Kurpiowskie wycinanki

Wspomnienia z dzieciństwa i refleksje.

I
Pamiętam te czasy, bo trudno je zapomnieć.
Kojarzą się w głowie, spaja je nić wspomnień.
Tak jak babie lato włosami srebrnymi
połączy źdźbła trawy, a wiatr targa nimi
i zrywa, i wiąże jako skrzypek struny
chcąc wygrać rzetelnie huk grzmotu, pioruny.
Pamiętam te czasy – me dziecięce lata.
Mało smutku było, dużo nędzy za to.
W beztroskiej niewiedzy dni bliźniacze biegły,
(bo tajemne duchy swych tajemnic strzegły
i wszędzie ich pełno, i na każdym kroku
gdym tylko chciał zgłębić, chciał podpatrzeć z boku).
Gdy wieczornej pory spadła mgiełka szara,
las w oddali zastygł jak ciemna kotara,
tajemniczy, groźny jako senna mara.
wsparłszy się głową o sztachety płota,
patrzyłem ze strachem w to co ciemność splotła.
Z wiatrem senne szmery – od czasu do czasu –
przyleciały do mnie z dalekiego lasu.
I wydało mi się – wyznaje to szczerze,
w cuda nie wierzyłem i dzisiaj nie wierze –
że bór coś mi szeptał, nieraz głośniej gadał
jakby się ocean wzdymał i opadał.
Zda się, uspokajał me serce płochliwe
i z wysokich tonów wchodził w tony tkliwe
a wiatr przez sztachety ziębił twarz złośliwie.

II
Naprzeciwko okna naszego mieszkania,
rosła brzoza biała, biała od zarania.
Tylko na pniu gładkim, brodawki wyschnięte
-karmiły gałązki dawno odpadnięte –
stroiły pień teraz o skrętach owalnych,
by się nie wydawał bezpretensjonalny.
Zaś u dołu, kora czarne ma odcienie.
A przy ziemi samej przegnite korzenie,
ze skóry od dawna przeze mnie odarte,
charczały jak płuca gruźlicą przeżarte,
gdy wiatry jesienne w takt nią kołysały,
gdy po niebie chmury od zachodu gnały.
Wtedy brzoza rzewnie listkami płakała
i kobierzec złoty na ogródku słała.
Patrzyłem ze strachem jak wiatr nią kolebie.
Oj, zapewne ścielę kobierzec dla siebie!
Przetrzymała jednak wichrów szamotanie
i popadła w długie zimowe konanie.
Które zwyciężyła gdy przygrzało słonce.
Gdy wiatr ciepły hula hen po polach młyńcem
i unosi w niebo słomę, lekkie piaski
przesłaniając słońce i przestworzy blaski.
Kiedy gdzieś ucieka przez bory i laki,
i powoli ginie gubiąc piasek, słomki.
Brzoza smutna, życiem zakwitła zielonym.
Wpierw bladym, milutkim, różem powleczonym.
Później, gdy już majem zaśpiewała ziemia,
jakiś malarz skryty liście jej zaciemnił.
A gdy wieczór cichy do snu mnie ułożył,
to zanim usnąłem, rozmawiałem z brzozą,
albo jej słuchałem, tak najczęściej było
bo gdy rzekłem słowo, to już mi się śniło
że na mnie się gniewa, do lasu ucieka,
że zbrzydła jej przystań bo w niej ją śmierć czeka.
Ja wtedy krzyczałem i tylem się trudził,
że mnie ktoś soczystym szturchańcem obudził.
I tak przeszła wiosna, przeszło lato parne,
sypiąc głodnym myszom w spichrzach złote ziarno.
Wnet nastała jesień, nieznośna, ponura.
Ptaszęta leciały na południe chmurą.
Przezorniejsze ptaki już nad wodą Nilu
umęczone czoła ze spokojem chylą.
Tylko jaskółeczki z zimna pokurczone,
ostatnie żegnały swą rodzinną stronę.
Ostatnie żegnały żalem przepojone
nas i gniazda puste, śliną przyklejone.
Stogami upstrzone rudawe ścierniska.
Już jesień nadchodzi, rudawa jak rżyska.
Z uwięzi spuściła znów wiatry szalone.
Na niebo wygnała chmury postrzępione.
Pewnej ciemnej nocy, gdy ja spałem twardo,
gdy wiatr wył w kominie i złorzeczył hardo.
Kiedy targał brzozą starą i słabiutką,
chcąc za wszelką cenę złożyć ją w ogródku.
Jednak zrobił swoje i tak też się stało.
Rano, jak na przekór niebo zajaśniało.
Cichutki zefirek wiał gdy wzeszła zorza.
Cichutko szemraniem żegnała mnie brzoza.
I ja ją żegnałem głębokim spojrzeniem,
i powiek mruganiem, i warg lekkim drżeniem.

III
Uwiecznić pomnikiem psotne młode lata,
abstrakcją wymyślną, bez srebra i złota,
bez drogich kamieni, aby nie błyszczały,
-kształtami prostymi, które by splatały
najdziwniejsze chwile, przeróżne nastroje,
które by mówiły – cichym życiem swoim,
splotem nagich myśli – o dzieciństwie moim.
Abstrakcja głęboka i metafizyka,
stosy atomowe i cybernetyka.
Burzliwy dwudziesty, wiek techniki, tempa
i ziemia pokojem nigdy nie objęta.
Wiek dwudziesty, wszelkie tajemnice zgłębił.
Nauka go wiedzie. Naukę zazębił,
wysunął do przodu, kordonem osłania
i pędzi szalony bez opamiętania.
Aż nauka sama, której tak hołduje,
zgubi go, pokona i grób mu zgotuje.
I ten wiek dwudziesty co wszystkim pomiata,
nie potrafi zgłębić dziecięcego świata.
Nie stworzą pomnika jego pierwsi Wieszcze
by patrząc na niego przeżywać raz jeszcze
to co się przeżyło i w snach, i na jawie,
stworzyć takie dzieło – to zyskać na sławie.

IV
W pokoju przy oknie, buteleczka stała,
w niej woda święcona, brudna, zzieleniała.
Trzcinowe miotełki, gałązki z pąkami,
złączyły się dołem zgnitymi nogami
i w szyjce butelki szczelnie zaciśnięte:
był to dla mnie symbol wszystkiego co święte.
Lecz nie mogłem pojąć, dlaczego ta woda
tak jest ubóstwiana i tak wszystkim droga.
W maju, gdy sprzątnięto z łąki pierwsze siano,
gdy podrosła trawa, krowy wyganiano.
Co to było wtedy hałasu i krzyku,
ile bieganiny, wesołego ryku.
A najbardziej w głowie mej utkwiły chwile,
-do dziś do mnie lecą jak na kwiat motyle –
kiedy gospodynie krowy swe żegnały
i wodą święconą rogi pokrapiały.
Ze wszystkich złych duchów teraz oczyszczone,
pędziły na łąkę kurzem okolone,
ogonami bijąc natarczywe muchy.
Kobiety włożywszy ręce pod fartuchy,
wyszły za stodołę: prowadziły wzrokiem
już nie swoje krowy, lecz kurzu obłoki.
I tak każdej wiosny jak sięgam pamięcią,
kobiety jednako krowy swoje święcą.
Tak samo je strzegą przed złymi duchami,
wodą i modlitwą, głuchymi prośbami.

V
Wiele lat minęło od chwil tu wspomnianych,
lat wesołych, smutnych, czy wręcz opłakanych.
Teraz z tego miejsca gdy spoglądam na nie,
widzę siebie nędznym drzewem na kurhanie.
Nędznym krzaczkiem wiotkim, nędznym ostem, który
będąc trochę wyżej chce zaczepiać chmury.
Tu – przyznam się szczerze i nic nie omanię
że do dzisiaj tak stoję na twardym kurhanie.
Tylkom swe korzenie, głębiej wepchnął w skałę.
Nie lękam się wichrów, bo je pokonałem.
Chociaż jeszcze nieraz gdy siły nabiorą,
rzucą się i wiosną, i jesienną porą.
A ja wtedy gram na nich jako na strunach,
z odcieniami nieba przy pożarów łunach.
Tylko moje granie nie dojrzało jeszcze,
niedołężne, harde jak kowalskie kleszcze
i nieokreślone strunami brzdąkanie
-znawca w nim usłyszy o nuty wołanie.
Lecz usilną pracą i zaparciem w sobie,
co postanowiłem to na pewno zrobię.
I nut mi nie trzeba, nie trzeba niczego.
Zrobię sam co zechcę, gdy lata przebiegną.
Lata pełne pracy i pełne mozołu,
w których będę chodził z nauką pospołu.
Ona mi pomoże stworzyć moje nuty,
inne niż ma teraz cały świat zepsuty.
One będą ryczeć, kłuć, zgrzytać zębami,
bo będą poezji prawdziwej strofami.
One będą płakać gdy niebo zapłacze
i będą zachwalać wieśniaka kołacze.
A zimą srebrzystą będą cicho łkały,
aby nie obudzić drzew, krzaków ospałych.
Wszystko to nadejdzie, wierzę w to głęboko !
Choć nieraz zwątpienie zaćmi moje oko
gdy sobie przypomnę: ja z biednej rodziny,
co miast smakołyków, połykałem śliny,
co ojciec i matka od świtu we dworze,
tak codziennie ryli, jak człowiek ryć może.
Ja, który niedawno litery poznałem,
ja coś w życiu zrobię? Toć to niebywałe !
I tak od lat wielu nad pisaniem ślęczę.
Niszczę wiersze słabe i nadal się męczę.
Lecz ciągle z nadzieją że chwila nadejdzie,
że wiersz nareszcie przez krytykę „przejdzie”.
Ze napiszę wreszcie jak myślę i czuję,
z wdziękiem śpiewu ptaka – teraz słów brakuje -,
więc zrywam się złoszczę, lecz nadal hołduję,
pejzażom, piękności, bo w tym się lubuję.
Kocham bezgranicznie wiosenne roztopy,
gołe jeszcze drzewa, kościste jak chłopy.
I wierzby przy drodze – bukiety pachnące:
stokrotki drzemiące na zielonej łące,
przeciętej strumieniem wezbranym po brzegi,
dopełnianym ciągle przez ginące śniegi.
Kocham przeogromnie budzące się życie
i cieszę się wtedy jako małe dziecię:
gdym płakał i śmiał się, głupie miny stroił
gdym dumał głęboko lub z innymi broił.
Oj, lata minione, świat czaru i biedy !
Wspominam i wzdycham do tych lat niekiedy.
A może inaczej na świat teraz patrzę
i szukam radości prędzej niż ją stracę?
Tak jest – nie inaczej ! Przywykło me oko
do niektórych rzeczy, niektórych widoków.
Dawniej, ciągle nowe odkrywałem piękna
i rzecz teraz błaha, dawniej była wielka.
Przywykło me oko, trochę otępiało.
Lecz nie wszystkie piękna w życiu swym poznałem.
Dlatego też wołam i przysięgam sobie,
czego nie zrobiłem, to na pewno zrobię !
A porażki, których poniosłem tak wiele,
nie oziębią ducha, ducha w moim ciele !
Chociaż jeszcze błądzę, szukam swojej drogi.
I los w oczy wieje bezlitosny, srogi.
Pójdę naprzód, pod wiatr, poprzez polne ścieżki,
przez krowy zrobione i przez ludzi z wioski !
Albo pójdę ścieżką co do stawu bieży,
gdzie pranie na łące wokół niego leży.
Albo… Nie, nie pójdę ! Poczekam, popatrzę,
może swoją drogę nareszcie zobaczę.
Na próżno oczami wokół błądzę, szukam,
i na próżno kciukiem po czole się pukam.
A….. już wiem, nareszcie ! Chodź a powiem tobie.
kiedy drogi nie mam, to ją sobie zrobię !!!

Ługowiny, 8 lutego 1961 roku.