24 stycznia 1988
Czas leci a ja nie piszę . Właściwie, to tak mało się dzieje, że pisać nie warto. W środę zabiłem świniaka. W czwartek wędziłem kiełbasy. Drewno rozpalałem denaturatem. Nie wiem jak to się stało, że Kaziu T. zauważył to. Było jeszcze tak wcześnie że powinien spać.
– Nie wylewaj, zostaw! – wołał z daleka.
Zostawiłem. Dolał wody i wypił. Drewno rozpalałem słomą.
29 lutego 1988
W sobotę byłem na posiedzeniu zarządu i zaproszonych gości Oddziału Wielkopolskiego Stowarzyszenia Twórców Ludowych. Obok mnie siedziała babuleńka w ciemnych okularach i z białą laską. Nie wiedziałem kto to jest. Później okazało się, że to Franciszka T. z Pięczkowa. Wielka animatorka tańców i pieśni ludowych. Słynna od lat. Kiedy dowiedziałem się, że to właśnie ona, a pierwszy raz w życiu ją widziałem, musiałem z nią porozmawiać. To bardzo miła i mądra kobieta. Przez całe dorosłe życie uczyła wiejskie dzieci. Wzięła mnie pod rękę i szerokim korytarzem szliśmy w kierunku windy, aby wznieść się na drugie piętro do sali projekcyjnej, gdzie mieliśmy obejrzeć film o zespole który pani Franciszka założyła przed laty.
Film był piękny, kolorowy.
8 marca 1988
Wczoraj w Pałacu Kultury byłem na połączonym spotkaniu członków Klubu Literackiego i STL. Z STL było nas dwóch, ja i Stefan Cebulski, zaś członków Klubu doliczyłbym się dwudziestu albo paru więcej. Impreza ta nazywała się Spotkanie przy Kominku. Zorganizował Jerzy Grupiński, który opiekuje sie Klubem. Z Grupińskim spotkałem sie juz poprzednio, a wczoraj gdy sala opustoszała miałem dłuższą rozmowę. Ciekaw był moich wierszy. Mówił mi co robię źle, co powinienem wykreślić. Nie ze wszystkimi uwagami sie zgadzałem.
Impreza biegła w ten sposób, że aktorka recytowała wiersz, Grupiński zapoznawał z biografią autora, a sam autor również wiersz powiedział. Uczyniłem to z przyjemnością, a potem jeszcze raz o co mnie poproszono.
13 marca 1988
Coś w naszym życiu sie zmienia. Powołano komisje która zajmie sie wymazaniem białych plam w stosunkach polsko-radzieckich. Mówi sio o tym głośno, nawet w Sejmie. Komisja zajmie sie Katyniem, porozumieniem Ribentrop-Mołotow, zaginięciem niektórych osobistości politycznych Polski.
17 kwietnia 1988
Lubię wiosnę. Zawsze ją lubiłem. Widziałem ją w każdym pąku. Szukałem w lasie. Leśny, zielony krzak agrestu zachowałem w pamięci jak piękny bukiet. Jest coś w tej porze, że człowiek czuje się radośniejszy, młodszy, że chce się zyć. Jest coś co pozwala z nadzieją patrzeć w przyszłość. Cieszyć sie małym szczęściem. I nikt mi tej radości nie odbierze. Jeszcze są w Ługowinach pod lasem stawy gdzie w dzieciństwie chodziliśmy. Gdzie z wierzb sporządzaliśmy trąby, piszczałki. Wierzby postarzały, niektóre uschły albo leżą ich zwłoki na dnie. Pięknie wyrosły białe topole. Wówczas były małe, ale już na tyle duże żeśmy się na nie wdrapywali. Gdzie te czasy. Gdzie te wiatry które wzbijały tumany piasku. Gdzie koledzy którzy ze mną rośli, bawili się, cieszyli. Los rozrzucił nas po świecie.
4 maja 1988
Tak mało mam czasu. Codziennie łatam Syrenkę. Płace nawet ludziom którzy mi pomagają. Ale posuwam się z robotą. Jutro wyklepię resor, wieczorem go zamontuję. Potem jeszcze przednie błotniki, drzwi itd. Ale nie to jest ważne. Ważne są strajki. W Nowej Hucie trwa on bodajże już dziesięć dni. Rozpoczął sie strajk w Stoczni Gdańskiej. Z telewizora wieje pusta propaganda. Warto o tym pisać, przecież to historia.
19 czerwca 1988
Przed chwilą wróciłem z długiej wycieczki rowerowej. Byłem w Gieczu. Obejrzałem kościół z XI wieku i groby wokół niego. W 1983 roku pochowano tutaj Stanisława Hebanowskiego. Postać znaną w środowisku teatralnym i literackim Poznania i nie tylko. Teraz odkryłem, że jest on pochowany obok innego Hebanowskiego, chyba dziadka, właściciela Giecza.
Potem pojechałem do Borzejewa. Kiedy opuszczałem te wioskę udając się do Wysławic wąską polną drożyną, zatrzymałem się. Słońce świeciło przez rzadkie chmury, a północno-zachodni wiatr kołysał żyta, pszenice. Płynął od łanów zapach nieokreślony. Zapach który od dzieciństwa mówi mi: Oto zbliża się pora dojrzewania.
Jak okiem sięgam falują zboża. Gdzie niegdzie wierzba jak stróż stoi nad łanami. To znów kopiec tarniny zakłóci równinną monotonię. A nad tym wszystkim skowronki i słońce nieśmiałe, boski spokój i cisza. Wszedłem do żyta i położyłem się wznak. Zakołowały nade mną kłosy. Gdzieś daleko, daleko, poza płytkimi chmurami, błękitniało niebo. Spiew wyrywał mi się z piersi: Chwalcie łąki umajone, góry doliny zielone.
27 sierpnia 1988
Jeszcze strajkują trzy kopalnie, port szczeciński, transport i niektóre wydziały huty Stalowa Wola. Emocje mijają, pozostają nie rozwiązane problemy. Dzisiaj wolna sobota. Siedzę w domu, pisze. Jutro jedziemy do syna Janusza. Robi pożegnanie przed wyjazdem z rodziną do Niemiec. Nie wiem czy wróci. Nic nie mówi, my nie pytamy.
30 października 1988
Dwudziestego ósmego listopada w Gułtowach odbędzie się Biesiada Literacka w której jako członek Klubu Literackiego mam wziąć udział. Z Poznania przyjadą: Jerzy Grupiński, Nikos Chadzinikolau i inni. Będzie to poniedziałek. Najpierw spotkamy sie w szkole z młodzieżą, a potem w tutejszym Domu Kultury z mieszkańcami Gułtów. Nie wiem jaK będę się czuł w tak dostojnym towarzystwie?
8 grudnia 1988
W środę, to znaczy wczoraj zaproszono mnie na spotkanie z ukraińskimi gośćmi bawiącymi u nas. Wiedziałem ze pochodzą z pod Charkowa. A skoro są z Ukrainy, powinni znać twórczość Tarasa Szewczenki. Mam w domu starą księgę z 1865 roku, a w niej wiersz-dumkę tego poety. Myśle sobie, nie byłoby źle gdybym naszych gości tym zaskoczył. Wiersz ma tytuł „Weczir”. Zabrałem go. Atmosfera spotkania była wspaniała. Piliśmy zdrowie gości, a potem kilkakrotnie swoje i musze powiedzieć, ze dobrze pić na swoje zdrowie bo dzisiaj czuję się świetnie.
W pewnej chwili poprosiłem zebranych o chwile uwagi, aby ten wiersz w ich ojczystym języku powiedzieć. Byłem zaskoczony gdy nasi goście wyprzedzali mnie recytując z pamięci.
27 grudnia 1988
Dzisiaj otrzymałem piękną przesyłkę z Lublina: piętnaście tomików moich wierszy. Świeczki stanęły mi w oczach kiedy te książeczkę przycisnąłem do ust, do serca. Czyżbym oczekiwał kiedykolwiek, że coś takiego sie stanie? Nigdy. Pisząc nie liczyłem na opublikowanie choćby jednego wiersza. A tu masz, cały tomik.