekiwania na pierwszą gwiazdę. Za oknem szaro i mglisto. Ani płatka śniegu. Mirek z żoną przyjadą o 2o. Wyjadę po nich na stację, a potem pójdziemy na Pasterkę.
Muszę tutaj powiedzieć, że nareszcie rozstrzygnięto konkurs „Dni wczorajsze, dni dzisiejsze”. Żona została laureatką, to znaczy że praca jej zdobyła pierwszą nagrodę. Piękny prezent pod choinkę. Dziesięć tysięcy złotych, cały miesiąc roboty. Właśnie dzisiaj ta wiadomość do nas dotarła poprzez tygodnik „Gospodyni”.
Rok 1986 rozpoczynam dopiero w marcu. Prawdopodobnie nic godnego zapisania się nie wydarzyło.